Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#92282

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dobra, musze to z siebie wyrzucić, bo mnie szlag trafi. Otóż właśnie wróciłam z dwudniowej wycieczki. Nie, nie w ramach przyjemności czy wypoczynku, pojechałam jako asystent osoby niepełnosprawnej na wycieczkę dla grupy w/w osób. Z panią (powiedzmy) Aurelia Piekielną.

Pani Piekielna jest hm... trudną osobą. Kiedy zaproponowano mi zostanie jej asystentką, po pierwszej rozmowie telefonicznej z nią zdałam sobie sprawę, że bezczelnie wciskają mi tzw. "zgniłe jajo" i że praca z nią będzie wymagała ode mnie dużo cierpliwości. Dlaczego się zgodziłam? No cóż, naprawdę lubię pracę z osobami starszymi i niepełnosprawnymi, mam zrozumienie dla ich różnych "jazd i odpałów", a poza tym fakt, że ktoś jest upie*dliwy i wredny, nie wyklucza faktu, że potrzebuje pomocy.

Współpraca z panią Piekielną układała się, no powiedzmy zadowalająco, udało mi się jej nie zamordować, a ona też nie skarżyła się na mnie. Sukces! Aha, wcześniej trzy asystentki zrezygnowały ze współpracy z panią Piekielną, wręcz histerycznie zarzekając się, że "nigdy więcej"!

Wycieczka. Dwudniowa - dwa dni zwiedzania, jeden nocleg. Ja się skupię na przedmiotach martwych. Otóż przyjeżdżając po panią Piekielną zostałam uświadomiona, że do zabrania (czytaj - dostarczenia na miejsce zbiórki) jest:

Torba z prowiantem - no oki, pierwszy dzień to dojazd, potem zwiedzanie, obiadokolacja ok. 19.00, rozumiem, że trzeba wziąć coś do zjedzenia. Ale torba z Biedronki (ta duża), wyładowana na full i ważąca na pewno powyżej 10 kg??? Nie wiem, co tam miała, dwa razy wyciągnęła z niej kanapki, kilka razy termos z kawą. Co stanowiło resztę zawartości? Nie wiem, nie wnikam, może rodowa zastawa, którą wyciągnęła już w pokoju hotelowym, kiedy ja zasnęłam, a ona chciała sobie zjeść jak człowiek na porcelanie i srebrnymi sztućcami.

Walizka. Nie duża, nie kabinowa, ten średni rozmiar walizki. Na JEDEN nocleg. Kurczę, ja wzięłam coś do spania, bieliznę i bluzkę na zmianę, zmieściło mi się to do torebki. No dobra, torebki noszę dużych rozmiarów, po wyciagnięciu z niej miliona rzeczy, które nie wiadomo kiedy się w niej "zagnieździły", spokojnie się do niej spakowałam i nawet bardzo wypchana nie była. Pani Piekielna wzięła WALIZKĘ.

Hit z walizką. Rano - proszę ją znieść na dół. Spoko, zniosłam, załadowałam do taksówki, potem załadowałam do autokaru. Raptem widziałam tę walizkę przez parę minut. Po dotarciu do hotelu - "pani Xynthio, gdzie moja walizka???". Wskazuję grzecznie jedyną pozostałą walizkę (tak, pozostali "wycieczkowicze" już podążyli ze swoim bagażem do recepcji). "To nie moja!".

Nie chce już mi się opisywać, mimo że scena była epicka. Pani Piekielna nie rozpoznała własnej walizki (tak, to była jej), ale to JA zostałam opieprzona za to, że nie dopilnowałam walizki. To JA, po kilkuminutowym kontakcie z ową walizką o 5 rano, powinnam ją rozpoznać zawsze i wszędzie. Jakby ktoś był ciekaw, nie, "nie zdzierżyłam", warknęłam i postawiłam się, wymagając otworzenia walizki i sprawdzenia zawartości - "ojej, to moje rzeczy".

I drobiazg, który jednak najbardziej mnie wkurzał. Parasol. Duży, nie ten automatyczny, składany, tylko typu "laska". Owszem, jak wyjeżdżaliśmy, to padało. Potem pogoda się poprawiła i parasol nie okazał się potrzebny, co nie zmieniało faktu, że należało go brać ze sobą i nosić. Wróć - to JA go miałam nosić. "Szczyt szczytów" nastąpił, kiedy dostałam polecenie zaopiekowania się parasolem w momencie, kiedy przy słonecznej pogodzie szliśmy z autokaru do kościoła na mszę (mniej niż 5 minut piechotą), bo "potem może padać".

Pomijam fakt prawie histerycznej reakcji na propozycję choćby uchylenia okna w naszym wspólnym pokoju hotelowym oraz nastawienia na full telewizora na całą noc - byłam tak wykończona, że zasnęłam mimo to.

Lubię moją pracę. Ale nie zawsze.

wycieczka

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (170)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…