Z niedawnej wypowiedzi pana Wolińskiego na temat kobiet karmiących dzieci piersią w restauracji wywiązała się cała dyskusja na temat obecności dzieci w miejscach publicznych.
Jestem ciekawa Waszego zdania, ponieważ ja uważam, że pewnemu oporowi społecznemu przeciwko dzieciom, jaki można zaobserwować, winni są w 100% rodzice. Niektórzy rodzice.
Przykłady?
Jeśli w samolocie płacze małe dziecko, a rodzic próbuje go ululać - no cóż, dziecko to dziecko, płacze bo mówić nie potrafi, czy jest to przyjemne? Nie. Czy jest to zrozumiałe? Jak najbardziej.
Ale jeśli w tym samym samolocie na oko 2-3 latek skacze po siedzeniu, kopie w tył siedzenia, przechyla się nad nim próbując chwytać włosy pasażera przed i wszystkie potrzeby typu "pić" "siku" "bajęęę chcęęęęę" komunikuje krzykiem, wręcz wrzaskiem - a podróżująca z nim mama absolutnie na nic nie zwraca uwagi (no może poza tym "siku"), nie upomina go, w zasadzie całkowicie ignoruje jego zachowanie ze słuchawkami na uszach i telefonem... to trudno mieć pretensje do pasażerów, że nie są zachwyceni.
Inna sytuacja - restauracja. Czworo dorosłych przy stoliku i dziecko, na oko jakieś 5 lat, biega po całym lokalu, wsuwa się pod stoliki innych gości, biega pomiędzy nogami kelnerów (noszącymi gorące posiłki, napoje...), dorośli sami z siebie zupełnie ni reagują, jakby dzieciak nie istniał/nie był ich, po kilkukrotnych prośbach z strony kelnera (ze strony kelnera i na prośbę innych gości, prośbach wyrażonych w naprawdę uprzejmy sposób) wstają od stolika z wielkim oburzeniem, że nie czują się w lokalu mile widziani i że lokal nie jest przyjazny dzieciom.
I niestety, takie właśnie sytuacje, nawet jak nie są większością - kształtują bardzo negatywny obraz dzieci w przestrzeni publicznej...
I niby nie powinno się osądzać stereotypowo, ale jak np. w restauracji jest jedna taka sytuacja, druga, trzecia, to jakoś mnie nie dziwi, że się pojawiają lokale z przekreślonym dzieckiem.
Niestety, cierpią na tym też dzieci mające normalnych rodziców.
Jestem ciekawa Waszego zdania, ponieważ ja uważam, że pewnemu oporowi społecznemu przeciwko dzieciom, jaki można zaobserwować, winni są w 100% rodzice. Niektórzy rodzice.
Przykłady?
Jeśli w samolocie płacze małe dziecko, a rodzic próbuje go ululać - no cóż, dziecko to dziecko, płacze bo mówić nie potrafi, czy jest to przyjemne? Nie. Czy jest to zrozumiałe? Jak najbardziej.
Ale jeśli w tym samym samolocie na oko 2-3 latek skacze po siedzeniu, kopie w tył siedzenia, przechyla się nad nim próbując chwytać włosy pasażera przed i wszystkie potrzeby typu "pić" "siku" "bajęęę chcęęęęę" komunikuje krzykiem, wręcz wrzaskiem - a podróżująca z nim mama absolutnie na nic nie zwraca uwagi (no może poza tym "siku"), nie upomina go, w zasadzie całkowicie ignoruje jego zachowanie ze słuchawkami na uszach i telefonem... to trudno mieć pretensje do pasażerów, że nie są zachwyceni.
Inna sytuacja - restauracja. Czworo dorosłych przy stoliku i dziecko, na oko jakieś 5 lat, biega po całym lokalu, wsuwa się pod stoliki innych gości, biega pomiędzy nogami kelnerów (noszącymi gorące posiłki, napoje...), dorośli sami z siebie zupełnie ni reagują, jakby dzieciak nie istniał/nie był ich, po kilkukrotnych prośbach z strony kelnera (ze strony kelnera i na prośbę innych gości, prośbach wyrażonych w naprawdę uprzejmy sposób) wstają od stolika z wielkim oburzeniem, że nie czują się w lokalu mile widziani i że lokal nie jest przyjazny dzieciom.
I niestety, takie właśnie sytuacje, nawet jak nie są większością - kształtują bardzo negatywny obraz dzieci w przestrzeni publicznej...
I niby nie powinno się osądzać stereotypowo, ale jak np. w restauracji jest jedna taka sytuacja, druga, trzecia, to jakoś mnie nie dziwi, że się pojawiają lokale z przekreślonym dzieckiem.
Niestety, cierpią na tym też dzieci mające normalnych rodziców.
dzieci samolot restauracja
Ocena:
119
(129)
marcelka
Komentarze