Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#91430

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W ostatniej dekadzie spędziłem łącznie 2,5 roku w Niemczech. Ponieważ nie pojechałem "za chlebem", tylko z takiego powodu, że polski pracodawca mojej żony oddelegował ją na dłużej do pracy u niemieckiego klienta, mogłem przebierać w ofertach.

Najpierw szukałem pracy adekwatnej do moich kwalifikacji. Odpowiedzi wiele nie było, a jeśli się pojawiały, to często szukali kogoś o "innym profilu", cokolwiek to miało znaczyć. Mój niemiecki nie był perfekt (certyfikat B1, faktycznie B2), ale wszystkie sprawy urzędowe załatwiałem bezproblemowo, rozmowy po niemiecku z potencjalnymi pracodawcami prowadziłem swobodnie, nie aplikowałem do pracy z klientem, gdzie mój niemiecki musiał być płynny.

Pewnego dnia zadzwonił do mnie potencjalny pracodawca. Zapytał, czy jestem na niemieckim zasiłku dla bezrobotnych. Grzecznie wytłumaczyłem, że nie mam uprawnień, bo wcześniej w Niemczech nie pracowałem. "A to szkoda, bo gdyby Pan był na zasiłku, Urząd Pracy pokrywałby część pensji... Do widzenia!"

Agencja pracy do mnie zadzwoniła z propozycją zatrudnienia. Na miejscu wypełniłem długą ankietę, byłem pytany o wiele rzeczy moim zdaniem wykraczających poza zakres pytań czy dokumentów, o które powinienem być proszony, ale inny kraj, inne przepisy i zwyczaje, więc potulnie wykonywałem kolejne polecenia. Przez następny tydzień dostarczałem kolejne pisma, o które byłem proszony i wpadłem w pewnym momencie w limbo między agencją pracy, kasą chorych i ubezpieczalnią emerytalną, bo agencja wymagała jakiegoś papierka od ubezpieczalni, ubezpieczalnia mi mówiła, że oni niczego takiego nie wydają i odsyłali do kasy chorych, kasa chorych twierdziła, że ubezpieczalnia jak najbardziej ten papier powinna mi wydać i tak w kółko... Po pół roku dostałem ten papier od ubezpieczalni (agencja mnie zatrudniła bez tego, ale co chwila się przypominała, że muszę im to dostarczyć).

Koniec końców wylądowałem na magazynie z oknami na paletach, bo w branży nikt mnie nie chciał zatrudnić. Pracę wspominam bardzo dobrze - nie było zapier.olu, szefostwo było w porządku, zdobyłem parę ciekawych umiejętności.

Po niecałym roku od zatrudnienia na magazynie stanęliśmy z żoną przed dylematem - niemiecki klient jej pracodawcy zerwał kontrakt, więc "niemiecka" pensja żony się skończyła i została tylko "polska" pensja. Żona miała możliwość i zgodę od szefa na pracę zdalną, więc mogliśmy zostać w Niemczech lub wracać do Polski. Moja niemiecka pensja nie była jakaś rewelacyjna, ale na horyzoncie miałem awans z magazynu do biura. Szefostwo widziało, że moje kwalifikacje mocno przewyższały stanowisko (słowa szefostwa), a mój profil językowy świetnie się nadawał do ich firmy. Firma duńska (komunikacja z centralą po angielsku), siedziba w Niemczech, palety przyjeżdżały z Polski (w tamtym momencie nie mieli w siedzibie nikogo innego gadającego po polsku). Rozmowę odbył ze mną lokalny prezes (Duńczyk) najpierw po niemiecku, potem po angielsku. Po rozmowie zapewnił mnie o awansie. No to czekałem jeden miesiąc, drugi, trzeci...

W międzyczasie zauważyliśmy z żoną, że nasze fundusze powoli przestają rosnąć i albo dostanę ten awans, albo wracamy do Polski. Ponieważ po kolejnym miesiącu nie było żadnej wzmianki o awansie, złożyłem wypowiedzenie z powodu powrotu do Polski. Wtedy się okazało, że już jest dla mnie stanowisko przygotowane, już jest laptop gotowy, już się drukuje umowa... I może faktycznie tak było, bo z wcześniejszych doświadczeń w Polsce wiem, że najprostsza rzecz potrafi i pół roku czekać na zgody poszczególnych szczebli w korporacji, ale decyzji o powrocie już nie cofnęliśmy.

Niemcy

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (120)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…