Dzisiaj znowu o pracy.
W którejś z wcześniejszych historii pisałem, że prowadzę serwisy pewnego typu maszyn we Francji. W związku z tym, że mam tam umowę, to w umowie mam także pogotowie i w ciągu 72 godzin od zgłoszenia muszę się pojawić na obiekcie. Dodatkowo w sprawie serwisu czy przyjazdu interwencyjnego kontaktuje się ze mną jedna osoba (komunikuję się płynnie w języku angielskim), która weryfikuje to zgłoszenie w pierwszej kolejności, żeby firmy nie narażać na koszty.
Będąc na urlopie (dosłownie końcówka na szczęście), dostaję telefon od Pani z Francji która krzyczy mi do słuchawki po francusku (tego języka niestety nie znam) i w tle słyszę alarm. Próbuję się przebić przez ten słowotok prosząc o zmianę języka, jednak Pani nic sobie z tego nie robi i dalej mówi coś po swojemu. W między czasie odpalam telefon żony z translatorem i mniej więcej tłumaczę co kobieta ma na myśli. Dodatkowo staram się przez translator z nią się porozumieć. Udało mi się jako tako wskazać, że muszę najpierw skontaktować się z inną osobą która zlecenie przyjazdu interwencyjnego mi wystawi i dodatkowo wyłączyliśmy ten nieszczęsny alarm który zagłuszał naszą konwersację. Wypytałem także kobietę czy widzi co się stało, co może być przyczyną. Odpowiedziała że ona nie wie i nic nie widzi.
Skontaktowałem się z osobą z którą takie rzeczy omawiam, okazało się, że ona także jest na urlopie i sprawę przejmie jeden z jego podwładnych, jednak zaznaczył, że słabo rozmawia po angielsku. Jakoś udało nam się porozumieć mejlowo, on po francusku ja przez translator też po francusku. Dostałem zlecenie wyjazdu.
Na miejscu byłem po około 40 godzinach, schodzę do maszyny i stwierdzam brak zasilania. Podchodzę do szafki z bezpiecznikami i podnoszę "hebel", maszyna się uruchomiła, zresetowałem centralę alarmową, na której także pisało "brak zasilania - błąd krytyczny".
Na obiekcie byłem pół godziny. W podróży w tą i nazad ponad 40 godzin. Klient za wszystko zapłaci. No i mam jeszcze jedną historie z tej podróży ale to następnym razem.
W którejś z wcześniejszych historii pisałem, że prowadzę serwisy pewnego typu maszyn we Francji. W związku z tym, że mam tam umowę, to w umowie mam także pogotowie i w ciągu 72 godzin od zgłoszenia muszę się pojawić na obiekcie. Dodatkowo w sprawie serwisu czy przyjazdu interwencyjnego kontaktuje się ze mną jedna osoba (komunikuję się płynnie w języku angielskim), która weryfikuje to zgłoszenie w pierwszej kolejności, żeby firmy nie narażać na koszty.
Będąc na urlopie (dosłownie końcówka na szczęście), dostaję telefon od Pani z Francji która krzyczy mi do słuchawki po francusku (tego języka niestety nie znam) i w tle słyszę alarm. Próbuję się przebić przez ten słowotok prosząc o zmianę języka, jednak Pani nic sobie z tego nie robi i dalej mówi coś po swojemu. W między czasie odpalam telefon żony z translatorem i mniej więcej tłumaczę co kobieta ma na myśli. Dodatkowo staram się przez translator z nią się porozumieć. Udało mi się jako tako wskazać, że muszę najpierw skontaktować się z inną osobą która zlecenie przyjazdu interwencyjnego mi wystawi i dodatkowo wyłączyliśmy ten nieszczęsny alarm który zagłuszał naszą konwersację. Wypytałem także kobietę czy widzi co się stało, co może być przyczyną. Odpowiedziała że ona nie wie i nic nie widzi.
Skontaktowałem się z osobą z którą takie rzeczy omawiam, okazało się, że ona także jest na urlopie i sprawę przejmie jeden z jego podwładnych, jednak zaznaczył, że słabo rozmawia po angielsku. Jakoś udało nam się porozumieć mejlowo, on po francusku ja przez translator też po francusku. Dostałem zlecenie wyjazdu.
Na miejscu byłem po około 40 godzinach, schodzę do maszyny i stwierdzam brak zasilania. Podchodzę do szafki z bezpiecznikami i podnoszę "hebel", maszyna się uruchomiła, zresetowałem centralę alarmową, na której także pisało "brak zasilania - błąd krytyczny".
Na obiekcie byłem pół godziny. W podróży w tą i nazad ponad 40 godzin. Klient za wszystko zapłaci. No i mam jeszcze jedną historie z tej podróży ale to następnym razem.
Praca
Ocena:
162
(170)
Nyord
Komentarze