Kilka miesięcy temu moja żona była w ciąży. Niestety, na początku drugiego trymestru okazało się, że dziecko nie żyje. Dostała skierowanie do szpitala, na wywołanie poronienia. Podjęliśmy decyzję, że jeśli się uda, to chcemy dziecko pochować. Nie znaliśmy jeszcze nawet płci, było za wcześnie na ocenę w USG, ale dla nas było to już nasze dziecko i myśl, że miałoby trafić na śmietnik była przerażająca.
Nie będzie to historia o znieczulicy szpitalnej, bo akurat oddział zachował się fenomenalnie. Nawet opieka psychologiczna była. Część ciała dziecka została wysłana do specjalnej firmy określającej płeć z badania genetycznego - wtedy do pochówku było konieczne określenie płci, teraz już chyba nie jest to wymagane. Po kilku dniach dostaliśmy dokument, chłopiec. Jeździłem do urzędów załatwiać co trzeba, co nie było proste, bo najwyraźniej idea martwego urodzenia w umysłach pan zza biurka nie istnieje. Rozmowa z księdzem odnośnie pochówku poszła dość gładko... Aż nastał dzień ustaleń z firmą pogrzebową.
Sama firma zachowała się bardzo w porządku. Piekielnym był facet, który wparował w połowie rozmowy do zakładu. Widok, który zastał był dość sugestywny: dwoje osób ubranych na czarno, żona z oczami mokrymi od łez, ja się jako tako trzymam, ale zdecydowanie nie mamy min jak na wakacjach życia. A on się pyta, bez żadnego dzień dobry, czy może sobie grób zarezerwować. Pracownica mówi, żeby zaczekał na zewnątrz, bo jak widzi jest zajęta. On jakby tego nie usłyszał i zaczyna perorować, jaki musi być zaradny, bo baba go zostawiła, zabrała wszystko, nikt o niego nie dba, kto wie kiedy kopnie w kalendarz (miał ma oko 50 lat, ale mocno zaniedbany, brzuszek, tego typu rzeczy). Ale po chwili zaczyna się śmiać, że pije więcej od kumpli, a oni nie żyją, a on dalej tak.
Miałem ochotę mu przywalić. Autentycznie wziąć za fraki, wynieść na zewnątrz i przywalić tym pustym łbem w ścianę. Nie zdążyłem, żona słabym głosem powiedziała, żeby zaliczył szybki zwrot w przeciwnym kierunku (tylko krócej), bo chowamy nasze dziecko i nie ma siły użerać się z idiotami. Do gościa coś chyba dotarło, bo wyszedł, ale stwierdził, że przy takiej obsłudze zakład pogrzebowy klientów nie znajdzie.
Cóż, dobrze, że miałem przy sobie leki uspokajające, bo żona rozklejała się jeszcze bardziej. Pracownica zakładu też bardzo w porządku się zachowała, zaoferowała herbatę, przeprosiła, choć przecież nie miała za co. Syna pochowaliśmy. A następnym razem jak będzie tak absurdalna sytuacja nie będę się zastanawiał i wytłumaczę ręcznie - tu zawaliłem z szoku.
Nie będzie to historia o znieczulicy szpitalnej, bo akurat oddział zachował się fenomenalnie. Nawet opieka psychologiczna była. Część ciała dziecka została wysłana do specjalnej firmy określającej płeć z badania genetycznego - wtedy do pochówku było konieczne określenie płci, teraz już chyba nie jest to wymagane. Po kilku dniach dostaliśmy dokument, chłopiec. Jeździłem do urzędów załatwiać co trzeba, co nie było proste, bo najwyraźniej idea martwego urodzenia w umysłach pan zza biurka nie istnieje. Rozmowa z księdzem odnośnie pochówku poszła dość gładko... Aż nastał dzień ustaleń z firmą pogrzebową.
Sama firma zachowała się bardzo w porządku. Piekielnym był facet, który wparował w połowie rozmowy do zakładu. Widok, który zastał był dość sugestywny: dwoje osób ubranych na czarno, żona z oczami mokrymi od łez, ja się jako tako trzymam, ale zdecydowanie nie mamy min jak na wakacjach życia. A on się pyta, bez żadnego dzień dobry, czy może sobie grób zarezerwować. Pracownica mówi, żeby zaczekał na zewnątrz, bo jak widzi jest zajęta. On jakby tego nie usłyszał i zaczyna perorować, jaki musi być zaradny, bo baba go zostawiła, zabrała wszystko, nikt o niego nie dba, kto wie kiedy kopnie w kalendarz (miał ma oko 50 lat, ale mocno zaniedbany, brzuszek, tego typu rzeczy). Ale po chwili zaczyna się śmiać, że pije więcej od kumpli, a oni nie żyją, a on dalej tak.
Miałem ochotę mu przywalić. Autentycznie wziąć za fraki, wynieść na zewnątrz i przywalić tym pustym łbem w ścianę. Nie zdążyłem, żona słabym głosem powiedziała, żeby zaliczył szybki zwrot w przeciwnym kierunku (tylko krócej), bo chowamy nasze dziecko i nie ma siły użerać się z idiotami. Do gościa coś chyba dotarło, bo wyszedł, ale stwierdził, że przy takiej obsłudze zakład pogrzebowy klientów nie znajdzie.
Cóż, dobrze, że miałem przy sobie leki uspokajające, bo żona rozklejała się jeszcze bardziej. Pracownica zakładu też bardzo w porządku się zachowała, zaoferowała herbatę, przeprosiła, choć przecież nie miała za co. Syna pochowaliśmy. A następnym razem jak będzie tak absurdalna sytuacja nie będę się zastanawiał i wytłumaczę ręcznie - tu zawaliłem z szoku.
Pogrzeb
Ocena:
137
(147)
Komentarze