Historia użytkownika prabula przypomniała mi identyczną sytuację, jaką miałam ok. 15 lat temu, tylko odwrotnie - nie decyzja, zaświadczenie!
Krótkie wprowadzenie. Zaraz po urodzeniu Młodej byłam w naprawdę bardzo kiepskiej (żeby nie powiedzieć tragicznej) sytuacji finansowej, owszem, pracowałam prawie do końca ciąży, ale na umowę-zlecenie. Czyli - pieniędzy niet, a przede wszystkim ubezpieczenia też niet. Oczywiście, wybierałam się do Urzędu Pracy, ale wcześniej ktoś (serio, nawet nie wiem kto) zgłosił mnie do MOPS-u w celu zapewnienia mi jakiejś pomocy, co o dziwo się udało. Na moje plany zarejestrowania się w UP pani pracownik socjalna zapytała, jak zamierzam podjąć pracę parę dni po cesarce i z noworodkiem "u piersi"? Uświadomiła mnie, że zarejestrowanie się w UP oznacza GOTOWOŚĆ do podjęcia pracy. Teraz. Nie "za jakiś czas".
Nie zrobiła tego, żeby mnie zdołować, bo na moja rozpaczliwe pytanie "a co z ubezpieczeniem???" odparła, że MOPS mnie ubezpieczy (dziecko też). Nawet nie wiedziałam, że jest taka możliwość, owszem jest (a przynajmniej była te 15 lat temu), w pewnych szczególnych przypadkach MOPS może opłacać ubezpieczenie zdrowotne. Decyzja została wydana dosłownie po kilku dniach, miałam ubezpieczenie swoje i dziecka, oczywiście "papierową" wersję tejże decyzji dostałam.
Druga ważna kwestia - wówczas najważniejszym dokumentem potwierdzającym ubezpieczenie była tzw. "karta NFZ". Obowiązywała tylko na terenie kilku województw, w tym mojego i bez niej NIC się nie załatwiło (w sensie medycznym). Żaden dowód, żaden nr PESEL, żadna umowa o pracę czy cokolwiek - karta NFZ to było to, co dzierżyłeś w dłoni przy wizycie u lekarza i grzecznie podawałeś pani w rejestracji, zanim w ogóle zaczęła z tobą gadać na zasadzie "dobra, co chciał?".
No więc uzbrojona we wszystkie możliwe dokumenty poszłam sobie do oddziału NFZ "wyrobić" ową kartę Młodej. Wypełniłam druczki, dałam wszystkie potrzebne papierki, pani przegląda i...
- Ale z tego nie wynika, że dziecko jest ubezpieczone!
Biorąc pod uwagę, że pani właśnie miała w rękach i studiowała dokument zatytułowany "decyzja przyznająca ubezpieczenie zdrowotne" (czy jakoś tak, sorry, po tylu latach nie pamiętam dokładnie), w którym wyraźnie było wyszczególnione, że ubezpieczeniem zdrowotnym jestem objęta ja i Młoda od dnia jakiegoś tam do chyba "bezterminowo", to z lekka zgłupiałam.
- Jak to nie, przecież tam właśnie jest napisane, że...
- No widzę, widzę, ale to oznacza, że dziecko może bezpłatnie korzystać ze świadczeń zdrowotnych, a nie, że jest ubezpieczone!
No tak jak poprzednio z lekka zgłupiałam, to teraz zbaraniałam całkowicie, w ogóle nie rozumiałam, co ta pani do mnie mówi. Być może jest jakaś różnica miedzy ubezpieczeniem a możliwością bezpłatnego korzystania ze świadczeń zdrowotnych (do tej pory tego nie wiem), ale to była decyzja obejmująca ubezpieczeniem zdrowotnym mnie i dziecko. W samym tytule były słowa "ubezpieczenie zdrowotne".
Pani obracała tę decyzję w rękach z miną, jakby to był zużyty papier toaletowy, na mnie patrzyła niewiele lepiej, westchnęła rozdzierająco i spytała:
- A pani mąż nie może ubezpieczyć dziecka?
Oj, to był zły tekst. Gdyby ton głosu mógł obniżać temperaturę, to po mojej odpowiedzi wszyscy by spie*rzali na lodowiec, bo tam cieplej.
- NIE jest moim mężem. I NIE, nie może ubezpieczyć dziecka.
No dobra, temperatury w pomieszczeniu nie obniżyłam, ale spowodowałam to, że pani z okienka obok (właśnie skończyła obsługiwać jakąś osobę) podeszła do nas pytając, o co chodzi. Ponieważ pani obsługująca mnie jako pierwszą odpowiedź wydała z siebie pogardliwe prychnięcie, po którym zapewne miał nastąpić dłuższy elaborat, bezczelnie się "wcięłam" i krótko opisałam problem (do dziś jestem pełna podziwu dla siebie, że mimo maksymalnego już wkurzenia zrobiłam to krótko, konkretnie i zrozumiale).
Pani nr 2 szybko i sprawnie przejrzała papiery, po czym zwróciła się do mnie:
- Wie pani co, wszystko się zgadza. Tylko że... No, my potrzebujemy zaświadczenie o objęciu ubezpieczeniem zdrowotnym, nie decyzję.
Ponieważ pani naprawdę była miła i widać było, że z całej siły chce pomóc, więc policzyłam do dziesięciu, zanim zapytałam (nie złośliwie, po prostu w celu upewnienia się):
- Czyli rozumiem, że mam wam przynieść świstek, na którym będą dokładnie te same informacje, co na tym, tylko po prostu on ma być zatytułowany "zaświadczenie", a nie "decyzja"?
- No... No tak...
Doniosłam. Kartę NFZ dla Młodej dostałam. I dostałam małą lekcję, że ważniejszy jest tytuł dokumentu, niż jego treść.
Krótkie wprowadzenie. Zaraz po urodzeniu Młodej byłam w naprawdę bardzo kiepskiej (żeby nie powiedzieć tragicznej) sytuacji finansowej, owszem, pracowałam prawie do końca ciąży, ale na umowę-zlecenie. Czyli - pieniędzy niet, a przede wszystkim ubezpieczenia też niet. Oczywiście, wybierałam się do Urzędu Pracy, ale wcześniej ktoś (serio, nawet nie wiem kto) zgłosił mnie do MOPS-u w celu zapewnienia mi jakiejś pomocy, co o dziwo się udało. Na moje plany zarejestrowania się w UP pani pracownik socjalna zapytała, jak zamierzam podjąć pracę parę dni po cesarce i z noworodkiem "u piersi"? Uświadomiła mnie, że zarejestrowanie się w UP oznacza GOTOWOŚĆ do podjęcia pracy. Teraz. Nie "za jakiś czas".
Nie zrobiła tego, żeby mnie zdołować, bo na moja rozpaczliwe pytanie "a co z ubezpieczeniem???" odparła, że MOPS mnie ubezpieczy (dziecko też). Nawet nie wiedziałam, że jest taka możliwość, owszem jest (a przynajmniej była te 15 lat temu), w pewnych szczególnych przypadkach MOPS może opłacać ubezpieczenie zdrowotne. Decyzja została wydana dosłownie po kilku dniach, miałam ubezpieczenie swoje i dziecka, oczywiście "papierową" wersję tejże decyzji dostałam.
Druga ważna kwestia - wówczas najważniejszym dokumentem potwierdzającym ubezpieczenie była tzw. "karta NFZ". Obowiązywała tylko na terenie kilku województw, w tym mojego i bez niej NIC się nie załatwiło (w sensie medycznym). Żaden dowód, żaden nr PESEL, żadna umowa o pracę czy cokolwiek - karta NFZ to było to, co dzierżyłeś w dłoni przy wizycie u lekarza i grzecznie podawałeś pani w rejestracji, zanim w ogóle zaczęła z tobą gadać na zasadzie "dobra, co chciał?".
No więc uzbrojona we wszystkie możliwe dokumenty poszłam sobie do oddziału NFZ "wyrobić" ową kartę Młodej. Wypełniłam druczki, dałam wszystkie potrzebne papierki, pani przegląda i...
- Ale z tego nie wynika, że dziecko jest ubezpieczone!
Biorąc pod uwagę, że pani właśnie miała w rękach i studiowała dokument zatytułowany "decyzja przyznająca ubezpieczenie zdrowotne" (czy jakoś tak, sorry, po tylu latach nie pamiętam dokładnie), w którym wyraźnie było wyszczególnione, że ubezpieczeniem zdrowotnym jestem objęta ja i Młoda od dnia jakiegoś tam do chyba "bezterminowo", to z lekka zgłupiałam.
- Jak to nie, przecież tam właśnie jest napisane, że...
- No widzę, widzę, ale to oznacza, że dziecko może bezpłatnie korzystać ze świadczeń zdrowotnych, a nie, że jest ubezpieczone!
No tak jak poprzednio z lekka zgłupiałam, to teraz zbaraniałam całkowicie, w ogóle nie rozumiałam, co ta pani do mnie mówi. Być może jest jakaś różnica miedzy ubezpieczeniem a możliwością bezpłatnego korzystania ze świadczeń zdrowotnych (do tej pory tego nie wiem), ale to była decyzja obejmująca ubezpieczeniem zdrowotnym mnie i dziecko. W samym tytule były słowa "ubezpieczenie zdrowotne".
Pani obracała tę decyzję w rękach z miną, jakby to był zużyty papier toaletowy, na mnie patrzyła niewiele lepiej, westchnęła rozdzierająco i spytała:
- A pani mąż nie może ubezpieczyć dziecka?
Oj, to był zły tekst. Gdyby ton głosu mógł obniżać temperaturę, to po mojej odpowiedzi wszyscy by spie*rzali na lodowiec, bo tam cieplej.
- NIE jest moim mężem. I NIE, nie może ubezpieczyć dziecka.
No dobra, temperatury w pomieszczeniu nie obniżyłam, ale spowodowałam to, że pani z okienka obok (właśnie skończyła obsługiwać jakąś osobę) podeszła do nas pytając, o co chodzi. Ponieważ pani obsługująca mnie jako pierwszą odpowiedź wydała z siebie pogardliwe prychnięcie, po którym zapewne miał nastąpić dłuższy elaborat, bezczelnie się "wcięłam" i krótko opisałam problem (do dziś jestem pełna podziwu dla siebie, że mimo maksymalnego już wkurzenia zrobiłam to krótko, konkretnie i zrozumiale).
Pani nr 2 szybko i sprawnie przejrzała papiery, po czym zwróciła się do mnie:
- Wie pani co, wszystko się zgadza. Tylko że... No, my potrzebujemy zaświadczenie o objęciu ubezpieczeniem zdrowotnym, nie decyzję.
Ponieważ pani naprawdę była miła i widać było, że z całej siły chce pomóc, więc policzyłam do dziesięciu, zanim zapytałam (nie złośliwie, po prostu w celu upewnienia się):
- Czyli rozumiem, że mam wam przynieść świstek, na którym będą dokładnie te same informacje, co na tym, tylko po prostu on ma być zatytułowany "zaświadczenie", a nie "decyzja"?
- No... No tak...
Doniosłam. Kartę NFZ dla Młodej dostałam. I dostałam małą lekcję, że ważniejszy jest tytuł dokumentu, niż jego treść.
słuzba_zdrowia
Ocena:
157
(173)
Komentarze