Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#90420

przez ~Xyz12345679082 ·
| Do ulubionych
Poprzednie historię o placach zabaw, przypomniały mi nasze przeboje z naszym placem.

Mieszkam na nowym osiedlu. Nazwijmy je prestiżowym, bo mamy dość sporo zieleni oraz duży plac zabaw, jak na dzisiejsze standardy. Cena lokalu była przez to również odpowiednio wyższa od innych w okolicy. Ale biorąc kredyt nie chciałam spoglądać na betonowy parking i w okna sąsiada z takiej odległości, że jestem w stanie powiedzieć czy dzisiaj się ogolił czy nie. Pozostałe mieszkania w okolicy to typowe betonowe bloki bez placów zabaw albo z placem zabaw na zasadzie jednego bujaka.

Sama nasza wspólnota rozszerzyła plac zabaw o huśtawkę i koniki, gdy mieliśmy wcześniej domek ze zjeżdżalnią oraz piaskownicę. Na placu zabaw mieliśmy komunalne zabawki- ktoś przyniósł piłkę, ktoś zestaw do kopania w piasku, ktoś inny samochodziki. Ktoś załatwił domek dla dzieciaków z grup zero-waste i też postawił dla używania przez ogół. Jakaś matka przyniosła tablice na kredę, mówiąc że jej dziecko już wyrosło. Każdy przychodził, pobawił się i zostawiał na miejscu.

Najpierw mieliśmy problemy z zarządcą, który stwierdził, że mamy te elementy usunąć, bo sam je wyrzuci, gdyż nie są elementem placu zabaw. Na zebraniu kazaliśmy się odwalić od tych zabawek, bo w końcu to nasz teren, a z zabawek korzystają wszystkie dzieci na osiedlu. Zarządcę zmieniliśmy jakąś chwilę później, bo wydawało mu się, że to jego teren i on może nam dyktować co możemy, a co nie, gdy my chcieliśmy mieć tylko regulacje zgodne z prawem i przepisami. Np. na organizowanego oddolnie przez nas grilla integracyjnego dla mieszkańców (dosłownie zrobiliśmy sobie piknik gdy covid zelżał, aby się poznać- jesteśmy w większości w młodym, podobnym wieku), chciał złożyć donos na straż pożarną, gdy żaden z mieszkańców nie skarżył się do niego.

Wracając do placu zabaw- wieść o takim wyposażonym placu zabaw poszła na inne osiedla i zaczęły się wizyty dzieciaków spoza naszego miejsca zamieszkania. Z początku nie mieliśmy nic przeciwko, bo w naszej okolicy nie ma ogólnodostępnego placu zabaw. Ale gdy zaczęły się momenty takie, że plac zabaw był pełen dzieci spoza osiedla, a nasze nie miały się jak bawić na swoim placu zabaw, wystawiliśmy karteczkę, aby uszanować mieszkańców osiedla i starać się tak bawić, aby każde dziecko miało szansę się pobawić na danej zabawce.

Zaczęły nam ginąć zabawki komunalne. Tu piłka, tu grabki i zauważyliśmy, że niektóre matki wręcz zachęcały dzieci do opuszczenia placu zabaw tekstami "to weź X i idziemy". Myśleliśmy, że je oddadzą, ale ginęły. W końcu padła decyzja na zebraniu- grodzimy się. Mieliśmy wcześniej tylko szlaban na wjeździe, żeby nikt nie parkował nam na naszej zieleni (bo to już na etapie odbierania mieszkań zauważyliśmy, że osoby wjeżdżają na nasz trawnik, a potem idą na osiedle obok, gdy my parkowaliśmy w naszej hali). Jednak dla bezpieczeństwa i zmniejszenia ryzyka odwiedzania nas przez dziki i lisy (mamy łąki tuż obok bloków), stwierdziliśmy że się odgradzamy. Nikt wtedy o placu zabaw nie myślał.

Ogrodzenie powstało i zaczęło się dzwonienie domofonem "bo my chcieliśmy na plac zabaw". Ludzie przestali otwierać, nowy zarządca wywiesił informacje, że to teren prywatny. Przychodziły tylko znajomi naszych dzieci.

I wiecie co? Problem się skończył. Przestały ginąć rzeczy, każdy mógł się pobawić na zjeżdżalni, czy huśtawce. Nigdy nie byłam zwolennikiem grodzenia się od innych, jako dziecko wychowane na PRLowskich blokowiskach, ale tym razem mam pewność, że gdy przyjdę z córką na plac zabaw i zostawimy dla wszystkich foremki, to one jutro tam będą.

plac zabaw

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (195)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…