Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#88620

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniało mi się po przeczytaniu https://piekielni.pl/88612 .

Kolega pracował kiedyś w serwisie samochodowym.
Pewnego zimowego dnia przyjechał do nich kumpel szefa - nazwijmy go Januszem. Lawetą. Z rozwalonym busem na pace.
Za chwilę mechanik dostał od szefa polecenie zmiany wszystkich czterech opon w tym busie na jakieś używane, ale jeszcze dobre.

Czemu tak?

Firma transportowa Janusza zatrudniła nowego kierowcę, młodego chłopaka z niewielkim doświadczeniem. Chłopak dostał busa na łysych oponach i trasę na Czechy. Przez góry. Zimą.

Co mogło pójść nie tak?

Nie wyrobił na którymś zakręcie, zatrzymał się na drzewie. Na szczęście obrażenia kierowcy niewielkie, bus natomiast skasowany konkretnie. Janusz natychmiast zajarzył, że gdy rzeczoznawca z firmy ubezpieczeniowej zobaczy, w jakim stanie są opony to o odszkodowaniu będzie mógł pomarzyć. No ale od czego jest kumpel - właściciel serwisu...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (206)

#88625

~SmutnaTorciara ·
| Do ulubionych
#Praca #pracodawcy

Pracowałam w sklepie. 5 dni w tygodniu + 2 soboty godz. 10-18. wypłata 2800 na rękę (najniższa na umowie, reszta do ręki). Ludzie mnie irytowali postanowiłam zmienić pracę.

Moim wielkim zamiłowaniem jest cukiernictwo; torty artystyczne, jakieś proste figurki z masy, kwiaty waflowe, inne wypieki.
Udało mi się znaleźć pracę jako pomocnik cukiernika, praca 6 dni w tygodniu, płaca 2700 netto. Godziny lepsze - nocne , warunki umowy słabe. Miałam mieć umowę o pracę, do końca roku dostałam umowę zlecenie z stawką miesięczną. Ogólnie wychodzimy kiedy wszystko zostanie upieczone; czasem po sześciu, czasem po dziewięciu godzinach. W zeszłym miesiącu wyrobiłam 195 h. Jest mi cholernie przykro, że przy pracy dużo cięższej zarabiam tak małe pieniądze. Ale cóż mam innego zrobić, ciężko było mi się złapać w tym fachu, ale wiem, że właśnie to chcę robić.

Najbardziej przeraża mnie wizja stycznia i nowej umowy. Znalazłam w pokoju socjalnym listę obecności innych pracowników. Wpisane godziny u wszystkich 6-14, co absolutnie się nie pokrywa z stanem fatycznym, bo jak wcześniej wspomniałam pracujemy w nocy.

Nie wiem, co zrobić. Ciągnąc to? Rzucić w cholerę wrócić do sklepu za "godną pensje" i mniejszą liczbę obowiązków ale pełna irytacji? Wiem, że gdybym została przy takiej pensji pracując 6 razy w tygodniu w końcu się wykończę i psychicznie i fizycznie. Ledwo wystarcza mi na rachunki i podstawowe potrzeby. A gdzie tu dojazd, mam 15 minut samochodem w jedna stronę, paliwo od 400 do 600 zł miesięcznie. Nie mam możliwości dojechania autobusem, nic rano nie jeździ abym wróciła do domu w czasie mniejszym niż 2h.

Chciałam się wyżalić. Czuję się beznadziejnie.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (161)

#88624

(PW) ·
| Do ulubionych
7 lat temu zaczęłam pracować w biurze w przychodni.

Początkowo miałam być tylko zastępstwem za babkę, która szła na macierzyński (niech będzie Marzena). W tym czasie doszło jednak sporo nowych rzeczy i szef postanowił zatrudnić mnie na stałe. Kiedy Marzena wróciła z urlopu, podzieliłyśmy się obowiązkami. Żyłyśmy w zgodzie, wręcz stopniowo zaczęłyśmy się zaprzyjaźniać.

Mówiłyśmy sobie o wszystkim, czasem nawet się śmiałyśmy, że tylko hemoroidów sobie nie pokazywałyśmy. Miałyśmy naprawdę fajną relację. Cieszyłam się, bo w swoim wtedy prawie 30-letnim życiu nie miałam takiej prawdziwej przyjaciółki. Kiedy facet mi się oświadczył, nawet nie myślałam, że ktokolwiek inny mógłby być moim świadkiem.

Przyszła pandemia. Pierwszy lockdown zbiegł się z czasem, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Powiedziałam szefowi, że mam zamiar pracować najdłużej jak się da, dlatego dla mojego bezpieczeństwa wymyślił nam pracę na zmianę. Wyglądało to tak, że np. w jednym tygodniu byłam 3 dni w biurze, 2 dni pracowałam zdalnie, w następnym na odwrót. Chodziło o całkowite ograniczenie kontaktu pracowników ze mną. Dzwoniłyśmy do siebie z Marzeną, pisałyśmy. Nieco ponad miesiąc przed porodem szef wygonił mnie na zwolnienie. Całą ciążę miałam problemy z kręgosłupem, a do pracy dojeżdżałam prawie 40 km w jedną stronę, więc stwierdził, że powinnam już odpocząć. We wrześniu urodziłam.

W grudniu pojechałam do pracy, żeby dać Marzenie świąteczne prezenty dla niej i jej rodziny. Rozmawiałyśmy ze sobą normalnie, wręcz nie mogłyśmy przestać. Powiedziałam jej przy okazji, że jak już będzie coś wiadomo w sprawie szczepień przeciwko COVID, to chcę być na liście chętnych, niezależnie od tego, jaki dostaniemy preparat. Po świętach jej syn miał urodziny, więc wysłałam mu prezent kurierem. Marzena nie napisała nawet krótkiego "dziękuję". Wtedy się tym nie przejęłam.

Później w styczniu dowiedziałam się, że nasz szef jest już zaszczepiony, więc zadzwoniłam do Marzeny i spytałam, kiedy moja kolej. Odpowiedziała, że najpierw lekarze, a potem reszta personelu. W lutym zachorowałam. 2 tygodnie się męczyłam z chorobą, a powikłania odczuwam do dzisiaj. W marcu Marzena miała urodziny, więc wysłałam jej prezent. Tak jak w przypadku jej syna, również nic do mnie nie napisała ani nie zadzwoniła.

Pod koniec marca moja córka złapała trzydniówkę, więc dla świętego spokoju zadzwoniłam do pielęgniarki. Przy okazji spytałam ją o te nieszczęsne szczepienia. Powiedziała mi, że przecież wszyscy, którzy chcieli się zaszczepić, już to zrobili i teraz nie ma takiej możliwości. Następnego dnia pojechałam do pracy i poszłam do Marzeny. Spytałam ją o szczepionkę. Powiedziała, że rozmawiała z szefem i on może mi wystawić skierowanie, żebym sobie pojechała do szpitala węzłowego. Zatkało mnie i nie wiedziałam, co powiedzieć. Okłamała mnie. Nawet nie wiem, dlaczego to zrobiła. Do dziś nie wiem, dlaczego nie wpisała mnie na listę chętnych.

W sierpniu pojechałam do pracy, żeby porozmawiać z szefem o moim powrocie do pracy. Powiedział, że NFZ dorzucił kilka dodatkowych obowiązków i spytał czy nie chciałabym dodatkowo siedzieć w rejestracji. Zgodziłam się pod warunkiem, że nie zabierze mi moich biurowych obowiązków (po tej akcji z szczepieniami przestałam ufać Marzenie). Miał się jeszcze zastanowić czy nie dorzucić mi popołudniówek kilka razy w tygodniu. Nie kontaktował się już potem ze mną, więc stwierdziłam, że sama do niego pójdę, bo wolałabym wiedzieć, jak ma wyglądać mój harmonogram.

Poszłam do niego w piątek. Przedstawił mi swój nowy pomysł. Okazuje się, że po urlopie mam pracować w rejestracji. 3 razy powtórzyłam mu, że nie chcę oddawać swoich biurowych obowiązków, jednak on dyplomatycznie tłumaczył mi, że w rejestracji będę bardziej potrzebna. Pocieszał mnie, że to tylko na rok, bo nasza rejestratorka akurat ma na dniach rodzić, więc jak wróci z macierzyńskiego, ja będę mogła wrócić do biura.

Nóż, który Marzena wbiła mi w plecy, w tamtym momencie zabolał najbardziej. Doskonale wiem, że decyzja o zepchnięciu mnie na najniższy szczebel w naszej przychodni, nie była samodzielną decyzją szefa. On jest taki, że chce, aby wszystko było zgodne z przepisami, a wszystkich przepisów nie zna - od tego miał Marzenę i mnie. Gdyby Marzenie zależało na moim powrocie do biura, od razu by mu powiedziała, że posadzenie mnie w rejestracji jest niezgodne z kodeksem pracy.

Co jej się stało? Nie wiem. Mogę się tylko domyślać. Może polubiła swoje znacząco wyższe wynagrodzenie, bo dostała sporą podwyżkę na czas mojej nieobecności. Może jest zazdrosna o to, że zaszłam w ciążę, której nawet za bardzo z mężem nie planowaliśmy i przebiegła ona niemal bezproblemowo, gdzie ona miała całą listę problemów, żeby zajść i donosić (kilka ciąż pozamacicznych + poronienia).

Dzisiaj pojechałam do niej do biura. Powiedziałam jej, co mi leży na wątrobie. Że jak nie podziękowała za urodzinowy prezent dla syna, to nic nie podejrzewałam. Że jak nie podziękowała za swój prezent, to też nic jeszcze nie podejrzewałam. Że jak dzwoniłam do niej kilka razy, żeby porozmawiać, a ona zawsze szybko kończyła rozmowę tłumacząc się ogromem pracy, to również nic nie podejrzewałam. Ale niewpisanie mnie na listę chętnych do zaszczepienia się i kłamanie później, uznałam za podejrzaną sytuację. Powiedziałam jej, że jest mi cholernie przykro, że po tylu latach przyjaźni, nie zasłużyłam na szczerość z jej strony. Bo ja naprawdę nie wiem, co jej się odkleiło.

Powiedziałam, że nie wiem, o co jest na mnie zła, bo przecież mnie tu nie było, więc nie wiem czym ją uraziłam. Podkreśliłam, że była świadkiem na moim ślubie, traktowałam ją jak rodzinę, jak najlepszą przyjaciółkę. Wiecie, co mi odpowiedziała? Nic. Kompletnie nic. Ani jednego słowa. Ani "cześć" na powitanie, ani na pożegnanie. Nie oderwała wzroku od monitora. Wyszłam i poczułam, że nie mogę oddychać.

Najzwyczajniej w świecie jest mi przykro. Analizowałam całą tę sytuację nie raz i nie przychodzi mi do głowy żadne logiczne wyjaśnienie, dlaczego moja najlepsza przyjaciółka potraktowała mnie jak g*wno. Mam w planach popracować w tej zakichanej rejestracji do końca przyszłego roku i szukać innej pracy. Dla mnie to była ważna życiowa lekcja, że lepiej nie szukać przyjaźni w miejscu pracy.

praca przyjaźń

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (190)

#88619

(PW) ·
| Do ulubionych
Internetowi napinacze wiedzą najlepiej.

Znalazłam męską saszetkę w rządku wózków zakupowych pewnej hurtowni. W pobliżu nikogo, kogo można zapytać, nie ma żadnego świadka tej sceny. Z całym wózkiem udałam się zatem do informacji, wytłumaczyłam co i jak, przywołano ochronę, żeby komisyjnie w oku kamer ustalili jej zawartość.

Natychmiast na lokalnych forach wrzuciłam informację o tym, że saszetka koloru czarnego jest do odebrania w punkcie ochrony w tej konkretnej hurtowni.

Posypały się na mnie gromy, że w środku były na pewno dokumenty, mogłam znaleźć adres i odwieźć wszystko właścicielowi. Moje tłumaczenie, że nie czułam się uprawniona  grzebać sama w cudzej saszetce, że poza tym nie miałam pewności czy nie porzucił jej złodziej po uprzednim wyczyszczeniu z gotówki, było wyśmiewane. Ileś osób mnie wręcz obrażało, bo nie mam empatii, że człowiek przeze mnie pewnie w stresie, jestem idiotką i kropka.

No pewnie, gdybym mu przekopała saszetkę i pojechała pod adres zameldowania, a on akurat zawróciłby z drogi i w hurtowni dowiedział się, że nikt saszetki nie oddał, to byłby super uspokojony, na luzie wróciłby do domu sprawdzić czy uczciwy znalazca nie czeka pod jego drzwiami. Ale internetowych napinaczy nie przekonasz.

sklepy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (213)

#88609

~Ala2021 ·
| Do ulubionych
SMS od stażysty:
"U mnie pada. Przyjdę jak przestanie"

Polska

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (210)

#88606

~wspomnienczar ·
| Do ulubionych
Dzień dobry, drodzy Piekielni.

Pojawiają się tu czasem historie o dzieciach i młodzieży, a pod nimi komentarze, że znakiem naszych czasów jest skrajne rozpieszczenie dzieci, które prowadzi do ich roszczeniowości i agresji. W związku z czym przypominają mi się historie z moich czasów szkolnych, kiedy to podobno dzieci były cudowne, grzeczne i szanujące dorosłych. Moje czasy szkolne przypadają na całe lata 90. i początek lat 00. - tak dla wyjaśnienia. Chodziłam do szkoły w mieście wojewódzkim, osiedle normalne - żadna dzielnica patologiczna.

1. Druga lub trzecia klasa podstawówki. Miałam w klasie oczywiście kilku gagatków, kilkoro z rodzin dysfunkcyjnych, kilkoro z "normalnych" rodzin. Ci z rodzin patologicznych byli owszem, niegrzeczni, słabo się uczyli. Ci z rodzin "normalnych" byli rozwrzeszczani, pewni siebie i bezczelni.

Jednym z takich dzieci był powiedzmy Michał. Michał często wyzywał inne dzieci, zabierał zabawki, jedzenie, wszczynał bójki. Raz, zupełnie bez powodu, podszedł do grupy dziewcząt, w której byłam też ja. Zaczął nas popychać, kopać i szarpać. Zerwał mi z nadgarstka zegarek (taki na gumce) i uszkodził. Nauczycielka zaalarmowana naszymi krzykami usiłowana wszystko zbagatelizować. Ja jednak musiałam jakoś wytłumaczyć rodzicom zniszczony zegarek, więc powiedziałam prawdę.

Doszło w szkole do spotkania najpierw z nauczycielką, która powiedziała, że ona nic nie widziała, Michałek jest ogólnie grzeczny i ona sobie nie wyobraża, aby zrobił coś takiego. Później u dyrektorki moi rodzice spotkali się z rodzicami Michała, domagali się zwrotu kosztów zegarka i przeprosin. Dyrektorka powiedziała, że ona nie rozumie, czemu moi rodzice chcieli się spotkać w szkole, przecież to sprawa między naszymi rodzinami i szkoła nie ma z tym nic wspólnego.

Rodzice Michała zaś wyśmiali moich rodziców, najpierw idąc w zaparte, że Michałek to grzeczny chłopczyk, oni nie mają żadnych sygnałów, że jest agresywny czy niegrzeczny, a zegarek to sobie sama zniszczyłam. Po tej zauważyłam, że nauczyciele po prostu udawali, że nie widzą agresywnych zachowań Michała, nawet gdy to ewidentnie on był agresorem próbowali wmawiać, że może ktoś go sprowokował. Do dziś nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.

2. Bodajże siódma klasa. Mieliśmy bardzo surowego nauczyciela historii. Większość uczniów go nie lubiła, ale szanowała. Była jednak grupka chłopców, która robiła cyrk na lekcji, z czasem każda lekcja historii była szarpaniną słowną między chłopakami a nauczycielem. Chłopaki byli co i rusz wysyłani do dyrektorki, wracali po kilku minutach i jazda zaczynała się od nowa.

Na którymś zebraniu rodziców ktoś podniósł ten temat, mówiąc, że traci na tym cała klasa, bo te lekcje nie mają żadnej wartości dydaktycznej. Rodzice chłopaków podnieśli raban, że to wina nauczyciela, bo on nie ma podejścia do ich dzieci i zaczęli domagać się zmiany nauczyciela. I dopięli swego... Dostaliśmy cichutką panią, która pozwalała się na lekcji zakrzyczeć przez chłopaków i całe lekcje sprowadzały się do czytania podręcznika, a pani gapiła się w sufit.

3. Liceum.

Poszłam do przeciętnego ogólniaka, szkoła jak szkoła. Tu już nie było żadnych "patusów" - przynajmniej w klasycznym znaczeniu tego słowa.

W drugiej klasie, na zastępstwo za nauczycielkę matematyki na zwolnieniu chorobowym, przyszła starsza pani. Od razu zyskała sobie antypatię całej klasy, gdyż była wymagająca. Szybko lekcje przekształciły się w jeden wielki chaos. Pod koniec roku szkolnego okazało się, że kilka osób jest zagrożonych - w tym klasowa gwiazda. Gwiazda ta zwyzywała nauczycielkę na lekcji od kretynek i idiotek i zapowiedziała, że "jeszcze się może zdziwić".

Dzień później samochód nauczycielki został oblany farbą. Oczywiście nikt nic nie widział... Do tego rodzice oburzeni tym, że tyle uczniów jest zagrożonych domagali się spotkania z nauczycielką na zebraniu. Zarzucono jej, że uwzięła się na nielubianych uczniów i specjalnie daje im trudniejsze zadania. Nauczycielka zaproponowała dla zagrożonych uczniów test ostatniej szansy przed poprawką. Rodzice pomarudzili pod nosem, po czym jednak z matek rzuciła "No dobrze, ale niech to będzie taki test, żeby każdy zdał". Tadam!

4. Pobiło się dwóch uczniów. Jeden z nich wyciągnął nóż. Zareagował nauczyciel w-f. Na szczęście akurat on, bo chłopak wcale nie stracił animuszu, gdy pojawił się nauczyciel i usiłował zranić drugiego ucznia. Gdyby nie został bardzo sprawnie obezwładniony, nie wiadomo jakby się skończyło. Wezwana policja, wydalenie ze szkoły. Chłopak podobno w skutek rozprawy sądowej dostał kuratora. Nadal często kręcił się w okolicach szkoły i chwalił się, że koło tyłka mu to lata i do szkoły, do której teraz chodzi nadal nosi nóż.

5. Klasa maturalna - niestety, zmieniono nam nauczycielkę języka polskiego na kilka miesięcy przed maturą. Kobieta bardzo się starała, jednak nie przypasowała klasowej "elicie", która otwarcie dawała jej do zrozumienia, że jej nie lubi i nie słucha. Tu jednak reszta klasy protestowała i uciszała tych przeszkadzających, bo po prostu chcieliśmy się czegoś nauczyć.

Jedna z dziewczyn zwróciła się bezpośrednio do tej grupy uczniów, mówiąc, że jeśli nie chcą się niczego nauczyć, to niech wyjdą i dadzą słuchać innym. O dziwo, zamknęli się. Dziewczynie następnego dnia "nieznany sprawca" włamał się do szkolnej szafki i zniszczył, wszystko, co w niej miała...

szkola

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (195)

#75802

~wsipiekna ·
| Do ulubionych
Wracając do domu miałam nieprzyjemność uczestniczyć w wypadku samochodowym. Niby nic strasznego, gdyby nie fakt, że sprawca uciekł z miejsca wypadku, dodatkowo mi machając na pożegnanie.

Mój samochód połowicznie skasowany, on swoim poturbowanym gratem zdołał dojechać do najbliższego lasu (jakieś 200m), porzucić auto i co sił (i jak się okazało procentów) w nogach. Tu wielki ukłon dla ludzi, którzy poświęcili swój czas na gonitwę za Panem.

Miejscowość mała, Pan znany. Ze znalezieniem go nie było problemu.

Gdzie piekielność? Pan był zawodowym kierowcą, rzecz jasna zabrano mu prawo jazdy vide pozbawiono środków do życia.

A kogo sąsiedzi i mieszkańcy wioski obwiniają? Mnie - "bo wezwała policje!"

wieś

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (202)

#75801

(PW) ·
| Do ulubionych
Po pogrzebie mojej mamy na grobie zostało Jej zdjęcie oprawione w ładną, ażurową, mosiężną ramkę. Nie było przymocowane, po prostu stało i przez kilka miesięcy nikomu w niczym nie przeszkadzało.

Kika dni temu zrobiliśmy odkrycie - ramka została ukradziona, ale zdjęcie przełożone do innej, zwykłej z tworzywa sztucznego.
Czyżby nowy poziom hieny cmentarnej, z wyrzutami sumienia?

cmentarz

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (165)

#88605

(PW) ·
| Do ulubionych
Szlag mnie jasny trafia i krew nagła zalewa.

Czy do Was też tyle razy dzwoni do spam?

Od zawsze raz na jakiś czas dzwonili z fotowoltaiki czy z innymi garnkami ale teraz to przechodzi szczyt wszystkiego. Przykład z dzisiaj: w ciągu dwóch godzin pięć telefonów. Blokowałem jeden numer - zaraz dzwonił drugi. Czasami numer różni się tylko ostatnią cyfrą.

Mam zablokowanych już chyba ponad dziesięć numerów, ale to nic nie daje bo dzwonią z innych.

Zaczęło się to gdy niedawno zmieniłem telefon na nowy, Xiaomi poco. Nie wiem czy to ma jakiś związek, bo staram się nie podawać numeru byle gdzie, tylko kiedy muszę.

Telefon

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (85)

#88613

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierownikiem pociągu.

Prowadziłem pociąg z Warszawy do Łodzi. Na stacji Warszawa Zachodnia, gdy stałem na peronie, podszedł do mnie mocno zdenerwowany podróżny. Powiedział, że ma poważny problem. Przed chwilą przyjechał z Żyrardowa (pierwsza stacja za Warszawą) i wysiadając zorientował się, że zostawił na peronie torbę ze swoimi wszystkimi swoimi rzeczami. Miał w niej być laptop, portfel ze wszystkimi dokumentami, oraz biletem miesięcznym. Błagał mnie bym pozwolił mu jechać licząc, że nikt przez ten czas jego torba wraz z zawartością nie znajdzie sobie nowego właściciela. Powiedział, że naprawdę chętnie by zapłacił za bilet, tylko wszystko zostało w tej nieszczęsnej torbie.

Pomyślałem, że przecież sam mógłbym znaleźć się w podobnej sytuacji. Wpuściłem go do pociągu życząc, że odzyska swoją zgubę.

Ten sam podróżny przyszedł do mnie jakiś miesiąc później. Podziękował mi, że pozwoliłem mu wtedy jechać. Torbę w nienaruszonym stanie udało mu się odzyskać i od tamtej pory codziennie woził ze sobą dużą tabliczkę czekolady, licząc na to, że któregoś dnia mnie spotka, by mi podziękować.

Tak sobie wyobrażałem nasze następne spotkanie.

Przyszedł on do mnie powiedzieć, że ma poważny problem.
-Znowu zapomniał Pan zabrać torby z peronu? -zapytałem

Odpowiedzi nie usłyszałem, gdyż podróżny błyskawicznie się oddalił.

kolej

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (149)