Tytuł: Wyprowadzka i... wielkie oczyszczenie (Dzień ślubu, dzień sądu).
Na wstępie – przepraszam, że tak długo czekaliście na kolejną część mojej historii. Obowiązki, codzienność, no i ta nieuchwytna wena… Ale jestem z powrotem i dziś będzie o WYPROWADZCE. A pod koniec odniesienie do wcześniejszych komentarzy i kilka wyjaśnień.
Po naszym „nieszczęsnym” ślubie było już tylko gorzej. Codzienne kłótnie o byle co, pretensje, że ją „omamiłem”, że żałuje tego ślubu ze mną. Wkrótce dowiedziałem się, że mieliśmy mieć dziecko… Niestety (albo – jak niektórzy pisali – stety) ciąża zakończyła się bardzo wcześnie. Jak się okazało, nigdy nie była u lekarza, nie robiła żadnych badań, a przyczyną poronienia były nieleczone zaburzenia hormonalne.
To wydarzenie mocno uderzyło we mnie i moją rodzinę. Zacząłem terapię – psycholog, psychiatra, leki. I te właśnie leki, które miały mi pomóc, paradoksalnie otworzyły mi oczy. Emocje zostały przytłumione, patrzyłem na to wszystko jakby z boku – i w końcu zacząłem dostrzegać, z kim naprawdę żyję.
Wieczne łzy, histerie o nic, obwinianie mnie za wszystko. Zero pasji, żadnego celu w życiu – i oczywiście ja byłem temu winny. Ale przejdźmy do kulminacyjnego momentu.
Majówka.
Piękna pogoda, grill, piwo, rodzina (jej). Sielanka. Aż do momentu, gdy graliśmy z dzieciakami w siatkówkę. Zauważyła, jak układam ręce przy przyjęciu piłki – według niej „źle”. Ja zbyłem to żartem – ona robi to inaczej, luz. Ale nie, musiała drążyć – „Bo ona w liceum chodziła na SKS i wie lepiej!” (choć już sam nie wiem, czy to był SKS, czy może „seks” – tak często o tym wspominała).
W samochodzie, zaledwie 20 minut po zakończeniu rodzinnego grilla, przeszła do ofensywy:
„Dobrze, że dziecko zmarło, bo z takim ch*jem jak ty nie dałoby się go wychować.”
A potem dobiła mnie słowami:
„Po innych ch*jach lepiej się skakało.”
To był koniec. Totalny. Nigdy wcześniej nikt nie zranił mnie w taki sposób. Chodziłem jak struty przez tygodnie, próbując to wszystko sobie poukładać.
Tydzień przed wyprowadzką ona dostawała to „wsparcie” na klubach ze swoją psiapsi. Wróciły o 7 rano do domu. (Ja grzecznie spałem).
Tydzień później dostałem zaproszenie od ludzi z pracy – piwo po pracy, wąskie grono, integracja. Jako że jestem z tych, co piwu i pacierzowi nie odmawiają – zgodziłem się chętnie.
I co się okazało? Że BYŁEM UMÓWIONY Z ŻONĄ.
Na co? Na siedzenie i oglądanie bzdetów w TV. No fajnie. Powiedziałem jej, że wychodzę – zaprosiłem ją też, choć nikt z mojej pracy jej nie lubił. Odmówiła.
„Jak chcesz, to idź” – powiedziała. No to poszedłem.
Wieczór był świetny – śmiech, rozmowy, muzyka, jedzenie.
A przed północą – SMS:
„Zawiodłeś mnie. Tak bardzo potrzebowałam Cię dzisiaj.”
(Tydzień wcześniej klubowała do rana, atmosfera między nami i tak była do dupy, z perspektywy myślę, że po prostu szukała kolejnego problemu, do którego mogła się przyczepić).
Po tej wiadomości spakowała się i wyprowadziła do mamusi.
I się zaczęło… Wiadra emocjonalnego szantażu, dramatyzowanie, obwinianie mnie o wszystko, co się dało.
Dziś, jako zdrowy człowiek, z dystansem patrzę na to wszystko i zadaję sobie jedno pytanie: Jak ja się dałem tak zmanipulować?
Ładna? Średnia.
Bogata? Skąd.
W łóżku? Raczej do spania.
Gotowanie? Wodę przypalała.
Q&A – czyli odniesienie do komentarzy spod poprzedniego wpisu:
Czy wiedziałem, że „coś z nią nie tak”?
Tak, wiedziałem. Ale mój stan psychiczny wtedy… pozwolił mi zignorować wszelkie czerwone flagi.
Co do poprawin:
Było może 30 osób, w tym dużo dzieci. Szwedzki stół, rozmowy, śmiech. Typowa integracja. Ale jak zwykle coś jej nie pasowało.
Zamiast o tym porozmawiać – były łzy, wrzaski, a potem bicie mnie w wynajmowanym mieszkaniu.
A co u mnie teraz?
Minął rok od jej wyprowadzki. Rozwód już za nami – chwała Bogu.
Rozwijam się zawodowo, mam świetnych znajomych, nowych przyjaciół. Ludzie wkoło są mili, rozmowni. Gdziekolwiek nie pójdę – mam wrażenie, że świat otworzył się przede mną na nowo.
Relacje z rodziną znacznie się poprawiły. Czytam, uczę się, inwestuję w siebie.
Mam kobietę, która mnie kocha i szanuje.
Jestem zwyczajnie szczęśliwy. I wiem, że już nigdy nie pozwolę nikomu zniszczyć mojego spokoju.
A co u niej?
Z tego, co wiem – „spokojne życie” u mamusi to chyba nie do końca był jej plan na przyszłość.
Regularnie ucieka z tego rodzinnego domu, w którym miała odnaleźć ciszę, miłość i równowagę.
W praktyce – gdy tylko może, uderza do klubów. Lubi się bawić, towarzystwo raczej zbliżone poziomem – koleżaneczki 30+, nadal mieszkające z mamami, wieczne studentki życia.
Najwyraźniej przypomniały jej się czasy studenckie i wróciła do tego stylu bycia.
No i w porządku – każdy lubi to, co lubi.
Ona ociera się o obcych kolesi w klubach.
Ja buduję dom i rodzinę.
Widocznie – tak miało być.
Jeśli będziecie chcieli – mogę napisać więcej.
Uwierzcie, materiału mam jeszcze sporo.
Na wstępie – przepraszam, że tak długo czekaliście na kolejną część mojej historii. Obowiązki, codzienność, no i ta nieuchwytna wena… Ale jestem z powrotem i dziś będzie o WYPROWADZCE. A pod koniec odniesienie do wcześniejszych komentarzy i kilka wyjaśnień.
Po naszym „nieszczęsnym” ślubie było już tylko gorzej. Codzienne kłótnie o byle co, pretensje, że ją „omamiłem”, że żałuje tego ślubu ze mną. Wkrótce dowiedziałem się, że mieliśmy mieć dziecko… Niestety (albo – jak niektórzy pisali – stety) ciąża zakończyła się bardzo wcześnie. Jak się okazało, nigdy nie była u lekarza, nie robiła żadnych badań, a przyczyną poronienia były nieleczone zaburzenia hormonalne.
To wydarzenie mocno uderzyło we mnie i moją rodzinę. Zacząłem terapię – psycholog, psychiatra, leki. I te właśnie leki, które miały mi pomóc, paradoksalnie otworzyły mi oczy. Emocje zostały przytłumione, patrzyłem na to wszystko jakby z boku – i w końcu zacząłem dostrzegać, z kim naprawdę żyję.
Wieczne łzy, histerie o nic, obwinianie mnie za wszystko. Zero pasji, żadnego celu w życiu – i oczywiście ja byłem temu winny. Ale przejdźmy do kulminacyjnego momentu.
Majówka.
Piękna pogoda, grill, piwo, rodzina (jej). Sielanka. Aż do momentu, gdy graliśmy z dzieciakami w siatkówkę. Zauważyła, jak układam ręce przy przyjęciu piłki – według niej „źle”. Ja zbyłem to żartem – ona robi to inaczej, luz. Ale nie, musiała drążyć – „Bo ona w liceum chodziła na SKS i wie lepiej!” (choć już sam nie wiem, czy to był SKS, czy może „seks” – tak często o tym wspominała).
W samochodzie, zaledwie 20 minut po zakończeniu rodzinnego grilla, przeszła do ofensywy:
„Dobrze, że dziecko zmarło, bo z takim ch*jem jak ty nie dałoby się go wychować.”
A potem dobiła mnie słowami:
„Po innych ch*jach lepiej się skakało.”
To był koniec. Totalny. Nigdy wcześniej nikt nie zranił mnie w taki sposób. Chodziłem jak struty przez tygodnie, próbując to wszystko sobie poukładać.
Tydzień przed wyprowadzką ona dostawała to „wsparcie” na klubach ze swoją psiapsi. Wróciły o 7 rano do domu. (Ja grzecznie spałem).
Tydzień później dostałem zaproszenie od ludzi z pracy – piwo po pracy, wąskie grono, integracja. Jako że jestem z tych, co piwu i pacierzowi nie odmawiają – zgodziłem się chętnie.
I co się okazało? Że BYŁEM UMÓWIONY Z ŻONĄ.
Na co? Na siedzenie i oglądanie bzdetów w TV. No fajnie. Powiedziałem jej, że wychodzę – zaprosiłem ją też, choć nikt z mojej pracy jej nie lubił. Odmówiła.
„Jak chcesz, to idź” – powiedziała. No to poszedłem.
Wieczór był świetny – śmiech, rozmowy, muzyka, jedzenie.
A przed północą – SMS:
„Zawiodłeś mnie. Tak bardzo potrzebowałam Cię dzisiaj.”
(Tydzień wcześniej klubowała do rana, atmosfera między nami i tak była do dupy, z perspektywy myślę, że po prostu szukała kolejnego problemu, do którego mogła się przyczepić).
Po tej wiadomości spakowała się i wyprowadziła do mamusi.
I się zaczęło… Wiadra emocjonalnego szantażu, dramatyzowanie, obwinianie mnie o wszystko, co się dało.
Dziś, jako zdrowy człowiek, z dystansem patrzę na to wszystko i zadaję sobie jedno pytanie: Jak ja się dałem tak zmanipulować?
Ładna? Średnia.
Bogata? Skąd.
W łóżku? Raczej do spania.
Gotowanie? Wodę przypalała.
Q&A – czyli odniesienie do komentarzy spod poprzedniego wpisu:
Czy wiedziałem, że „coś z nią nie tak”?
Tak, wiedziałem. Ale mój stan psychiczny wtedy… pozwolił mi zignorować wszelkie czerwone flagi.
Co do poprawin:
Było może 30 osób, w tym dużo dzieci. Szwedzki stół, rozmowy, śmiech. Typowa integracja. Ale jak zwykle coś jej nie pasowało.
Zamiast o tym porozmawiać – były łzy, wrzaski, a potem bicie mnie w wynajmowanym mieszkaniu.
A co u mnie teraz?
Minął rok od jej wyprowadzki. Rozwód już za nami – chwała Bogu.
Rozwijam się zawodowo, mam świetnych znajomych, nowych przyjaciół. Ludzie wkoło są mili, rozmowni. Gdziekolwiek nie pójdę – mam wrażenie, że świat otworzył się przede mną na nowo.
Relacje z rodziną znacznie się poprawiły. Czytam, uczę się, inwestuję w siebie.
Mam kobietę, która mnie kocha i szanuje.
Jestem zwyczajnie szczęśliwy. I wiem, że już nigdy nie pozwolę nikomu zniszczyć mojego spokoju.
A co u niej?
Z tego, co wiem – „spokojne życie” u mamusi to chyba nie do końca był jej plan na przyszłość.
Regularnie ucieka z tego rodzinnego domu, w którym miała odnaleźć ciszę, miłość i równowagę.
W praktyce – gdy tylko może, uderza do klubów. Lubi się bawić, towarzystwo raczej zbliżone poziomem – koleżaneczki 30+, nadal mieszkające z mamami, wieczne studentki życia.
Najwyraźniej przypomniały jej się czasy studenckie i wróciła do tego stylu bycia.
No i w porządku – każdy lubi to, co lubi.
Ona ociera się o obcych kolesi w klubach.
Ja buduję dom i rodzinę.
Widocznie – tak miało być.
Jeśli będziecie chcieli – mogę napisać więcej.
Uwierzcie, materiału mam jeszcze sporo.
zycie
Ocena:
168
(188)
UbiMan
Komentarze