Będzie nieco długo, ale wstęp jest konieczny dla pokazania tła historii.
Mam znajomą - pani nieco młodsza ode mnie, przed pięćdziesiątką - nazwijmy ją C.
Mniej więcej ćwierć wieku temu, będąc studentką w wieku 20+, C. poznała pewnego przystojnego Irlandczyka. Oboje przypadli sobie do gustu, "chodzili ze sobą" niecały rok i zdecydowali się związać na stałe. Po kolejnych sześciu miesiącach odbyły się ślub i wesele (na których byłem), a jeszcze rok później urodził im się syn.
No sielanka… Niestety, do czasu. Thomas (Irlandczyk), choć skądinąd facet uroczy, przesympatyczny, inteligentny i w ogóle świetny gość, jako mąż okazał się - delikatnie mówiąc - mało dojrzały. Imprezy, panienki, szybko okazało się, że C. bynajmniej nie jest jedyną kobietą w jego życiu… No i niestety trzy i pół roku po ślubie doszło do rozwodu. Cóż, bywa. Życie.
Trzeba podkreślić, że rozwód przebiegł w bardzo cywilizowanej atmosferze, Thomas ojcem okazał się znacznie lepszym niż mężem, z synem utrzymywał kontakt, alimenty płacił bez szemrania, na szkolne wywiadówki chodził, z byłą żoną utrzymywał poprawne stosunki - z jej strony siłą rzeczy nieco chłodne, ale poprawne.
Historia jakich wiele. Wydawało się, że wszyscy dawno się z sytuacją pogodzili. Thomas po kilku latach ponownie się ożenił, C. także po raz drugi wyszła za mąż, choć dzieci już więcej nie miała. Wszystko było w porządku… Aż rok temu syn C. - nazwijmy go J. - poznał dziewczynę. Chłopak miał 24 lata, zakochał się, wybranka w podobnym wieku. Poznałem ją: dziewczyna kulturalna, dobrze wychowana, z poczuciem humoru, błyskotliwie inteligentna, a do tego - last, but not least - naprawdę bardzo ładna. J. zakochał się do szaleństwa, ewidentnie z wzajemnością. Chodzili ze sobą pół roku, kiedy postanowił przedstawić ją matce.
Niestety, okazało się, że z punktu widzenia przyszłej teściowej dziewczyna ma jedną niezwykle poważną wadę. Wadę absolutnie fundamentalną. Otóż dziewczyna jest… Irlandką.
C. - wybaczcie, nie umiem tego inaczej nazwać - dostała kompletnego p...dolca. Normalna, wydawałoby się, rozsądna kobieta zaczęła najpierw tłumaczyć synowi (z którym dotąd miała świetny kontakt - zawsze wydawała się naprawdę fajną matką), że ABSOLUTNIE nie może się z tą dziewczyną związać. Jak syn nie zamierzał mamusi posłuchać - zaczęły się takie jazdy, że wszyscy znajomi byli w szoku. Awantury, ordynarny szantaż emocjonalny, większe awantury, a w końcu próby manipulacji włącznie z przedstawianiem synowi "dowodów", że dziewczyna go zdradza, a dziewczynie - podobnych "dowodów", że on zdradza ją. Przypadek absolutnie psychiatryczny.
I naprawdę C. do tej dziewczyny NIC nie ma - poza faktem, że dziewczyna jest Irlandką, a ona przecież ma złe doświadczenie, bo Irlandczycy zdradzają etc. Jakiekolwiek próby racjonalnej dyskusji odbijały się jak od ściany. Doszło do tego, że J. wyprowadził się z domu, praktycznie zerwał z matką kontakty (co zresztą dość ciężko przeżył).
Ponieważ wśród znajomych jestem znany jako "mediator i wysłannik pokoju" ;-) a przy tym jestem psychologiem z wykształcenia (…choć nie z zawodu…), zostałem namówiony na rozmowę z C. Że może mi się uda przebić przez ten mur.
Gadaliśmy dość długo, efekty chyba niewielkie. Próbowałem na spokojnie pokazać jej, że zachowuje się nieracjonalnie, że robi krzywdę zarówno swojemu synowi, jak sobie, że na własną prośbę niszczy relacje między nimi, że NIE MOŻE, do cholery, dyrygować życiem dorosłego bądź co bądź faceta (zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie miała takich zapędów).
"Ty nic nie rozumiesz, nie chcę, żeby on przechodził przez to, przez co ja przeszłam". Czułem się, jakbym mówił do ściany.
Powiedziałem jej na koniec, że oni i tak się pobiorą. Że tylko od niej zależy, czy przy tym będzie, czy będzie częścią ich życia, czy będzie miała kontakt z wnukami - czy nie. I powiedziałem, że moim zdaniem potrzebuje terapii.
Nie wiem, czy to coś da. Ślub J. i jego irlandzkiej wybranki ma się odbyć we wrześniu. Ja na pewno będę. A czy ona będzie? Nie jestem w tej sprawie optymistą.
Przerażające, jak trauma sprzed lat może wyleźć w najmniej oczekiwanym momencie i sprawić, że niszczymy życie sobie i swoim bliskim…
Mam znajomą - pani nieco młodsza ode mnie, przed pięćdziesiątką - nazwijmy ją C.
Mniej więcej ćwierć wieku temu, będąc studentką w wieku 20+, C. poznała pewnego przystojnego Irlandczyka. Oboje przypadli sobie do gustu, "chodzili ze sobą" niecały rok i zdecydowali się związać na stałe. Po kolejnych sześciu miesiącach odbyły się ślub i wesele (na których byłem), a jeszcze rok później urodził im się syn.
No sielanka… Niestety, do czasu. Thomas (Irlandczyk), choć skądinąd facet uroczy, przesympatyczny, inteligentny i w ogóle świetny gość, jako mąż okazał się - delikatnie mówiąc - mało dojrzały. Imprezy, panienki, szybko okazało się, że C. bynajmniej nie jest jedyną kobietą w jego życiu… No i niestety trzy i pół roku po ślubie doszło do rozwodu. Cóż, bywa. Życie.
Trzeba podkreślić, że rozwód przebiegł w bardzo cywilizowanej atmosferze, Thomas ojcem okazał się znacznie lepszym niż mężem, z synem utrzymywał kontakt, alimenty płacił bez szemrania, na szkolne wywiadówki chodził, z byłą żoną utrzymywał poprawne stosunki - z jej strony siłą rzeczy nieco chłodne, ale poprawne.
Historia jakich wiele. Wydawało się, że wszyscy dawno się z sytuacją pogodzili. Thomas po kilku latach ponownie się ożenił, C. także po raz drugi wyszła za mąż, choć dzieci już więcej nie miała. Wszystko było w porządku… Aż rok temu syn C. - nazwijmy go J. - poznał dziewczynę. Chłopak miał 24 lata, zakochał się, wybranka w podobnym wieku. Poznałem ją: dziewczyna kulturalna, dobrze wychowana, z poczuciem humoru, błyskotliwie inteligentna, a do tego - last, but not least - naprawdę bardzo ładna. J. zakochał się do szaleństwa, ewidentnie z wzajemnością. Chodzili ze sobą pół roku, kiedy postanowił przedstawić ją matce.
Niestety, okazało się, że z punktu widzenia przyszłej teściowej dziewczyna ma jedną niezwykle poważną wadę. Wadę absolutnie fundamentalną. Otóż dziewczyna jest… Irlandką.
C. - wybaczcie, nie umiem tego inaczej nazwać - dostała kompletnego p...dolca. Normalna, wydawałoby się, rozsądna kobieta zaczęła najpierw tłumaczyć synowi (z którym dotąd miała świetny kontakt - zawsze wydawała się naprawdę fajną matką), że ABSOLUTNIE nie może się z tą dziewczyną związać. Jak syn nie zamierzał mamusi posłuchać - zaczęły się takie jazdy, że wszyscy znajomi byli w szoku. Awantury, ordynarny szantaż emocjonalny, większe awantury, a w końcu próby manipulacji włącznie z przedstawianiem synowi "dowodów", że dziewczyna go zdradza, a dziewczynie - podobnych "dowodów", że on zdradza ją. Przypadek absolutnie psychiatryczny.
I naprawdę C. do tej dziewczyny NIC nie ma - poza faktem, że dziewczyna jest Irlandką, a ona przecież ma złe doświadczenie, bo Irlandczycy zdradzają etc. Jakiekolwiek próby racjonalnej dyskusji odbijały się jak od ściany. Doszło do tego, że J. wyprowadził się z domu, praktycznie zerwał z matką kontakty (co zresztą dość ciężko przeżył).
Ponieważ wśród znajomych jestem znany jako "mediator i wysłannik pokoju" ;-) a przy tym jestem psychologiem z wykształcenia (…choć nie z zawodu…), zostałem namówiony na rozmowę z C. Że może mi się uda przebić przez ten mur.
Gadaliśmy dość długo, efekty chyba niewielkie. Próbowałem na spokojnie pokazać jej, że zachowuje się nieracjonalnie, że robi krzywdę zarówno swojemu synowi, jak sobie, że na własną prośbę niszczy relacje między nimi, że NIE MOŻE, do cholery, dyrygować życiem dorosłego bądź co bądź faceta (zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie miała takich zapędów).
"Ty nic nie rozumiesz, nie chcę, żeby on przechodził przez to, przez co ja przeszłam". Czułem się, jakbym mówił do ściany.
Powiedziałem jej na koniec, że oni i tak się pobiorą. Że tylko od niej zależy, czy przy tym będzie, czy będzie częścią ich życia, czy będzie miała kontakt z wnukami - czy nie. I powiedziałem, że moim zdaniem potrzebuje terapii.
Nie wiem, czy to coś da. Ślub J. i jego irlandzkiej wybranki ma się odbyć we wrześniu. Ja na pewno będę. A czy ona będzie? Nie jestem w tej sprawie optymistą.
Przerażające, jak trauma sprzed lat może wyleźć w najmniej oczekiwanym momencie i sprawić, że niszczymy życie sobie i swoim bliskim…
Rodzina
Ocena:
114
(120)
janhalb
Komentarze