Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86710

~Rozezlona ·
| Do ulubionych
Jeszcze do niedawna byłam szczęśliwą mieszkanką osiedla domków jednorodzinnych. Osiedle to ma już prawie dekadę, ale dopiero na jesieni ubiegłego roku zabudowana została przedostatnia działka, na moje nieszczęście ta trzy domy od mojej. Na początku budowy byłam zadowolona, że ktoś wreszcie pozbył się perzu, który chyba magicznie wylewał się na okoliczne ogródki, takie tego były ilości. Wśród mieszkańców osiedla byłam jedną z pionierek, więc kurz i hałas z budowy nie robiły na mnie wrażenia. Do domu wprowadziło się małżeństwo z maluchem w wózku. Z nowymi sąsiadami widywałam się rzadko, kłanialiśmy się sobie, raz czy dwa dłużej rozmawialiśmy. Ogólnie całkiem poprawne sąsiedzkie stosunki. I wtedy nastał covid, a ja zaczęłam pracować z domu. A kiedy zrobiło się cieplej - z ogrodu.

I tak pewnego pięknego dnia odkryłam, że za połamane rośliny w moim ogrodzie wcale nie odpowiada żaden gruby kocur, tylko dziecko sąsiadki. Gwoli ścisłości, mam ogrodzenie i zamykam bramę, tylko ogrodzenie jest nietypowe - nie jakieś nowatorskie, po prostu w prostokątne przęsło wpisane są różnego rozmiaru prostokąty, z których część na siebie zachodzi. Przestraszyłam się, bo mam różne trujące rośliny i studnię głębinową, która czasami jest zakryta, a czasami nie. Wzięłam dziecko na ręce i poszłam odnieść rodzicom. Sąsiadkę spotkałam dopiero w jej ogródku. Wcale nie była zdziwiona, że jej dziecko było u mnie. Stwierdziła, że lubi tam chodzić. Powiedziałam, że nie życzę sobie takich wizyt, a ona na to, że dopóki Marcinek będzie mógł przejść przez ogrodzenie, to przechodził będzie. Połamanych roślin słowem nie skomentowała. Nie dotarło do niej, że dziecko może się u mnie czymś zatruć lub wpaść do studni. Kazała mi ją zamykać. Ona mi. Koniec stosunków dobrosąsiedzkich.

Okolice domu

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (144)

#86714

~Cienia ·
| Do ulubionych
Przypomniały mi się stare czasy, kiedy pracowałam jako opiekunka osób starszych u naszych zachodnich sąsiadów. Zaczęłam tak pracować jakieś 10 lat i trwało to ok. pięciu lat. Ogólnie dość lubiłam tę pracę, ale zdarzyły się też niefajne sytuacje i te które najbardziej utkwiły mi w pamięci postanowiłam tu opisać.

Zacznę od tego, że pracowałam przez polska agencję i często wina za piekielne sytuacje leżała właśnie po stronie agencji.

1. Agencja miała kartoteki pacjentów, czy raczej klientów, gdzie opisane było, czy osoba wymagająca opieki jest zdrowa na umyśle oraz fizycznie, czy opieka ma być całodobowa czy tylko dzienna oraz jaki jest zakres obowiązków opiekunki. Nie mam wykształcenia medycznego, więc mogłam opiekować się tylko osobami, które takiej opieki nie wymagały. Do pierwszego miejsca pracy wysłano mnie z informacją, że jest to starszy pan, samodzielny fizycznie, potrzebujący bardziej kogoś w rodzaju gosposi. W to mi graj. Niestety, po przyjeździe na miejsce okazało się, że jest pan leżący, przyjmujący wiele specjalistycznych leków, wymagający podawania basenu, a najlepiej zakładanie cewnika. Pracownica agencji, która pojechała ze mną do rodziny pana celem zapoznania, nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że nie pisałam się na takie rzeczy. Nie dlatego, że uwłaczało to mojej godności, tylko dlatego, że po prostu bałam się, że zrobię temu panu krzywdę, nie znam się na lekach, a spis był naprawdę długi, przy czym za mało lub za duża dawka mogła pana zabić. Rodzinie zostało powiedziane, że jestem wykwalifikowaną pielęgniarką i z tego co zrozumiałam, byli wściekli, że agencja nie ma żadnych dokumentów na potwierdzenie moich kwalifikacji i ostatecznie (na szczęście) nie zgodzili się oddać mi pana pod opiekę. Przesiedziałam wtedy ponad tydzień na jakiejś kwaterze czekając, aż agencja znajdzie mi inną pracę.
2. Wysłano mnie do starszego małżeństwa. Pan wymagał pomocy w korzystaniu z toalety, kąpieli i jedzeniu, a żona już nie dawała rady. Zakres obowiązków zawierał wyłącznie opiekę nad panem, ewentualnie też dotrzymywanie mu towarzystwa. Słabo mówiłam po niemiecku, ale oczywiście chciałam się uczyć, więc na rękę mi było częste rozmawianie z państwem. Niestety, szybko okazało się, że żona pacjenta uważała, że skoro mam trochę wolnego czasu, gdy pan akurat oglądał telewizję lub spał, to powinnam sprzątać, gotować, prać i tak dalej. Głupio mi było odmówić, szczególnie, że naprawdę miałam sporo wolnego czasu, ale w pewnym momencie złapałam się na tym, że zaczynam o 6 rano, gdy pan się budził i do 21, gdy szedł spać nie mam w sumie nawet pół godziny dla siebie. Zadzwoniłam do mojej opiekunki w agencji, ponieważ nie czułam językowo na siłach przedstawić pani swój punkt widzenia. Opiekunka pocmokała przez telefon, obiecała porozmawiać z klientką i kazała nie robić nic poza zakres określonych obowiązków. Kilka godzin później starsza pani zaczęła się na mnie wydzierać i szarpać, nie do końca zrozumiałam, co, ale na pewno było coś o telefonie, lenistwie i polskiej szmacie. Nie mogła się ze mną dogadać, więc szarpnęła mnie za rękę do mojego pokoju, pokazała walizkę i otworzyła szafę z ubraniami. Czyli mam się pakować. Ponownie zadzwoniłam do agencji i podałam klientkę pośredniczce do telefonu. Po chwili baba oddała mi telefon, pośredniczka kazała się spakować i iść do hotelu, a następnego dnia miał mnie odebrać kierowca. Zapytałam się, gdzie mam iść do hotelu, skoro jestem na wsi i no niestety, nie ma tu żadnych hoteli. Pośredniczka podumała chwilę, spytała czy nie mogę iść spać do sąsiadów?! Oczywiście nie wchodziło to w grę, więc końcem końców pojechałam taksówką do najbliższego miasteczka i tam spędziłam noc. Co ciekawe, rozmawiając o tej akcji z pośredniczką dowiedziałam się, że klientka w sumie mówiła, że mile widziana będzie pomoc w domu, ale nie spodziewała się, że aż w takim zakresie.
3. Oddelegowano mnie do samotnego starszego pana, na początku nie było żadnych problemów, pan był co prawda już trochę otępiały, ale generalnie dogadywaliśmy się. Robiłam oczywiście też zakupy, a z pieniędzy na nie co tydzień rozliczałam się z córką pacjenta. Po pewnym czasie ta właśnie córka zaczęła mi zwracać uwagę na to, że za dużo wydaję, co mnie zdziwiło, bo kupowałam to, czego życzył sobie pan, zbierałam paragony, sobie też nie kupowałam nic specjalnego, jadłam to samo, co pacjent. Córka zaczęła robić mi wyrzuty, że kupuję jedzenie lepszych marek, a nie tych najtańszych. Tłumaczyłam, że pan nie chce tych tanich, ale ona kompletnie to olała. W kolejnych tygodniu kupiłam tańsze produkty, pacjent był niezadowolony, odmawiał jedzenia, wściekał się. Po kolejnej rozmowie z córką dowiedziałam się, że jestem darmozjadem, bo sobie kupuje markowe szyneczki na jej koszt, a powinnam się cieszyć, że w ogóle dostaje jeść i nie muszę się żywić na własny koszt. Pacjent był przy tym obecny i zaczął się z nią kłócić, że nie będzie jeść taniego chłamu z dyskontu. Do tej pory pamiętam, że wydarła się na niego, że najchętniej to by rozwalił całe pieniądze na żarcie, a powinien oszczędzać i myśleć o tym, aby coś po sobie zostawić. Popracowałam tam jeszcze kilka tygodni, potem córka poprosiła o zmianę opiekunki i z ciężkim sercem zostawiłam pana.

4. Moje ostatnie miejsce pracy było w większym mieście i miałam zajmować się małżeństwem. Piekielność polegała na tym, że oboje byli już niesprawni, za to bardzo wymagający i ciężko było mi ogarnąć opiekę nad obojgiem. Już po kilku tygodniach wiedziałam, że nie dam rady na dłuższą metę i dałam znać agencji, że chciałabym zmienić miejsce pracy. Dowiedziała się o tym wnuczka państwa, która załatwiała sprawę z agencją. Ustaliliśmy razem, że zostanę do końca miesiąca. Niestety, wnuczka wiedząc, że i tak wyjadę przestała przychodzić w weekendy (oficjalnie weekendy miałam wolne, bo państwem zajmowała się wtedy właśnie wnuczka - w praktyce i tak jej pomagałam, bo narzekała, że dziadkowie są tacy uciążliwi). Na koniec powiedziała mi, że jest rozczarowana, bo tyle dobrego słyszała o polskich opiekunkach,a tu już czwarta z kolei odchodzi po kilku tygodniach. Zwróciłam jej uwagę, że zarówno stan dziadków, jak i zakres obowiązków jest po prostu ciężki do ogarnięcia dla jednej osoby i chyba widzi to, przychodząc w weekendy. Stwierdziła, że owszem, ale ona to robi dobrowolnie, a ja jestem w pracy, więc nie powinnam narzekać na pracę od świtu do nocy, pielęgnację dwójki niepełnosprawnych osób, sprzątanie, gotowanie, zakupy, zabawianie państwa czytaniem gazet i książek, no bo przecież my w tej Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do ciężkiej pracy.

Ale żeby nie było - miałam mnóstwo ciepłych i miłych pacjentów, których do tej pory dobrze wspominam, tylko nie wiem, dlaczego niektórym wydaje się, że opiekunka to jakiś prywatny niewolnik.

zagranica

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (106)

#86784

(PW) ·
| Do ulubionych
Powódź.

Pompujemy 4 pompami wodę na drugą stronę drogi wojewódzkiej bo przepust pod nią jest częściowo zablokowany i nie nadąża odprowadzać wody. Żeby nie blokować całkiem ruchu razem z policją zrobiliśmy "wahadełko" i puszczamy ruch przez mostki przejazdowe (https://cn.strefa998.pl/283-large_default/mostek-52-75-110-75-52-drewniany.jpg)

Tylko że niektórzy "kierofcy" usilnie się starali je ominąć nie zważając na to że w ten sposób psują nam pompy. Ale hitem pompowania był facet, który potraktował nasze mostki jako "hopkę" i wjechał na nie z prędkością ok. 60 km/h. Potem był bardzo zdziwiony i zły bo poszła mu miska olejowa.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (110)

#86777

~niezdecydowana ·
| Do ulubionych
Moja koleżanka z pracy postawiła sobie za punkt honoru przekonać wszystkich w firmie do głosowania na pewnego kandydata na prezydenta. Od kilku tygodni przynosiła do pracy ulotki, pokazywała wpisy, filmiki, spoty wyborcze, artykuły itd. Część ludzi może faktycznie udało się przekonać, część przytakiwała jej dla świętego spokoju, część otwarcie z nią dyskutowała lub kazała się zwyczajnie odwalić. Osobiście do ostatniej chwili mówiłam jej, że sobie przemyślę i jestem niezdecydowana.

Dziś zapytała czy idę jutro na wybory i jak będę głosować. Odpisałam, że nie wiem, czy pójdę. Zaproponowała, że pójdziemy razem (mieszkamy na tym samym osiedlu, mamy ten sam lokal wyborczy) i najwyżej dam jej swoją kartę do głosowania, odpowiedziałam, że dzięki, ale nie, jeśli już to pójdziemy z mężem z samego rana w ramach spaceru z psem. Chwilę jeszcze pociągnęła temat, po czym wyraźnie jej napisałam, że męczy mnie jej agitacja i natarczywość i wyświadcza tym samym swojemu kandydatowi niedźwiedzią przysługę. Wyzwała mnie od fanatyczek pewnej opcji politycznej, szkodliwych idiotek i nieświadomych społecznie głąbów. W poniedziałek będzie miło w pracy.

wybory

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (96)

#86711

(PW) ·
| Do ulubionych
Od niedawna jestem "wieśniarą", czyli mieszkanką jednej z wsi polskich na południu naszego pięknego kraju.
Jako że to wieś w pełnym tego słowa znaczeniu, gdzie psy szczekają, koguty pieją, traktory jeżdżą, a gnój śmie... no, pachnie inaczej ;) to i ja postanowiłam trzymać sobie jakieś przydatne zwierzątka.
Stanęło na kurach. W końcu wiejskie jajka są najlepsze, prawda?

No to trzeba przyszłym pracownicom jakieś lokum postawić. Z czego najłatwiej? Ano - zawyrokował mąż - z palet. Jak zawyrokował, to zaczął szukać dostawców z bliskiej okolicy, by marzenie małżonki o staniu się prawdziwą wieśniarą spełnić.
Znalazł bardzo szybko i bardzo blisko pana, który miał akurat taką ilość palet, jakiej potrzeba do postawienia "kuratorium". Data i godzina oraz cena umówiona. Cudownie!
W wyznaczonym czasie czekamy. Czekamy. Czekamy.

Jako że już pan od palet ma lekkie (godzinne) opóźnienie, mąż łapie za telefon i dzwoni. Może jakiś problem w trasie, coś niespodziewanego się stało? Telefon, niestety, po drugiej stronie nie został odebrany. SMSy oraz e-maile również. I to nie tylko w tym dniu - zupełnie zostaliśmy olani.
No nic. Na szczęście straciliśmy tylko czas.
Kolejne przypadki były podobne. Mimo wcześniejszych potwierdzeń, że na pewno przyjedzie jeden z drugim z zamówionym towarem, to znikali po drodze, niczym w czarnej dziurze. Aż zaczęliśmy podejrzewać, że ktoś te karawany kupieckie napada i rabuje wiezione do nas dobra.
Pomijam tych, którzy wystawiali ogłoszenia, ale nie zamierzali się w ogóle kontaktować z potencjalnym nabywcą. Ani za pomocą wiadomości, e-maili, SMSów, ani nie odbierali połączeń. A takich też było sporo.
Po trzech miesiącach takiego bujania się z "byznesmenami" w końcu trafiłam na solidnego przedsiębiorcę, który uczciwie podał cenę za towar i za transport. Nie bał się rozmawiać przez telefon, odpisywał na SMSy i wiadomości. A w kontakcie osobistym okazał się być bardzo sympatycznym człowiekiem.
Ba! Jeszcze nam pomógł te palety z auta wypakować!

I tak się zastanawiam: po kiego grzyba takie to to wystawia ogłoszenia, reklamuje się wszem i wobec, kiedy później ma klienta w du...żym poważaniu? Rozumiem, że mogą się zdarzyć różne nieprzewidziane sytuacje, tylko czemu nie powiadamia się o tym klienta? To taki trend ostatnimi czasy? Tak napisali w podręczniku do prowadzenia biznesu? Bo opisywane traktowanie jest nagminne i to w różnych dziedzinach życia gospodarczego.
I nie, nie jest to problem po naszej stronie, bo zawsze jesteśmy wyrozumiali i nigdy nie przyjmujemy roszczeniowej postawy, bo płacę, więc wymagam.

Ach! I Hit Tygodnia!
Po tym jak już rozładowaliśmy auto z palet, zapłaciliśmy i pożegnaliśmy naszego dostawcę, odezwał się pan opisywany na samiutkim początku. On ma te palety i może łaskawie do nas przyjechać. Na wieść, że już mamy palety i to na podwórku, pan się oburzył, że jak to tak? Przecież to z nim się umawialiśmy! No tak... Tylko to było trzy miesiące temu :P

uslugi

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (126)

#86706

(PW) ·
| Do ulubionych
W temacie psów biegających bez smyczy było już mnóstwo historii. Tak samo jak w temacie ludzi, którym wydaje się, że mogą sobie głaskać czyjegoś psa, bo ładny, bo słodki, bo tak... Ja mam historię "spinającą" oba te tematy.

Wracam sobie z pracy - a więc zmęczona, ale nadal pozytywnie nastawiona do świata - i widzę, ze z naprzeciwka idzie sobie pani z psem. Piękny. Wielki. Czarny (na moje oko, nowofunland). Psies na mój widok energicznie wprawił w ruch swój ogon i obrał kurs zbieżny z moim. Uśmiechnęłam się na ten widok, ale nie zareagowałam. Jako właścicielka psa wiem, że wszelkie interakcje z psem są dozwolone za zgodą jego właściciela, więc moja uwaga była podzielona pomiędzy przepiękne, czarne psisko i jego panią. Co do pani mam mieszane odczucia, bo owszem, uważnie obserwowała swojego psa (bez smyczy), ale tylko na tym poprzestała.

Piękne, czarne psisko podbiegło do mnie, trącając mnie pyskiem w jednoznacznym komunikacie "głaszcz!!!". Oczywiście, że pogłaskałam, wyczochrałam za uszami, opowiadając przy tym dyrdymały typu "no piękny, piękny psies z ciebie, a za uszkiem lubisz? a pod gardziołkiem?" Niestety, sielankę przerwała pani, z wielkim oburzeniem reagując na fakt głaskania jej psa:

- No jak tak można? Co pani się wydaje, że pies to jakieś dobro wspólne, że można go głaskać bez pytania? Ja sobie nie życzę, proszę mi nie demoralizować (???) psa!

Zmęczona po pracy, nie zareagowałam od razu. W sumie to dość długą chwilę wysłuchiwałam, że pies to pies (wstrząsające!), a nie zabawka do głaskania, coś o braku empatii (taaak, bardzo skrzywdziłam psiesa czochrając go za uchem...) i niezrozumieniu potrzeb (nie wiem czyich, bo pani nie sprecyzowała). Kiedy wróciły mi już zdolności logicznego myślenia, zwróciłam pani uwagę, że cała interakcja została zainicjowana przez jej psa, na co uzyskałam nonszalancką odpowiedź:

- No tak, bo on tak reaguje na ludzi, podbiega i domaga się głaskania.

Na moją uwagę, że ja z kolei tak reaguję na psy, które domagają się głaskania, pani prychnęła pogardliwie i wypuściła jadowitą (w jej mniemaniu) strzałę:

- Ale pani powinna być mądrzejsza od psa!

Spokojnie odpowiedziałam:

- Może i powinnam, ale nie odczuwam takiej potrzeby. Wystarczy mi, że jestem mądrzejsza od pani, bo ja też mam psa, i jak nie chcę, żeby ktoś ją głaskał, to po prostu nie pozwalam jej podbiegać do obcych ludzi.

Pani przez moment wyglądała, jakby powietrze nagle stało się bardzo trujące, ja musiałam już iść (autobus nie poczeka), psies dostał jeszcze kilka "głasków".

Kto bardziej piekielny?

w_drodze_do_domu

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (119)

#86782

(PW) ·
| Do ulubionych
Tato sprzedał auto.
Dzisiaj odbiera telefon - nowy właściciel chce "dopłaty" lub ZWROTU samochodu, bo sworzeń jest do wymiany.
Przed transakcją byli kilka godzin na stacji diagnostycznej wskazanej przez samego zainteresowanego.
Ojciec sprzedał mu ten samochód prawie 3 lata temu.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (118)

#86754

~Woda7878 ·
| Do ulubionych
Czuję się wkurzona. A wszystko przez matkę. Nie ogarniam jak można zachować się w ten sposób i nie widzieć w tym nic niestosownego. Ale do rzeczy. Z racji zbliżających się urodzin matki postanowiłam sprawić jej przyjemność i zorganizować urodziny ot nic wielkiego ciasto, tort prezent tak byśmy razem posiedziały bo w tygodniu nie ma jak praca dom i obowiązki.

Mama poinformowana tydzień przed wszystko cacy. Tort i ciasta zamówione w jej ulubionej cukierni prezent kupiony dziś dzwonię, a ona co informuje mnie że nie przyjdzie bo moja kuzynka wpadnie z prezentem. Oczywiście wpadnie do niej bo do mnie nie chce bo to problem i generalnie ja mam spadać na drzewo. Na koniec rozmowy usłyszałam od matki pretensje i tekst "Czy ja cię o coś prosiłam pytałaś mnie czy ja czegoś chce? " Momentalnie poczułam się jak by ktoś napluł mi w twarz. Uprzedzę nie mam nic, że matka przyjmuję gości ale skoro miała inne plany i nie chciała bym cokolwiek robiła mogła zwyczajnie powiedzieć! a nie odwalać szopkę. Mąż wściekły bo to nie pierwszy raz kiedy tak robi umawia się że mną, a jak tylko ktoś zadzwoni ma mnie gdzieś. Chyba czas ochłodzić nasze relacje.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (117)

#54822

(PW) ·
| Do ulubionych
Zasłyszane w radiu:

"Mój instruktor wykazał się bardzo dużą precyzją na egzaminie. Powiedział, że zaparkowałem 10 cm dalej od słupka. Podkreślam, że zdawałem egzamin na prawo jazdy kategorii C i jechałem 12 - tonową ciężarówką.

Egzamin zdałem za drugim razem."

radio

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (133)

#86703

~Lissa ·
| Do ulubionych
Mój dziadek miał kilka dni temu mały wypadek - spadł ze schodów, na szczęście z niedużej wysokości. Ale opuchnięte i bolące kolano i nadgarstek wyglądały nieciekawie, na dodatek choruje na osteoporozę - kierunek lekarz.

Pozostała kwestia, do kogo się udać. Było już po 17, osiedlowa przychodnia nie działała. Jest w moim mieście Nocna i Świąteczna Opieka Medyczna. I tu piekielność nr 1 - rentgen czynny do 18, jest długa kolejka, nie zdążymy. Czyli, drodzy pacjenci, nie łamcie się po 18 (albo nawet wcześniej), albo idźcie na SOR, który jest przecież zarezerwowany dla zagrożeń życia, nie?

Pozostał SOR. Co ciekawe, nie zrobiono dziadkowi żadnego badania w kierunku Covida - uznano, że w jego wieku byłoby widać objawy, a mnie, która z nim byłam, nie mogli przebadać, bo nie byłam pacjentką, choć jestem potencjalnie bardziej niebezpiecznym źródłem zakażenia. Pielęgniarka nawet zażartowała, że może zrobić mi ładne nacięcie skalpelem, będę do szycia i mnie przebadają... Dziadek prawie nie padł na zawał, jak to usłyszał. Miło wiedzieć, że są jeszcze "piguły" z poczuciem humoru.

Odczekaliśmy swoje, nie mam o to pretensji. Jednak podczas czekania pojawiła się piekielność nr 2, o wiele gorsza. Przez poczekalnię na właściwy SOR przeszło dwóch policjantów z zapłakaną, młodą dziewczyną - wyglądała jak kupka nieszczęścia. Zadzwonili do drzwi (wejście tylko na kod lub "domofonem") i jeden z nich powiedział: Dzień dobry, policjant taki i taki, ja z tą dziewczyną z gwałtu. Biedaczka zaczęła płakać jeszcze bardziej, tamten ją ofuknął, żeby się nie darła, bo już jej to nie pomoże i popchnął do środka.

Żałuję, że nie zapamiętałam jego nazwiska, ale skarga poszła z opisem sytuacji. Zobaczymy, czy coś z tego będzie. A z dziadkiem wszystko w porządku, nic nie połamane, tylko mocne stłuczenie, dostał jeden szew na ranę, która nie chciała się zasklepić do końca.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (107)