poczekalnia
Skomentuj
(30)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Przez większość życia zawodowego miałem to szczęście, że nie musiałem stać za kasą. Ot, tak się złożyło. Nawet na studiach podejmowałem prace fizyczne, ale bez kontaktu z klientem.
Remont swoje kosztuje, dlatego przez ostatnich kilka miesięcy dorabiałem dodatkowo na stacji benzynowej. Zasiedziałem się tam rok. Czasem wpadałem tylko na 2–3 zmiany w miesiącu, czasem pracowałem każdy weekend, a bywało, że brałem kilka nocnych zmian. Kilka tygodni temu ostatecznie pożegnałem się z tym miejscem.
Przez ten czas nazbierało się jednak sporo piekielnych historii. Ta, którą przytoczę poniżej, nie dotyczy bezpośrednio samej pracy na stacji, lecz pewnego typu klientów.
Stacja, o której mowa, mieści się w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dość często trafiali się klienci, którzy nie mówili po polsku albo posługiwali się nim w bardzo ograniczonym zakresie. Dogadywaliśmy się po angielsku lub „ponglishu” i nie było problemu. Generalnie łatwo było rozpoznać turystę mówiącego po angielsku od imigranta, który wybrał życie w Polsce i stara się asymilować. Przez stację przewinął się cały wachlarz ludzi o różnych korzeniach. Przedstawiciele niemal każdej nacji, z jaką miałem do czynienia, mówili przynajmniej trochę po polsku. Robili to lepiej i chętniej niż moi nadęci współpracownicy z gigantycznego multi-kulti korpo, w którym pracuję na co dzień. Ich nauka języka polskiego kompletnie nie interesowała.
W każdym razie szlag mnie trafiał, kiedy stojąc na kasie, słyszałem teksty typu: „Winston krasny tonki”. Sam mieszkałem za granicą, wiem, jak to jest nie znać języka — ale, na litość boską, minimum wysiłku! Głupie „dzień dobry” w języku gospodarzy naprawdę wiele zmienia. Wielu naszych „braci ze Wschodu” z góry zakładało, że mogą mówić do mnie po swojemu, a ja to zrozumiem. Oczywiście, nie każdy musi znać angielski. Ale gdy okazywało się, że coś tam po polsku rozumieją i potrafią powiedzieć, to niejednokrotnie słyszałem, że to ja powinienem uczyć się ukraińskiego — będąc Polakiem w Polsce. Na jednego zasymilowanego Ukraińca, który rozmawiał ze mną po polsku, przypadało trzech takich, którzy bezczelnie mówili tylko po swojemu.
Niedawno byłem na urlopie w Grecji. Śmiałem się, że spotkałem tam więcej Greków mówiących do mnie po polsku (wiadomo — biznes) niż Ukraińców mówiących po polsku w Polsce.
Remont swoje kosztuje, dlatego przez ostatnich kilka miesięcy dorabiałem dodatkowo na stacji benzynowej. Zasiedziałem się tam rok. Czasem wpadałem tylko na 2–3 zmiany w miesiącu, czasem pracowałem każdy weekend, a bywało, że brałem kilka nocnych zmian. Kilka tygodni temu ostatecznie pożegnałem się z tym miejscem.
Przez ten czas nazbierało się jednak sporo piekielnych historii. Ta, którą przytoczę poniżej, nie dotyczy bezpośrednio samej pracy na stacji, lecz pewnego typu klientów.
Stacja, o której mowa, mieści się w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dość często trafiali się klienci, którzy nie mówili po polsku albo posługiwali się nim w bardzo ograniczonym zakresie. Dogadywaliśmy się po angielsku lub „ponglishu” i nie było problemu. Generalnie łatwo było rozpoznać turystę mówiącego po angielsku od imigranta, który wybrał życie w Polsce i stara się asymilować. Przez stację przewinął się cały wachlarz ludzi o różnych korzeniach. Przedstawiciele niemal każdej nacji, z jaką miałem do czynienia, mówili przynajmniej trochę po polsku. Robili to lepiej i chętniej niż moi nadęci współpracownicy z gigantycznego multi-kulti korpo, w którym pracuję na co dzień. Ich nauka języka polskiego kompletnie nie interesowała.
W każdym razie szlag mnie trafiał, kiedy stojąc na kasie, słyszałem teksty typu: „Winston krasny tonki”. Sam mieszkałem za granicą, wiem, jak to jest nie znać języka — ale, na litość boską, minimum wysiłku! Głupie „dzień dobry” w języku gospodarzy naprawdę wiele zmienia. Wielu naszych „braci ze Wschodu” z góry zakładało, że mogą mówić do mnie po swojemu, a ja to zrozumiem. Oczywiście, nie każdy musi znać angielski. Ale gdy okazywało się, że coś tam po polsku rozumieją i potrafią powiedzieć, to niejednokrotnie słyszałem, że to ja powinienem uczyć się ukraińskiego — będąc Polakiem w Polsce. Na jednego zasymilowanego Ukraińca, który rozmawiał ze mną po polsku, przypadało trzech takich, którzy bezczelnie mówili tylko po swojemu.
Niedawno byłem na urlopie w Grecji. Śmiałem się, że spotkałem tam więcej Greków mówiących do mnie po polsku (wiadomo — biznes) niż Ukraińców mówiących po polsku w Polsce.
obcokrajowcy
Ocena:
50
(90)
Komentarze