Mój mąż skończył czterdziestkę i postanowił zrealizować swoje marzenie sprzed lat o motocyklu. Zainspirował go starszy brat oraz szwagier, którzy w zeszłym roku zdali egzamin i teraz jeżdżą razem na wycieczki. Ja byłam przeciwna, ale mój mąż był nieugięty. Jak nie teraz to nigdy, bo może mu się zdrowie posypać, bo potem może nie dać rady zdać jak będzie stary. Prosiłam o odłożenie tego pomysłu o dwa lub trzy lata. Nie rezygnację, tylko odłożenie w czasie. Usłyszałam, że "to tylko 20 godzin", przez 20 godzin poradzę sobie bez niego.
Brat i szwagier obaj są po pięćdziesiątce (jeden kupił sobie motocykl jako prezent na pięćdziesiąte urodziny, drugi ma 52 lata), mają dzieci w wieku 13 lat i więcej. Same chodzą do szkoły, same wracają, same sprzątają swój pokój, zrobią sobie herbatę i kanapkę...
Ja (do tej pory myślałam "my", ale teraz coraz bardziej w to wątpię) mam dwoje przedszkolaków, 3 i 5 lat. Dzieci są cudowne, ale w tym wieku wszystkiego muszę pilnować ja - ubrania, jedzenie, żeby nie weszły na szafę, nie wypadły przez okno... Pranie, sprzątanie i gotowanie jest na mojej głowie. Większość zakupów też. Maluchy są bardzo aktywne i ciągle eksperymentują. Ostatnio córka poszła umyć ręce i zalała pół łazienki, bo była ciekawa, co się stanie, jak podstawi zabawkę pod kran. Jak jesteśmy razem, to jedno może się zająć dziećmi, a drugie może nadgonić pracę domowe. Jak jestem sama, to jedynym ratunkiem jest włączenie bajki. Ale tu oboje z mężem się zgadzamy, że nadmiar telewizji szkodzi.
Mąż robi prawo jazdy w ośrodku 40 km od domu, bo ktoś mu polecił, że tam jest instruktor z wysoką zdawalnoscia kursantów. Te "tylko dwadzieścia" godzin wygląda tak, że godzinę zajmuje mu dojazd, potem godzinę jeździ, potem godzina powrót, o ile nie zostanie jeszcze pogadać z innymi kursantami bądź instruktorem (tam robią tak, że kiedy jeden kursant jedzie na motocyklu, instruktor z drugim jedzie za nim autem; drugi może za darmo obserwować i słuchać komentarzy, może dlatego mają taką zdawalnosc).
Wczoraj na przykład poszedł na siódmą do pracy, od razu po pracy pojechał na te jazdy (miał na późniejszą godzinę, ale przecież na pół godziny nie opłaca się do domu wracać), do domu wrócił już po dwudziestej, bo jeszcze musiał coś tam do kasku dokupić i inne rękawiczki. Dzieci były już łóżkach. A w ramach "pomocy" przeczytał im bajkę na dobranoc, zebym ja w tym czasie mogłam załadować zmywarkę, wynieść śmieci itp.
Mój mąż uśmiechnięty, z błyskiem w oku zaproponował seks. Ja, zmęczona niemiłosiernie, może zbyt nerwowo, odmówiłam. On ma focha, bo ja ostatnio unikam zbliżeń. A ja coraz częściej myślę o rozwodzie.
Do tej pory myślałam, że to stereotypy, że faceci po czterdziestce dostają małpiego rozumu. Wychodzi na to, że jednak taki właśnie przypadek mi się trafił. Kocham go, ale czuję się przemęczona i mam totalnie dość. Próbowałam rozmawiać, ale on nie widzi problemu, bo "to tylko 20 godzin", a przecież nie muszę wszystkiego robić (podłogę można umyć innego dnia - jasne, a dzieci niech chodzą po ciastolinie czy plamach z rozlanej zupy; obiad może być prosty - ok, ale nie będę dzieciom dawać codziennie naleśników na przemian z kupionymi pierogami; a pranie robi pralka, wywieszenie i pozbieranie to pięć minut - ok, a zapieranie plam na dziecięcych ubraniach, prasowanie, składanie, zaszywanie dziur i naszywanie naszywek). Najchętniej spakowała bym się i wyjechała na weekend do przyjaciółki, a jego zostawiła z dziećmi, pustą lodówką, pełnym koszem na pranie, zalaną łazienką... Tylko dzieci mi szkoda. Za małe są, żeby to zrozumieć.
Mąż twierdzi, że jak już zda egzamin, to będzie więcej robił w domu, a na motor tylko godzinkę lub dwie w tygodniu. Jakoś mi się nie chce wierzyć, żeby świeżo upieczony kierowca z nowym motocyklem dał radę tak się ograniczyć. Raczej będzie jeździł co weekend z bratem i szwagrem.
W tej chwili dzieci w przedszkolu, mąż w pracy (po południu znów ma jazdy), podłoga się klei po śniadaniu, pralka wiruje, a ja mam serdecznie dość wszystkiego.
Brat i szwagier obaj są po pięćdziesiątce (jeden kupił sobie motocykl jako prezent na pięćdziesiąte urodziny, drugi ma 52 lata), mają dzieci w wieku 13 lat i więcej. Same chodzą do szkoły, same wracają, same sprzątają swój pokój, zrobią sobie herbatę i kanapkę...
Ja (do tej pory myślałam "my", ale teraz coraz bardziej w to wątpię) mam dwoje przedszkolaków, 3 i 5 lat. Dzieci są cudowne, ale w tym wieku wszystkiego muszę pilnować ja - ubrania, jedzenie, żeby nie weszły na szafę, nie wypadły przez okno... Pranie, sprzątanie i gotowanie jest na mojej głowie. Większość zakupów też. Maluchy są bardzo aktywne i ciągle eksperymentują. Ostatnio córka poszła umyć ręce i zalała pół łazienki, bo była ciekawa, co się stanie, jak podstawi zabawkę pod kran. Jak jesteśmy razem, to jedno może się zająć dziećmi, a drugie może nadgonić pracę domowe. Jak jestem sama, to jedynym ratunkiem jest włączenie bajki. Ale tu oboje z mężem się zgadzamy, że nadmiar telewizji szkodzi.
Mąż robi prawo jazdy w ośrodku 40 km od domu, bo ktoś mu polecił, że tam jest instruktor z wysoką zdawalnoscia kursantów. Te "tylko dwadzieścia" godzin wygląda tak, że godzinę zajmuje mu dojazd, potem godzinę jeździ, potem godzina powrót, o ile nie zostanie jeszcze pogadać z innymi kursantami bądź instruktorem (tam robią tak, że kiedy jeden kursant jedzie na motocyklu, instruktor z drugim jedzie za nim autem; drugi może za darmo obserwować i słuchać komentarzy, może dlatego mają taką zdawalnosc).
Wczoraj na przykład poszedł na siódmą do pracy, od razu po pracy pojechał na te jazdy (miał na późniejszą godzinę, ale przecież na pół godziny nie opłaca się do domu wracać), do domu wrócił już po dwudziestej, bo jeszcze musiał coś tam do kasku dokupić i inne rękawiczki. Dzieci były już łóżkach. A w ramach "pomocy" przeczytał im bajkę na dobranoc, zebym ja w tym czasie mogłam załadować zmywarkę, wynieść śmieci itp.
Mój mąż uśmiechnięty, z błyskiem w oku zaproponował seks. Ja, zmęczona niemiłosiernie, może zbyt nerwowo, odmówiłam. On ma focha, bo ja ostatnio unikam zbliżeń. A ja coraz częściej myślę o rozwodzie.
Do tej pory myślałam, że to stereotypy, że faceci po czterdziestce dostają małpiego rozumu. Wychodzi na to, że jednak taki właśnie przypadek mi się trafił. Kocham go, ale czuję się przemęczona i mam totalnie dość. Próbowałam rozmawiać, ale on nie widzi problemu, bo "to tylko 20 godzin", a przecież nie muszę wszystkiego robić (podłogę można umyć innego dnia - jasne, a dzieci niech chodzą po ciastolinie czy plamach z rozlanej zupy; obiad może być prosty - ok, ale nie będę dzieciom dawać codziennie naleśników na przemian z kupionymi pierogami; a pranie robi pralka, wywieszenie i pozbieranie to pięć minut - ok, a zapieranie plam na dziecięcych ubraniach, prasowanie, składanie, zaszywanie dziur i naszywanie naszywek). Najchętniej spakowała bym się i wyjechała na weekend do przyjaciółki, a jego zostawiła z dziećmi, pustą lodówką, pełnym koszem na pranie, zalaną łazienką... Tylko dzieci mi szkoda. Za małe są, żeby to zrozumieć.
Mąż twierdzi, że jak już zda egzamin, to będzie więcej robił w domu, a na motor tylko godzinkę lub dwie w tygodniu. Jakoś mi się nie chce wierzyć, żeby świeżo upieczony kierowca z nowym motocyklem dał radę tak się ograniczyć. Raczej będzie jeździł co weekend z bratem i szwagrem.
W tej chwili dzieci w przedszkolu, mąż w pracy (po południu znów ma jazdy), podłoga się klei po śniadaniu, pralka wiruje, a ja mam serdecznie dość wszystkiego.
Ocena:
143
(177)
Komentarze