Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#90026

przez ~thelightestshadeofpale ·
| Do ulubionych
Z zamiarem opisania tu mojej sytuacji nosiłam się mniej więcej od początku grudnia, ale roztrząsanie tego wszystkiego w świąteczno-noworocznej atmosferze było dla mnie po prostu zbyt trudne.

Najprościej to ujmując mam 35 lat i jestem na świecie sama jak palec. Jestem jedynaczką. Mój ojciec też był jedynakiem, dziadkowie zmarli gdy byłam małym dzieckiem i ledwo ich pamiętam. Moja mama miała dwie siostry, jednak ze swoją rodziną praktycznie nie utrzymywała kontaktu - jedną z ciotek widziałam raz w życiu, drugą do tej pory trzy, w tym dwa razy jako dziecko i trzeci na pogrzebie mamy. Dziadkowie od strony matki zginęli w wypadku na długo nim się urodziłam. Rodzice mieli też niewielu przyjaciół i nie były to przyjaźnie, gdzie ktoś mi "ciotkował" czy "wujkował".
Ja sama jestem wycofaną i dość nieśmiałą osobą, nigdy nie miałam wielu znajomych, a przyjaciół prawie żadnych.

Moja mama zmarła 10 lat temu na raka. Ojca to dobiło - jego stan zdrowia już wtedy był nie najlepszy, a gdy zmarła mama kompletnie przestał o siebie dbać, nie chodził do lekarzy, nie przyjmował leków. Do tego doszła niezdiagnozowana i pogłębiająca się depresja. Prosiłam, błagałam, starałam się zaciągnąć do lekarza. To odbiło się na moim ówczesnym związku. Miałam 25 lat, mój chłopak 23 lata. W zasadzie nawet się nie dziwię, że irytowało go, że ciągle siedzę u ojca, nie miałam nastroju na romantyczne uniesienia, imprezy i wyjścia. Doprowadziło to do tego, że facet w końcu dał mi kopa w tyłek.

Zamieszkałam na powrót z ojcem. Zdawało się nawet, że ojcu dobrze to zrobiło - niestety kilka miesięcy później serce odmówiło mi posłuszeństwa i zmarł.
Na jego pogrzeb nawet nie wiedziałam kogo zaprosić. W zasadzie miałam kontakt tylko do jego jednego przyjaciela, który poinformował jeszcze kilka osób - na pogrzeb przyszły raptem cztery osoby łącznie ze mną i moją przyjaciółką.

No właśnie, miałam wtedy jeszcze jedną, naprawdę dobrą przyjaciółkę, którą znałam jeszcze z liceum. Bardzo mnie wspierała po śmierci taty, jednak w końcu i ona musiała wrócić do swojego normalnego życia, miała już wtedy męża i małe dziecko.

Od śmierci taty minęło 7 lat i od tego czasu Święta są dla mnie wyjątkowo przykrym czasem. Na pierwsze Święta po pogrzebie taty zaprosiła mnie ta właśnie przyjaciółka - niestety, nie dogadywałam się z jej mężem i choć miałam u niej zostać 3 dni, pojechałam do domu tuż po kolacji wigilijnej. Nie potrafiłam również wybaczyć przyjaciółce, że zaprosiła mnie na święta, a gdy jej mąż czynił w moją stronę różne złośliwości nie stanęła w mojej obronie. Od tej pory nasz kontakt stopniowo się rozluźniał aż doszło między nami do gorzkiej rozmowy, po której po prostu przestałyśmy się do siebie całkowicie odzywać.

Rok później przed Świętami nawiązałam kontakt z moją ciotką, siostrą mamy. Wspomniałam, że nie mam z kim spędzić Świąt i miałam nadzieję, że dosłownie ulituje się nade mną i mnie zaprosi. Ciotka co prawda wyraziła współczucie i ubolewanie, a potem zaproponowała, żebym sobie pojechała w góry i zakończyła rozmowę.

Kolejne Święta spędziłam z facetem, z którym zaczęłam się wtedy spotykać. Była to świeża sprawa i gdy zaproponował wspólne spędzenie Świąt sądziłam, że zaprosi mnie do swojej rodziny i bardzo mi to schlebiało. On jednak zaproponował Święta w dwójkę u mnie, dobre jedzenie, oglądanie filmów pod kocykiem i spacery po parku. Tłumaczył, że jego rodzina jest powalona i sama nie lubi spędzać z nimi Świąt, a tym bardziej nie zgotuje mi takiego losu.

Przygotowałam tradycyjną kolację wigilijną, ciesząc się, że w końcu mam komu ją przyrządzić. Mój kochany nawet nie wstał z łóżka do kolacji, mówiąc, że źle się czuje. Jadłam więc sama, licząc na to, że następny dzień przyjemnie spędzimy razem. Facet przez dwa kolejne dni grał na konsoli, którą specjalnie na tę okazję przyniósł z domu. Przerywał tylko po to, aby pokłócić się przez telefon z matką robiącą mu wyrzuty, że na Święta nie ma go w domu. A te filmy, spacerki? A daj mi spokój, kobieto, nie po to się z domu wyrwałem, żebyś ty mi teraz rozkazy dawała... Aż dziwię się sama sobie, że go wtedy nie wywaliłam z domu. Wręcz przeciwnie, nawet Sylwestra spędziliśmy razem w bardzo podobny sposób. Związek jednak szczęśliwie rozszedł się po kościach.

Rok później koleżanka z pracy podrzuciła mi pomysł, aby wyjechać na Święta i Sylwestra na taki organizowany turnus dla singli. Stwierdziłam, że co mi szkodzi, choć czułam się trochę jak starsza, zdesperowana pani, ale cóż - zdesperowana byłam na pewno. Pojechałam więc na taką wycieczkę z Karkonosze. Uczestnicy w różnym wieku, miałam nadzieję miło spędzić czas, poznać nowych ludzi, poczuć atmosferę świąt. Niestety, okazało się, że cały ten wyjazd to niewypał. Uczestnicy skupiali się na tym, żeby wyrwać sobie kogoś na noc, alkohol lał się strumieniami, dominowały sprośne żarty, chamskie odzywki. W ciągu dnia czas spędzałam sama na spacerach i nauce jazdy na nartach, a wieczorami męczyłam się kilka godzin na kolejnej popijawie, aż do momentu, gdy poziom zażenowania sięgał zenitu i uciekałam do swojego pokoju. Najczęściej powodem były zaloty któregoś z facetów, które polegały na chwaleniu się tym co ma w spodniach i co będzie ze mną wyprawiał w łóżku.

Kolejne lata Święta po prostu odpuszczałam - udawałam, że ich nie ma. Szłam do kina, na różne eventy, ale zazwyczaj ludzie byli tam w parach, grupach, rodzinami - tylko przypominało mi to o tym, jaka jestem samotna.

Zapisałam się na siłownię i tam planowałam spędzić Święta - siłownia reklamowała się jako otwarta 24h 365 dni w domu. Wiecie co? W Wigilię byłam tam jedyną osobą, poza pracownicą, która głośno komuś przez telefon narzekała, że musi pracować, bo niektórzy najwyraźniej nie mają życia i przyłażą nawet w Wigilię. Nawet na ćwiczenia przeszła mi ochota.

Mijają kolejne lata, a mi coraz trudniej z kimkolwiek nawiązać kontakt. Kiedyś jeszcze próbowałam zaprzyjaźnić się z ludźmi z pracy, szukałam sobie różnych zajęć, gdzie można poznać ludzi. Dzisiaj po prostu żyję swoim życiem i fakt, robię to, na co mam ochotę, ale wiecie co? To jest nudne. Wiem, że wiele osób marzy o niezależności, wolności i to ma swoje plusy, ale po pewnym czasie naprawdę już nie bawi. Z drugiej strony fakt, że żyję sama dla siebie utrudnia mi kontakty z ludźmi - ciężko mi się do kogoś nagiąć, szukać kompromisów.

Jakiś czas temu nawet spotykałam się z facetem poznanym na jakimś evencie - irytowało mnie, gdy musiałam zmienić swoją rutynę dnia, gdy zmieniał plany. Na randkach szybko się męczyłam i marzyłam o tym, aby wrócić do domu - gdy tam byłam tęskniłam za nim i żałowałam, że znowu skróciłam spotkanie, ale siedzenie z kimś gdzieś było dla mnie po prostu męczące - nawet jeśli tą osobę bardzo lubiłam.

Coraz mniej mi się chcę i ostatnimi czasy kursuję tylko praca-dom.
Od początku grudnia dziewczyny w biurze rozprawiały o organizacji Świąt. Najczęściej poirytowane szukaniem prezentów, koniecznością spotkania z wrednymi teściami, toksycznymi rodzicami, nielubianym rodzeństwem, kłótniami z mężami, wysokimi cenami w sklepach.
Słuchałam tego i płakać mi się chciało. Wiem, że dla nich to są realne problemy i nigdy nie śmiałabym tego wyśmiewać tekstami typu "chciałabym mieć takie problemy", ale... w sumie chciałabym!

Ale to co naprawdę jest dla mnie piekielne, to to, że koleżanki doskonale znają moją sytuację. Nie wiem, czy chcą mnie jakoś pocieszyć czy tak po prostu paplają, ale nie mogę już słuchać o tym, jak mam fajnie, bo mogę sobie na Święta polecieć do ciepłych krajów, odpocząć i nikt mnie nie będzie denerwować. No mogę i co z tego? Ja mam to 365 dni w roku. Żadna atrakcja. Również teksty o tym, że jestem dzieckiem szczęścia, bo nie muszę lepić pierogów i smażyć karpia i mogę sobie zamówić pizzę. Albo jak fajnie zaoszczędzę, bo nie muszę nikomu kupować prezentów. Czasem mam wrażenie, że to złośliwe uwagi, choć logika podpowiada inaczej.
W ogóle pomijając Święta, takie teksty słyszę częściej. Że mam szczęście być singielką, bo faceci to plaga. Mam szczęście, że nie mam rodziny, bo nie muszę odwiedzać starych, nudnych krewnych. Ale już szczytem była chyba uwaga jednej z koleżanek, że mam fajnie, że jestem jedynaczką i moi rodzice już zmarli, bo mam takie fajne mieszkanie na własność sama dla siebie, a ją dobija kredyt na kawalerkę, a po rodzicach odziedziczy tylko zapuszczony wiejski dom na spółkę z rodzeństwem.

Wiem, że pewnie mnie za to dojedziecie, ale cieszcie się w następne Święta z odwiedzin wrednej teściowej, z przytyków matki, z niewygodnych pytań, z kupowania dzieciom prezentów, z lepienia pierogów - to znaczy, że macie wokół siebie ludzi, dla których macie po co żyć. Ja niestety już od dawna mam poczucie, że jak umrę - to podobnie jak w przypadku jakiejś dziewczyny ze Stanów - będę gnić tygodniami albo i latami w mieszkaniu, bo nikogo moja śmierć nie zainteresuje.

święta

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (216)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…