Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#83906

(PW) ·
| Do ulubionych
Małe miasto. Grudzień. Lekarz wystawia receptę na szczepionkę dla młodej. Przyjść w lutym. Truptam do recepcji. Nie ma jeszcze zapisów na luty. Dzwonić po nowym roku. Początek stycznia. Dzwonić za dwa tygodnie. Nie ma zapisów na luty. Dzwonię. Nikt nie odbiera. Raz, drugi, dziesiąty.

Idę! Termin recepty się kończy a trzeba dać znać kiedy odbiór. Wchodzę do przybytku zwanym przychodnią. Pytam. Na co panie w recepcji mówią, że nie ma jeszcze zapisów na luty bo NIKT IM NIE KUPIŁ KALENDARZA! Pani w aptece nie mogła uwierzyć w moje tłumaczenie, że nie mam pojęcia kiedy zaszczepią mi młodą bo kalendarza brak.

Śląsk

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (191)

#83902

(PW) ·
| Do ulubionych
Poniższa historia nie dotyczy mnie, tylko mego dość dobrego znajomego oraz tego, jak on próbował rozpocząć studia.

Kilka słów o Nim. Urodził się i mieszkał zagranicą, jednak w Polskiej rodzinie, wychowany zgodnie z kulturą polską, więc nie miał większego problemu z aklimatyzacją. Państwo w którym urodził się nie jest w UE. Po maturze postanowił dalej kształcić się w Polsce. Doskonale znał język polski, choć mówił z dość wyczuwalnym akcentem, radził sobie dobrze, choć miał problemy z terminologią. Pasował idealnie do braci studenckiej, imprezował, wagarował, uczył się, jak każdy inny. Po 3 latach studiów miał już polskie obywatelstwo, akcent obcy zanikł, znalazł pracę (mówił, że musi na piwo zarobić). Jednak świadectwo maturalne i suplement miał zagraniczne z dołączonym przysięgłym tłumaczeniem, dowód osobisty z wpisaną zagraniczną miejscowością jako miejsce urodzenia, natomiast rubrykę "adres zameldowania" miał pustą.

Po obronię pracy licencjackiej postanowił zmienić całkowicie kierunek edukacji, rozpoczynając zupełnie inne studia na innej uczelni. Nie chciał się przeprowadzać do innego miasta, złożył papiery do lokalnej uczelni, tej renomowanej. Uniwersytet w Mieście Wojewódzkim, dotyczy jego mniejszej filii w Dawnym Mieście Wojewódzkim i tam składał papiery.

Dalej historia właściwa, ustami kolegi:

Uzupełniłem wszystkie wymagane dane w Internetowym Systemie Rekrutacji Kandydatów, dołączyłem skany dokumentów, zdjęcie, myślę spoko, czekam potwierdzenie o przyjęciu. Nie tak szybko. Dzwoni do mnie ktoś z dziekanatu i prosi bym stawił się z dokumentami. Biorę oryginały świadectwa, suplementu, zaświadczenie o nostryfikacji, idę. Na miejscu starsza pani kseruje dokumenty, prosi dowód osobisty, też go kseruje. Się pytam po co - ona musi. Mówi mi że muszą moje dokumenty wysłać do głównej siedziby bo oni tu na miejscu nie mają specjalistów decydujących. Spoko, mus to mus. Daje mi do podpisu oświadczenie o gotowości pokrycia kosztów edukacji. Chwila, że co? Przecież uczelnia publiczna, edukacja za free? Babeczka potwierdza, ale mówi że jest za free dla obywateli polskich, obcokrajowcy płacą i muszę to oświadczenie wypełnić. Nie no, ja obcokrajowcem bynajmniej nie jestem od kilku miesięcy, odmawiam podpisania. Pani prosi bym przeszedł się z Nią do obsługi administracyjnej uczelni.


Po drodze mówi mi że jest zdziwiona dość niskim odzewem, bo dawali reklamę w gazetę, internet, promowali po szkołach w moich stronach. Mówię, że widziałem ulotki w autobusach i na przystankach, ale nie przez ulotkę do nich trafiłem. Ale nie, babce chodziło o miasto gdzie urodziłem się. Skąd mam wiedzieć co się tam dzieje, jak to już dawno nie są moje strony.

W obsłudze siedzą ze 3 kobitki, zaczynają oglądać mój dowód, mówią że to wygląda jak dowód osobisty ale pewne nie są. Wpadły na pomysł zadzwonienia do Basi z centrali, bo ona została przeszkolona z wszelkich kart identyfikacyjnych i zagranicznych dokumentów tożsamości. Bez sensu, wg mnie, ale dzwonią.


Opowiadają jej co wyżej, volume telefonu na maksa, wszystko słyszę doskonale. Basia nie wieży, babeczki mierzą linijką wymiary dowodu osobistego, mówią co jest napisane w którym miejscu, podają długość napisów. Basia nie wieży, twierdzi że to niemożliwe. Pytam się kim jest, że podważa wiarygodność polskiego dokumentu tożsamości. Ale Basia nie wierzy że mam polskie obywatelstwo! Mówię, że nie w Basi kompetencjach podważać Decyzję Prezydenta RP, ani Decyzji Szefa Biura Obywatelstw i Prawa Łaski. Mówi mi, że to jest PAŃSTWOWY UNIWERSYTET, a nie jakaś byle jaka szkoła wyższa! Mowie że PWSZ też jest państwowy, a poziom edukacji na licencjacie jest porównywalny, bo chyba nie twierdzi że ci sami wykładowcy gorzej uczą na PWSZ a na uniwerku lepiej. No wie pan co! Nie wiem.

Napisałem skargę do Rektora. Ta pierwsza babeczka jak mnie odprowadzała, to coś mówiła, że pewnie będzie negatywnie rozpatrzona i mam się szykować na opłatę z góry za pierwszy semestr. Kur... Jak grochem o ścianę.

Po dwóch tygodniach dzwonili do niego, że skarga została rozpatrzona pozytywnie, dokumenty są ok i zapraszają go w październiku na zajęcia. Podziękował im. Dzwonili jeszcze kilka razy październiku i listopadzie, czy się nie namyślił. Nie namyślił.

Dwa lata później oddział uniwerku zamknięto, budynki przejęła miejscowa PWSZ.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (176)

#83904

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam sobie w małym mieście powiatowym, codziennie do pracy dojeżdżam około 80km do miasta wojewódzkiego. Czas podróży w obie strony + 8h w pracy dają prawie 14h poza domem. No i niestety przyszło mi nabawić się jakiegoś dziwnego choróbska - nie będę się rozwodził nad tym, bo jest to mało istotne.

Rzecz będzie o chyba najbardziej zacofanej przychodni, jaką w życiu widziałem. Przyjmuje tam kilkoro lekarzy, różnych specjalizacji, wszyscy już dosyć wiekowi, więc i cieszący się ogromnym zaufaniem naszej małej lokalnej społeczności. Załatwiłem sobie więc jeden dzień urlopu, żeby odwiedzić ten cudowny przybytek i rozwiązać moją medyczną zagadkę. Dzień wcześniej, będąc jeszcze w pracy wykonałem telefon do przychodni, gdzie nawiązała się taka rozmowa między mną (J), a panią z recepcji (PR):
J: Dzień dobry, czy są jeszcze miejsca do doktora X na jutro?
PR: Witam, niestety nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo my tutaj nie prowadzimy zapisów.

Szczęka opada mi do podłogi, ale kontynuuję:

J: to w takim razie jak mogę się dostać na wizytę do doktora X, jeśli nie macie zapisów?
PR: Ja mogę panu odłożyć kartę, ale ona nie będzie u doktora w gabinecie, trzeba przyjść i doktora zapytać, czy przyjmie, jest jutro od 12.
J: Dobrze, to proszę odłożyć kartę i ja będę jutro o 12, do widzenia!

Następnego dnia chwilę przed 12 wchodzę do przychodni i przecieram oczy ze zdziwienia - ludzi więcej niż galerii handlowej na black friday, zajmują trzy pomieszczenia (poczekalnia i dwa korytarze), a średnia wieku oscyluje gdzieś pomiędzy 60 a 70 lat. Po 20 minutach udało mi się dotrzeć do rejestracji (swoją drogą chory pomysł, aby umieścić ją jeszcze za poczekalnią, na końcu budynku). Spotykam miłą panią z recepcji z którą miałem przyjemnosc rozmawiać dzień wcześniej i pytam:

J: Dzień dobry, moje nazwisko BLABLA, czy wiadomo już, czy doktor X dzisiaj mnie przyjmie?
PR: Dzień dobry, proszę wejść do gabinetu i zapytać.
J: A czy moja karta jest odłożona?
PR: Odkładamy tylko karty osób, które zostaną przez lekarza przyjęte.

Myślę sobie - no nic, zagadkę trzeba wyjaśnić, idę pod drzwi gabinetu i uprzejmie pytam, czy mogę zapytać lekarza, czy mnie przyjmie. Seniorzy zawzięcie walczyli o swoje miejsca w kolejkach, na moje pytanie jakby wszyscy przesunęli się coraz bliżej drzwi napierając jedno na drugiego. Udało mi się doprosić dopiero 4 z kolei osobę, żeby pozwoliła mi zadać lekarzowi to cholerne pytanie. W odpowiedzi usłyszałem, żeby kartę odłożyć, jak zdąży, to przebada. PR kartę przygotowała, ja ustawiam się na końcu kolejki.

Do gabinetu wchodzę o 17:45, by dowiedzieć się, że jedyne co mogę dostać, to skierowania do różnych specjalistów. Wykładam więc sprawę od początku lekarzowi - pracuję daleko, musiałem wziąć urlop, więcej go nie mam bo praca nowa i dopiero się nalicza, że za L4 nikt mi nie zapłaci. Sędziwy lekarz odpowiedział, że mogłem przyjść wcześniej. Tylko jak, skoro pan doktor przyjmuje od 12, a nikt nie chciał mnie zapisać? Odpowiedź jest prosta - trzeba przyjść ok. godziny 6:00, kiedy otwierają przychodnię o zająć sobie kolejkę, wtedy ma się pewność, że lekarz przyjmie, jak jesteś na początku. Potem to już ciężko.

Szczeka opadła mi z hukiem na podłogę, zwłaszcza, gdy dowiedziałem się, że szanowni emeryci potrafią już od 5 rano okupować wejście i zajmować kolejkę. Ja w przychodni spędziłem prawie 6h i nadal nie mogę pojąć, jak taki system może działać i normalnie funkcjonować, kiedy inni ludzie pracują, dzieci chodzą do szkoły, a przecież każdy, raz na jakiś czas konsultacji od lekarza potrzebuje.

słuzba_zdrowia przychodnia

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (198)
Z cyklu anonimowy donos.
Jak to można komuś "umilić" życie, co się będą nudzić.

Będzie długo, kto nie chce czytać, w skrócie tutaj: https://ordoiuris.pl/rodzina-i-malzenstwo/skuteczna-interwencja-ordo-iuris-w-obronie-autonomii-rodziny

Czerwiec 2018 - wysłany e-mail z donosem.
E-mail wysłano na skrzynkę mailową sekretariatu miejscowego Sądu Rejonowego. Z treści donosu wynika, że w kilkunastometrowym mieszkaniu mieszka 6 małych dzieci. Od rana do nocy dzieci przez nikogo niepilnowane, wychudzone, brudne, biegają po podwórku, wyglądają na zaniedbanych. Matka dzieci chyba jest w ciąży, nie ogarnia dziatwy, a ojciec pracuje w Niemczech. Autor donosu wzywa o skontrolowanie na co idą środki z 500+ oraz sprawdzenie sytuacji rodzinnej dzieci. Podpisuje się jako "Anonimowa sąsiadka".

Końcówka czerwca 2018. Sobota, ósma z minutami.

Kurator sądowy wchodzi na wywiad. Zostaje wpuszczony, w rodzinie ożywienie. Ojciec dzieci zostaje obudzony. Po szybkiej wizycie w łazience dołącza do rozmowy kuratora z rodziną. Kurator ustala personalia zamieszkujących, notuje kto kim jest, czym się zajmuje. Ojciec dzieci mu przerywa, legitymuje, pyta o powód i podstawę wizyty. Został poinformowany, że kurator działa na zlecenie sądu (podał pełną nazwę, adres, sędziego prowadzącego), wpłynął donos, do wglądu w sądzie, on musi zweryfikować, takie prawo. Dobra, notuj pan, skoro musisz.

Wywiad kuratora: Ojciec pracuje w biurze zarządu jednej ze spółek Skarbu Państwa, tuż po pracy odbiera córkę z przedszkola, zakupy i do domu, brak nałogów. Długo śpi w sobotę? No ma prawo, w tygodniu o 5:30 wstaje. Matka dzieci na rencie, zajmuje się dziećmi, domem, bez nałogów. Skrócę o córkach. Trójka dziewczynek chodzi do pobliskiej szkoły. Jedna ma talent do sportu, udział w zawodach, puchary, medale, ogółem liga wojewódzka, a i na świadectwie za 5 klasę podstawówki jedna czwóreczka tylko. Druga w nogę grywa, z pływania niezła, olimpiady z matmy wygrane, same piątki w świadectwie za 3 klasę. Trzecia pokazuje dyplom za pierwsze miejsce na międzynarodowym konkursie prac plastycznych. Szereg innych nagród, dyplomów i wyróżnień za wygrane prace plastyczne, niezłe świadectwo za pierwszą klasę. Czwarta pokazuje lalkę. Wstydzi się, jak to pięciolatka. Pod czas wywiadu mniejsze dzieci tulą się do rodziców, wszyscy ochoczo odpowiadają na pytania, chwalą się o osiągnięciach w nauce.

Zaraz. Miało być 6 dzieci, a jest 4? To siódmego też nie będzie? Hehe, dobry żart. No nie, nie będzie.
Kurator sprawdza te 2 pokoje, fakt niecałe 50 m2 mieszkanie, meble skromne (jak stwierdził), ale każde ma gdzie spać, itd. Pyta o plany na wakacje. Jedna na miesiąc do ośrodka treningowego z drużyną jedzie, druga do ośrodka wypoczynkowego z basenami itp. A cała rodzina na dwa tygodnie wybiera się na drugi kraniec Polski. Obok bloku mają działkę z altaną na pobliskim ROD, gdzie spędzają ciepłe popołudnia i weekendy. Lubią zwiedzać dalsze i bliższe miasteczka, i to własnym samochodem. Wszystko kupione zanim weszło 500+.

Wychudzone dzieci.
My takie jesteśmy! Ileż można jeść! Dziecko, żebra Ci widać. Taka jestem i już. Poirytowana otwiera lodówkę, zapasów tyle, że zakaz handlu na tydzień na tej rodzinie nie robi żadnego wrażenia. Dobrze to tyle, ja nieprawidłowości nie widzę - kurator wychodzi. Wywiad zajął mu z godzinę.

Środek lipca 2018. Wezwanie rodziców na rozprawę, ograniczenie obojgu rodziców władzy rodzicielskiej. Termin - koniec sierpnia.

Tutaj zostaje poproszona o pomoc prawną pewna fundacja. Wgląd do akt, ustanowienie pełnomocnika.

Raport kuratora. Kuchnia zaniedbana, ogólny bałagan. Kurator pomija miejsce pracy ojca dzieci oraz sam fakt, że pracuje. Ustala na wywiadzie z sąsiadami, że dzieci stukają po kaloryferach na klatce, rurach prowadzących do mieszkań. Uszkodziły karoserie samochodu na parkingu pod blokiem. Przebywają całymi dniami na podwórku. Zalecenie - ograniczenie władzy rodzicielskiej.

Dołączenie opinii z przedszkola do akt. Cała 4-ka chodziła do tego samego, super dzieci, otwarte, pomocne itd., rodzice w różnych okresach w radzie rodziców grupy czy przedszkola, brak jakichkolwiek zaniedbań.

Powołanie na świadka obrony pracownika spółdzielni, czyli opiekuna bloku. Zeznaje, że nie da się stukać po kaloryferach - nie ma ich po prostu na klatce. Tak samo żadnych rur do mieszkań na klatce też nie ma - biegną w zupełnie innym miejscu. Nie potwierdza też uszkodzenia lakieru w aucie przez dzieci pozwanych. Teren wokół bloku wraz z parkingiem monitorowany, policja szybko ustaliła sprawców, ale to nie "TE" dzieci. Blok ma kilkanaście klatek, od świtu do zmierzchu są dzieci na podwórku. Od ledwo chodzących szkrabów po nastoletnie, także dzwonić domofonem "dla jaj" może każde, o ile tylko ma jak. Problem jest nagminny, dotyczy wszystkich klatek i wszystkich bloków spółdzielni, nie tylko tego.

Koniec sierpnia 2018. Prawomocny wyrok - zachowanie władzy rodzicielskiej.

Kurator w sprawozdaniu mylił nazwiska, imiona, fakty. Sporo błędów w dokumentacji. Sędzia tłumaczy, że takie prawo, przeprasza za kuratora, ale ze względu na nieścisłości w raporcie kuratora zechciała osobiście porozmawiać z rodzicami, dlatego zarządziła wszczęcie postępowania. No dobra, muszą zweryfikować. Ale od razu sprawa o ograniczenie? Naprawdę nie ma innych sposobów weryfikacji, tylko oskarżenie człowieka, a ten jak może, to niech się broni?

Panie w sekretariacie w swoim żywiole.
- Hałyna, teczka nr xxx Nazwisko, ograniczenie władzy, dzie może być?! - przy pełnym sekretariacie drze się grażyna. - A ma pan zgode sondu na fotokopie akt? Długo pan bedzie czytał, bo ja do wc muszem.

Jeden ma zrobić wywiad. Obiektywny, odzwierciedlający rzeczywisty stan. Tymczasem robi to na odwal się. Nie za to mu płacą.
Drugiemu coś się w papierach nie podoba, to korzysta z władzy, pomimo że może zlecić choćby uzupełnienie raportu, czy jakakolwiek inna, a przede wszystkim szybsza metoda weryfikacji. Nie, lepiej od razu rozprawę.
Trzeci w ogóle ma w poważaniu petenta, żyje w swoim świecie, zapominając kto mu płaci.

Powinni zacząć ponosić konsekwencję swoich decyzji. A oni podwyżkę chcą, strajki urządzają...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (238)

#83888

(PW) ·
| Do ulubionych
https://piekielni.pl/83861#comments

Oczywiście byłam w poniedziałek w szkole. Okazało się, że przyszłam za późno, bo było już dawno "po sprawie".

Młoda opowiedziała mi całą historię ze swojej perspektywy, więc skupiła się na tym, co dla niej było najważniejsze. Ale wspomniała też (i ja również napisałam o tym w historii), że pani wyśmiewała dzieci, którym ten nieszczęsny mostek nie wychodził. Nie wiem dokładnie, jakimi słowami, ale ostro musiało być, bo dwie dziewczynki popłakały się po tym nieszczęsnym WF-ie. Nie na lekcji czy zaraz po niej (bo Młoda tego nie widziała), ale chyba parę kroków za szkołą, po odebraniu przez rodziców. Rodzice się wku..., no, bardzo mocno zdenerwowali, w związku z tym wykonali natychmiastowy "w tył zwrot" i heja z powrotem do szkoły. Niestety, szczegółów tej niewątpliwie interesującej konfrontacji nie znam, znam tylko efekty.

W poniedziałek rano moja grzeczna prośba do wychowawczyni Młodej, czy mogłybyśmy chwilę porozmawiać, została przyjęta słowami: "Aaa, o ten WF chodzi?". No tak, chodzi o ten WF. Dowiedziałam się, że:

- wszystkie oceny wystawione wtedy zostały anulowane (jedynkę dostała tylko Młoda, ale pani "sportowiec z zawodu" wystawiła tam w większości tróje).

- wobec pani zostaną wyciągnięte odpowiednie konsekwencje, jeszcze nie wiedzą jakie, bo sprawa świeża, ale dyrekcja już wie o sprawie i stanowczo potępia tego typu zachowania wobec dzieci.

Nie wiem jak wy, ale ja czuję się usatysfakcjonowana. Jedyne, czego żałuję, to tego, że nie było mnie tam w piątek, bo chyba było ciekawie.

szkoła

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (150)

#83880

(PW) ·
| Do ulubionych
Hej, moja przygoda z internetowym serwisem, gdzie możemy oglądać filmy i seriale.

Korzystałem kiedyś z darmowego miesiąca, tak żeby portal przetestować. Następnie subskrypcję anulowałem i zacząłem korzystać z innego konta, na którym płacę abonament.

Dzisiaj rano, po kilku miesiącach, dostałem wiadomość o reaktywacji mojego starego konta, zmianie adresu email i obciążeniu mojego rachunku. Sprawdzam szybko, co jest grane, a tu transakcja na 44,90 PEN(waluta Peru), czyli trochę ponad 50 zł, na rzecz serwisu.

Szybki kontakt z centrum pomocy, opis problemu i podjęcie odpowiednich działań. Odpowiedź uzyskałem po około 5 minutach i po przejściu weryfikacji udało się odzyskać dostęp do mojego konta i anulować subskrypcję.

Do 30 dni uzyskam odpowiedź, czy jest możliwy zwrot środków. Pracownik poinformował mnie, że numer karty jest szyfrowany i nie ma możliwości uzyskania go, ale przed oczami widziałem jak giną moje wszystkie oszczędności z konta bankowego.

Jak to jest możliwe, że ktoś uzyskał dane do mojego starego konta, złamał hasło (to akurat jest możliwe) i reaktywował konto pozbawiając mnie dostępu do niego?

serwis internetowy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (152)

#83870

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka słów o pracy w gastronomii.
Będąc na studiach dorabiałam sobie w barze z jedzeniem na wagę. Początkowo panowała tam miła atmosfera, wszyscy byli dla siebie życzliwi i wyrozumiali.

Razem z koleżanką obsługiwałyśmy kasę i zajmowałyśmy się salą. Praca była dwuzmianowa. Jedna z nas pracowała od 7 do 15, druga zaś od 9 do 17 (czyli do zamknięcia). W wakacje ruch był trochę mniejszy, więc zostałam sama. W międzyczasie doszła też nowa kierowniczka. Teraz trochę piekielności z tego okresu:

1. W roku akademickim pracowało u nas 7 osób (dwie pani na kuchni, pani na zmywaku, my dwie na kasach, jedna dziewczyna na wydawce i kierowniczka, która zawsze nam pomagała). W wakacje zostałam ja, jedna pani na kuchni i kierowniczka (K). K miała małe dziecko więc nigdy nie zostawała do końca. We wrześniu zaczął się ruch, w tym czasie przychodziłam na rano, robiłam soki, przygotowywałam salę, zajmowałam się wystawką, a w międzyczasie musiałam biegać między kasą a zmywakiem. Później za każde spóźnione podejście do klienta (ze zmywaka nie widać sali) dostawałam od niej reprymendę. Ledwo się wyrabiałam, gdy musiałam też kroić ozdoby, wykładać surówki, szukać opisów i zmieniać menu na obiadowe. Nigdy nie pomogła, gdy naprawdę była taka potrzeba.

2. Piekielna szefowa.
Gdy już miałam dość wyzysku zaniosłam do pracy wypowiedzenie. Szefowa zawsze była miła. Gdy K powiedziała jej o tym, zaczęły wspólnie to komentować. Specjalnie tak głośno, żebym usłyszała.
Szefowa: Hahaha, składać wypowiedzenie jej się zachciało.
Zupełnie jakby myślała, że ta praca jest spełnieniem moich ambicji.
K tylko wtórowała. Później zrobiła mi piekło z życia w okresie wypowiedzenia.

Ostatniego dnia pracy powiedziałam jej, że cieszę się z tego, że już się nie spotkamy i mam jej serdecznie dosyć. Może i byłam trochę piekielna, ale tego stresu w ostatnich tygodniach pracy nigdy jej nie zapomnę. Już nie dziwi mnie ciągła rotacja pracowników w tym miejscu. Ja wiedziałam, że nigdy pozwolę traktować się jak osobę gorszej kategorii i chyba właśnie to było jej nie w smak. W każdym razie, co mi nerwów napsuła to jej.

Gastronomia

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (155)

#83889

~Kolejarz ·
| Do ulubionych
Kilka minut po odjeździe pociągu, do przedziału służbowego niczym huragan wparował pasażer.

- To jest jakiś skandal! - powiedział zamiast dzień dobry.
- W toalecie nie ma papieru toaletowego, w moim wagonie nie działa oświetlenie! Książki nie można przeczytać, a na dodatek inni pasażerowie mają te same miejsca co my! Nie po to razem z żoną kupiliśmy bilety na 1 klasę, by podróżować w tak podłych warunkach. Będę żądał zwrotu pieniędzy za bilet i odszkodowania!

Poszedłem więc z podróżnym aby wyjaśnić przyczyny nieprawidłowości. Zajrzałem do toalety. W metalowym uchwycie znajdowała się nietknięta jeszcze rolka papieru. Podróżny mógł jej faktycznie nie zauważyć. Poszedłem do przedziału. I faktycznie było w nim dosyć ciemno, bo świeciła się jedynie mała żarówka na suficie. Podszedłem do znajdującego się w przedziale włącznika światła. Jeden klik i cały przedział elegancko oświetlony. Żeby wyjaśnić kwestię "zdublowanych" miejsc, poprosiłem podróżnych o okazanie biletów. Faktycznie znajdowały się na nich te same miejsca. Szybko odnalazłem przyczynę. Kupiony przez internet bilet należący do małżeństwa był wystawiony na wczoraj.

Zamiast zwrotu i odszkodowania, musieli kupić nowe bilety, które były sporo droższe od tych kupionych przez internet.

Kolej

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (157)

#83893

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o sąsiadach. A konkretnie o jednej.

Jakiś czas temu kupiłam własne mieszkanie, lokalizacja super, w zasadzie w parku, mój pies jest z tego powodu przeszczęśliwy. I właśnie na jednym ze spacerów z psem poznałam dziewczynę, która mieszka w tym samym bloku dwie klatki obok. Od słowa do słowa i zeszło na temat jej sąsiadki z klatki, którą jednak zna całe osiedle. A skąd ją zna?

Ano starsza pani z uwielbieniem wieczorami i po nocach wygrzebuje ze śmietnika resztki jedzenia i karmi nimi gołębie. Ktoś spyta co za problem. Ano problem jest taki, że to nie jest garstka gołębi - tych gołębi są setki! Kiedy jest "pora karmienia" nie da się normalnie przejść chodnikiem, bo pani jedzenie przygotowuje w przyklatkowym ogródku, więc te gołębie z całego osiedla okupują chodnik, drzewa nad chodnikiem, siedzą na parapetach okien, na zadaszeniu klatki.

Idąc wtedy do pracy w wyjściowych ciuchach trzeba iść naokoło bloku, bo można dostać bombą w postaci ptasiej kupy. Nawet jak nie ma pory karmienia obok klatki trzeba przebiegać, bo można i tak dostać kupą, gdyż te gołębie całymi dniami czekają na drzewach na jedzenie. Samochody na parkingu pod blokiem są wiecznie zasrane. Chodnik również, co więcej latem nie można przejść obok tej klatki, gdyż z tego ogródeczka zwyczajnie śmierdzi ptasimi odchodami co najmniej jakby ktoś z rok nie sprzątał w kurniku.

Karmienie ptaków odbywa się codziennie, w okresie zimowym nawet dwa razy dziennie. Ale to jest tyle co widzę ja. Dziewczyna ma gorzej gdyż mieszka nad tą panią. Pani sobie wymyśliła osobliwy sposób wietrzenia mieszkania, ponieważ jeśli gdzieś wychodzi zostawia drzwi otwarte na oścież. Smród jest wtedy nie do wytrzymania. Podobno w całym mieszkaniu na sznurkach porozwieszane są jakieś szmaty, ogólnie stan lokalu to obraz nędzy i rozpaczy, no i ten smród. Smród, który niesie się po klatce nawet przy zamkniętych drzwiach.

Inna sąsiadka ostrzegła dziewczynę, żeby uważała, bo poprzedni lokatorzy skarżyli się na włażące do mieszkania robaki. Mieszkańcy oczywiście byli w Spółdzielni z prośbą o pomoc, ale Spółdzielnia pomóc nie może, gdyż starsza Pani jest właścicielką tego lokalu i regularnie opłaca czynsz - temat zatem jest dla nich zamknięty. No i tak ten kto może omija klatkę szerokim łukiem, a mieszkańcy klatki muszę wąchać smrody, obawiać się robactwa, bo nie ma bata na takiego lokatora.

sąsiedzi gołębie blok

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (102)
W piątek, w Koszalinie wydarzyła się tragedia - 5 osób zginęło w "tak zwanym escape roomie". Sam jestem właścicielem Escape Roomu i całym sercem zgadzam się, że do takiej sytuacji nie powinno nigdy dojść i popieram inspekcje straży pożarnej przeprowadzane teraz w całej Polsce. Na pewno zmusiło to wielu właścicieli do przyjrzenia się poziomowi bezpieczeństwa w ich lokalach, ale... Zawsze jednak znajdzie się jakieś ale. Pojawiła się nagonka na branżę i czepianie się o wszystko, co znajduje się w każdym normalnym mieszkaniu, czy sklepie, a nagle w escape roomie okazuje się przedmiotem niebezpiecznym.

Zacznijmy od przykładowych powodów do wystawienia mandatów i zamknięcia escape roomów, z różnych miejsc w Polsce:
* element z płyty PCV (jeden z najpopularniejszych materiałów do produkcji banerów reklamowych),
* w magazynie umieszczonym w sąsiadującym lokalu znajduje się litrowa puszka z rozpuszczalnikiem do farb (straszenie zamknięciem),
* element z nieimpregnowanego drewna (escape room został zamknięty),
* pytania o "certyfikaty palności elementów użytych do dekoracji" (zwykłe przedmioty użytku codziennego, typu tapety, farby i wiele innych),
* według dokumentów, lokal to "podziemia", a nie "lokal użytkowy" (nie wiem jak Wy, ale ja znam naprawdę świetne bary i restauracje prowadzone w piwnicach, w wielu miastach w całym kraju. Ale escape room już nie może, mimo że wszystkie kwestie bezpieczeństwa spełnia. Brak możliwości "naprawy" w dokumentacji. Działalność w którą ktoś włożył mnóstwo serca, czasu i pieniędzy, zamknięta z dnia na dzień),
* brak dokumentów. Ale nie, że te dokumenty nie istnieją, po prostu nie było ich na miejscu, do wglądu. Większość właścicieli escape roomów wynajmuje swoje lokale, a wymagane dokumenty są przechowywane przez właścicieli budynków. Kontrole były zapowiadane od "będziemy za parę godzin", po "stoimy pod drzwiami", więc czasem naprawdę nie dało rady zdobyć ich od właścicieli, w tak krótkim czasie. Mandaty są - jest się czym pochwalić,
* plakietki z wyjściem ewakuacyjnym z Castoramy nie są zgodne z ISO,
* wiele escape roomów zostało zamkniętych, z powodu zbyt wąskich klatek schodowych, w których wynajmują pomieszczenia. Dla całej reszty lokali w tym samym budynku – mieszkań prywatnych czy firm prowadzonych tam dotychczas - to nie było problemem, choć często potrafią gościć u siebie znacznie więcej osób niż pokoje zagadek.

Jako smaczek podrzucę jeszcze wypowiedź jednego z właścicieli:
"Sama Państwowa Straż Pożarna jeszcze z samego rana nie wiedziała jak podejść do naszego tematu, jakie wymagania sprawdzić, a z godziny na godzinę wymagania rosną. W chwili obecnej jesteśmy na etapie zabezpieczeń p.poż na poziomie laboratoriów chemicznych. Prosi się nas o pokazanie certyfikatów na niepalność materiałów użytych do budowy pokoi, w tym dywanów. Czy w pizzeriach ktoś sprawdzał certyfikaty niepalności obrusów?"

Ponadto, z pierwszych informacji wynika, że powodem pożaru była nieszczelna butla gazowa, którą ogrzewano lokal. Ile było takich wypadków w budynkach mieszkalnych? Ile firm w całym kraju wciąż w taki sposób ogrzewa swoje biura? Czemu nie ma nagłych kontroli ogrzewania gazowego, bez względu na rodzaj działalności gospodarczej, podczas gdy wszyscy się rzucili tylko na pokoje zagadek? Przecież taki wypadek mógł wydarzyć się nawet u fryzjera. Jeśli za tydzień, z powodu wycieku gazu, wybuchnie pożar u kosmetyczki, premier poleci "nie odwiedzanie tego typu przybytków, aż do czasu przeprowadzenia pełnych kontroli"? Nie. Nikt o tym nawet nie usłyszy na większą skalę.

W tym momencie to zwykłe polowanie na czarownice. Zarówno Pan Premier jak i cała rzesza znawców nie ma pojęcia co to Escape Room. Mówi się, że zamykamy ludzi w pokojach po ciemku, przykuwamy kajdankami, zasłaniamy oczy, ludzie są w strachu, a potem zabieramy im pieniądze. Przymuszamy ich do tego. A na koniec robimy im pamiątkowe zdjęcie, jak się uśmiechają i wrzucamy na nasze strony. Pomijając już logikę takich wywodów - 99% escape roomów to nie dreszczowce i nie mają nic wspólnego ze straszeniem. Masz cel i twoim zadaniem jest rozwiązywanie zagadek. Typowo intelektualna rozrywka! Część tego typu działalności nawet nie zamyka graczy, dając im inny target do zdobycia.

Escape room to naprawdę fajna rozrywka dla ludzi w każdym wieku. Staramy się by była bezpieczna. Wyjścia ewakuacyjne są dobrze oznaczone, gaśnice sprawne, apteczki pełne. My przeszliśmy kontrolę bez przeszkód, ale i tak dostaliśmy łatkę "morderców, patrzących tylko na kasę". Przykład z wczoraj - znajomy opisał mi reakcję swojej żony po obejrzeniu wiadomości "Ja bym tam swojego dziecka w życiu nie puściła!". Dopiero po cierpliwym wytłumaczeniu, jak wygląda taka zabawa (znajomy był kiedyś u nas z kolegami), doszła do wniosku, że chyba rzeczywiście reakcja trochę przesadzona i może kiedyś sama spróbuje.

Pokoje Zagadek prowadzą osoby młode, które znalazły swoją niszę i próbują się utrzymać w kraju. Stosujemy się do istniejących przepisów i normalnie płacimy podatki.

Ten rodzaj rozrywki rozwija się w Polsce już 5 lat - setki firm, tysiące różnorodnych pokojów, miliony zadowolonych klientów. Jeden wypadek i wszystko szlag trafił.

PS. Nie chciałem pisać ze swojego konta, ponieważ zawiera nazwę mojej firmy, a cytuję tu wypowiedzi wielu osób z branży. Nazwa tego profilu to jedno z wielu określeń, jakie pojawiły się pod naszym adresem po tym nieszczęśliwym wypadku.

tenkraj

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (269)