Ostatnio wspomnienie na Facebooku przypomniało mi pewne zdarzenie na strzelnicy.
Mój dobry kolega dostał od żony voucher do strzelnicy właśnie. W związku z tym zapytał czy bym z nim nie pojechał.
Ponieważ lubie postrzelać, stwierdziłem: "czemu nie?". A ponieważ żona narzekała, że nie zabieram jej na randki, to dokooptowałem jeszcze ją.
Każde z nas dostało swojego prowadzącego strzelanie, czyli osobę która stoi za klientem i pilnuje żeby ten coś nie odwalił. Mój okazał się bardzo wyluzowany, gdyż wskazał leżący na stoliku pistolet marki CZ
i powiedział: "ładuj i strzelaj".
No ok. Jakoś wykminiłem, jak to załadować z myślą, że jak mi nie będzie szło to prowadzący mi pomoże.
Tylko, że ten był bardziej zainteresowany strzelaniem mojej żony i rozmową z jej opiekunem.
W pewnym momencie powiedział do kolegi obok: "rzuć na niego okiem (czyli na mnie), zaraz wrócę".
Skończyłem strzelać i stwierdziłem że czas na grubszy kaliber.
Prowadzący, który miał rzucać na mnie narządem wzroku, jest zajęty instruowaniem mojego kolegi.
Proszę więc go, żeby mi wymienił broń. Podaje mi kałasznikowa i... odwraca się z powrotem do swojego podopiecznego.
Z lekkim nerwem przerywam mu i proszę jeszcze o amunicję. Ten bierze ze stolika 3 magazynki i wręcza mi je do ręki.
Pytam ile tam jest nabojów.
"Nie wiem, chyba po 5" - brzmi odpowiedź. I znów odwraca się do mnie plecami.
Pamiętając tutoriale z YouTube jakoś podpiąłem magazynki, jakoś odbezpieczyłem, jakoś postrzelałem.
Wracając, jak już opadł kurz i emocje, stwierdziłem do kolegi, że jakbym był jakimś świrem, to mógłbym jego prowadzącego odstrzelić i nie byłoby co zbierać. Albo mógłbym popełnić jakiś błąd. Obrócić się z karabinem. Nie trzymać palec poza spustem, odstrzelić kogoś niechcący. Byłem przecież żółtodziobem.
Tak więc niedawno wspomnienie na FB przypomniało mi o tym dniu. Wysłałem do kolegi linka i info, że dzisiaj mija 6 rocznica zaginięcia mojego prowadzącego, ponieważ już do końca mojego pobytu.
Mój dobry kolega dostał od żony voucher do strzelnicy właśnie. W związku z tym zapytał czy bym z nim nie pojechał.
Ponieważ lubie postrzelać, stwierdziłem: "czemu nie?". A ponieważ żona narzekała, że nie zabieram jej na randki, to dokooptowałem jeszcze ją.
Każde z nas dostało swojego prowadzącego strzelanie, czyli osobę która stoi za klientem i pilnuje żeby ten coś nie odwalił. Mój okazał się bardzo wyluzowany, gdyż wskazał leżący na stoliku pistolet marki CZ
i powiedział: "ładuj i strzelaj".
No ok. Jakoś wykminiłem, jak to załadować z myślą, że jak mi nie będzie szło to prowadzący mi pomoże.
Tylko, że ten był bardziej zainteresowany strzelaniem mojej żony i rozmową z jej opiekunem.
W pewnym momencie powiedział do kolegi obok: "rzuć na niego okiem (czyli na mnie), zaraz wrócę".
Skończyłem strzelać i stwierdziłem że czas na grubszy kaliber.
Prowadzący, który miał rzucać na mnie narządem wzroku, jest zajęty instruowaniem mojego kolegi.
Proszę więc go, żeby mi wymienił broń. Podaje mi kałasznikowa i... odwraca się z powrotem do swojego podopiecznego.
Z lekkim nerwem przerywam mu i proszę jeszcze o amunicję. Ten bierze ze stolika 3 magazynki i wręcza mi je do ręki.
Pytam ile tam jest nabojów.
"Nie wiem, chyba po 5" - brzmi odpowiedź. I znów odwraca się do mnie plecami.
Pamiętając tutoriale z YouTube jakoś podpiąłem magazynki, jakoś odbezpieczyłem, jakoś postrzelałem.
Wracając, jak już opadł kurz i emocje, stwierdziłem do kolegi, że jakbym był jakimś świrem, to mógłbym jego prowadzącego odstrzelić i nie byłoby co zbierać. Albo mógłbym popełnić jakiś błąd. Obrócić się z karabinem. Nie trzymać palec poza spustem, odstrzelić kogoś niechcący. Byłem przecież żółtodziobem.
Tak więc niedawno wspomnienie na FB przypomniało mi o tym dniu. Wysłałem do kolegi linka i info, że dzisiaj mija 6 rocznica zaginięcia mojego prowadzącego, ponieważ już do końca mojego pobytu.
strzelnica
Ocena:
104
(116)
Komentarze