Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87760

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna Grażyna biznesu.
Żłobek prywatny.
Rodzice płacą stałą kwotę miesięcznie, niezależnie od tego, ile dni dziecko było obecne / nieobecne.
Grażyna wymyśliła, że jak jest mniej dzieci, to będzie mniej płacić opiekunkom za dany miesiąc.
O czym te ostatnie dowiedziały się przy wypłacie.

Czyli Grażyna kasuje stałą kwotę, a opiekunkom (na umowie o pracę) wypłaca po uważaniu.

Per analogia - jak w sklepie jest mniej klientów, to pracownicy powinni dostawać mniej pieniędzy za pracę?

żłobek

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (178)

#87740

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno mnie tu nie było i sporo się w moim życiu zmieniło. Z góry przepraszam za długaśny wstęp.

Od jakiegoś czasu jestem ratownikiem, choć jest to bardziej realizacja wielkiej pasji do medycyny i nie jest to moje główne źródło zarobku. Niemniej w chwilach wolnych oferuję, między innymi, szkolenia z pierwszej pomocy. Z racji, że kocham to z całego serca, przykładam się do tych szkoleń z całych sił i zawsze oferuję rzetelne zajęcia, nierzadko poprzedzone bezpłatnym audytem zagrożeń w miejscu pracy - i nie, Kochani, to nie chamska reklama, tylko dość ważna rzecz rzutująca na dalszą część historii...

Szkolenie może się odbyć bez certyfikatu lub z certyfikatem. To taki dokument ważny przez 3 lata, który można wrzucić w akta pracownicze, ponieważ PIP, teoretycznie, może się do tego doczepić, albo sam pracownik, w razie wypadku, również teoretycznie może namieszać pracodawcy w sądzie. Słowem - kask chroni głowę, papier chroni d*pę, i co bardziej przezorni przedsiębiorcy chętnie z tego korzystają.

A teraz historia właściwa: parę miesięcy temu dzwoni do mnie kumpel z informacją, że jego znajomy pracuje w firmie, która poszukuje kogoś, kto zrobi im szkolenia z pierwszej pomocy. Kontakt złapany, audyt zrobiony. Firma zajmuje się konstrukcjami ze szkła, więc upadki z wysokości, złamania, skaleczenia, amputacje, to przykłady największych zagrożeń w ich branży. Przechodzimy więc do rozmowy z Januszem:

- No, to Panie Januszu, proponuję cztery godziny konkretnych zajęć z omówieniem szczególnych zagrożeń. Szkolenie zakończymy certyfikatem ważnym 3 lata.
- Dobra, dobra, a jaka kwota?
- 50 zł od osoby.
- To ja proponuję 20 zł, Pan wystawi tylko certyfikaty, a my wpiszemy, że zajęcia się odbyły. Dostanie Pan też referencje.
- Nie ma takiej opcji. Nie wystawiam certyfikatów z pominięciem zajęć...
- To ja nie chcę. W ogóle mówiłem, że te szkolenia, to głupi pomysł, strata czasu i pieniędzy!

No i okej, podziękowałem za współpracę z lekkim uczuciem niesmaku, bo jednak płatne szkolenie z pracownikami jest warunkiem bezpłatnego audytu zagrożeń. Ale no dobrze, jest nauka na przyszłość, żeby podpisywać umowę przedwstępną, albo promesę. Takie zachowania, czy w ogóle lipne szkolenia z BHP lub z pierwszej pomocy, to w Polsce szara i smutna rzeczywistość, stąd nie byłem jakoś szczególnie zaskoczony obrotem sprawy. Jeśli historia się przyjmie, to mogę wrzucić kilka innych "kwiatków", z jakimi miałem do czynienia :)

Ale uwaga, teraz wisienka na torcie. Następnego dnia dzwoni do mnie ten sam znajomy z informacją, że rano w firmie Janusza był wypadek. Pracownik spadł z rusztowania na tafle szkła, w wyniku czego połamał się, dotkliwie pokaleczył i stosunkowo mocno krwawiąc co rusz tracił przytomność. Przybyły na miejsce Zespół Ratownictwa Medycznego zabrał poszkodowanego w stanie krytycznym do szpitala... Żaden z kilkunastu obecnych na miejscu pracowników nie był w stanie pomóc koledze, bo "nie umiem", albo "boję się".

Życie ludzkie jest, podobno, bezcenne. Janusz wycenił je na 50 zł. Przykre...

Szkolenia z pierwszej pomocy

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (198)

#87636

(PW) ·
| Do ulubionych
Na wstępie napiszę, że oczywiście zdaje sobie sprawę, że każdy w rodzinie ma prawo dysponować własnymi pieniędzmi wg uznania.
To jest fakt.

Ale... czasem człowiek czuje się zwyczajnie niesprawiedliwie potraktowany.
Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jest rodzina, czyli ojciec z dwójką dorosłych dzieci i babcia, która jest dość majętna.
Jej syn - czyli ojciec - jest już ustawiony na całe życie i pieniędzy mu nie brakuje, poza tym wziął sobie nową kobietę pazerną na pieniądze z własnymi dziećmi. Przy tym przestał się zbytnio interesować swoją matką od dłuższego czasu, odwiedzał od wielkiego dzwonu.
Jej wnuczek - czyli brat - miał ją już w ogóle całe życie gdzieś.
Wnuczka za to całe życie się babcią interesowała, odwiedzała, spędzała czas, kiedy inni mieli ją gdzieś.
I co pewnego pięknego dnia zrobiła babcia? Poszła cichaczem ze swoim synem, który już jest w życiu dorobiony, tak jak wspomniałam do notariusza i przepisała mu cały swój majątek.

Po co? A żeby przypadkiem wnuczek, który miał ją gdzieś niczego nie odziedziczył, ale przy także okazji wnuczka, która się nią interesowała całe życie, a przy okazji nie najlepiej jej się powodzi, bo pracę ma kiepsko płatną, mimo wykształcenia, o czym powszechnie w rodzinie wiadomo.
Jak się domyślacie wnuczką jestem ja i nie, nie zamierzam się o nic dopominać, upominać, żalić babci, czy rodzinie, ale jednak no fajnie to się nie poczułam...

Skomentuj (81) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (180)

#87758

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak jak obiecałem, druga część historii z ukradzionym samochodem. Tym razem będzie o piekielnej spółdzielni, która miała w nosie dobro mieszkańców i aby tylko kłody pod nogi rzucała.

Znajomi zaczęli od rozwieszenia plakatów "ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". Po kilku godzinach dozorca wszystkie pozrywał i przyszedł do nich z pretensjami, że co oni sobie wyobrażają? Przecież takim czymś odstraszają potencjalnych nabywców i zaniżają wartość lokali, bo kto by chciał mieszkać w okolicy gdzie kradną samochody?

No to może z innej mańki? Zamontujmy kamery. Napisali w tej sprawie do leśnych dziadkach z zarządu i czekali na odpowiedź... pół roku. Tyle to trwało, że autentycznie znajomi zapomnieli, że wyszli z taką propozycją.

No, ale mniejsza z tym. Grunt, że sprawa pchnięta do przodu. Tylko jest jeden szkopuł. Otóż spółdzielni wyszło, że montaż 10 kamer to wydatek... słownie trzystu tysięcy i nie, nie przesłyszeliście się. Zawsze się człowiekowi wydawało, że takie rzeczy to tylko w przetargach publicznych, ale skutecznie wyprowadzili z błędu i jeszcze na dokładkę dodali ironiczne "to teraz musicie tylko przekonać mieszkańców do podniesienia czynszu o kilkaset złotych". Znajomi nie wiedzieli czy się śmiać czy płakać.

Niemniej traf chciał, że u mnie miesiąc-dwa wcześniej montowali monitoring, więc przekazałem im namiary, a oni zgadali się na wstępną wycenę, która zgodnie z oczekiwaniami była rząd wielkości mniejsza, bodaj 35 tysięcy za 12 kamer. Czyli, że nie kilkaset złotych miesięcznie więcej, ale kilkadziesiąt. To by się dało przepchnąć. W znajomych wstąpiła nowa nadzieja.

Ale beton szybko zabrał się za jej gaszenie, ale nie robił nic wyrachowanego (przynajmniej na tym etapie). Po prostu zaczęli stawiać bierny opór. Znajomi potrzebowali poznać kilka szczegółów (jak wygląda sprawa podpięcia się do sieci, gdzie można postawić rejestrator itd.) coby firma mogła przygotować ostateczne wyliczenia. Spółdzielnia stwierdziła, że nie udzieli takich informacji, bo nie i co nam zrobicie?

No dobra, ale skoro mieli własną wycenę to ktoś musiał przygotować dla nich ofertę, a co za tym idzie, odpowiedzieć sobie na te wszystkie pytania. Trop był dobry, niemniej nie obyło się bez oporów. Na maila nie wyślą, bo nie, ale udało się wywalczyć wgląd w biurze spółdzielni. Niezbyt im to było na rękę, bo znajdowało się w innym mieście i było otwarte w z lekka absurdalnych godzinach, ale dali radę się stawić.

Na miejscu było wesoło, oj wesoło. Typ prowadzący biuro spółdzielni nie omieszkał skomentować co myśli o tym karygodnym procederze. "Kto to słyszał, że to mieszkańcy wychodzą z inicjatywą? Od tego jest spółdzielnia!" (sic!). Ale to nie koniec dziwnych tekstów jakie od niego usłyszeli. Na przykład zaczął dawać aluzje do branży w jakiej pracują. Musiał ich obczaić na FB, ale czemu się z tym obnosił? Chciał dać do zrozumienia, że są na cenzurowanym. Chyba tak, bo zaczął się podpytywać czy wszystkie opłaty regulują na czas i tak dalej...

Ale Was pewnie interesuje oferta i co w niej tyle kosztowało? Z tego co znajomi mówili to wszystkiego było ponad miarę. Kamery chyba najdroższe jakie znaleźli w katalogu, do tego serwer do trzymania nagrań za 20 tysi, 2 wielkie telewizory z górnej półki i... etat dla ochroniarza coby siedział w kanciapie i obserwował co się dzieje na rejonie. Aż dziw, że nie pomyśleli o samochodzie służbowym albo 3 stróżach, coby o każdej porze dnia i nocy ktoś czuwał na posterunku.

O i najlepsze. Uznali, że jako zaplecze monitoringu nie może służyć jedno z dostępnych pomieszczeń gospodarczych i wszystko musi się mieścić u nich w biurze. No tak, jak się chce pełnoprawnej serwerowni, wielkich ekranów i tak dalej to potrzeba przestrzeni. Tylko czemu to jest najlepsze? Bo stwierdzili, że należy pod to zmodernizować instalację internetową, a to by się wiązało z przekopaniem chodnika i części jezdni, co generowało większość kosztów. Nie pytajcie co w tej co była brakowała, bo nie wiem. I spółdzielnia pewnie też nie wiedziała. Ewidentnie wymyślali koszty z kosmosu by ubić oddolną inicjatywę. Widocznie to, że mieszkańcy coś sami od siebie zaproponowali weszło tak bardzo leśnym dziadkom na ego, że chcieli go zablokować dla zasady a to, że faktycznie przydałby się monitoring już ich nie obchodziło.

W każdym razie znajomi powoli tracili motywację. Walka z betonem spółdzielnianym to było kopanie się z koniem. Narażasz im się, a sprawa wcale nie posuwa się do przodu. Jakby chociaż mieszkańcy stali za nimi to jeszcze, ale nie. Poparcie kończyło się na deklaracjach. Także koniec końców machnęli ręką i wynajęli miejsce na parkingu strzeżonym.

spoldzielnia_mieszkaniowa

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (149)

#87743

~Mitabene ·
| Do ulubionych
Obracam się w kręgu towarzyskim, gdzie każdy już dawno znał maturę, większość kończy studia. Wiadomo, że w tym wieku pasuje znaleźć jakąś pracę. Półtora roku temu, w czasie wakacji, spotkałam się z kilkoma koleżankami. Pytam, jak im idzie szukanie pracy (wcześniej same wspominały, że jej potrzebują). Jedna z nich zaczęła mi opowiadać:
- znalazła pracę, ale jest za nudna, więc zrezygnowała po trzech dniach;
- inna praca, polegająca na sprzedawaniu lodów, za minimalną stawkę godzinowa, jest za mało płatna. Ona potrzebuje dużo wyższej, inaczej nie opłaca się wstać z łóżka;
- praca w sklepie? "Nie, dzięki, nie będę jednak szukać pracy, bo nie spełniają moich wymagań".

Niedawno rozmawiałam z dwoma innymi koleżankami. Jedna kończy studia, ten sam kierunek co ja. Rozmawiamy, co będziemy robić po obronie. Po stwierdzeniu koleżanki "wiesz, jestem za młoda, żeby pracować, rodzice powinni mnie utrzymywać" zdębiałam. Wychodzi na to, że odpowiedni czas na pracę dla tej dziewczyny to, co najmniej, 30 lat...
Druga koleżanka z kolei jest bez matury. Odkąd skończyłyśmy liceum, podchodzi do niej, lecz nie może zdać matematyki i angielskiego. Kilka miesięcy wcześniej żaliła się, że nie może dostać się do żadnej pracy, więc mówię jej, że gdy w sklepie obok mnie będą przyjęcia, mogę dać jej znać.
[K]oleżanka: Nie, dzięki. Praca w sklepie nie jest dla mnie.
[J]a: Okej, co w takim razie chcesz robić?
[K]: Być nauczycielka w przedszkolu.
Tu lekki szok, nauczyciele muszą mieć studia wyższe, koleżanka nie ma matury. Mówię jej, że musi najpierw pójść na studia.
[K]: Może jednak uda się bez studiów. A jak nie, to trudno, poczekam. Rodzice będą mnie utrzymywać.
[J]: To mogę ci pomóc jakoś w nauce do matury?
[K]: Nie, dzięki, ja wolę iść na żywioł, he he.

Potem narzekanie, że pracy nie ma, chociaż ktoś podchodzi do sprawy nierealistycznie lub ma milion wymagań, aby tylko mieć wymówkę.

Praca

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (153)

#87640

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja rodzina mnie nie cierpi.
Nigdy mnie nie bili, nie skrzywdzili mnie fizycznie, ale wiele razy okazywali mi swoją pogardę. Nie chodzi teraz o rodziców, ale ciotki, wujków i dziadków.

Ogólnie - byłam wpadką. Matka przypadkiem zaciążyła mając 18 lat z moją siostrą, a dwa lata później ze mną. Rodzice nigdy nie ukrywali, że nie byłyśmy planowane, ale nigdy w dzieciństwie nie dali nam tego odczuć. Dalsza rodzina za to... cóż, chyba nie lubiła faktu, że się pojawiłyśmy. Najlepiej niech świadczy o tym fakt, że pierwszy raz tak naprawdę porozmawiałam z dziadkami, gdy zdawałam na prawo jazdy. Musiałam ukończyć 18 lat, by uznali mnie za ciekawą osobę, z którą można porozmawiać.
Nienawidziłam odwiedzać rodzinki, bo wiedziałam, że nikt nas tam nie chce. Przyjeżdżałyśmy, siadałyśmy przed telewizorem i tak siedziałyśmy kilka dni, aż do wyjazdu, by potem posłuchać, że w ogóle nie spędzamy czasu z rodziną.
Kiedyś spróbowałam. Mając jakieś 8 lat, usiadłam razem ze wszystkimi w głównym pokoju i przez pół godziny przysłuchiwałam się rozmów o ludziach, których nie znałam i sprawach, które małego dziecka po prostu nie interesują.
Kiedy rodzice nas strofowali, że cały czas siedzimy przed ekranem, byłam pewna, że to moja wina. Teraz nie wiem, czego od nas tak naprawdę oczekiwali, skoro nikt nie chciał ani z nami rozmawiać ani się bawić, a o polityce rozmawiać jeszcze nie umiałam. Teraz mam wrażenie, że jako dziecko nie byłam dla nich dość interesująca, by ktokolwiek się mną przejął.
Niby głupota, drobnostka, ale analizując to po latach wiem, że między innymi przez to zawsze się czuję niewystarczająca. Potrzebuję ludziom udowadniać moją wartość, bo inaczej nie czuję się wystarczająca, by ktoś poświęcał mi uwagę.

Opowiem wam dzisiaj dwie historie związane z moją Piekielną Ciotką. PC była najstarsza w rodzeństwie i chyba bardzo przeżywała, że moja matka pierwsza ułożyła sobie życie. Nie lubiła nas, co pogłębiło się jeszcze bardziej, gdy sama doczekała się swoich dzieci.

Miałam lat 14, wyjechaliśmy z dziadkami nad jezioro. Dziewczyny siedziały na pomoście, ja stanęłam obok. Nagle PC razem z drugą ciotką zaczynają się śmiać, że, mam nieogolone nogi. Zaczęły mnie dotykać i drwić, że włoski mam takie ciemne i szorstkie. Chyba nie muszę mówić, że dla dojrzewającej nastolatki to był ogromny wstyd. Do dzisiaj nie jestem w stanie założyć krótkich spodenek, jeżeli wcześniej bardzo dokładnie się nie ogolę.

Innym razem wszyscy wsiedliśmy do samochodu. PC była wtedy w drugiej ciąży. Siedzimy, a ona wtedy zaczyna ostentacyjnie coś wąchać. Zaczęła mówić, że coś jej śmierdzi i zaraz zwymiotuję. Rodzinka zgodnie stwierdziła, że to na pewno ja.
Było mi strasznie wstyd. Wyszłam z samochodu i chciało mi się płakać. Byłam w podobnym wieku co w pierwszej historii i było mi okropnie głupio. Nikt się nawet nie wysilił na odrobinę subtelności, po prostu wspólnie mnie wyśmiali, że śmierdzę. Do dzisiaj się zastanawiam, jak można tak powiedzieć dojrzewającej nastolatce.
Co wtedy zrobiła moja mama? Przyniosła mi koszulkę i kazała się przebrać, jednocześnie utwierdzając młodą Vanillę, że to całkowicie odpowiednie, zachowywać się w ten sposób.

Może to ja jestem przeczulona, ale takich historii było znacznie więcej. Na palcach jestem w stanie zliczyć, gdy dalsza rodzinka była dla mnie miła, a większość tych sytuacji i tak zdarzyła się, gdy byłam już dość "wartościowa" by z nimi rozmawiać i dość pyskata, by nie dawać się oczerniać. Mimo to, podejrzewam, że częściowo to im zawdzięczam niską samoocenę i przekonanie, że jeżeli nie będę dość wartościowa, nikogo nie będę obchodzić.

Od dawna chciałam się podzielić moim żalem, ale zawsze mnie coś powstrzymywało. Jeżeli historia się przyjmie, podrzucę więcej.

rodzina

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (190)
Szczepienia Covid.
Temat sam w sobie piekielny, ale jeszcze za wcześnie dla mnie na jakieś podsumowania.
Tymczasem piekielność pacjenta.

Szczepimy 80+. Starszy pan, jak na swój wiek bardzo zdrowy, żywotny, taki dziadek co na pole orać to spoko, drewno rąbać itd.
Zaszczepiony w obecności córki, wyjaśnione wszystko, może być gorsze samopoczucie, może coś boleć itd.
Kilka dni po, telefon do przychodni, córka dzwoni że coś jest nie tak, bo, uwaga, NIC nie boli. Nie było gorszego samopoczucia, ręka nie boli, głowa nic.
I awantura. Bo pewnie ukradliśmy szczepionkę, a podaliśmy wodę z kranu.
I ona tak nie zostawi, jej ludzie nam z dupy jesień średniowiecza uczynią...

Gdybym tego nie odsłuchał, bo centrala nagrywa wszystko, to bym nie uwierzył.
I nie wiem, zatrudniać prawnika? Nie do obrony przed idiotyzmami, ale żeby babie za zniesławienie dowalić?

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (163)

#87748

~osadnik ·
| Do ulubionych
Są bardziej piekielne rzeczy od tej, ale powoli już frustracja zaczyna wychodzić uszami.

Przy pierwszym dziecku nabyliśmy wózek "z salonu". Solidny model, w cenie lekko ponad 2000 zł. Rok posłużył, ale generalnie nie był do końca trafiony - nie do końca pasował żonie (z uwagi na jej dość niski wzrost był trochę za ciężki w prowadzeniu i ogólnie zbyt duży). Zdarza się. Aby zwolnić sobie miejsce w domu (a także odzyskać część środków, jakby jednak kiedyś przydał się inny) zapadła decyzja - sprzedajemy. W cenie wynoszącej 30-35% oryginalnej wartości (to prawda, jest już po gwarancji - ale w żadnym wypadku nie mówimy o wysłużonym produkcie po roku użytkowania). Jak to przebiega?

1. "Czy ten produkt jest nadal dostępny?"
"Tak".

Koniec rozmowy (zaznaczam, że odpowiedź "Tak" pada po kilku minutach). Nie wiem, może gdyby padła odpowiedź "Nie", dyskusja potoczyłaby się w inną stronę. Niemniej, to chyba wciąż mój ulubiony typ - przynajmniej nie traci się wiele czasu.

2. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia.

W ogłoszeniu oczywiście są zdjęcia i propozycja, że bardzo chętnie udostępnię wózek do obejrzenia. Gdy jednak udaje się przebrnąć dyskusję w punkcie 1, najczęściej pojawia się temat zdjęć. Nie wiadomo jednak, czego na tych zdjęciach się oczekuje. W końcu zmęczony tymi pytaniami poskładałem ten nieużywany wózek jeszcze raz i zrobiłem sesję niczym modelce na rozkładówce. Co zmienia się w rozmowach? Ano nic. Więcej zdjęć.

3. Negocjacje cenowe.

Fakt, że zawsze pada pytanie "jaka cena?" pomimo że podana jest w nagłówku ogłoszenia można chyba przemilczeć, bo kogo to dziwi. Niemniej - ponieważ uważam, że cenę zaoferowałem uczciwą - zawsze nadmieniam "negocjacje są możliwe, ale przy obejrzeniu wózka i zaznaczeniu, co w nim nie odpowiada". Tego etapu też na ogół nie udaje się przejść. Może gdybym opuścił o dalsze 50%...

4. Dostawa.

Sytuacja z wczoraj, która już trochę przelewa czarę goryczy. Odzywa się osoba z drugiego końca Polski. Już pal sześć te zdjęcia i negocjacje ceny. Ale żądania ogarnięcia kuriera, transportu, ile to wyjdzie i "wtedy może podejmę decyzję o kupnie"?

Są bardziej piekielne rzeczy w życiu. Ale naprawdę, ta grupa docelowa jest tak niewdzięczna i męcząca, że zaczyna mnie to przerastać. Nie wiem już, jaka propozycja jest wystarczająca. Może oferta za 100 zł, z dowiezieniem pod mieszkanie, pocałowaniem ręki i wypastowaniem butów. Chyba skończy się na oddaniu wózka do jakiegoś ośrodka. Bo oddawanie za darmo skończyłoby się chyba jeszcze większą irytacją...

sklepy matki sprzedaz

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (113)

#87721

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj, na krótki moment przeniosło mnie do jakiegoś surrealistycznego wymiaru. Wracałem z kumplem z roboty jego samochodem. Jako, że musiał podjechać na chwilę do stolarza, chcąc nie chcąc musiałem się tam udać wraz z nim. Zaparkowaliśmy koło rozpadającego się murku na jakimś dzikim parkingu (wyjeżdżony kawałek ziemi). Kumpel poleciał do stolarza a ja wykorzystałem moment żeby sobie zapalić.

Nagle zza murku wyszedł policjant [P], podszedł do mnie i mówi:

[P]: Dzień dobry, funkcjonariusz Taki Śmaki proszę o okazanie dokumentu tożsamości, będzie mandacik.

No to ja tak myślę, znaku zakazu parkowania nie ma, a nawet jeśli gdzieś jest to mandat nijak mi się należy tylko kumplowi. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.

[J]: A za co jeśli można się spytać?
[P]: Palenie w miejscu niedozwolonym.

Tutaj już kompletnie zdębiałem. Nie kojarzę aby się przepisy zmieniły. W miejscu, w którym jest zakaz palenia nijak nie jestem. Ludzi wokół mnie żadnych nie było, a gdy policjant do mnie podszedł, kulturalnie zgasiłem papierosa. Pewnie jeszcze kilka sekund bym się tak zastanawiał, ale funkcjonariusz widząc moją zdezorientowaną minę wskazał ręką na mur znajdujący się za mną.

A na murze rzeczywiście zakaz palenia... Nabazgrany byle jak sprejem, z dopiskiem "lewackich ku*w, zrobią to same", podpisane wielkim rysunkiem męskiego przyrodzenia. Już miałem mu mówić, że chyba sobie ze mnie jaja robi, ale zza murku wyszedł drugi policja [P2].

[P2]: Co tam masz?
[P]: Palenie w miejscu niedozwolonym.
[P2]: Olej. Wzywają nas na Jana Pawła.
[P]: Tym razem się Panu upiekło.

I zostawili mnie z jednym wielkim WTF?!

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (169)

#87749

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajomym ukradli samochód, spod bloku. Koleżanka zauważyła to o 18:00 i zadzwoniła po policję. Ta przyjechała po godzinie i uznała, że najpewniej zaparkowała gdzie indziej i zapomniała. Zaprosili ją więc do radiowozu i przez godzinę wozili po osiedlu, bo a nuż się znajdzie. No niestety, ale nie.

W tzw. międzyczasie dotarł jej narzeczony i razem pojechali złożyć zeznania na komendzie. Zeszło im to do 22:00. Z racji późnej godziny, działania wyjaśniające miały zacząć się od następnego dnia z rana, czyli jak nie będzie czego szukać, bo po tylu godzinach samochód już dawno dawno będzie w częściach.

No, ale może dołożyli wszelkiej staranności by wyjaśnić sprawę? No, nie bardzo. Po dwóch tygodniach ciszy znajomy postanowił zacząć śledztwo na własną rękę. Między innymi zagadał do osiedlowych sklepów o nagrania z monitoringu. Zapytał też czy policja już u nich była. Nie, nie była.

Na czym więc polegały ich działania wyjaśniające skoro nawet tego nie zrobili? Niech zgadnę, schowali akta do szuflady z napisem "umorzyć za miesiąc z powodu niewykrycia sprawcy". I jak tu mieć dobrą opinię o nich?

Jakby kto pytał to samochodu nie udało się odnaleźć, ale całe szczęście był ubezpieczony, więc chociaż kasę odzyskali. A sprawa ma drugi wątek ze spółdzielnią, który opiszę w osobnej historii.

policja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (179)