O synu, który chciał zbyt dobrze.
Jestem lekarzem, pracuję na oddziale chorób wewnętrznych. Ilu pacjentów, tyle historii, wiele z nich tragicznych. Jedna z nich szczególnie zapadła mi w pamięć, bo była pierwszą, z którą miałam do czynienia.
Pacjentką była ponad 90-letnia kobieta. Trafiła do szpitala przywieziona przez ZRM (karetkę), z pogorszeniem kontaktu. U osoby w tym wieku może znaczyć to bardzo wiele, jedną z częstszych przyczyn jest zakażenie, które nie daje gorączki, dreszczy, osłabienia, tylko właśnie pogorszenie kontaktu. Szybko okazało się, że podejrzenie było trafne - zapalenie płuc. Ale nie takie zwyczajne, a zachłystowe. Czyli coś, najczęściej jedzenie, wpada do płuc, nie wydostaje się, robi się stan zapalny. Paskudne do leczenia, większa śmiertelność niż przy klasycznym zapaleniu płuc.
Taki typ zapalenia płuc nie jest niczym zwyczajnym u starszych osób. Ta pani nie była jednak okazem zdrowia. Po udarze, z ogromnymi przykurczami na nogach, z dziwnymi ranami na stopach. Cóż to było? Według syna oparzyła się od termoforu. Musiała nie raz, bo były one na różnym stopniu rozwoju (bo gojeniem się bym tego nie nazwała). Po dłuższym maglowaniu okazało się, że no tak, ogrzewa mamę, bo narzeka, że jej zimno. I czasem zapomni zabrać... Do tego pani okrutnie wychudzona, Auschwitz bez charakteryzacji. "Karmię ją zupkami i przecierami", powiada, "tylko mało, bo źle połyka. Hospicjum? Pani, to dla chorych na raka!".
Wyprowadzaliśmy panią z tego stanu. Antybiotyki dożylne lały się litrami, szpitalny żywieniowiec kombinował jak koń pod górę, jak ją wyrównać i żywić, bo jedna po drugiej opcji odpadała (między innymi przez trudne warunki anatomiczne i choroby). Gdy wydawało się, że będzie lepiej, pani w prostym kontakcie słownym... znów pogorszenie. Synek widząc, że mamie lepiej, znów usiłował ją karmić. Mimo że miał bardzo wyraźnie i wiele razy mówione, że nie może tego robić, bo znowu się zrobi zapalenie płuc.
Znów udało się wyprowadzić ją sprzed świętego Piotra, choć było jeszcze gorzej i wymagała specjalnej maszyny do wspomagania oddychania (AIRVO, gdyby ktoś chciał sobie wyszukać - z respiratora prawdopodobnie by nie zeszła żywa). Zbliża się czas wypisu. Rozmawiamy z synem, że sytuacja taka, że albo mama będzie na oddziale opieki paliatywnej (bo miała jeszcze kilka rzeczy go "ogarniecia" i do ZOL się nie nadawała), albo w domu pod intensywną opieką lekarską i pielęgniarską, bo nie może jeść doustnie - dostaje jedzenie dożylnie, a żyły u niej psują się szybko, do tego inne choroby.
I jak wcześniej mieliśmy podejrzenie, że z synem coś nie halo, tak tu uzyskaliśmy pewność. Powiedział, że nie dość, że bierze mamę do siebie, ale żadnej opieki lekarskiej nie będzie, bo to ją "zabija", to jeszcze on wszystkich do prokuratury zgłosi, bo mama w dobrej formie była, a teraz przez ten szpital taka słaba. I pokazuje, że wiele rzeczy nagrywał, robił zdjęcia... nakręcał się coraz bardziej. Ja blada, wizja przesłuchań, może nawet skazania, choć błędu medycznego nie było (i szczerze to jego bym prędzej za kratkami widziała). Po naprawdę długiej batalii, gdzie było zaangażowanych kilka osób, udało się ustalić, że na ten oddział będzie przeniesiona. Co ważne, syn nic do gadania w praktyce nie miał, bo pacjentka nie była ubezwłasnowolniona. W stanie zadowalającym i stabilnym oddaliśmy na paliatyw.
Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie lekarz z tego oddziału. Pani zmarła. Dlaczego? Zachłystowe zapalenie płuc, syn przyłapany na próbie karmienia... nie wiem, czy będzie sprawa karna, w prawie nie siedzę. Ale on do końca wierzył, że mamę przed śmiercią ratował, bo co to za jedzenie do żyły, a wszyscy byli przeciwko niemu.
Jestem lekarzem, pracuję na oddziale chorób wewnętrznych. Ilu pacjentów, tyle historii, wiele z nich tragicznych. Jedna z nich szczególnie zapadła mi w pamięć, bo była pierwszą, z którą miałam do czynienia.
Pacjentką była ponad 90-letnia kobieta. Trafiła do szpitala przywieziona przez ZRM (karetkę), z pogorszeniem kontaktu. U osoby w tym wieku może znaczyć to bardzo wiele, jedną z częstszych przyczyn jest zakażenie, które nie daje gorączki, dreszczy, osłabienia, tylko właśnie pogorszenie kontaktu. Szybko okazało się, że podejrzenie było trafne - zapalenie płuc. Ale nie takie zwyczajne, a zachłystowe. Czyli coś, najczęściej jedzenie, wpada do płuc, nie wydostaje się, robi się stan zapalny. Paskudne do leczenia, większa śmiertelność niż przy klasycznym zapaleniu płuc.
Taki typ zapalenia płuc nie jest niczym zwyczajnym u starszych osób. Ta pani nie była jednak okazem zdrowia. Po udarze, z ogromnymi przykurczami na nogach, z dziwnymi ranami na stopach. Cóż to było? Według syna oparzyła się od termoforu. Musiała nie raz, bo były one na różnym stopniu rozwoju (bo gojeniem się bym tego nie nazwała). Po dłuższym maglowaniu okazało się, że no tak, ogrzewa mamę, bo narzeka, że jej zimno. I czasem zapomni zabrać... Do tego pani okrutnie wychudzona, Auschwitz bez charakteryzacji. "Karmię ją zupkami i przecierami", powiada, "tylko mało, bo źle połyka. Hospicjum? Pani, to dla chorych na raka!".
Wyprowadzaliśmy panią z tego stanu. Antybiotyki dożylne lały się litrami, szpitalny żywieniowiec kombinował jak koń pod górę, jak ją wyrównać i żywić, bo jedna po drugiej opcji odpadała (między innymi przez trudne warunki anatomiczne i choroby). Gdy wydawało się, że będzie lepiej, pani w prostym kontakcie słownym... znów pogorszenie. Synek widząc, że mamie lepiej, znów usiłował ją karmić. Mimo że miał bardzo wyraźnie i wiele razy mówione, że nie może tego robić, bo znowu się zrobi zapalenie płuc.
Znów udało się wyprowadzić ją sprzed świętego Piotra, choć było jeszcze gorzej i wymagała specjalnej maszyny do wspomagania oddychania (AIRVO, gdyby ktoś chciał sobie wyszukać - z respiratora prawdopodobnie by nie zeszła żywa). Zbliża się czas wypisu. Rozmawiamy z synem, że sytuacja taka, że albo mama będzie na oddziale opieki paliatywnej (bo miała jeszcze kilka rzeczy go "ogarniecia" i do ZOL się nie nadawała), albo w domu pod intensywną opieką lekarską i pielęgniarską, bo nie może jeść doustnie - dostaje jedzenie dożylnie, a żyły u niej psują się szybko, do tego inne choroby.
I jak wcześniej mieliśmy podejrzenie, że z synem coś nie halo, tak tu uzyskaliśmy pewność. Powiedział, że nie dość, że bierze mamę do siebie, ale żadnej opieki lekarskiej nie będzie, bo to ją "zabija", to jeszcze on wszystkich do prokuratury zgłosi, bo mama w dobrej formie była, a teraz przez ten szpital taka słaba. I pokazuje, że wiele rzeczy nagrywał, robił zdjęcia... nakręcał się coraz bardziej. Ja blada, wizja przesłuchań, może nawet skazania, choć błędu medycznego nie było (i szczerze to jego bym prędzej za kratkami widziała). Po naprawdę długiej batalii, gdzie było zaangażowanych kilka osób, udało się ustalić, że na ten oddział będzie przeniesiona. Co ważne, syn nic do gadania w praktyce nie miał, bo pacjentka nie była ubezwłasnowolniona. W stanie zadowalającym i stabilnym oddaliśmy na paliatyw.
Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie lekarz z tego oddziału. Pani zmarła. Dlaczego? Zachłystowe zapalenie płuc, syn przyłapany na próbie karmienia... nie wiem, czy będzie sprawa karna, w prawie nie siedzę. Ale on do końca wierzył, że mamę przed śmiercią ratował, bo co to za jedzenie do żyły, a wszyscy byli przeciwko niemu.
słuzba_zdrowia
Ocena:
181
(189)
Komentarze