O piekielnej mamusi i synku tuż przed trzydziestką, który nie potrafił przeciąć pępowiny. Oraz o naiwnej mnie, która myślała, że w tym wieku facet zaczyna myśleć o samodzielnym życiu.
Spoiler: nie zaczyna, jeśli mamusia trzyma pępowinę jak smycz dla psa.
Dopóki żyliśmy „na luzie”, byłam w jej oczach cudowna. Wychwalana, akceptowana, przedstawiana wszystkim jako "przyszła synowa".
Ale wystarczyło, że w końcu obejrzeliśmy pierwsze mieszkanie na wspólny wynajem.
I wtedy mamusi odpalił się tryb histerii.
Nagle dowiedziałam się, że:
– nasz ślub w przyszłości to będzie grzech, bo nie wierzę w to samo co ona,
– jak się syn wyprowadzi, to straci wsparcie i wszystko zapiszą komuś innemu,
– na pewno poluję na jego pieniądze (fakt, że to ja płaciłam za wszystko i załatwiłam mu lepszą pracę nagle jej umknął),
– dowiedziałam się od osoby, której wygadała moje problemy zdrowotne, że zrobiła łzawy teatr jak to "nie po to dom z ogrodem kupowała, żeby w nim wnuki nie biegały bo dziewczyna syna może nie zajść w ciążę".
Kiedy próbowaliśmy rozmawiać logicznie i przegrała z rozsądnymi argumentami, wysłała przeciwko nam... samego szatana.
Posądziła mnie o opętanie, konszachty z diabłem, bycie wysłanniczką piekieł która przybyła "pożreć duszę jej jedynego dziecka". Nawet ksiądz, z którym rozmawialiśmy jak sobie z tymi oskarżeniami poradzić tylko przewrócił oczami i powiedział, że dorosły facet powinien sam decydować o związkach, a nie konsultować życie z mamusią.
Potem doszedł klasyczny numer jak z telenoweli, czyli dramatyczne telefony do syna kiedy był u mnie i panika, że czuje się tak źle, że chyba musi jechać do szpitala. A potem cudowne ozdrowienie po jego szybkim powrocie do domu.
Powiedziałam w końcu, że wysiadam z tego cyrku. Po pół roku takich i podobnych akcji byłam już zmęczona psychicznie i zrezygnowana. Mój były zamiast postawić się jej raz a dobrze i ukrócić gierki nadskakiwał jej bez końca. Do mieszkania przeprowadziłam się sama, bo ostatnia nasza kłótnia była o moje niezadowolenie, że jaśnie pani mamusia miałaby wpadać do nas co chwilę bez zapowiedzi i mieć klucze, bo to w końcu jego mama. Chłopie...
I czasem myślę, że to najgorszy układ dla wszystkich: rodzice, którzy mylą kontrolę z miłością, dorosłe dzieci, którym nie pozwala się dorosnąć i związki, które przegrywają z pępowiną zaciśniętą na szyi jak obroża.
Spoiler: nie zaczyna, jeśli mamusia trzyma pępowinę jak smycz dla psa.
Dopóki żyliśmy „na luzie”, byłam w jej oczach cudowna. Wychwalana, akceptowana, przedstawiana wszystkim jako "przyszła synowa".
Ale wystarczyło, że w końcu obejrzeliśmy pierwsze mieszkanie na wspólny wynajem.
I wtedy mamusi odpalił się tryb histerii.
Nagle dowiedziałam się, że:
– nasz ślub w przyszłości to będzie grzech, bo nie wierzę w to samo co ona,
– jak się syn wyprowadzi, to straci wsparcie i wszystko zapiszą komuś innemu,
– na pewno poluję na jego pieniądze (fakt, że to ja płaciłam za wszystko i załatwiłam mu lepszą pracę nagle jej umknął),
– dowiedziałam się od osoby, której wygadała moje problemy zdrowotne, że zrobiła łzawy teatr jak to "nie po to dom z ogrodem kupowała, żeby w nim wnuki nie biegały bo dziewczyna syna może nie zajść w ciążę".
Kiedy próbowaliśmy rozmawiać logicznie i przegrała z rozsądnymi argumentami, wysłała przeciwko nam... samego szatana.
Posądziła mnie o opętanie, konszachty z diabłem, bycie wysłanniczką piekieł która przybyła "pożreć duszę jej jedynego dziecka". Nawet ksiądz, z którym rozmawialiśmy jak sobie z tymi oskarżeniami poradzić tylko przewrócił oczami i powiedział, że dorosły facet powinien sam decydować o związkach, a nie konsultować życie z mamusią.
Potem doszedł klasyczny numer jak z telenoweli, czyli dramatyczne telefony do syna kiedy był u mnie i panika, że czuje się tak źle, że chyba musi jechać do szpitala. A potem cudowne ozdrowienie po jego szybkim powrocie do domu.
Powiedziałam w końcu, że wysiadam z tego cyrku. Po pół roku takich i podobnych akcji byłam już zmęczona psychicznie i zrezygnowana. Mój były zamiast postawić się jej raz a dobrze i ukrócić gierki nadskakiwał jej bez końca. Do mieszkania przeprowadziłam się sama, bo ostatnia nasza kłótnia była o moje niezadowolenie, że jaśnie pani mamusia miałaby wpadać do nas co chwilę bez zapowiedzi i mieć klucze, bo to w końcu jego mama. Chłopie...
I czasem myślę, że to najgorszy układ dla wszystkich: rodzice, którzy mylą kontrolę z miłością, dorosłe dzieci, którym nie pozwala się dorosnąć i związki, które przegrywają z pępowiną zaciśniętą na szyi jak obroża.
u toksycznej mamusi
Ocena:
182
(192)
louie
Komentarze