Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#89736

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio jest często poruszany temat zastawiania klatek schodowych, więc chciałabym dodać coś od siebie.

Najpierw opiszę, jak wygląda nasza klatka schodowa, żeby każdy wiedział, jak mało jest tam miejsca. Od razu na wprost drzwi wejściowych są schody. Po lewej stronie od drzwi są skrzynki na listy, po prawej również skrzynki i schody do piwnicy. Tak naprawdę od lewej ściany do prawej ściany da się dojść w 5 krokach.

No i wprowadziła się rodzina z dwójką dzieci. Zaczęło się stawianie rzeczy pod skrzynkami, w pewnym momencie stały tam dwa rowery i dwie hulajnogi. Zwracanie uwagi rodzicom nie przynosiło efektów, bo to byli ludzie z tych konfliktowych, którzy uważali, że wszystko robią najlepiej i zawsze mają rację. Szczytem było postawienie butów na schodach - i to dosłownie, na jednym ze stopni stały buty. Wtedy już się wkurzyłam i kopnęłam je tak, że wylądowały w piwnicy.

Nie mieliśmy wtedy ekipy sprzątającej, więc każdy lokator po kolei mył schody na swoim piętrze. W jedną sobotę była akurat moja kolej, a na dole znowu stały dwa rowery, dwie hulajnogi i dodatkowo piłka. Wtedy już się porządnie wkurzyłam i najzwyczajniej w świecie wszystko wyrzuciłam przed klatkę.

Umyłam schody, wróciłam do domu i za pół godziny ktoś się dobija do drzwi. Sąsiadka przyszła z pretensjami, że jak tak można, że taki drogi rower przed blok itp. Odpowiedziałam jej, że do każdego mieszkania przypisana jest piwnica i to tam jest na takie sprzęty miejsce, a jeśli w piwnicy jest za ciasno - niech trzyma w mieszkaniu.

Oczywiście wielkie oburzenie, dowiedziałam się też, że jestem bezczelną gówniarą i zobaczymy, jak moje dziecko podrośnie to czy "będę taka mądra".

No i chyba "jestem taka mądra", bo po spacerze składam wózek i chowam w szafie w mieszkaniu. To samo z hulajnogą. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co by było, gdyby wybuchł pożar, a te graty by stały na dole.

PS Sąsiadka zabrała swój bajzel z klatki, ale odpowiedzi na "dzień dobry" nie usłyszałam już nigdy :)

Blok

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (198)

#89727

przez ~Pechowiec1234 ·
| Do ulubionych
Wyjaśnię, bo nie mogę skomentować.

Odnośnie historii z przedszkola. Poszło o wychodzenie z sali.
Nie pozwalamy dzieciom samym wychodzić na korytarz i do łazienki z sali. Jeśli dziecko chce wyjść, musi powiedzieć, żebyśmy wiedziały gdzie w danej chwili przebywa i wtedy z dziećmi idzie też pomoc. To kwestia bezpieczeństwa, niczego innego. Dziecko coś wymyśli na tym korytarzu, jeszcze coś zrobi a ja będę za to odpowiadać. Mama oponowała, że jej dziecko może samo wychodzić, gdzie chce.

Koleżanka proponowała mamie przejście do gabinetu Dyrekcji ale z tą personą dyskusji nie ma. Stwierdziła, że ona będzie tu rozmawiać, gdzie jest. Do tego doszły inwektywy, że jesteśmy "gównianym przedszkolem" i straszenie wszystkimi możliwymi służbami. Przypominam przy dzieciach, które się bały przejść koło tej mamy i wejść do sali. Dlatego koleżanka ucięła dyskusję.

A czemu rozmawiały w przejściu, tak żeby koleżanka widziała dzieci? Bo często zanim przyjdzie pomoc, jesteśmy same w sali z dziećmi a do rodzica wyjść trzeba, gdy czegoś potrzebuje.

Do osób broniących mamy. Publiczne nie znaczy najgorsze. Mamy opinie bardzo dobrego przedszkola. Nasze dzieci naprawdę potrafią wyrażać swoje zdanie i stawiać się gdy coś im nie pasuje. Sami je tego uczymy. Ale nikt sobie nie pozwoli przy 25 dzieci na łamanie określonych zasad. Chce ktoś mieć inne warunki, niech da dziecko do prywatnego a nie utrudnia życie komuś, kto chce dobrze dla jego dziecka, mimo tego że zarabia grosze i jeszcze go z błotem mieszają.

Dziękuję, tyle z mojej strony.

przedszkole

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (167)

#89689

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii https://piekielni.pl/89681, przypomniała mi się sprawa sprzed kilku lat.

Parking na blokowisku. Nie ma miejsca, jest ciasno, każdy kombinuje jak może żeby zaparkować. Będzie długo.

Mały zarys sytuacyjny jak wyglądało podwórko.
Są dwa bloki usytuowane po przekątnej. Przed obydwoma blokami są trzy parkingi. Jeden duży na tyłach pawilonu handlowego mieszczący ok 50-60 aut. Potem jest parking „strzeżony”, znaczy się kawałek placu ogrodzony siatką z bramą, kłódką i tyle. I na końcu mały parking mieszczący może ze 20 samochodów. Więc jak na dwa wieżowce to miejsca bardzo mało. Jako że sierpień jest, sezon w pełni to i sporo motocykli pod blokiem. Aby nikomu nie przeszkadzać zaczęliśmy je parkować pod siatką parkingu strzeżonego. Auto by już tam nie stanęło, a 5 motocykli się mieściło jeden obok drugiego.

Piękne popołudnie, wracam z pracy, zaparkowałam motocykl tak jak zawsze. Patrzę na samochód sąsiadki, stoi z siedem metrów ode mnie. Poszłam do domu, rozbieram się z kombinezonu, a tu dzwonek do drzwi. Przyszedł sąsiad z piętra niżej i z przerażeniem w oczach mówi mi:
- Rabbit chodź na dół. Gruba przejechała Ci po motocyklu i zwiała.

No i faktycznie. Sąsiadka nie dość że miała mnóstwo miejsca żeby wyjechać to i jeszcze musiała się nagimnastykować nieźle kierownicą żeby wjechać w motocykl. No dobra, zdarza się. Oglądam motocykl, zniszczenia ogromne, a karteczki z numerem telefonu brak. Narzeczony w tym czasie dzwoni po policję bo ja już zaczynałam wpadać w histerię i liczę naprawę w tysiącach.

Przyjechała policja oglądają motocykl, ja tam już gromkie łzy wylewam bo chucham i dmucham na maszynę. Która zresztą wtedy miała już 27lat i w dalszym ciągu była w 95% zachowana w oryginale. Oczywiście jak to na blokach, zaraz zgromadzenie sąsiadów bo coś się dzieje i trzeba się pogapić. Jeden z nich podchodzi i mówi, że może kamera przy klatce zarejestrowała zdarzenie.

Jeden z policjantów poszedł na górę do osoby która ma wgląd w monitoring przy bloku, wraca po chwili i mówi że no faktycznie widać jak przejeżdża po motocyklu, wychodzi obejrzeć uszkodzenia, wsiada do auta i odjeżdża. A że dużo sąsiadów się zleciało to podali pod którym numerem mieszkania sprawczyni mieszka.

W międzyczasie uciekinierka zdarzenia wraca swoim autem pod blok i parkuje tam gdzie stała wcześniej. Podchodzi do niej policja i pyta się o tożsamość i co może powiedzieć na temat zdarzenia. A ona z szyderczym uśmiechem mówi:
- Nie zauważyłam motocykla i przecież nic takiego się nie stało, po co policje wzywaliście!
- Jak nie zauważyłaś 300kilowego motocykla który jest wielkości krowy?! Wyrządziłaś szkody i nawet numeru nie zostawiłaś!
- No przecież mówiłam sąsiadowi który wyglądał przez okno że jak coś to mieszkam po czwórką!
I ogólnie rozmowa ciągle w ten deseń, ona nie widziała, nic się nie stało i po co cały ten cyrk.

Pani Policjantka pyta się mnie czy wyrażam zgodę na złagodzenie mandatu do 300zł, ja mówię że nie, proszę wystawić ten najwyższy, może to nauczy ją jeździć i ponosić odpowiedzialność.

Po całej tej sytuacji mieszkałam tam jeszcze trzy lata i sąsiadki nie widziałam ani razu. Chyba kanałami chodziła

parking blokowisko

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (147)

#89696

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia z dnia 3 września tego roku.

Wynajem auta w Car Net Opole. Był to pierwszy raz kiedy w ogóle zdecydowaliśmy się na wynajem auta, toteż byliśmy z partnerem dość zieloni w temacie. Auto w ten dzień przebyło jakieś 300 kilometrów w obsadzie dwie osoby dorosłe i jedno dziecko w foteliku. Sama jazda i auto bezproblemowe, problem natomiast zaczął się w momencie oddawania pojazdu.

Partner dokładnie umył auto z zewnątrz, wnętrza nie ruszał bo po pierwsze, nic się w nim poza jazdą nie działo, po drugie, w bagażniku przez drogę leżała jedna dziecięca torba. Dwie godziny minęły i dostajemy telefon, że obciążają nas kosztem czyszczenia auta, czyli 89 złotych. Bo w środku jest sierść i są okruchy, no ok. Ale ta sierść i cała reszta były tam już wcześniej, możliwe, że to nasz błąd, że tego nie zgłosiliśmy, ale mimo wszystko pracownik powiedział, że oddaje nam auto czyste.

Toteż pytanie chyba do Car Net, czy wasze standardy czystości są tak słabe, że po ocenie, iż auto jest czyste dostaje się auto brudne? Czyli dostaliśmy brudne auto? I zapłacimy za jakiegoś śmieciarza bo pracownik nie zaprezentował wnętrza jak należy, i nie było dokumentacji fotograficznej z poprzedniego najemcy? A z naszego najmu już było? Odradzam Car Net, a jak już wynajmować, to trzepać pracownika z dokumentowaniem jak auto wygląda bez litości. Ogólnie nasz pierwszy i ostatni wynajem w tej firmie.

PS. Przy wzięciu auta w najem bak nie był do końca pełen, pracownik tłumaczył, że w tym aucie tak jest, natomiast po tankowaniu powrotnym udało się jednak zrobić tak, by wskaźnik był w odpowiednim miejscu. Czyli i na paliwo zostaliśmy naciągnięci.

CarNet

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (169)

#89731

przez ~Truskawax0 ·
| Do ulubionych
Dziekanat.
Temat stary jak same studia. Nie powiem,  żebym po dwóch latach studiowania miała związane z tym miejscem wspaniałe wspomnienia, ale wiadomo, nie przychodzę tam do koleżanki na kawę tylko coś załatwić.

Tym razem akurat była końcówka wakacji, a ja miałam sprawę do Sekcji Informatycznej. Jako że ten sam problem był i w zeszłym roku oraz biorąc pod uwagę naglący czas, postanowiłam, że tak jak wtedy załatwię to telefonicznie.

Strona wydziału, widzę — sekcja w poniedziałki pracuje od 14:00 do 18:00. Super, czekam do jakiejś 14.20 i wstukuję pierwszy z trzech podanych numerów.

Dzień dobry, dziekanat wydziału Iksińskiego. - odzywa się kobiecy głos w słuchawce.

Nieco skonfundowana, niemniej kulturalnie oznajmiam: Dzień dobry, ja chciałabym się skontaktować z Sekcją Wsparcia Informatycznego.

- To proszę tam zadzwonić. - słyszę

"Osz ty!" - myślę sobie, ale dalej grzecznie tłumaczę:

- Wie pani, no właśnie dzwonię do Sekcji Wsparcia Informatycznego, pod numer podany na stronie wydziału, ba, wg. strony jest to numer konkretnie do pana Iksińskiego, o ile dobrze pamiętam.

- No tak. Ale mówię, że rozmawia pani z dziekanatem. - odpowiada słyszalnie zniecierpliwiony kobiecy głos

Yyy?

- Czyli co, muszę po prostu zadzwonić do innej osoby podanej na stronie i z nią załatwić temat? - dopytuję na wszelki wypadek, bo przecież od tej kobiety nie usłyszę nawet słowa wyjaśnienia albo pomocy.

- Tak.

- Dobrze, dziękuję w takim razie. Do widzenia.

Co było potem nietrudno się domyślić. Na stronie wiszą jeszcze dwa numery do pracowników rzeczonej Sekcji. Próbowałam dzwonić na oba w pewnym odstępie czasowym (mogą być w danym momencie zajęci czymś innym, rozumiem).

W obu przypadkach usłyszałam mantrę "dzień dobry, dziekanat wydziału iksińskiego". Gra w ciuciubabkę mnie nie bawi, więc napisałam maila do Sekcji. Sprawa załatwiona w 6 minut.

Okej, wszystko się udało, świat się nie zawalił. Ale zastanawiają mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, po kiego przekierowywać te telefony do dziekanatu, który na dodatek w niczym nie pomoże? Gdyby po prostu nikt nie odebrał, byłby to wystarczający znak, że informatycy są zajęci i trzeba spróbować później, albo napisać maila.

Po drugie, czy już na etapie rekrutacji do pracy w biurze dziekana wymogiem jest bycie wyjątkowo opryskliwą, typową "babą z dziekanatu" z licznych memów?

Wiem doskonale, że studenci mają czasem głupie pytania, ale robienie, za przeproszeniem, debila z kogoś kto dzwoniąc na numer konkretnej Sekcji chce rozmawiać z konkretną Sekcją to przesada.

Warszawa dziekanat

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (136)

#89729

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Skrzyżowanie nierównorzędne (istnieje takie słowo?), teren zabudowany. Przy skrzyżowaniu znajdują się: szkoła podstawowa, przystanek autobusowy, sklep i oczywiście przejścia dla pieszych. Dojeżdżam podporządkowaną i zatrzymuję się, bo tam jest znak STOP, a i widoczność nie powala. Zamierzam skręcić w lewo.

Patrzę w lewo - czysto. Patrzę w prawo - do zakrętu czysto. Wic polega na tym, że nawet jeśli za tym zakrętem coś jest, to zdążę się włączyć do ruchu i przyspieszyć, a tamten kierowca nie będzie musiał nawet zwalniać. Jeśli tamten jedzie przepisowo.

Więc: Z lewej czysto, z prawej czysto, jeszcze raz na wszelki wypadek w lewo - czysto. No to ruszam, jednocześnie kontrolnie zerkając jeszcze raz w prawo.

I widzę TIRa wypadającego z zakrętu z zawrotną prędkością. Zakładam 90km/h, choć na oko wyglądało na więcej. W terenie zabudowanym!!!

W ostatniej chwili zatrzymałam się prawie na środku jezdni. Bez tego nie uniknęłabym zderzenia, a patrząc na różnicę masy i prędkości, pewnie by po mnie przejechał nawet nie zwalniając.

Ludzie. Te ograniczenia po coś jednak są.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (145)

#89686

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na fali opowiadań o szkole. Czas historii - około 20 lat temu.

W moim liceum swojego czasu stworzono 2 klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Niestety miałem pecha i trafiłem do klasy ze "słabszymi" nauczycielami, o nieugruntowanej pozycji, bez większych osiągnięć uczniów.

Jednak obie klasy łączyła ONA - nauczycielka od fizyki.
Pani "psor" (na "proszę pani" nie reagowała - kiedyś sprawdziłem) w wieku przedemerytalnym, całe 3 lata nauki fizyki uczyła ze swojego zeszytu z zadaniami i rozwiązaniami do nich.
Co w tym piekielnego? Chyba się domyślacie. Każdy inny sposób rozwiązania zadania niż zapisany w jej zeszycie skutkował 0 punktami na sprawdzianie, kartkówce itp.

Ostatnio z ciekawości wszedłem na stronę swojego liceum (chciałem sprawdzić, z jakiego podręcznika będą uczyć sHITu).
Przy okazji zobaczyłem, kto obecnie zasiada w radzie pedagogicznej. Tak, ta pseudonauczycielka jeszcze uczy. Z całego serca współczuję uczniom, którzy na nią trafili.

PS. Po liceum dowiedziałem się, że "psorka" była z wykształcenia polonistką.

PPS. Kiedyś koledzy z klasy mojego młodszego kuzyna zaiwanili jej ten zeszyt. W końcu go oddali/podrzucili, bo przez 2 tygodnie nie mieli lekcji fizyki.

liceum

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (173)

#89643

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przewinęło się kilka historii o korepetycjach, więc dodam swoją, z perspektywy ucznia.

Nigdy nie byłem dobry z matematyki. Podstawówkę i gimnazjum przeszedłem, pierwszą klasę liceum z trudem, a w drugiej groził mi niedostateczny na semestr. Rodzice uznali więc, że potrzebne będą korepetycje.

Pierwszym korepetytorem był starszy pan, emerytowany nauczyciel. Brał 20 zł za godzinę i w tamtych czasach była to standardowa cena. Przyszedł, porozmawialiśmy, zobaczył podręcznik i zeszyt, powiedziałem mu jakie tematy obecnie przerabiamy, co mam do poprawienia na semestr i wzięliśmy się do "nauki". Napisał mi zadanie i kazał rozwiązywać:
- Nie wiem jak mam to rozwiązać, nie wiem nawet jak zacząć.
- Jak to? Powinieneś to umieć.
- Właśnie nie umiem i to po pan tu jest, żeby mnie nauczyć. Proszę mi chociaż powiedzieć od czego mam zacząć.
- Ja cię niczego nie nauczę, to są zaległości z gimnazjum. To nie ma sensu.

Przyznałem panu rację. Pierwsza i ostatnia lekcja zakończyła się po niecałych 10 minutach. Idziemy do rodziców i pan mówi:
- On nic nie umie.
Ojciec:
- No i po to pan tu jest, żeby go nauczyć.

Porozmawiali chwilę, pan zrezygnował z uczenia mnie i nawet nie chciał pieniędzy za tę niedokończoną lekcję, ale ojciec i tak mu dał.

Drugi korepetytor.

Mama gdzieś pocztą pantoflową usłyszała o genialnym korepetytorze, który "leczy przypadki kliniczne", ale bierze 40 zł za godzinę, czyli dwukrotność standardowej stawki. Rodzice go wzięli. Pan koło 40-tki, aktywny zawodowo nauczyciel. Zapoznaliśmy się, obejrzał podręcznik i zeszyt, powiedziałem mu co mam do poprawy i zaczęliśmy. Pozaliczałem wszystko. Przychodził do końca mojej nauki w liceum. Przerabialiśmy na bieżąco tematy z lekcji. To, czego nauczycielka w szkole nie potrafiła mi wytłumaczyć, on potrafił. Kartkówki i sprawdziany przestały być problemem, zaliczałem wszystko za pierwszym podejściem. Pewnym jest, że gdyby nie on, to kiblowałbym przez matematykę.

Nie ma złych uczniów, są tylko źli nauczyciele.

nauczyciel korepetycje

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (216)

#89726

przez (PW) ·
| Do ulubionych
"biurowerozterki" opisała właśnie podobną historię, która już mi dwa razy podniosła ciśnienie.

Od lat mamy w pracy umowę, że osoby które piją kawę fusiastą i słodzą zwykłym cukrem (a jest to w tym momencie większość, czyli 19 do 2), robią zrzutkę na te produkty.
Pijacze herbaty, kawy rozpuszczalnej i innych wynalazków lub substancji słodzących mieli zaopatrywać się we własnym zakresie.

Akurat przerzuciłam się 2 lata temu na kawę zbożową i brązowy cukier. Zdarzały się pojedyncze pożyczki, ale zawsze ktoś pytał.

Przed okresem urlopowym po raz pierwszy moja kawa, a zwłaszcza cukier zaczęły znikać hurtowo.

Wszystko super, ale ja płacę dwa razy więcej, a nikt nie chce się do mnie dołożyć. Na ostatnie tygodnie zrezygnowałam ze słodzenia i ktoś w końcu grono zaopatrzył.

Kilka tygodni spokoju i w ubiegłym tygodniu powtórka z rozrywki. W ciągu trzech dni wyparowało pół mojej kawy i połowa cukru. Cukier znalazłam w cukiernicze i nieźle wpieniona, z powrotem wsypałam do swojego opakowania. Kawy oczywiście już się nie dało odzyskać.

Zwróciłam uwagę koledze, który zajmuje się składkowym zamówieniem i tu mnie wmurowano w ziemię.

No przecież skoro trzymam to w ogólnej szafce tzn., że daję pozwolenie na korzystanie i wszyscy mają do tego prawo. Przypomniałam, że umowa obowiązująca od kilkunastu lat jest zupełnie inna. Albo się składamy wszyscy na brązowy cukier, albo wara od mojego.

Obraził się. W myśl zasady: co twoje jest moje, co moje to nie rusz.

Schowałam wszystko do swojej szafki z dokumentami. Jest to bardzo niewygodne i niepraktyczne, bo muszę latać z kubkiem, ale koniec podbierania.

współpracownicza codzienność

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (176)

#89699

przez ~grazynagrazka ·
| Do ulubionych
Mam 30 lat, a już mam syndrom Grażyny i mam ochotę ponarzekać sobie na młodsze pokolenie. Konkretnie na tak zwaną generację Z.

Zacznę od tego, że mam starszego brata i młodszą siostrę. Siostra ma 20 lat i była tak zwaną kinder niespodzianką. Rodzice byli już grubo po 40, gdy się urodziła. Całe życie siostrze pobłażali. Najpierw, bo dziecko, bo taka malutka. Później, bo sobie nie radzi w szkole (nie w sensie ocen, tylko taki charakter, że każdą gorszą ocenę czy niemiłe słowo od koleżanki przeżywała kilka dni). Potem bo poszła do wymagającego gimnazjum, potem, bo do wymagającego liceum. Efekt był taki, że siostra w domu nigdy nie robiła nic, gdy my z bratem próbowaliśmy ją do czegoś zagonić, choćby do posprzątania swojego pokoju czy umycia kilku kubków to leciała na skargę do rodziców.

Wyprowadziłam się z domu 7 lat temu, brat jeszcze wcześniej. Siostra została sama z rodzicami, jest brzydko mówiąc lewuską, która nawet po śniadaniu nie pochowa jedzenia do lodówki ani talerza do zlewu nie wstawi. Rodzice podupadają na zdrowiu, a skaczą wokół niej jak wokół małego dziecka. Teraz siostra studiuje, więc znowu powód, aby obchodzić się z nią jak z jajkiem, a mnie tylko szlag trafia, jak ich odwiedzam i widzę jak siora siedzi na telefonie albo robi makijaż do fotek na insta, ale poodkurzać nie może bo się uczy XD Z rodzicami prawie nie gada, potrafi się odezwać tylko jak forsy potrzebuje.

Niestety, widzę, że moja siostra to nie jedyny taki egzemplarz w tym wieku. Pracuję z 21-letnią dziewczyną z małego miasteczka. Podobny casus - najmłodsza w rodzinie, całe życie wychuchana, mała Anusia. Anusia studiuje zaocznie, u nas pracuje na pół etatu w charakterze powiedzmy sekretarki. Anusia większość czasu w pracy spędza na telefonie, jak już musi coś zrobić to najpierw musi ponarzekać, jak to ją wszystko boli, że źle spała, że coś tam na studia musiała przygotować i uwielbia wygłaszać sama sobie pochwały, jaka to jest dzielna, bo studiuje i pracuje, a nie musiałaby, bo w zasadzie to obowiązek jej rodziców ją utrzymywać.

Cyklicznie skarży się na rodziców, że za mało jej wysyłają, bo tylko na mieszkanie i rachunki, a z pensji to jej ledwo starcza na inne rzeczy i nawet pytała nas, czy znamy prawnika, bo w zasadzie to chyba miałaby prawo rodziców pozwać. Pomijam, że na wszelką krytykę jej pracy reaguje histerycznie (płacz, teksty o depresji i samobójstwie), uważa, że szefowa ją wykorzystuje, bo każe sobie parzyć kawę albo wykonać dla niej jakiś telefon. Uważa, że podwyżka należy jej się średnio co tydzień, bo z tygodnia na tydzień ma coraz większe doświadczenie i jest coraz więcej warta.

Kolejna aparatka - kuzynka mojej koleżanki. Kuzynka przyjechała do Wrocławia na studia, ale rzuciła po pierwszym semestrze. Od tego czasu minęły 3 lata. Kuzynka ciągle mieszka kątem u mojej koleżanki, czasem się dorzuci do rachunków, a czasem nie, bo nie ma. A nie ma bo nie pracuje. Ima się tylko czasem jakichś dodatkowych zajęć typu posprzątanie komuś w domu albo wyprowadzenie psa na spacer. Ale tak najchętniej to przesiaduje u ich sąsiadki, starszej pani, której nudzi się samej w domu. I tak siedzą sobie w dwójkę cały dzień przed telewizorem.

Jak koleżanka usiłuje na kuzynce wymóc jakieś popchnięcie swojego życia do przodu, to słyszy, że ona nie ma zamiaru się spalać, chce korzystać z życia i jeszcze zdąży się naharować. Wywalić jej nie może, bo mieszkanie należy do jej rodziców, a oni wstydzą się rodzinę wyrzucić. Jak kuzynka nie płaci, to ciotka przysyła trochę grosza na opłaty. Najbardziej jednak piekielne jest to, że kuzynka wyśmiewa się z mojej koleżanki, że pracuje, bo w sumie po co. Ona nie pracuje, a też ma fajnie, mieszka sobie w dużym mieście, sąsiadka da jeść, a jak chce się rozerwać to dorobi na bieżąco w jakiejś dorywczej pracy.

I ostatni przypadek - wnuczka koleżanki mojej mamy. Mama opowiada, że dziewczyna wpadła w jakieś nieciekawe towarzystwo i powoli się wygrzebuje, stara poukładać życie. No, ruszyła mnie ta historia. Mój mąż prowadzi własną firmę, pogłówkowaliśmy i stwierdziliśmy, że może zaoferować stanowisko sprzątaczki. Normalnie, na umowę, za wydaje się dość uczciwą stawkę (nie, nie minimalna - bliżej średniej). Mama zaaranżowała spotkanie, a dziewczę wyskakuje:

- A to trzeba wstawać rano?
- Tak, praca od 6:00
- Aaaa, to nie wiem... a ciężka ta praca?
- Trzeba pozmywać podłogi, umyć toalety...
- A nie, no to chyba bez przesady, kibla nie będę myć.
- A ty myślałaś, że coś będziesz robić jako sprzątaczka?
- No, nie wiem, może kurze wytrę czy coś... A daleko to?
- W centrum
- A to ja do centrum z 20 minut muszę jechać... eeee... to daleko
- A co ty byś właściwie chciała robić? Bo wymagania to masz trochę niewspółmierne do tego, co możesz pracodawcy zaoferować.
- Nie wiem, jak się coś znajdzie, to się znajdzie.
- ALE CO CHCESZ ROBIĆ?
- Nie wiem, no, żeby kasa była, no...

Pograżynowałam sobie i tak, wiem, że nie wszyscy z pokolenia Z tacy są, ale ja tam jednak widzę pewien niepokojący trend nieróbstwa.

pokolenie z

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (183)