Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#84047

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w kamienicy, na parterze. Obok jest kolejne mieszkanie, naprzeciwko jeszcze jedno. Mieszkania malutkie, nad nami sąsiad połączył sobie dwa mieszkania, obok niego jest jeszcze jedno. Kiedy się wprowadziłam, myślałam - sąsiedzi widmo. Od półtora roku nie udało mi się zobaczyć sąsiadów z naprzeciwka, ani tych z górnych pięter.

Niestety, tak kolorowo być nie może. Kiedy przyjeżdżałam w odwiedziny, przed klatką stał pan sąsiad z połączonych mieszkań i jego 5-6-7? (nie dało się policzyć) jamników szorstkowłosych. Lubię wszelkie zwierzęta, więc zawsze było czochru-czochru, cześć, pieski. Ale...

Kiedy się wprowadziłam, okazało się, że pieski, a raczej właściciel nie jest taki super. Nie przeszkadzało mi, że biegały luzem, mało uczęszczana ulica, psy ogólnie przyjazne, do czasu, aż nowy miot podrósł... Te już nie są takie przyjazne, ujadają, rzucają się do nóg, szczekają na wszystko, co się rusza, na to, co się nie rusza w sumie też, bo zaczynają ujadać, jak tylko zostają wypuszczone na zewnątrz.

I tak godzina 6, koncert ujadających "parów" i drącego się sąsiada, że mają się zamknąć.
Sąsiad często pakuje je do swojego samochodu i gdzieś wywozi, pisałam, że nie da się policzyć, ile ich jest - sąsiad też chyba nie umie/nie wie, ile ma, bo już kilka razy któryś pies został na klatce i oczywiście ujadał (nie ma się co psu dziwić).

Pora zimowa, szybko ciemno, wracam z zakupów, otwieram drzwi do klatki i wylatuje na mnie ujadająca parówa. Sąsiada ani na klatce, ani na zewnątrz. Ja przeżywam mini zawał, bo kto by się nie zląkł?

Uroki kamienic/bloków, że może być słychać coś zza ściany lub sufitu. I tak kilka razy dziennie mam przyjemność słuchać galopu kilku grubych psów w tę i z powrotem. Czemu mnie to drażni? Przecież napisałam, że to uroki kamienic. Ano zgadzałoby się, gdyby było tak zawsze. Niestety zaczęło się to, kiedy my zaczęliśmy zwracać sąsiadowi uwagę. Czyli oczyma wyobraźni widzę złośliwe rzucanie czegoś stadu psów, żeby ci na dole dostawali kur***.

Na co zwracaliśmy sąsiadowi uwagę? Nie, nie na biegające luzem psy, rzucające się do nóg, nie na zasrany chodnik, nie na ujadające psy i sąsiada drącego się o 6 rano, nie na psy pozostawione czort wie na ile na klatce.

Zaczęliśmy zwracać uwagę na synusia (nie gówniarza, tylko starego konia, stereotypowo noszącego dres i łysą glacę), który w różnych godzinach (pi przez drzwi 8-14), po kilka godzin, radośnie urządza sobie koncerty rapu czy innego podłego hip-hopu (nie uważam za podłe gatunków samych w sobie, tylko tego, co on puszcza). I tak, siedząc w domu, słyszę łup-łup, bum-bum i wciąż basy, doprowadzające do szału (żeby nie było, że tylko pogłos, słowa też słyszę, a i nie raz zdarzyło się, że czułam, jak stół drży pod moimi łokciami).

Byliśmy na górze, prosiliśmy synusia, ścisz to. Dzwoniliśmy do tatusia, niech synuś ściszy. Od tatusia usłyszeliśmy, że synek tak sobie puszcza, jak ich nie ma, bo oni nie lubią takiej muzyki. A ja mam kur** lubić.

Któregoś dnia luby odbywał rozmowę kwalifikacyjną przez telefon, a tu znów to samo, jak na złość jeszcze głośniej. Udałam się osobiście na górę, napier******* pięścią w drzwi, ale chyba dresiwo przeraziło się kobietki 150 w kapeluszu, bo nie otworzył. A i przemieszcza się jak duch, bo na klatce też nigdy go nie minęłam. Starszy sąsiad dostał informację, że jak się to nie skończy, to my będziemy robić koncert swojej muzyki, ale wtedy, kiedy on już będzie w domu. Niestety, jestem miękka D i żal mi innych sąsiadów, toteż po 16, kiedy ludzie chcą odpocząć po pracy, nie mam sumienia robić czegoś takiego. Niemniej, próbowałam go zagłuszyć/dać do zrozumienia, że przegina, puszczając z głośników Lordi „Hard Rock Hallelujah” (3,5-4 minuty walenia hard rocka). Nie skutkuje, a nie chcę stresować swoich zwierzaków w postaci kota i chomika takimi głośnymi dźwiękami.

O ile przeżyję te psy, bo ostatnio rzadko mam z nimi styczność (chociaż gówno na butach denerwuje…; niczemu winne, że właściciel głupi, niemniej irytują, ale co się dziwić, że głupie, jak i syna nie umiał wychować do życia w społeczeństwie...), to codzienne koncerty, z którymi nie mogę nic zrobić, doprowadzają do szału. Żeby było weselej, latem, jak sąsiad z kamienicy naprzeciwko się nawali, to on z kolei robi koncert dla całej ulicy pt. polska wieś tańczy i śpiewa (nie mam tu na myśli nic złego w stosunku do wsi, chodzi mi o muzykę, jaką puszcza się na wiejskich potańcówach czy na weselach)…

Na dobitkę... Sąsiad wywozi psy chyba do lasu (miał na aucie kartkę, że sprzeda szczeniaki po rodzicach polujących), co zaowocowało nalotem pcheł u mojego kota. Małego kota wziętego ze schroniska, odpchlonego, odrobaczonego, obejrzanego, przebadanego, a teraz chuchanego i NIEWYCHODZĄCEGO. I tak walczę, bo pchły odporne, a w takiej ilości, że gryzą też mnie. Udało się je w miarę wytępić dopiero po generalnym sprzątaniu, pryskaniu, szorowaniu, zaklinaniu i comiesięcznym odpchlaniu kota.

I tak myślę, może Wy coś wymyślicie, jak bezpiecznie uprzykrzyć sąsiadowi życie w odwecie, tak abym ja problemów nie miała. Niestety wzywanie policji czy SM jest bez sensu, bo wspomniany wyżej sąsiad z kamienicy naprzeciwko często wzywał ich z powodu psów, a sąsiad z psami na sąsiada, który nawalony chce zabawiać muzyką całą ulicę. I w sumie to chyba już przestali w ogóle przyjeżdżać.

Psy michę mają, wyprowadzane są, więc zgłoszenie, że jest ich czort wie ile nic nie da, jedyne, o czym myślę, to zgłosić, że sąsiad bez hodowli chce sprzedawać niby rasowe szczeniaki, ale muszę poczekać, aż znów wywiesi kartkę w samochodzie.

A co do synusia, z każdym kolejnym koncertem mam ochotę zalać im drzwi ketchupem albo farbą. I rodzi mi się chęć mordu w postaci dania dresowi w ryj, bo kto mu uwierzy, że walnęła mu mała kobietka...

Może długo, może nie aż tak piekielnie, ale dla osoby walczącej w domu z depresją, z i tak dużym poczuciem bezsilności jest to podwójnie upierdliwe. Ogólnie stronię od ludzi, dlatego jestem raczej bezkonfliktowa, staram się rozumieć, bo ludzie są różni, mają różne problemy, sąsiedzi za ścianą ostatnio kłócili się w nocy, było słychać, ale jesteśmy tylko ludźmi, jestem w stanie to zrozumieć, tak jak przełknę te psy galopujące "po suficie", to tylko zwierzęta. Ale jakim człowiekiem trzeba być, żeby nie zrozumieć, że jak prosi się po raz n-ty, żeby ściszyć, to może faktycznie się przegina?

A tak ku stereotypom. Na początku ulicy swoją działalność prowadzi MONAR, w późnych godzinach, kiedy był otwarty, a ja wracałam z pracy (18:30), nigdy nikt mnie nie zaczepił. Na końcu ulicy mieszkają Cyganie. Cisza, spokój, żadnych awantur, zaczepiania, kradzieży. Na górze naszej kamienicy niedawno wprowadzili się Ukraińcy. Jeszcze nie zdążyłam się zorientować, że się wprowadzają, a już ich syn krzyczał mi „dzień dobry”, jak wracałam z zakupów, tak samo moim rodzicom, jak tylko zobaczył ich ze mną. Wystawiliśmy kanapę na korytarz, z zamiarem wyrzucenia albo oddania, sąsiad obok był poinformowany, że jak ktoś będzie pytał, to ma brać w cholerę. Tak też powiedział nowej sąsiadce Ukraince z góry, a jednak, zanim zabrała, przyszła zapytać nas, czy na pewno może, po 5 minutach kanapy nie było, bez hałasu, przeklinania czy innych cudów.

Można? Można. Wbrew stereotypom i tego co ludzie gadają. A prawdziwy, prawilny, pracujący, polski sąsiad... cóż.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (132)

#84046

(PW) ·
| Do ulubionych
Czego może się młody kierowca spodziewać na drodze?
Krótka odpowiedź: agresji i przykładów nieodpowiedzialnego zachowania.

Prawo jazdy zrobiłam tuż po 18-tych urodzinach, jednak po wyjechaniu na studia nie potrzebowałam auta, aż do teraz. Od zdawania na prawko minęło już dużo czasu. Na studiach nie stać mnie było na samochód, a potem nie był potrzebny, bo w mieście wolałam komunikację publiczną, a gdzieś dalej podróżowałam ze zmotoryzowanym narzeczonym. Teraz nadszedł czas, by zdecydować się na swoje autko.

Przez niemal dziesięć lat bez praktyki można wiele zapomnieć. Dlatego przed zakupem postanowiłam odświeżyć sobie tajniki kierowania samochodem. Najpierw jeździłam trochę po wiejskich drogach nieopodal mojego domu rodzinnego. Tutaj nie było problemu, okazało się, że nie mam (pomimo moich obaw) problemów z techniką jazdy. Potem postanowiłam oswoić się z miastem, bo wiadomo, że tu jazda samochodem to coś zupełnie innego. Kupiłam w internecie naklejkę z zielonym listkiem i ruszyłam na ulice.

Zaczęłam od kursów po niemal pustych ulicach nocą. Założyłam, że w ten sposób nauczę się poruszania się po mieście bez przeszkadzania spieszącym się zawsze i wszędzie kierowcom. Chodziło o takie przetarcie szlaków, którymi będę jeździć za dnia. Nauczyłam się, jaką trasą omijać ewentualne korki, którędy gdzie zjeżdżać itp. Trochę zestresowali mnie w tym czasie rajdowcy, który potrafili pruć setką po osiedlowej drodze, trąbić na mnie, gdy zatrzymałam się na znaku stopu przy wyjezdzie z osiedla lub przed torami (tak, widziałam, że nic nie jedzie, ale chodzi przecież o zasadę) itp. Miałam nadzieję, że może im się gdzieś bardzo spieszyło - na nocny dyżur do szpitala czy do umierającej matki. Tak, wiem, naiwnie z mojej strony. Myślałam, że za dnia będzie inaczej, że na ogół kierowcy będą przestrzegać przepisów.

Okazało się, że gdy odważnie wyjechałam na drogę za dnia, zostałam otrąbiona w tym samym miejscu (za to, że zatrzymałam się przy znaku stop przy wyjeździe z osiedla), potem za to, że ustępuję pierwszeństwa na drodze podporządkowanej, bo przecież mogłam się na chama wcisnąć między pędzące samochody, następnie za to samo na rondzie.

Może wielu z Was stwierdzi, że nie nadaję się na kierowcę, że może za bardzo się stresuję albo jeżdżę za wolno (bo nie równo z limitem prędkości), ale kurczę, nie każdy jest mistrzem kierownicy. Czasem my, ciamajdy, chcemy się tylko dostać bezpiecznie z punktu a do punktu b, bez łamania przepisów.

Nic się Wam, rajdowcy i królowie kierownicy, nie stanie, jak dojedziecie na miejsce pół minuty później. Klaksonami tylko stresujecie, a powinno się ich używać jedynie w sytuacjach niebezpiecznych (a nie jedynie irytujących ze względu na to, że ktoś nie jedzie maksymalnie szybko).

Serio, według mnie nie jeżdżę fatalnie (czasy przejazdów mam zgodne z tym, co pokazuje google maps), ale to, co widzę na drodze z jednej strony mnie stresuje, bo jadę wolniej niż większość, a z drugiej, bo nigdy nie wiem, na jaki szalony manewr może ktoś wpaść.

Samochód

Skomentuj (72) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (104)

#84237

~Andrzejodsamochodu ·
| Do ulubionych
Będzie o piekielnym Panu Urzędniku, ale trochę od innej strony.

Odwiedziłem dzisiaj Urząd Wojewódzki w Rzeszowie, a dokładniej wydział komunikacji. Kolejka niesamowita, a potrzeby fizjologiczne nie poczekają, więc udałem się do toalety na tym samym piętrze. Wchodzę do kabiny, szybkie siku i wychodzę. Po chwili jednak zorientowałem się, że zostawiłem w kabinie teczkę. No to wracam, tyle że kabina zajęta przez pana, który aktualnie zebrał się na dwójeczkę. Wyszedłem i odczekałem aż szanowny pan wyjdzie. Jak się później okazało był to jeden z panów urzędników o dość dużych gabarytach.

Teraz będzie apel.
Szanowny Panie Urzędniku o dużym zderzaku! W toaletach istnieje coś takiego jak szczotka. Apeluję, aby Pan zaczął jej używać ponieważ nikt nie chce oglądać Pańskiej czekolady na kiblach!

Podejrzewam, że to nie był pierwszy jego raz i współczuję tylko kobietom, które tam później sprzątają.

Rzeszów urząd wojewódzki urzędnik

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (122)

#84205

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira".

Tym razem piekielny byłem również ja.
Autostrada A4, żadnych zakazów wyprzedzania. Jadę od Wrocławia w kierunku Katowic. Przede mną jedzie trochę wolniej inna ciężarówka. Dzieli nas jeszcze ok. 200 m, ale już rozpoczynam obserwację lewego pasa. Dojeżdżam do ciężarówki i wyłączam tempomat, ponieważ lewy pas zajęty przez osobówki. Cierpliwie czekam na wolną przestrzeń, bo nikomu nie się wpierniczam i nie wymuszam.

Wreszcie wolne:) Włączam lewy kierunkowskaz i rozpoczynam manewr wyprzedzania. Będąc w połowie naczepy widzę w lusterku zbliżające się auto (jak się potem okazało BMW, czemu mnie to nie dziwi). Kierowca nie jest zadowolony, że musi hamować do 85 km/h, o czym mnie dobitnie uświadamia błyskając mi drogowymi. Nie mam jednak zamiaru rezygnować z manewru, który wykonałem już w 50%, bo jednemu bałwanowi się śpieszy. Kontynuuję wyprzedzanie i widzę kolejny błysk świateł drogowych. Jestem połową naczepy na wysokości kabiny wyprzedzanego, kiedy zauważam kolejny błysk świateł, żebym natychmiast zjechał na prawy pas.

Stwierdzam jednak, ze tak się nie będziemy bawić. Łapię za gruszkę cb-radia i komunikuję się z kierowca wyprzedzanej ciężarówki, który przystaje na moją propozycję. Zwolniłem do 83km/h i jedziemy z kolegą równym tempem. Tak, na chamstwo kierowców ja też odpowiadam chamstwem.

Wyprzedzany kolega celowo zjechał troszkę na pobocze, żeby uniemożliwić kierowcy BMW ewentualne wyprzedzanie pasem awaryjnym. Widzę w lusterku, że gość zaczyna się wkurzać, bo jeździ od lewej krawędzi pasa do prawej co chwilę mnie poganiając światłami. Jechaliśmy tak ok. 1 minuty. Postanowiłem w końcu zakończyć manewr wyprzedzania i umożliwić gnojkowi zapieprzanie 200 km/h. W końcu ma do tego prawo, przecież zapłacił 10 zł na bramkach.

Zakończyłem manewr, wróciłem na prawy pas. BMW mnie wyprzedza i kierowca nie byłby sobą, gdyby nie zajechał mi drogi i dał po hamulcach. Nie podjąłem zaczepki, ponieważ mam kamerę, która wszystko nagrała, włącznie z blaskiem świateł drogowych. Rozważam wysłanie nagrania na policję.

Drodzy kierowcy, my nie przyśpieszymy. Poganianie nas światłami tylko dlatego, że ośmieliliśmy się wyprzedzać, a do czego mamy pełne prawo, nic Wam nie da. Szanujmy się na drodze!

A4 Wrocław-Katowice

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (153)

#84154

~mexes ·
| Do ulubionych
Ostatnio przeczytałem kilka historii o dyskryminacji ze względu na płeć w szkole. Dotychczas myślałem, że tylko u mnie tak było, ale widzę, że jednak nie. Opiszę więc jak to było u mnie.

1. To, o czym już ktoś wspomniał. Przy odpowiedzi ustnej, chłopak dostawał pałę jak nie znał odpowiedzi, a dziewczyna dostawała tyle pytań, aż trafiła na takie, na które odpowiedź znała.

2. Byliśmy z klasą w wesołym miasteczku. Przy każdej atrakcji ustawialiśmy się w kolejce i czekaliśmy. Pani wychowawczyni za każdym razem zmieniała kolejność:
- Najpierw dziewczynki! - krzyczała.
Tak też przy każdej atrakcji "dziewczynki" były pierwsze, a my musieliśmy czekać. Kilkukrotnie było tak, że jak już "dziewczynki" się przejechały, to szły dalej, a nauczycielka kazała nam iść razem z nimi, bo nie będzie tu z nami stała i czekała, aż my się przejedziemy. Tak więc z całego wesołego miasteczka nie przejechaliśmy się nawet na połowie atrakcji.

3. Kiedy dziewczyna zapomniała podręcznika na lekcję, to nauczycielka zawsze jakiś znalazła i jej pożyczała. Kiedy chłopak zapomniał, to był nazywany gapą i dostawał pałę za nieprzygotowanie do lekcji.

4. Za brak pracy domowej dziewczyny dostawały minusy (po trzech pała), a my pały od razu.

5. W późniejszych klasach, dziewczynie złapanej na paleniu papierosów grożono palcem, a chłopakowi wpisywano naganę i wzywano rodziców do szkoły.

szkoła dyskryminacja mizoandria

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (140)

#84147

(PW) ·
| Do ulubionych
Po jednej z ostatnich historii postanowiłam opisać jak to było u mnie. Liceum, profil klasy mocno humanistyczny, co się z tym wiąże - rozszerzenie materiału z języków. W tym angielski.

O "naiczycielce" angielskiego będzie.
Pani Piekielna od początku dała mocno odczuć, że jest bardziej brytyjska niż Elżbieta (co ciekawe imię nosiły takie samo).
Wymagała British English i stanowczo tępiła wszelkie inne odmiany języka. Z czym to się wiązało? Ano akcent. Akcent musiał być taki jak ona chciała, nie miało znaczenia że nikt tak nie mówi. Przykładowo słówko "Europe" kazała nam wmawiać jako (specjalnie zapisuję do fonetyczne) "jułerep". W całej mojej karierze nie słyszałam, żeby ktoś tak mówił, ale jej klasa, jej zasady, a ty biedny karaluszku staraj się przeżyć.

Od początku dała mi i koleżankom odczuć, że nas nie lubi. Myliła nasze imiona totalnie specjalnie (nie wierzę, że po trzech latach nauczania kogoś, nadal nie wiesz jak ta osoba ma na imię).
Chłopcy byli faworyzowani. Starsza pani sobie chyba w ten sposób pucowała ego na błysk.
Jej hobby było wymaganie uczenia się zadań domowych na pamięć i to nie w wersji prawidłowej. Jeśli zadanie wymagało wpisania słówka w puste miejsce, to trzeba było się nauczyć również tych, które nie pasowały i przy odpytywaniu wyrecytować. Oczywiście jeśli się nie należało do pupilków Elżuni to nawet jeśli się znało tekst od dechy do dechy, ocena maksymalna to było 3.

Opcji zmiany grupy nie było, bo musiał na to wyrazić zgodę nauczyciel prowadzący, w tym przypadku Elżbieta, której nie mieściło się w głowie, jak ktoś mógłby nie chcieć uczęszczać na jej zajęcia.

Były sytuacje w których nie mogła zaniżyć oceny, jak testy pisemne, gdzie było czarno na białym kto co umie. Kiedy dostawałam max punktów, zostawało to zbywane milczeniem i nagle magicznie, skala ocen kończyła się na 5. W innych przypadkach, kiedy na przykład brakowało mi 1 pkt do maxa, skala ocen wynosiła już 6. Któregoś razu miałam ten nieszczęsny max ja i dwóch kolegów. Pani Elżbieta musiała mi wystawić 6, bo jej chłopcy musieli dostać 6. Kwas jaki miała na twarzy, pamiętam z satysfakcją po dziś dzień.

Oczywiście nie zgodziła się na zdawanie matury rozszerzonej z języka, bo wg niej byśmy jej nie zdały. Spoko, na moje studia wystarczyło mi te 100% z podstawy. Ale nadal nie mogłam się pogodzić z tym, że przy moim poziomie języka zamierza mi wystawić na świadectwo 3 i uważa, że to i tak za dużo. Siarczysta awantura trwała trzy godziny lekcyjne, aż w końcu skończyła się magicznym tekstem: "jak chcesz, to ja cię przepytam teraz albo zdawaj cały rok komisyjnie".
Odpowiedziałam że już ona by mnie odpytała po swojemu, żebym dostała 1 nawet przy perfekcyjnej odpowiedzi.
Nie zdawałam komisyjnie, szkoda było mi zachodu, bo jak pisałam, wystarczyło mi te 100% z podstawy żeby się dostać na mój kierunek.

Mój wychowawca, nota bene zastępca dyrektora, rozłożyła ręce. "Bo wiesz, taka już jest Elżunia."

Żeby się czegoś więcej nauczyć (przez 3 lata totalnie niczego ta pani nas nie nauczyła) musiałam chodzić na korepetycje. Kiedy poszłam na studia, jedną z pierwszych rzeczy jakie trzeba było napisać, był test z języka kwalifikujący do grupy. Nie chwaląc się wybiłam wynikiem daleko do przodu. Maksymalny wynik innych osób to było trochę poniżej 60, podczas gdy ja miałam 98/100.
Po dwóch zajęciach dostałam zwolnienie z zajęć i wpis do indeksu, bo się zwyczajnie nudziłam, a grupy bardziej zaawansowanej nie było.

Spotkałam Elżbietę po szkole kilka razy i ani razu nie powiedziałam jej "dzień dobry". Kwas jaki odczuwam na myśl o angielskim w liceum jest zbyt silny. Nie mam do tej pani ani grama szacunku.
Na szczęście, kiedy moja siostra szła do tego samego liceum, pani vice dyrektor postarała się o jej przydział do innego nauczyciela.

Liceum

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (139)

#84246

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem ja dla odmiany ponarzekam na system.

W ostatnich latach sporo zainwestowałam w siebie. Podjęłam ryzyko związane z przebranżowieniem i opłaciło się. Mam fajną pracę za godne pieniądze i szerokie perspektywy na dalszą karierę.

Tak się złożyło, że zaszłam w ciążę. No radości nie było końca bo finansowo, mieszkaniowo i życiowo u nas stabilnie.

Tylko wiecie co mnie doprowadza do szewskiej pasji? To, że w czasach państwa tfu tfu... opiekuńczego, w dobie 500+ ja, dzięki której państwo dostaje ponad 3200zł miesięcznie (w podatkach i w ZUSie) mam zafundowany program 1000-. Co najmniej.

Wg obowiązujących przepisów i sposobu kalkulacji urlopu macierzyńskiego i wychowawczego państwo mi łaskawie płaci jakieś 1000zł mniej niż zarabiałam przed porodem.

I tak - becikowe mi się nie należy, 500+ mi się nie należy i w ogóle to nic mi się nie należy z tytułu dorobienia się potomka. I to by było nawet do zaakceptowania, ale już np. to, że za rok jak będę chciała wrócić do pracy, to będę musiała zatrudnić opiekunkę lub wydać pieniądze na prywatny żłobek, bo już wiem, że do państwowego się nie dostaniemy. Bo jest za mało miejsc. Bo robić za psi grosz nie ma komu.

I ok, to ja podjęłam decyzję o macierzyństwie, bo mnie na to stać i niech sobie państwo wsadzi w buty swoją pomoc, tylko chciałabym móc podjąć decyzję żeby to co państwo ode mnie dostaje, przeznaczyło zamiast na narodowy program wspierania patologii, to na np. podniesienie pensji nauczycieli, żeby tych pieprzonych żłobków było więcej. Żeby zanim zacznie rozdawać na prawo i lewo tym "biednym", zapewniło wszystkim chociaż te podstawę, która w myśl obowiązujących przepisów im się należy jak psu buda.

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (240)

#84242

~RyzGotujeToNaSzybko ·
| Do ulubionych
Mieszkam w Anglii. Ostatnio u nas wieje i leje, pogoda naprawdę paskudna (nawet jak na Anglię wiosną). Ale zakupy trzeba zrobić. Jadę do ulubionego marketu, szybkie zakupy i wyjazd. Kolejka do wyjazdu że hohoho i trochę, aż się zastanawiałam z jakiego to powodu?

Powód wnet się objawił: na samym środku parkingu stał wózek sklepowy. Piekielność sama w sobie, bo jakim dupkiem trzeba być żeby nie odprowadzić wózka na miejsce, dosłownie - nie przesadzając - ze 3 metry? I zostawić na środku parkingu?

Ale dużo gorsze, moim zdaniem, było zachowanie pozostałych kierowców. Nikt, ale to nikt nie wysiadł z auta i nie wepchnął tego wózka do wiaty. Nie, objeżdżali ten nieszczęsny wózek dosłownie niemal na styk z autami zaparkowanymi na parkingu. Ja, z mojego miejsca, zaobserwowałam 6 aut kombinujących jak objechać aby tylko nie wysiąść. Już byłam zdecydowana, że oto stanę się bohaterką i odsunę ten wózek nieszczęsny, jak do niego dojadę, ale koleś przede mną mnie ubiegł. Zajęło mu to może 3 sekundy.

Widocznie myślenie boli bardziej niż mi się wydaje.

Parking zagranica

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (130)

#84231

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed 10 lat, jak mieszkałam i studiowałam przez krótki czas w Toruniu. Wstęp będzie trochę długi, ale muszę naświetlić sytuację.

Był grudzień, ja w popłochu uciekałam z lokum wynajmowanego u sławnego swego czasu w mieście piernika pana Z. z Baśniowej.
Moje nowe mieszkanie było w starej kamienicy z przełomu XVIII i XIX wieku, niezbyt dobry wybór, ale przebierać nie miałam w czym. Jak mi powiedziała właścicielka, w mieszkaniu miał być internet, "tylko musi pani podpytać współlokatorów jak się podłączyć". Okazało się, że kłamała, bo umowa na dostarczanie internetu nie była w ogóle podpisana i nie było do czego "się podłączać".

Nowo poznana współlokatorka (Dominika) poinformowała mnie, że jeżeli chcę mieć stałe łącze internetowe, muszę podpisać umowę na 18 miesięcy i cena tej przyjemności to około 100 zł za miesiąc. Było to kompletnie nieopłacalne, bo cała trójka wcześniejszych lokatorów miała internet bezprzewodowy i całość musiałabym płacić sama, no i przez 18 miesięcy, a ja umowę najmu miałam podpisaną na 7 i nie zamierzałam raczej jej przedłużać. Dlatego też podpisałam umowę na bezprzewodowy.

Generalnie jeżeli chodzi o lokatorów, to było nas czworo, w tym nazwijmy go, Tomasz, który jest bohaterem tej historii. Kolega studiował na czwartym roku prawa i w mieszkaniu był dwa dni w tygodniu, w pozostałe bodajże jechał do swojego domu rodzinnego gdzieś pod Toruniem. Generalnie z nikim się nie kolegował, a i przychodził w większości tylko na noc. Jak wyjechał na przerwę bożonarodzeniową, tak go nie widziałam do połowy marca.

Przechodzimy do właściwej historii.

Pewnego dnia w marcu byłam sama w mieszkaniu - zbierałam się do wyjścia, gdy zadzwonił domofon. Stwierdziłam, że nie będę otwierać - ja się nikogo nie spodziewałam, do moich współlokatorów raczej nikt nie przychodził, a bez przerwy dobijali się do nas akwizytorzy i Świadkowie Jehowi. Po prostu wyszłam z mieszkania i chciałam normalnie opuścić klatkę, gdy zaczepiły mnie dwie dziewczyny, które dzwoniły.

Dziewczyny: Przepraszam, czy mieszkasz może w mieszkaniu 01 na parterze?
Ja: Tak, mieszkam.
D: Czy jest może w mieszkaniu ten chłopak, który wynajmuje pokój na końcu korytarza, przy kuchni?
J: Nie, nie ma. Ja go ostatni raz widziałam w grudniu, więc nie wiem nawet czy tu jeszcze mieszka czy może już wypowiedział umowę. A o co chodzi?

Dziewczyny spojrzały po sobie i opowiedziały, co je sprowadza - otóż mieszkały w lokalu 01 w poprzednim roku akademickim i stanęły przed takim samym problemem jak ja wprowadzając się - internetu ni ma, mimo że miał być. Podpisały umowę na internet bezprzewodowy w pomarańczowej sieci. Jak się wyprowadzały do lepszego lokum, gdzie internet miał być stały, internet bezprzewodowy stał im się zbędny, a że ileś tam płaciły, to wolały się go pozbyć. No i wpadły na w ich mniemaniu genialny plan - jak do mieszkania wprowadził się Tomasz, to umówiły się z nim, że dadzą mu wszystkie hasła, oprzyrządowanie itp, on będzie korzystał z internetu i za niego płacił w ich imieniu. Niestety mój współlokator okazał się niepokorny i co prawda z dziewczynami się umówił, ale jak przyszło co do czego to nie płacił. Wezwania do zapłaty przychodziły na adres mieszkania, w którym mieszkałam ja i Tomasz. Dziewczyny już oczywiście przebywały pod innym adresem i nic o ponagleniach nie wiedziały. No i w marcu skontaktowała się z nimi windykacja w sprawie zaległych płatności i kary umownej. No i dziewczyny zostały z problemem.

Ja osobiście wiem, że można się nie znać na prawie i nie wiedzieć, że istnieje coś takiego jak cesja, ale nie wiem jak naiwnym trzeba być, by facetowi, którego pierwszy raz się widzi na oczy uwierzyć na gębę, że będzie płacił rachunki za umowę, której nie jest stroną. Może jakieś dziwne przekonanie, że skoro chłopak studiuje prawo, to będzie uczciwy i honorowy? Niestety nie wiem jak się koniec końców cała historia skończyła, wiem że do rozmowy z Tomaszem doszło i że próbował się wypiąć, ale niestety nie wiem jaki był finał całej sprawy. Fakt, że po dwudziestoparoletnich dziewczynach spodziewałam się więcej zdrowego rozsądku.

współlokator

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (125)

#84114

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni my.
Tak, ja też się w tym mieszczę, a nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Wydawało mi się, że mówię i piszę ładną polszczyzną.
W ostatnią sobotę moje mniemanie pękło jak bańka mydlana.

A było to tak:
Jak zwykle (co uważni czytelnicy z pewnością zauważą, bo to nie pierwsza historia spacerowa) byłem ze swą psicą na spacerze + zakupach. I mijaliśmy taką drobniutką staruszkę, która chodzi z psicą marki mop - takie coś 20 cm od podłogi, z sierścią zbierającą wszystko z ulicy. O ile nasze psice się znają i nigdy nie było problemu - podchodzą, powąchają, ogony ciągle w górze - to tym razem tam mała czegoś się widać wystraszyła i zaczęła na moją psicę warczeć.

OK - normalna sytuacja, wycofałem się w alejkę, do psicy komenda "Siad" i niech sobie przejdą.

I w tym momencie staruszka odezwała się (do psa):
"Perełko, nie sróżże się na koleżankę"

Jej psica się uspokoiła, ale ja dobre 20 sekund stałem jak słup. Tak, słowo znam, ale żeby używał go ktoś w życiu codziennym i to w trybie rozkazującym w formie zwrotnej?

Z racji słownictwa podejrzewam staruszkę o jakieś 90 lat+.
Ale to my pozwoliliśmy by nam tak język schamiał.

PS. Ciekawostka - słownik nie podkreśla mi słowa "schamiał" ale "sróżże" już nie przełyka :)

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (232)