Historia użytkowniczki @myscha o śmierci teścia przypomniała mi pewne zdarzenie.
Pracuję jako opiekunka osób starszych w Domu Pomocy Społecznej. No i jak to w DPS-ie, zdarza się, że podopieczni umierają. Pewien pan (nazwijmy go Iksiński) miał raka. Zaawansowane stadium, ze szpitala wypisał się na własne żądanie (tak szczerze mówiąc, szpital niewiele mógł mu pomóc), na hospicjum nie wyraził zgody, nasz DPS był dla niego domem od wielu lat, chciał umrzeć "w domu".
No i umarł pewnego dnia, a my z dokładnością co do godziny potrafiłyśmy określić, o której. Mianowicie o godz. 19.00 schodzi dzienna zmiana, a wchodzi "nocka", zdajemy sobie wtedy raport ze zmiany, jak są cięższe przypadki (właśnie np. jak pan Iksiński), to się idzie sprawdzić. Ok. godz. 19-tej pan Iksiński żył, nawet parę słów powiedział, że tak, dobrze się czuje, nie, nic nie potrzebuje i że idzie spać. Koło 20-tej opiekunki dotarły do jego pokoju podczas wieczornych toalet, pan Iksiński już nie żył.
Cóż, trzeba wezwać lekarza, żeby stwierdził zgon. Jako że było po 20-tej, dziewczyny zadzwoniły na nocną i świąteczną opiekę medyczną. Po ok. dwóch godzinach przyjechała lekarka, która zrobiła koszmarną awanturę, że ją oszukują. Na pewno nie umarł pomiędzy 19-20, tylko wcześniej, ona jest lekarzem, ona się zna, na bank umarł sporo przed 18-tą, należało do rodzinnego dzwonić! Ona nie wystawi karty zgonu, bo powinien to zrobić rodzinny!
Nie wystawiła. Zakład pogrzebowy bez tego dokumentu NIE ZABIERZE. Pan Iksiński leżał do rana, aż można było zadzwonić do naszego DPS-owskiego lekarza rodzinnego.
P.S. Pan Iksiński mieszkał w trzyosobowym pokoju. Dziewczyny zapytały jego współlokatorów, czy chcą na noc przejść do innego pokoju (za bardzo to nie było gdzie, ale coś by wykombinowały), stanowczo i zdecydowanie odmówili. Jedyne, co mogły zrobić, to odgrodzić łóżko ze zwłokami parawanem.
Z tego co wiem, nie zostawiono tak tego, ale to już "biuro" robiło piekło o tą sytuację, jaki był efekt końcowy - nie wiem.
Pracuję jako opiekunka osób starszych w Domu Pomocy Społecznej. No i jak to w DPS-ie, zdarza się, że podopieczni umierają. Pewien pan (nazwijmy go Iksiński) miał raka. Zaawansowane stadium, ze szpitala wypisał się na własne żądanie (tak szczerze mówiąc, szpital niewiele mógł mu pomóc), na hospicjum nie wyraził zgody, nasz DPS był dla niego domem od wielu lat, chciał umrzeć "w domu".
No i umarł pewnego dnia, a my z dokładnością co do godziny potrafiłyśmy określić, o której. Mianowicie o godz. 19.00 schodzi dzienna zmiana, a wchodzi "nocka", zdajemy sobie wtedy raport ze zmiany, jak są cięższe przypadki (właśnie np. jak pan Iksiński), to się idzie sprawdzić. Ok. godz. 19-tej pan Iksiński żył, nawet parę słów powiedział, że tak, dobrze się czuje, nie, nic nie potrzebuje i że idzie spać. Koło 20-tej opiekunki dotarły do jego pokoju podczas wieczornych toalet, pan Iksiński już nie żył.
Cóż, trzeba wezwać lekarza, żeby stwierdził zgon. Jako że było po 20-tej, dziewczyny zadzwoniły na nocną i świąteczną opiekę medyczną. Po ok. dwóch godzinach przyjechała lekarka, która zrobiła koszmarną awanturę, że ją oszukują. Na pewno nie umarł pomiędzy 19-20, tylko wcześniej, ona jest lekarzem, ona się zna, na bank umarł sporo przed 18-tą, należało do rodzinnego dzwonić! Ona nie wystawi karty zgonu, bo powinien to zrobić rodzinny!
Nie wystawiła. Zakład pogrzebowy bez tego dokumentu NIE ZABIERZE. Pan Iksiński leżał do rana, aż można było zadzwonić do naszego DPS-owskiego lekarza rodzinnego.
P.S. Pan Iksiński mieszkał w trzyosobowym pokoju. Dziewczyny zapytały jego współlokatorów, czy chcą na noc przejść do innego pokoju (za bardzo to nie było gdzie, ale coś by wykombinowały), stanowczo i zdecydowanie odmówili. Jedyne, co mogły zrobić, to odgrodzić łóżko ze zwłokami parawanem.
Z tego co wiem, nie zostawiono tak tego, ale to już "biuro" robiło piekło o tą sytuację, jaki był efekt końcowy - nie wiem.
nocna_i_świąteczna_opieka_medyczna
Ocena:
121
(123)
Komentarze