Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#90061

przez ~Zielononiebieska ·
| Do ulubionych
Nie myślałam, że kiedyś też coś tu napiszę, ale życie trochę weryfikuje pewne sprawy.

Chciałabym podzielić się tym co dzieje się w pewnej firmie. Jest to dość duża siec placówek medycznych... Osoby na wysokich stanowiskach tak bardzo chwalą się jaka to firma jest dobra, prężnie rozwijająca się, ile to nagród nie zdobywa... Ale od wewnątrz patrząc nie jest tak różowo.

Pracowników na niższych szczeblach w ogóle się nie docenia. Jest tak wielka rotacja pracowników, że to szok. Płaca jest tak naprawdę o parę złotych większa od najniższej krajowej. Umowy najczęściej są to zleceniówki, bo firmie nie chce się za dużo płacić za pracownika.
Dobrzy lekarze odchodzą, bo jak sami przyznają w NFZ nawet lepiej płacą. Pielęgniarki to samo.
Różne firmy wykupują pakiety medyczne, a tak naprawdę miejsca do zapisu nie ma. Do lekarza specjalisty się dostać typu dermatolog, laryngolog, graniczy z cudem, a już do specjalisty dziecięcego to już w ogóle jest dramat. Im niższy pakiet tym mniejsze prawdopodobieństwo dostania się do lekarza.
Ostatnio to nawet z internistą i pediatrą były mega kłopoty. Lekarze nie chcą przyjmować pacjentów dodatkowych, bo im się to nie opłaca.

Pacjenci sfrustrowani, wyżywają się na pracownikach recepcji i CallCenter. Ale tak naprawdę to my nic nie jesteśmy winni. Nie mamy jakiś dodatkowych terminów "spod lady". Zamiast wyżywać się na nas, zacznijcie pisać reklamacje. Niech osoby zarządzające wezmą się w końcu do pracy. Bo tak naprawdę, to osoby zarządzające i wymyślające "cud" rozwiązania nigdy nie miały do czynienia z obsługą klienta. Oni chcą jak najwięcej zarobić jak najmniejszym kosztem. Czyli wy kupujcie pakiety, ale nie daj boże niech nie przyjdzie Wam do głowy pójście do lekarza...

Jeśli jesteś pacjentem, to zastanów się najpierw kto czym zawinił. Osoba na recepcji ma związane ręce. A przy takiej płacy jaką mamy to wysłuchiwanie jakiś przekleństw, krzyków czy tez zwalanie winy na nas jest z waszej strony zachowaniem co najmniej chamskim...
Firma staje się jedną wielką korporacją, ale zapomina, że każdy pracownik jest ważny. Szczególnie taki, który chce pracować,
jest dyspozycyjny, staranny, ma dużą wiedzę. Lepiej takiego pracownika zgnoić, zmusić do pracy w stresujących warunkach, płacić mu parę złotych, a do tego jeszcze kazać mu przenosić się z placówki do placówki, bo gdzie indziej nie mogą poradzić sobie z zapewnieniem odpowiedniej liczby pracowników, bo nikt nie chce tam pracować.

To że ceny usług rosną, to też nie nasza wina... My żadnej podwyżki nie dostaliśmy, nawet tzw. inflacyjnej.
Nie mamy też żadnych dodatków stażowych: (całość zgarnia centrala w Warszawie). Także to też powinno Wam coś powiedzieć o zarządzających.

Więc moja prośba do Was pacjentów jest, zważajcie jak się zachowujecie i jeśli macie jakieś zastrzeżenia to piszcie reklamacje, możecie przecież pisać na wszystko. Niech w końcu góra zacznie reagować. A nas na recepcji przestańcie lekceważyć i obrażać.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (150)

#89563

przez ~Miecz0i2Mlot ·
| Do ulubionych
Czytałem dziś historię KatzenKratzen, gdzie narzeka na cztery radiowozy (czyli około 8-12 funkcjonariuszy, bo raczej pielgrzymki nie pilnowały suki, ale nigdy nic nie wiadomo). Przypomniało mi to pewien marsz w Katowicach; około stu osób, trochę banerów, głośne hasła i... Co najmniej trzydzieści radiowozów (same suki), kilkudziesięciu funkcjonariuszy w pełnych "zbrojach", ze strzelbami, a nawet armatka wodna! Przypominam, cała ta armia była przeciw (około) setce osób (bo raczej nie przygotowywali się tak do odparcia kontry z masy pań i bananów).

Ciekawe ile to wszystko kosztowało. Zwłaszcza, że nawet się nie przydało...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (132)

#90066

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio na jednym z portali pracowniczych pojawił się wpis na temat mobbingu w firmie, dla której pracuję. Wpisu tego dokonała osoba, której nie przedłużono umowy.
W sumie ubawiłoby mnie to gdyby nie poczynione szkody firmie.

Osoba ta miała funkcję sekretarki. Do obowiązków tej osoby należało wprowadzanie między innymi dokumentów do obiegu elektronicznego, dbanie o zakupy bieżące biurowe, zamawianie i odbiór od kurierów oraz o to aby nie zabrakło czystych kubków i szklanek przez wypakowanie ich ze zmywarki.
Powiedzmy tak, radziła sobie z tym na 80%. W momentach "tłoku" papierologii odpuszczała ją sobie przekładając na "jutro".
Sam na to "wdepnąłem" i tłumaczyłem się z tego przed klientami ze cztery razy, a także miałem nierozliczone dokumenty bo pracuję w terenie poza biurem.

Po za tym była rzeczywiście uśmiechnięta i starała się pomóc.
Tylko czy można nazwać mobbingiem zwrócenie uwagi, że dokumenty są niewprowadzone czy zmywarka nierozpakowana? Lub zabrakło pisaków?
Przecież jeśli nie dajemy rady bo zabrakło czasu na jakieś działania to mamy trzy rozwiązania:
- poinformować przełożonego i poprosić o pomoc,
= poinformować przełożonego i zostać na kilku nadgodzinach,
- zwolnić się, bo nie dajemy rady i znaleźć inną pracę.

Czy szefostwo rzeczywiście prowadziło mobbing, bo nie przedłużyli umowy i oni byli piekielni?
Czy ta dziewczyna była piekielna, bo zawalając (nie wnikam czy z niechęci na zostanie na nadgodzinach, czy przez brak prawidłowej komunikacji z przełożonymi) zawalała pracę w firmie innym osobom? Swoją drogą gdy porównam młode osoby wchodzące do firm, a moje czasy 40 lat temu to tamten zamordyzm, chamstwo zabiłoby je.

Tak więc proszę, wypowiedzcie się czy zwracanie uwagi na niedopełnienie obowiązków na swoim stanowisku pracy należy uważać za mobbing?

P.S. Osoba ta od trzech miesięcy jest obecnie bez pracy. Nie może znaleźć nic co by jej odpowiadało.

Praca w firmie co to jest mobbing

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (138)

#89559

przez ~Urlopmam ·
| Do ulubionych
Jestem od tygodnia na urlopie, w pensjonacie nad morzem. W sumie to mój pierwszy w życiu taki wyjazd.

Może ja coś źle rozumiem. Na piętrze są trzy pokoje dwuosobowe. Jeden zajmuję ja z partnerem. I jest wspólna ubikacja (prysznic i WC). I cały czas ta ubikacja jest zajęta. Nie o jakichś konkretnych porach, dosłownie za każdym razem jak chcę skorzystać. Rano wstaję, różnie, raz o 7 raz o 12, to zawsze zajęte, do WC chodzimy z mężem piętro niżej. Idziemy na plażę, spędzamy tam kilka godzin. Wracamy, zajęte. Ani prysznica wziąć ani nic. Tzn, jak stanę pod drzwiami i stoję to się dostanę. Ale potem przejdę dwa metry do pokoju i mąż już nie pójdzie bo znów zajęte. I nie jest tak, że my co chwilę chodzimy, bo nas więcej nie ma.
Jeden dzień był, że zostaliśmy w pokoju i nawet wtedy było cały czas zajęte. Teraz jest godzina pierwsza w nocy i znowu toaleta zajęta. Może ktoś mi jest w stanie wytłumaczyć dlaczego tak jest? Bo ja nie rozumiem. Rozumiem, że ileś tam osób korzysta, ale bez przesady. A może to ja mam jakieś dziwne podejście i to jest normalne?

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (136)

#90071

przez ~fetw ·
| Do ulubionych
Historia z czasów, gdy pracowałam w sklepie spożywczym.

Pewnego dnia przyszła kobieta, na około 50/60 lat. Zaczęła krzyczeć, że jak tak możemy, oszukujemy, tylko pieniądze chcielibyśmy wyłudzić. Krzyki trwały kilka minut, w końcu pani zaczęła się wyciszać, więc pytamy, o co chodzi.

[K]lientka: Córka kupiła truskawki, pod spodem wszystkie zgnite.

[S]zef: Czy ma pani przy sobie te truskawki i paragon? Zwrócimy pieniądze.

[K]: A co wy myślicie, że my bierzemy paragony?! A truskawki dwa tygodnie temu kupiliśmy! Naciągnęliście nas!

[S]: To czemu od razu pani córka do nas nie przyszła?

[K]: Bo jej się nie chciało! Nigdy więcej tutaj zakupów nie zrobimy!

Zanim pojawią się komentarze: może się zdarzyć, że z wierzchu truskawki wyglądają ładnie, a pod spodem są brzydkie. Nie przepatrywaliśmy każdego koszyka. Gdy przesypywaliśmy do reklamówki patrzyliśmy, czy nie ma zgnitych i je od razu wyrzucaliśmy, a na ich miejsce dawaliśmy ładne. Jak ktoś brał całą łubiankę, nie grzebaliśmy tam.

Szef z kolei był ugodowym człowiekiem, z paragonem i truskawkami zwróciłby pieniądze, bo tak robił.

handel

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (139)

#90021

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pogotowie, dyspozytor medyczny czy jak ta posada się nazywa.

Dzwonię poprosić o karetkę, bo mama spadła z łóżka i prawdopodobnie złamała rękę. Prawdopodobnie, bo nie jestem lekarzem i nie mam rentgena w oczach żeby stwierdzić to jednoznacznie i bez cienia wątpliwości.

W Wigilię złamała rękę i ma założony gips, a dzisiaj w nocy spadła na tę złamaną rękę ponownie-dłoń opuchnięta, gips pokruszony, coś się poprzesuwało i w końcu, po 12 godzinach, udało mi się przekonać mamę, żeby zadzwonić na pogotowie (wcześniej się nie zgadzała i kłóciła się ze mną że przecież nic się nie stało).

Zadzwoniłam na 112, przełączono mnie do dyspozytora medycznego, mówię co się stało a w odpowiedzi "nie wyślę karetki do pokruszonego gipsu, proszę mamę dowieźć do szpitala". Jak? Tego nie powiedział, mimo iż mówiłam, że mama jest osobą niechodzącą, onkologiczna, z zaawansowaną cukrzycą (nogi opuchnięte że ledwie może na nich stanąć a o chodzeniu można zapomnieć).

Rozłączył się, tak po prostu nacisnął czerwoną słuchawkę. I radź sobie kobieto, jak umiesz. A jak nie umiesz, to ci matka będzie wyła z bólu, bo karetka nie przyjedzie do pokruszonego gipsu.

służba zdrowia

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (170)

#90070

przez ~kardynalnyblad ·
| Do ulubionych
Pojawiają się tu czasem różne historie i komentarze o "Grażynach" biznesu, a gdzieś w ostatnio przeczytałam o jakiejś pani, która nie wyglądała na szefową jakiejś firmy czy coś w tym stylu.

Takie komentarze wywołują czasem uśmiech na mojej twarzy i myślę sobie o mojej mamie.

Moja mama prowadzi własny sklep odzieżowy i to już blisko 30 lat. Sklep jest dochodowy, mama stara się śledzić trendy, szukać coraz to nowych dostawców, modernizować wystrój sklepu. Sklep przynosi spore dochody. Powiedzieć, że moi rodzice są bogaci to może przesada, ale są nieźle sytuowani, co jest też zasługą maminego zmysłu do biznesu.

Ale przy tym muszę powiedzieć, że moja mama nie jest osobą, która lubi się stroić. Chociaż potrafi świetnie wybrać towar do sklepu sama najchętniej chodzi w rzeczach wygodnych, na co dzień uwielbia dresy i proste sukienki. Jak sama stoi w sklepie to trochę bardziej się ustylizuje, ale na co dzień nie nosi makijażu ani biżuterii.

Mama jeździ też starym, blisko 25-letnim kombi. Po pierwsze mama ma sentyment do samochodu, bo był to jej pierwszy samochód kupiony za pieniądze, które zarobiła jako biznesmenka, po drugie jeździ autem na tyle, na ile jest to konieczne, woli, gdy prowadzi mój tata, który ma swój, bardziej nowoczesny samochód.

A piszę o tym, bo czasem zdarzało mi się słyszeć na temat mamy dość niemiłe, powierzchowne komentarze. Kiedy ktoś się mnie pyta czym zajmują się rodzice i mówię, że mama ma swój sklep odzieżowy (w niewielkiej miejscowości trzeba dodać), to niektórzy podsumowują, że mama jest Grażyną biznesu, która sprzedaje chiński badziew starym babom. Czasem pytam skąd takie opinie, to niektórzy twierdzą, że tylko stare baby kupują w takich sklepach, bo porządne rzeczy kupuje się w galeriach albo internecie.

Zdarzało się też, że gdy mama jechała do nowej hurtowni po towar, to nie traktowano jej poważnie i traktowano lekceważąco. Nie rozumiem tego, bo zakupy w hurtowni to nie negocjacje biznesowe, po prostu klient przychodzi, wybiera towar i wychodzi. Oczywiście, zdarza się to rzadko, ale jednak kilka razy pracownica hurtowni odmawiała pokazania mamie jakiegoś towaru, mówiąc, że to rzeczy luksusowe i tym podobne. Jest to również trochę zabawne, gdy ktoś robi sobie z mamy żarty, że wielka biznesmenka, a jeździ starym trupem i po co w ogóle prowadzić niedochodowy biznes tyle lat. Kiedyś też bardzo mnie rozbawiło, gdy akurat byłam z mamą sklepie i weszły dwie "damy". Oglądały sukienki wieczorowe z naturalnego jedwabiu. Gdy zobaczyły cenę gały wyszły im z orbit i skomentowały, że widziały takie same w H&M za 100zł i że widać, że Grażyna chce głupich ponaciągać.

Oczywiście, takie rzeczy zawsze mówią ludzie, którzy mojej mamy nie znają za dobrze lub też osoby z miasteczka, które nie życzą jej dobrze.

Zdarzyło się też, że pewna pani sfrustrowana tym, że mama nie chciała jej zatrudnić rozpuściła plotkę, że rzeczy w sklepie u mamy pochodzą z aliexpresu i mama kupuje je tam za promile cen, a metki ze składem materiału (mama przywiązuje dużą wagę do dobrej jakości tkanin) mama sama przyszywa.

Wiem, że moją mamę mało obchodzą takie opinie, ale mi się robi przykro za każdym razem.

Przykre to, że jeśli ktoś nie wpasowuje się w stereotyp przedsiębiorcy obwieszonego luksusową biżuterią, w ciuchach od Gucciego i Prady, w najnowszym mercu jest od razu klasyfikowany jako Janusz czy Grażyna biznesu.

sklepy

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (170)

#90069

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przygoda mojego znajomego Czecha z jedną z polskich spółek kolejowych :)

M. jechał wieczornym kursem z Pragi do Ołomuńca, jednak pociąg mknął dalej aż do Warszawy. Jako że kurs był nocny, a znajomy zarwał nockę, zapomniał on zabrać ze schowka nad głową swojej walizki. Zorientował się dopiero po kilku godzinach. Od razu zadzwonił na infolinię czeskiej kolei, gdzie powiedziano mu, że jego walizka wybrała się na wycieczkę do Polski. Uspokojono go jednak, że wystarczy zadzwonić na infolinię polskiego przewoźnika, a oni powinni jeszcze tego samego dnia odesłać walizkę powrotnym pociągiem do wybranej przez niego czeskiej stacji.

M. dzwoni więc na polską infolinię. Zgodnie z instrukcją: "for English, press 9", wciska dziewiątkę. Próbuje wyłuszczyć swój problem, jednak z drugiej strony słyszy jedynie "I don't understand you", po czym konsultant rozłącza się. Ponawia więc próbę, tym razem konsultant rozłącza się bez słowa. Kolejnych połączeń z jego numeru już nikt nawet nie odbiera. Podirytowany M. poprosił mnie więc o pomoc. Ponownie zadzwonił na infolinię (przezornie z innego numeru telefonu, żeby odebrali) i dodał mnie do rozmowy. Nakreśliłam konsultantowi w czym rzecz i usłyszałam coś w rodzaju "jeśli ta walizka jeszcze tam jest, to będzie do odbioru w Warszawie w biurze rzeczy znalezionych".

Tak, do odbioru, tak, w Warszawie. Nie, nie można wysłać jej przesyłką konduktorską, ani do Czech, ani nawet do Krakowa czy Katowic, skąd łatwiej i szybciej mógłby ją odebrać.
Ostatecznie walizka znalazła się (sama byłam w szoku, że nikt się nią nie "zaopiekował") i czeka radośnie na M. na Pradze. Niestety tej warszawskiej...

Znajomy bardzo lubi starą polską kinematografię. Po wszystkim powiedział, że czuje się jakby grał w Dniu Świra 2

pociąg

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (160)

#90068

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w zakładzie rolno - ogrodniczym w UK. W poniedziałek przywieźli nam cztery palety pełne terakotowych donic od producenta, a wczoraj z samego rana przyjechał merchandiser (ekspozytor towaru), żeby nam to wszystko ładnie poustawiać. Przyjechał sam. Do czterech palet wielkich donic.

Zdziwiłam się, bo od lat przyjeżdżało ich dwóch, albo nawet trzech, w zależności od wagi i wielkości towaru. Zapytany facet tylko zaśmiał się żałośnie i powiedział, że zrobili im miesiąc temu w firmie audyt. Z wizytacją przyjechał jakiś młody brand menadżer, prosto zza biurka. Na magazyn tylko zerknął, nie wchodził dalej, bo nie chciał się pobrudzić, z pracownikami nie gadał wcale, posiedział półgodziny w biurze i pojechał.

A potem przyszła bardzo światła decyzja "z góry", jedyna i ostateczna - zredukować załogi terenowe do jednej osoby na rejon. Po co wysyłać ich parami, lub trójkami, gdy jeden facet może przecież spokojnie podnieść taką donicę.

Efekt tych zmian już firma odczuła, bo prawie połowa "terenowców" poszła na L4 ze względu na problemy z kręgosłupami. "Nasz" ekspozytor też ma umówioną wizytę u lekarza, bo już nie daje rady. Jak tak dalej pójdzie, to posypią się rezygnacje.

Pomimo tego, że prawdopodobnie nasze następne dostawy będą opóźnione, to bardzo chłopakom kibicujemy. Może jak nie będzie komu pracować, to donice rozkładać będzie nam sam brand menadżer.

zagranica

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (214)

#90065

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy to zjawisko jest normą czy jakimś wybrykiem natury, nie mam pojęcia. I dziwnym trafem zestrzeliło mi się przed chwilą z historią o Januszexie i komentarzem, że czasy niewolnictwa pracowego minęły. Tylko nie wiem czy to nie idzie źle w drugą stronę.

Nie jestem HRowcem, ani miękkim ani twardym, żadnym. Ale na rekrutacji się znam, przeszkoliłam nasz dział rekrutacji w kilku krajach. Niemniej nie uprawiam tego zawodu i uprawiać nie chcę.

Ale dzisiaj koleżanka miała urwanie tyłka i na dodatek coś jej z pacholęciem wyskoczyło, więc zaczęła mnie błagać, żebym jej wzięła dwie rozmowy rekrutacyjne, wstępne, na stanowisko specjalisty ds. Marketingu. Błagała, a że ja w tej części miesiąca nudzę się nieprzytomnie w pracy, to się zgodziłam.
Rozmowa online z dwoma kandydatami. Pierwsza mnie zachwyciła w kwestii jaka fajna młodzież nam urosła. Młody człowiek, 23 lata, po szkole wyższej (jakiejś nieznanej mi, ale ja nie muszę znać szkół wyższych) - studia, praktyki, wiedza nabywana na ochotnika, cudny dzieciak, nie wiem jak w praktyce, ale entuzjazm i zaangażowanie z niego bił. Zarekomendowałam go do szefa Marketingu, odbył rozmowę, pozytywnie, choć jeszcze za mało wie na stanowisko Specjalisty, ale rokuje i może jakiegoś Juniora z niego zrobią.

Przyszła druga rozmowa. To chłopię przedstawiało takie same warunki, wiek, wykształcenie, tylko żadnej praktyki, ale skoro jego cv przeszło, to kim ja jestem, żeby dyskutować.

Zaczął rozmowę od zapytania jakie zarobki oferujemy, bo on nie będzie marnował mojego i swojego czasu, jeżeli mu nie odpowiadają. No ok, podejście dobre, w końcu dla pieniędzy pracujemy. Zapytałam ile jest dla niego zadowalające. 14k brutto. Hmmm, mieści się w widłach stanowiska, ale raczej w górnych granicach, niemniej, jeżeli jest świetny, to czemu nie. Nie mnie decydować.

Skończył szkołę i to raczej wszystko. Miał jakąś styczność z marketingiem, ale to bardziej pomagał kolegom przy projektach. Skończył Marketing przypominam. Przeszliśmy do konkretów:
- Pozycjonowanie stron? Znaczy fejsbuk? - Nie jego specjalizacja.
- Trade marketing? - Znaczy co? - Znaczy ekspozycje...? - Aaaa, nie jest sprzedawcą.
- Content? - A to jak mu się da, to on go może opracować i adiustować, bo dobry w pisaniu jest, w liceum był.
- Product experience? - Ale że co z tym?

Dalej sobie darowałam, bo chyba jakoś zaczęłam tracić wiarę i powinnam tu rozmowę zakończyć. A że nie potrafię się zamknąć (i dlatego się nie nadaję na rekrutera) pytam pana, co w zasadzie potrafi. Więc: bardzo szybko się uczy i jest generalnie bardzo bystry. Mówię mu, że na stanowisko, o które się ubiega to trzeba wiedzy, a on mi na to: "w takiej dużej firmie nie macie nikogo, kto mnie wszystkiego nauczy?". Tak, trafił nam się kandydat na stażystę za 14k brutto.

Dla jaj go umówiłam na rozmowę z szefem Marketingu - a co tylko ja mam się męczyć, wredna ze mnie sztuka. Zabije mnie pewnie :D

praca rekrutacja

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (173)