Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#88253

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako spawacz... W firmie w której pracuję w tym roku zaczęło robić się dziwnie. Np. z wodą do picia...

Prawo pracy mówi o zapewnieniu napojów chłodzących w ilości zaspokajającej zapotrzebowanie pracownika i mają być ogólnie dostępne powyżej 28st C na stanowisku (praca wewnątrz).

Do tej pory spotykałem się, że firma zamawiała całe palety wody w butelkach i można było pić ile się chce. Teraz wysłali magazyniera do Biedronki by kupił oazisa i rozdał po zgrzewce (6x1,5l). Dostał nawet listę pracowników do odznaczania. To ma nam starczyć na następny tydzień.

Najbardziej rozczarowała mnie ilość. Niby zaleca się 2l dziennie. Ale to za mało.

Ostatnio na stanowisku miałem 35st C, do spawarki ciężko się dotknąć, a jak pospieszyłem się z próbą (wodna próba szczelności) to mi się zagotowało. 2 butelki każdy normalnie wypija, a 5-6 i koszula jak wyjęta bezpośrednio z pralki to kwestia samozaparcia i/lub głupoty...

Praca

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (143)

#88346

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierownikiem projektu w pewnej firmie programistycznej. Jako że mój team pracuje nad aplikacją przeznaczoną na sprzedaż, to oprócz organizacją pracy i programowaniem, zajmuję się również pomocą przy sprzedaży (odpowiadam na pytania techniczne) i prowadzę szkolenia z obsługi programu. No i dzisiaj wpłynęła pierwsza skarga na mnie, według której jestem gburem, nie potrafię uruchomić własnego programu, nie dokończyłem szkolenia, a część która się odbyła była poprowadzona w sposób tragiczny. Ale może po kolei.

Tak jak mówiłem mój team pracuje nad programem, który może zostać wykorzystany w pewnej bardzo popularnej branży. Ze względu na specyfikę pracy jest to program sieciowy, który stoi sobie w serwerowni kontrahenta, a dostęp do niego odbywa się poprzez przeglądarkę internetową. Dodatkowo, mimo że strona działa bardzo dobrze na urządzeniach mobilnych, oferujemy, za dodatkową opłatą, aplikację mobilną, dzięki której obsługa programu jest jeszcze wygodniejsza.

Jakiś czas temu zgłosiła się do nas pani z małej, trzyosobowej firmy X z chęcią zakupu naszego programu. Nie zajmuję się jako tako etapem sprzedaży, ale jako że czasami muszę odpowiedzieć na jakieś pytanie, to jestem dołączony do korespondencji, w której udokumentowany jest cały proces sprzedaży. Stąd wiem, że pani wykupiła nasz program, pakiet oferujący montaż małej serwerowni i postawienie całego oprogramowania. Nie wykupiła jednak aplikacji mobilnej oraz obsługi technicznej serwerowni. Czyli jeśli wystąpi jakaś awaria i nie będzie ona związana stricte z aplikacją, a będzie dotyczyć serwera, to niestety pani będzie zobligowana do zapłaty za naszą interwencję.

Etap sprzedaży dobiegł końca, aplikacja stała już na serwerze kontrahenta, więc po naszej stronie pozostało jedynie przeprowadzenie szkolenia. Samo dogadanie terminu było już nieco piekielne, gdyż był on przesuwany cztery razy, ale w końcu się udało. Zalogowałem się do systemu i zacząłem szkolenie. Już po pięciu minutach zostałem zalany pytaniami. Część z nich należała do kategorii idiotycznych, np. "Co się stanie gdy na ten przycisk kliknę prawym przyciskiem myszy? Otworzy się menu przeglądarki. A na ten drugi? Również otworzy się menu przeglądarki. Aha... A jak na tamten? ...". Pozostałe pytania były sensowne, ale odpowiedź na nie miały się pojawić w dalszej części szkolenia. Poprosiłem więc o wstrzymanie się z pytaniami i wytłumaczyłem, że szkolenie jest zaplanowane tak, by po każdym module był czas na zadawanie pytań. Dało to jednak jedno wielkie zero i raz po raz ktoś wyskakiwał z pytaniem, na które za każdym razem odpowiedź brzmiała "Będę o tym mówił dosłownie za chwilę.".

Szkolenie szło ciężko, ale szło. Jednak jakoś w połowie szefowa firmy zadecydowała, że czas skończyć szkolenie, gdyż mają spotkanie z innym kontrahentem. Nie powiem zdziwiłem się, gdyż informowałem, że szkolenie potrwa minimum 4 godziny i nie otrzymałem prośby o rozbicie go na kilka dni. Zapytałem więc kiedy możemy kontynuować kurs obsługi programu. W odpowiedzi dowiedziałem się, że nie musimy kontynuować, resztę doczytają z dołączonej dokumentacji i od jutra startują z obsługą. Co z tego, że jeszcze nie dotarłem do dwóch najtrudniejszych tematów, ale jak chce tak ma. Odnotowałem ten fakt w w/w korespondencji i zapomniałem o sprawie.

Minęło kilka tygodni od szkolenia kiedy odebrałem telefon od szefowej firmy X z informacją, że system nie działa a oni muszą na już obsłużyć klienta. Wysłałem więc do techników zgłoszenie z priorytetem "Ludzie tutaj umierają" a zwrotnie otrzymałem pytanie czy umierają natychmiastowo czy może jednak powoli... To znaczy technicy przyjęli zgłoszenie i spróbowali się połączyć z serwerem kontrahenta zdalnie. Nie udało im się to jednak, więc jeden z nich załadował się do samochodu i pojechał sprawdzić co tam się dzieje. Okazało się, że geniusze w ramach oszczędności wyłączali na noc serwer, zapomnieli go rano włączyć i nie skojarzyli faktów. Pomijając głupotę tej sytuacji samo wyłącznie serwera na noc było piekielne, gdyż serwer jest ustawiony tak aby w nocy uruchamiać tak zwany EOD (end of day, przetwarzanie danych wykonywane w nocy aby nie obciążać serwera podczas normalnej pracy). I powiedziałbym o tym na szkoleniu, gdyby dano mi dokończyć plus było to opisane w dokumentacji, którą podobno mieli przeczytać.

Wyszło na to, że przez ponad tydzień pracowali na nieprzetworzonych danych, ich szczęście, że system jest w stanie sobie poradzić z takimi sytuacjami wstecz. Natomiast pani była szczerze zdziwiona, że była zmuszona zapłacić za naszą interwencję (koszty dojazdu plus jakieś grosze za wpięcie kabla).

Ogólnie system został napisany tak aby był jak najbardziej idiotoodporny, ale niestety nie wszystko jesteśmy w stanie przeskoczyć. Np. sytuację, w której trzeba podać datę odebrania pewnego pisma, tak aby system mógł zacząć liczyć odsetki od tej daty. Nie ma opcji aby system sam wiedział kiedy przyszło pismo, więc musi uwierzyć użytkownikowi na słowo. Jedyne zabezpieczenie jakie mogliśmy tutaj założyć to blokada wpisywania dat z przyszłości. Jakiś tydzień po zakończeniu szkolenia dostałem zgłoszenie, że system źle liczy odsetki. Zleciłem sprawdzenie tego jednemu z chłopaków i wyszło, że system liczy odsetki prawidłowo. Już się domyślałem o co chodzi, ale musiałem się upewnić. I miałem rację, okazało się, że przy wprowadzaniu tej akcji pracownicy nie wprowadzali daty otrzymania pisma, tylko zawsze wprowadzali datę dzisiejszą. Oczywiście na szkoleniu wspominałem jak działa ta akcja i był też wpis w dokumentacji. I znowu jako, że nie był to problem z systemem a po prostu błąd użytkownika musieli zapłacić za odpowiednie korekty, gdyż nie chcieli ich robić sami (co według mnie jest głupotą, bo korekta ogranicza się do wejścia na dany rejestr i zmianę daty na akcji co zajmuje trzy kliknięcia, natomiast abyśmy mogli zrobić korekty musieli nam w Excelu podesłać listę z ID rejestru i prawidłową datą).

Przez kolejne tygodnie byłem pewien, że nadal nie przeczytali dokumentacji, gdyż raz po raz pojawiały się pytania o sprawy, których nie zdążyłem wyłożyć na szkoleniu. Aż w końcu dość dosadnie poprosiłem o zapoznanie się z dokumentacją, gdyż w niej są odpowiedzi na ich wszystkie pytania. I tak sprowadziłem na siebie kolejną piekielność, gdyż w dokumentacji była wzmianka o aplikacji mobilnej, której przypominam nie wykupili.

Szefowa firmy zadzwoniła do mnie wczoraj i rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

[Szefowa]: Witam, czytam waszą dokumentację i tutaj jest mowa o aplikacji mobilnej. Proszę mi powiedzieć jak używać tą aplikację, gdyż za dużo tutaj o niej nie pisze.
[Ja]: Aplikacja mobilna ma osobną dokumentację, ale...
[S]: To proszę o przesłanie jej i zainstalowanie nam tych aplikacji.
[J]: Nie mogę tego zrobić, gdyż nie zapł...
[S]: Co pan nie umie zainstalować własnej aplikacji?
[J]: To nie o to chodzi, że nie umiem tylko...
[S]: Wie pan co to jest jakaś kpina! Nie dość, że z tą waszą aplikacją są co chwile jakieś problemy, musimy płacić za każdą pierdołę, to jeszcze okazuje się, że nie dostaliśmy pełni systemu tylko jego część! Co pan myśli, że nie dowiedziałabym się o tym? Ja tak tego nie zostawię, niech pan się spodziewa kłopotów. Dużych kłopotów!

I w tym momencie rzuciła słuchawką. A jak tak się zastanawiam co ja robię ze swoim życiem. Po to właśnie zostałem programistą aby w pracy nie mieć żadnego kontaktu z klientami a w tym momencie ten kontakt to jakieś 30% wykonywanej przeze mnie pracy. Jak to życie potrafi spłatać figla.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (170)

#88352

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka upierdliwa piekielność. Sam nie jestem rowerzystą i nie o nich dzisiaj mowa. Moja żona, woli rower od samochodu czy komunikacji miejskiej. Jeździ nim do pracy, na wycieczki, właściwie wszędzie. Zna przepisy ruchu drogowego i stara się być na bieżąco ze wszelkimi zmianami.

Jeśli to możliwe jeździ ścieżkami rowerowymi lub ulicą, raczej omija chodniki, chyba że nie ma wyboru.

Przez piekielnych alkoholików i śmieciarzy w przeciągu jednego miesiąca, musiałem 5 razy wymieniać dętkę w jej rowerze. Kupiłem nawet takie z płynem uszczelniającym. Niestety po najechaniu na tulipana, środek wymięka.

Myślałem, że może popełniam błąd przy montażu, więc raz zaniosłem koło do serwisu. Miły Pan potwierdził, że wszystko poprawnie zamontowane.

Dzięki patusom, w miesiąc, wydałem już 200 złotych na głupie dętki.

Nienawidzę śmieci, tych co je wywalają na ulicę i tych leżących na ulicy.

miasto

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (149)

#88339

(PW) ·
| Do ulubionych
- W czym jest ta "Karkówka w marynacie"?
- W niczym, to tylko taka nazwa

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (162)

#88345

(PW) ·
| Do ulubionych
Historie tramwajowe.

Ze 3 tygodnie temu chciałam wyjść z tramwaju, stanęłam przy drzwiach, nacisnęłam przycisk i czekam aż drzwi się otworzą. Na plecy dosłownie wchodzi mi gość koło 50tki. Stanął tak, że dotykał mi brzuchem pleców, a nie było tłoku, wychodziliśmy tylko my. Zasugerowałam, żeby się nie pchał i że jest pandemia, i obowiązuje dystans społeczny. Zwyzywał mnie.

2 tygodnie temu to samo, czekam aż ludzie z tramwaju wyjdą, by móc wejść, ten sam typ ładuje mi się na plecy.

Dziś wchodzę, skręciłam w prawo odruchowo, ale miejsca zajęte, odwracam się - on. Stoi. Mówię: "przepraszam", dziad nic. Dotyka mnie brzuchem, wiec każę mu się odsunąć. Typ tupnął nogą specjalnie w mojego buta. Próbowałam go wyminąć, więc kopnął mnie w łydkę.

Powiedziałam głośno coś w stylu: "przestań się o mnie ocierać, zboczeńcu".

Jakieś pomysły, co mogę z dziadem zrobić? Kamery nie rejestrują, co dzieje się w okolicy nóg, a jak mu dam gazem po twarzy będzie wyglądało na atak z mojej strony...

tramwajowi ocieracze

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (162)

#88108

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio pojawiło się kilka historii o oszczędnych ojcach, więc dodam też o moim.

Ojciec też należy do osób, które nie lubią wydawać pieniędzy. Z jedną znaczącą różnicą - nie lubi ich wydawać na kogokolwiek poza samym sobą. Na swoje dzieci w szczególności.

Rodzice rozwiedli się jak byłam w gimnazjum. Trudno, zdarza się. Z ojcem kontakt miałyśmy różny, ale ogólnie można powiedzieć, że on był. Widzieliśmy się raz na kilka miechów, czasami pisaliśmy na fb. Mi to akurat nie przeszkadzało, bo, jakkolwiek to zabrzmi, nie przywiązuję wagi do ludzi. (Jest to osobna kwestia, której wolałabym na razie tu nie przytaczać)

Więc żyliśmy sobie nowym życiem, aż do 18, gdy ojciec zaczął kombinować, jak by tu zrobić, by jak najmniej nam płacić alimentów. Siostrę próbował "zmotywować" do chodzenia na lekcje przez obcinanie jej alimentów, ale kasa oczywiście szła całkowicie na jego i jego zachcianki. Mi obcinał kasę o połowę bo niby nie miał. A dla mnie był bohaterem, robił takie fajne rzeczy, opowiadał super historie. Więc wierzyłam mu i zgadzałam się na połowę pieniędzy. Nawet gdy chwalił się nowymi słuchawkami czy głośnikiem. Zawsze tłumaczył, że wyrwał jakoś po taniości, albo oszczędzał. A warto wspomnieć, że były to rzeczy porządne i markowe.
Ale ojciec przecież by mnie nie okłamywał na kasę, prawda?

Tak naprawdę wszystko co dostawałam szło na studia. Wybrałam sobie niszowy kierunek o ogromnym obłożeniu, więc wieczorowe były dla mnie jedyną opcją. Alimentów akurat starczało na tyle, żebym mogła płacić za uczelnię i czasami wyskoczyć ze znajomymi na jakiś fast food. Utrzymywała nas mama, więc chociaż nie musiałam się przejmować płaceniem za dom czy jedzenie.

Wszystko się zaczęło psuć, gdy wzięłam dziekankę. Po pierwszym roku studiów byłam wykończona, potrzebowałam czasu dla siebie, chciałam zająć się swoimi pasjami i podróżować.

Wtedy ojciec stwierdził, że skoro robię sobie roczną przerwę od studiów, to jego alimenty automatycznie przestają obowiązywać. Ale że jest "takim dobrym człowiekiem" powiedział, że może mi i siostrze dawać połowę tego, co dawał do tej pory, o ile będziemy mu pomagać w szkoleniach. Nie zapomniał przy tym wspomnieć, jaka to ogromna okazja dla nas, ile się nauczymy, jak ogromną wiedzę nam przekaże.

Teraz się czuję, jak oszukany praktykant, któremu dają cudowną ofertę pracy, ale zamiast pieniędzy dostaje wpis do CV.
Tak więc robiłam za jego asystentkę. Drukowałam ulotki, przygotowywałam zestawy na spotkania, pomagałam mu w projektach, którymi się zajmował. A on bez mrugnięcia okiem wykorzystywał mnie za połowę pieniędzy, która prawnie mi się należała. Robił to nawet, gdy wróciłam na studia. Potrafił się obrazić, że w czasie sesji się uczę, a nie lecę do niego pomagać w projektach. Bo przecież on mi daje pieniądze.

A pewnego dnia dowiedziałam się, że nie może sobie sam stwierdzić, że przestaje mi płacić, bo miałam rok przerwy. Że tylko sąd może zdjąć obowiązek alimentacyjny, gdy będę w stanie utrzymać się samodzielnie.

Studiuję dziennie, nie mam jeszcze pracy, matka utrzymuje nas obie, a ojciec w ogóle przestał czuć się za nas odpowiedzialny.
Poczułam się okropnie. Myśl, że ktoś, komu tak ufałam, oszukiwał mnie na kasę, zabolała. I to strasznie. Więc poszłam z nim to wyjaśnić. Starałam się mówić konkretnie, rzeczowo i spokojnie. Że mam nadzieję, że to pomyłka, że wierzę, że nie oszukiwałby mnie celowo, że chcę to wyjaśnić.

A on? Robił wszystko, żebym poczuła się winna podczas tej rozmowy.
- A ile jeszcze pieniędzy ci potrzeba? (zapytane takim tonem, jakbym codziennie wyciągała od niego setki złotych na pierdoły).
W trakcie, gdy mówiłam o moich uczuciach westchnął ciężko z zastanowieniem.
- A wiesz? Tak sobie myślę, że ja nigdy nie prosiłem rodziców o pieniądze na studia.

I tutaj dwie sprawy.
Po pierwsze - muszę osobno prosić o pieniądze na studia, bo z połowy alimentów nie byłoby mnie na nie po prostu stać. Pierwszy rok opłacałam sobie bez problemu. Teraz nie kupuję sobie nawet książek, bo ledwo mnie stać na odłożenie mojej części.
Po drugie - to też kłamstwo. Rodzice długo dostawali pieniądze i na swoje potrzeby i na nas. Rodzina się zrzuciła na nasze pierwsze i drugie mieszkanie, a ojcu nawet dali pieniądze na to, w którym żyje aktualnie.

W wieku 40 lat dostał od rodziny mieszkanie, ale twierdził, że wstyd byłoby mu prosić rodziców o pieniądze na studia. Mówił wszystko, żebym poczuła się źle, że potrzebuję pieniędzy na życie i studia. Co najlepsze, bardzo ceni edukacje i chce, żebym miała jakieś wykształcenie. Ale szkoda mu, że musi się do tego dokładać.

Ciekawostka - jakiś tydzień po tym, przypadkiem znalazłam u niego fakturę. Kupował ubrania, żeby ze znajomymi nagrać jakąś rekonstrukcję historyczną. Albo na bal przebierańców, nie wiem.
Cena? Dwukrotność tego, co z takim bólem mi płaci.

Tutaj można zapytać, czemu nie znajdę sobie pracy na weekendy? W końcu co tam dla mnie, studiować 5 dni w tygodniu, pracować w weekendy, a w pozostałe dni się uczyć. Szukam pracy na wakacje, ale w roku szkolnym odebrałaby mi cały wolny czas.
Mam swoją pasję. Rzecz, którą zajmuję się od pierwszych klas podstawówki i poświęcam na to każdą wolną chwilę. Jest to dziedzina artystyczna, więc ciężko na tym w ogóle zarobić, ale od dobrych kilkunastu lat robię wszystko, żeby to zmienić. Jeżeli miałabym powiedzieć, że coś się dla mnie liczy w życiu, to właśnie to.

I tu dochodzimy do kolejnego elementu dyskusji.
[O]jciec: Skoro brakuje ci pieniędzy, to czemu nie pójdziesz do pracy?
[J]a: (powody podane wyżej). Dodatkowo wiesz, że każdą wolną chwilę przeznaczam na pasję. Jak pójdę do pracy to już w ogóle nie będę miała na to czasu. Studia to mogą być moje ostatnie lata, gdy mogę tworzyć.
O: Ale nie zarabiasz na tym.

Może głupota, ale było jak cios w serce. Jakby powiedział, że moja pasja się nie liczy, że ma to totalnie gdzieś. Bo skoro na tym nie zarabiam, to dlaczego miałoby to mieć znaczenie? W jego oczach ważniejsze jest to, żeby nie musiał na nas płacić, niż żebym realizowała się w kierunku, który kocham.

Jeżeli tylko nie musi, to nie wydaje na nas grosza. Dzień Dziecka? Nie pamiętam, kiedy ostatnio dostałam od niego życzenia. Czasami tylko powtarza, że przecież nie jesteśmy już dziećmi. Dzień Kobiet? Byłam w szczerym szoku, że niektóre dziewczyny dostają od ojców chociażby różę.


Na Boże Narodzenie czasami siostra zostaje u rodziny matki. Trochę ją rozumiem, ale sama staram się podzielić tak, żeby wszyscy byli zadowoleni (spoiler - nikt nigdy nie jest zadowolony). Jeżeli siostra nie przyjedzie na święta, nie przejmuje się nawet, by kupić jej jakiś prezent. To dla niego chyba wygodne, że może oszczędzić te kilkadziesiąt zł na własnej córce. A potem narzeka, jaka to ona zła, że nie mają kontaktu.

Przy rozwodzie sąd zasądził, że z ojcem mamy spędzać co drugi weekend i dwa tygodnie wakacji. Czas spędzaliśmy raz na miesiąc, ale nie o tym.
Wiecie ile razy zabrał nas na wakacje?
Raz. I to tylko mnie, bo z siostrą nie miał już prawie kontaktu. Postanowił pojechać do kraju, w którym jestem absolutnie zauroczona. To jest super, przyznaję. Wymyślił super-oszczędną wycieczkę, ale tak, by zobaczyć wszystko - też spoko.

Ale ponieważ to taki ogromny wydatek, to skoro jadę, stwierdził, że się dorzucę. Bo przecież on sam nie będzie mi fundował wakacji, chyba mnie poj3bało. Zapłaciłam więc za samolot, co prawdopodobnie wyszło 1/3 całej sumy.
Wyobrażacie sobie być dorosłym facetem, pierwszy raz od lat zabierać dziecko na wakacje i kazać ledwo pełnoletniej dziewczynie płacić kilka tysięcy za samolot, żeby nie być w plecy?

I to nie tak, że jego nie było stać. Bo sam w ciągu tych lat wiele razy był za granicą. A to pojechał sobie na Kubę uczyć się tańca, a to do Norwegii, żeby zobaczyć zorzę polarną, a to zorganizował sobie jakiś grupowy wyjazd. Kupuje sobie drogie sprzęty, komiksy, książki, ciągle chwali się nowymi gadżetami, które kupił, albo dostał w ramach współpracy. Często opowiada, że dostał x zł za jakąś akcję, albo organizuje wielkie wydarzenie. A potem magicznie nie ma pieniędzy na nic, więc ja mam wyrzuty sumienia, gdy raz na pół roku pójdę do knajpki bardziej eleganckiej niż KFC.

Więc nie brakuje mu pieniędzy. Po prostu szkoda mu ich na nas. A co najgorsze, czasami sprawia wrażenie, jakbyśmy w jakiś sposób były winne temu, że się urodziłyśmy. Bo on w naszym wieku musiał wychowywać dwójkę dzieci (nieplanowanych ofc). Czasami się zachowuje jak męczennik w związku z tym. Jakby zrobił swoje, więc powinnyśmy być mu wdzięczne i pozwolić mu zająć się swoim życiem, a nie oczekiwać, że na studiach będę dostawać od nich jeszcze jakąkolwiek pomoc.

Wspomina o tym często, więc tym bardziej się czuję jak utrapienie. Jakbym zniszczyła rodzicom życie i teraz tylko czekają na odzyskanie go. Podejrzewam, że może to być jeden z powodów moich problemów psychicznych.


Siostra rozważa, czy nie pójść do komornika po pieniądze, których nie płaci jej od kilku lat. Sama bym to zrobiła, gdyby ojciec tak często nie powtarzał, że "pójście do sądu to najgorsza rzecz, którą można zrobić w rodzinie i to jest coś, czego nigdy bym nie wybaczył".

Ale czasem się zastanawiam, czy faktycznie by mi to przeszkadzało...

rodzina

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (193)

#88334

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam uzależnionego emocjonalnie od matki, starszego brata (tata dawno temu zmarł). Wiecie jak to działa, klasyk nad klasyki w psychologii.

Do sedna: facet nie pracuje już od ok roku tzn. pracuje, ale na czarno, 2-3h dziennie, śpi kiedy chce, robi co chce i kiedy chce bo ma sporo odłożonych pieniędzy. Ubezpieczenia niet.

Jednemu z członków rodziny udało się zmotywować go do pójścia na swoje (oj trwało to, trwało), chłopak nawet znalazł sobie lokum, zaczął myśleć o wyprowadzce. Dostał spadek po tacie, więc było to wykonalne.

Co zrobiła mamusia? Oznajmiła, że ona nie ma faceta i nie będzie obcych ludzi prosiła, żeby robili jej wokół i w domu. I że ma z nią zostać bo i tak on sam nikogo nie ma, więc nie ma celu w życiu.

Przekupiła go mieszkaniem za darmo i wyjaśniła, że czegokolwiek się dorobi i tak nikomu po sobie nie przekaże, więc po co?

Został.

Szczęśliwa Rodzinka

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (174)

#88330

~Dan ·
| Do ulubionych
Wakacje i wakacyjne wojaże przypominają mi sytuację z kwietnia 2018 r. Razem z kolegami wybraliśmy się do Portugalii.

W jednym z ostatnich dni pojechaliśmy z Faro do Lagos. Prawie cały dzień spędziliśmy spacerując nieśpieszno po klifach, a pod koniec dnia ruszyliśmy na pociąg powrotny. Wsiedliśmy zrelaksowani, lekko zmęczeni do pociągu, który jest podobny do naszego podmiejskiego pociągu, bez przedziałów.

Za chwilę wchodzi para z Polski – chłopak i piekielna. Zaczyna się wiązanka z ust dziewczyny – nad niczym nie panujesz, ciągle się gubimy, prawie spóźniliśmy się na pociąg (za godzinę był następny), jesteś do niczego itp. Pani krzyczała na cały wagon przez parę minut. W końcu mój kolega nie wytrzymał i powiedział bardzo głośno po polsku – cieszę się, że naszym jedynym problemem jest, ile butelek wina kupić na wieczór. Pani momentalnie zrobiła się czerwona i zamilkła. Wysiadła z chłopakiem tuż przed Faro.

Zawszę jak jadę z kimś na wyprawę to oczekuję partnerstwa i wzajemnej pomocy. Jak się zgubimy, to się znajdziemy. Wiele razy się gubiłem, ale przez to odkryłem piękne miejsca. Nie lubię krzyków i uważam, że wszystko można spokojne wytłumaczyć rozmową. Ale może jestem jakiś inny ;-)

Chłopie, jeśli to czytasz, to mam nadzieję, że zerwałeś związek – charakter okropny. Do tej pory nie rozumiem jak można się tak zachowywać publicznie, a do tego w obcym kraju .

wakacje

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (185)

#87781

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być kolejny komentarz do https://piekielni.pl/87766#comment_1126506 w odpowiedzi na wpis aegerity, ale wyszło za długie na komentarz, więc jest dodane jako nowa historia.

Będzie trochę liczb, więc jeśli liczby Cię nudzą, to od razu odpuść sobie tę historię.

WWF Polska jest podana jako przykład, jak zarabiać pieniądze na biednych zwierzątkach. Z moją oceną nie zgadza się Aergita podając nawet konkretne liczby, z których wynika, że wynagrodzenia w WWF Polska w 2019 wyniosły ok. 0,5% wydatków na pomaganie zwierzętom.

Powyższe kłóci się z moją wiedzą na ten temat, więc sprawdzam: otwieram stronę www.wwf.pl i kolejno przechodzę do: www.wwf.pl/o-nas; www.wwf.pl/o-nas/sprawozdania; gdzie po wybraniu: Sprawozdanie za 2019 - sprawozdanie merytoryczne widzę stronę www.wwf.pl/sites/default/files/inline-files/Sprawozdanie%20merytoryczne_30.06.2020.pdf
z rocznym sprawozdaniem merytorycznym za 2019 r fundacji WWF Polska.

W pkt VI. „Wynagrodzenia w okresie sprawozdawczym” podpunkt 1. „Łączna kwota wynagrodzeń (brutto) wypłaconych przez organizację w okresie sprawozdawczym” 7.378.559,42; poniżej podpunkt 4 „Wysokość przeciętnego wynagrodzenia (Brutto) wypłacanego członkom organu zarządzającego ...(itd)” 21.000,00.

Obliczam więc procenty: 7,38 mln wynagrodzeń stanowi 25,3 % z kwoty 29,12 mln wydanych na działalność statutową; czyli Aergita podała wartość w procentach 50 razy mniejszą niż wyliczyłem.

Zaraz, zaraz – coś tu się nie zgadza. Aergita podaje 29.12 mln na działalność statutową i 1,59 mln na wynagrodzenia, czyli 0,5%. Mój kalkulator wylicza 1,59/29,12*100 daje 5,46 % więc prawie 11 razy więcej niż podaje Aergita. Poza tym Aergita nie zauważyła, że 1,59 mln to jedynie wynagrodzenia w pozycji „Koszty ogólnego zarządu”.

Na podsumowanie niezależnie od wyliczonych procentów: wielu naszych rodaków nawet nie może pomarzyć o wynagrodzeniu średnio w roku ponad ćwierć miliona zł (na osobę!), co z całą pewnością zapewniłoby tym marzycielom dostatnie życie.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (188)

#74583

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak nie zamawiać lodów.

Pani i pan po sześćdziesiątce.

- My chcemy dwa, jeden śmietankowy dla męża i dla mnie też taki, ale mieszany.
Podaje mi kupon na darmowy mini-deser, lub rabat o równowartości tego mini-deseru.
- Czyli chce pani taki sam deser jak mąż, tylko że z rabatem? Bo ten darmowy jest trochę mniejszy.
- Ale ja dzisiaj wyjeżdżam...
???
- To ma być jeden mniejszy, czy dwa takie same?
- No tak!
- Czyli takie same?
- No przecież mówię!
Podała dychę. Naliczyłam jeden deser i drugi z rabatem, wydałam lody i resztę.
- Co tak mało tej reszty, przecież jeden miał być za darmo!?
- Wybrała pani większy deser z opcją rabatu, proszę, oto pani paragon, może pani sprawdzić.
- Oszuści cholerni, miało być za darmo!

Wyzywać od oszustów - tak. Ale słuchać, co się do niej mówi, lub przeczytać co jest napisane na kuponie - po co?

Niechcemisizm.

Od razu podaję kolejny przykład tej przypadłości:

Siedzę w budce, podchodzi dorosły wydawałoby się w pełni sprawny umysłowo mężczyzna.
Desery mamy wyszczególnione, podpisane i opisane wielkimi literami na przyczepie (ja ich nie widzę, bo siedzę w środku - logiczne).

Jak pan zamawia deser?
- O, to chcę! - i stuka palcem w obrazek!
- Proszę pana, ja tego nie widzę, czy może pan przeczytać nazwę deseru?
- No, o, to tutaj! To!!! - i stuka jeszcze głośniej.
- Niech pan przeczyta nazwę.
- No ten tutaj!!!

Nic to, w najlepszym wypadku muszę się mocno wychylić, w najgorszym - wyjść, żeby pan analfabeta pokazał mi, co dokładnie chce zjeść.

Powiedzcie mi czy tak było zawsze, czy z ludźmi jest coraz gorzej? Może gdyby im kazać zainstalować aplikację z nazwami lodów i kalkulatorem rabatów na smartfonie, to z ekraników czytaliby chętniej?

lodziarnia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (182)