Historia dodana przez alimenciara i komentarze skojarzyły mi się z sytuacją mojej znajomej, nazwijmy ją Kasia.
Kasia była z Adamem w związku ponad 10 lat, z czego połowa jako małżeństwo. Nigdy nie byli zbyt dobraną parą (to moja opinia), no ale byli parą, ich decyzje, ich wybory.
W chwili rozwodu mieli dwójkę dzieci, syn lat 8 i roczniak.
Starszy syn był bardzo z ojcem związany. Podział obowiązków u nich była raczej stereotypowy dla polskich domów - on pracował, ona pracowała, ale ona też ogarniała obiady, szkołę, lekarzy itd., ale on z synem czasu też sporo spędzał, na typowo "męskich" rozrywkach, jakieś klocki, potem wędki, wyprawy na grzyby, weekendy przy dłubaniu przy samochodzie czy jakimś majsterkowaniu - a młody to uwielbiał.
Szczegóły rozwodu nieistotne, ogólnie miło nie było, ale też jakoś w miarę sprawnie i bez większych dram. Dzieci - opieka powierzona matce, on prawo do kontaktów, oboje tak chcieli (w sensie on się nie starał o opiekę naprzemienną ani o to, żeby dzieci z nim mieszkały).
Ona była z tym ok, rozwód rozwodem, ale zależało jej, żeby dzieci miały kontakt z ojcem.
No ale pojawiły się takie sytuacje.
Np. plany na weekend. Adam zabiera starszego syna, mają gdzieś wędkować - ale pada deszcz, Adam pisze, że w takim razie w tę pogodę nieaktualne. Nie proponuje żadnej alternatywy w stylu kino, czy po prostu żeby młody przyjechał do niego, na jej propozycję stwierdza, że w kinie to nic nie grają ciekawego i on nie ma kasy na kino, a w mieszkaniu to co będą robić.
Np. miał przyjechać po południu zabrać młodego, pomajsterkować razem, Kasia też już miała plany, młodsze dziecko pod opiekę babci - ale Adama nie ma. Pół godziny, godzina, wreszcie sms "Sorki, coś mi wypadło, następnym razem".
Np. nie było ustalonego nic wspólnie, Kasia miała zaplanowane jakieś spotkanie rodzinne, oczywiście z dziećmi. Nagle przyjeżdża Adam, bo on akurat ma czas, to pomyślał, że weźmie młodego. No fajnie, ale czemu nie dał znać, nawet z pół godziny wcześniej?
Takich sytuacji, odwołanych spotkań, albo "młody, to ja cię odstawię wcześniej do domu, bo kumple mi piszą, że się dobry skład na piwo szykuje" było więcej i więcej.
A młody czekał tych spotkań z ojcem jak na Mikołaja. I za każdym razem, gdy plany się zmieniały, strasznie to przeżywał. Oczywiście obrywało się też Kasi, bo "czemu nic nie zrobiłaś, żeby tata się nie wyprowadził" i tego typu akcje. Ale zaczął chodzić na zajęcia dodatkowe, poznał nowych kolegów, z którymi się zaprzyjaźnił, i po jakimś czasie, jak miał do wyboru sobotę z ojcem, który się pojawi albo nie, to wolał na cały dzień iść do kolegi, albo spędzić czas na zajęciach.
I jak na to zareagował Adam? Oczywiście, że to wina Kasi. Że ona nastawia syna przeciwko niemu. Że ona nie chce, żeby on z nim spędzał czas, więc specjalnie (!) znalazła takie zajęcia, które są w soboty, nawet miał fochy do młodego, rzucając do niego kilka razy "oo, to teraz wolisz kolegów niż własnego ojca, tak?" - co nie tylko jest absolutnie niewłaściwym tekstem do dziecka, ale i szczytem hipokryzji, dzieciak mógłby odpowiedzieć "hej, tak jak ty wolałeś piwo z kumplami od własnego syna".
Kolejnym etapem była, a jakże, wojna o alimenty. Bo Adam obrażony wielce na Kasię, stwierdził, że on płacił nie będzie. Posunął się do tego stopnia, że w pracy poprosił o umowę na jakąś 1/16 czy 1/8 etatu, a reszta pod stołem, żeby dochodu nie wykazywać.
O to sprawa trwa, nie wiem jak się skończy.
Kasia była z Adamem w związku ponad 10 lat, z czego połowa jako małżeństwo. Nigdy nie byli zbyt dobraną parą (to moja opinia), no ale byli parą, ich decyzje, ich wybory.
W chwili rozwodu mieli dwójkę dzieci, syn lat 8 i roczniak.
Starszy syn był bardzo z ojcem związany. Podział obowiązków u nich była raczej stereotypowy dla polskich domów - on pracował, ona pracowała, ale ona też ogarniała obiady, szkołę, lekarzy itd., ale on z synem czasu też sporo spędzał, na typowo "męskich" rozrywkach, jakieś klocki, potem wędki, wyprawy na grzyby, weekendy przy dłubaniu przy samochodzie czy jakimś majsterkowaniu - a młody to uwielbiał.
Szczegóły rozwodu nieistotne, ogólnie miło nie było, ale też jakoś w miarę sprawnie i bez większych dram. Dzieci - opieka powierzona matce, on prawo do kontaktów, oboje tak chcieli (w sensie on się nie starał o opiekę naprzemienną ani o to, żeby dzieci z nim mieszkały).
Ona była z tym ok, rozwód rozwodem, ale zależało jej, żeby dzieci miały kontakt z ojcem.
No ale pojawiły się takie sytuacje.
Np. plany na weekend. Adam zabiera starszego syna, mają gdzieś wędkować - ale pada deszcz, Adam pisze, że w takim razie w tę pogodę nieaktualne. Nie proponuje żadnej alternatywy w stylu kino, czy po prostu żeby młody przyjechał do niego, na jej propozycję stwierdza, że w kinie to nic nie grają ciekawego i on nie ma kasy na kino, a w mieszkaniu to co będą robić.
Np. miał przyjechać po południu zabrać młodego, pomajsterkować razem, Kasia też już miała plany, młodsze dziecko pod opiekę babci - ale Adama nie ma. Pół godziny, godzina, wreszcie sms "Sorki, coś mi wypadło, następnym razem".
Np. nie było ustalonego nic wspólnie, Kasia miała zaplanowane jakieś spotkanie rodzinne, oczywiście z dziećmi. Nagle przyjeżdża Adam, bo on akurat ma czas, to pomyślał, że weźmie młodego. No fajnie, ale czemu nie dał znać, nawet z pół godziny wcześniej?
Takich sytuacji, odwołanych spotkań, albo "młody, to ja cię odstawię wcześniej do domu, bo kumple mi piszą, że się dobry skład na piwo szykuje" było więcej i więcej.
A młody czekał tych spotkań z ojcem jak na Mikołaja. I za każdym razem, gdy plany się zmieniały, strasznie to przeżywał. Oczywiście obrywało się też Kasi, bo "czemu nic nie zrobiłaś, żeby tata się nie wyprowadził" i tego typu akcje. Ale zaczął chodzić na zajęcia dodatkowe, poznał nowych kolegów, z którymi się zaprzyjaźnił, i po jakimś czasie, jak miał do wyboru sobotę z ojcem, który się pojawi albo nie, to wolał na cały dzień iść do kolegi, albo spędzić czas na zajęciach.
I jak na to zareagował Adam? Oczywiście, że to wina Kasi. Że ona nastawia syna przeciwko niemu. Że ona nie chce, żeby on z nim spędzał czas, więc specjalnie (!) znalazła takie zajęcia, które są w soboty, nawet miał fochy do młodego, rzucając do niego kilka razy "oo, to teraz wolisz kolegów niż własnego ojca, tak?" - co nie tylko jest absolutnie niewłaściwym tekstem do dziecka, ale i szczytem hipokryzji, dzieciak mógłby odpowiedzieć "hej, tak jak ty wolałeś piwo z kumplami od własnego syna".
Kolejnym etapem była, a jakże, wojna o alimenty. Bo Adam obrażony wielce na Kasię, stwierdził, że on płacił nie będzie. Posunął się do tego stopnia, że w pracy poprosił o umowę na jakąś 1/16 czy 1/8 etatu, a reszta pod stołem, żeby dochodu nie wykazywać.
O to sprawa trwa, nie wiem jak się skończy.
alimenty ojciec syn matka rozwod
Ocena:
143
(155)
marcelka
Komentarze