Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#69776

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja siostra choruje na AZS (atopowe zapalenie skóry). Nie jest to zaraźliwa choroba, ma podłoże autoimmunologiczne, polega na tym, że skóra jest zbyt mało nawilżona i łatwo się podrażnia, przez co na skórze powstają od czasu do czasu czerwone, suche plamy (w wyniku podrażnień zewnętrznych). Niestety nie jest to uleczalne, można tylko leczyć skórę objawowo i czasem nie ma po tym ani śladu, a czasem niestety zaczerwienia się pojawiają.

Ludzie nawet na takie (niezbyt szpecące) zmiany skórne potrafią reagować nietolerancyjnie. Na przykład nasza koleżanka ze studiów- "O rany, co ci się stało w ręce? Okropne…".

Drugi przykład, nasza ciocia - "Kasiu, co masz na rękach? To jakaś łuszczyca? A może liszaje? Przepraszam, ale na wszelki wypadek nie podawaj ręki Hani, bo sama rozumiesz, to dla jej dobra" (Hania to jej wnuczka).

Jakieś wyrostki spotkane na ulicy - "Patrz na jej kark, co ona, jakaś poparzona?”.

Pani w szkole, kiedy siostra była jeszcze małą dziewczynką - "To musi być jakiś świerzb, tak to jest, jak rodzice nie dbają o higienę dzieci”.

Jeszcze kilka podobnych sytuacji ją spotkało.

Najlepsze, że ludzie nie mają zielonego pojęcia, co to za choroba, a sami wydają diagnozy...

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (316)

#83552

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z dziś.

Pracuję w firmie zajmującej się obsługą mieszkańców budynków wielorodzinnych, codziennie mam styczność z wieloma mieszkańcami, którzy chcą załatwić swoje sprawy.

Jakiś miesiąc temu przyszła do mnie pani, której miałam wydać zgodę na przebudowę lokalu, przeglądając wcześniej projekt budowlany, jaki mi zostawiła. W projekcie brakowało jednak kilku ostatnich stron - prawdopodobnie przeoczenie. Pani powiedziała, że ma drugi egzemplarz projektu, który złożyła w innym miejscu w innym celu, i że jak dostanie go z powrotem, to przyniesie go do mnie. Felerny projekt został tymczasowo u mnie.

Dziś sobie o nim przypomniałam i zadzwoniłam do pani z pytaniem, kiedy przyniesie kompletną dokumentację. Pani stwierdziła, że już wraca do sprawy i mam czekać. Nie musiałam czekać długo, bo po ok. godzinie pani zjawiła się u mnie. Podziękowała za telefon i przekazała mi, że nie muszę nic już robić, bo dogadała się z tamtą panią, u której zostawiła projekt, że ona jej wszystko załatwi (doszło do jakiegoś nieporozumienia, bo gwarantuję Wam, że "u tamtej pani" moja interesantka nie mogła załatwić tego, z czym do mnie przyszła, wytłumaczyłam, co i jak, no ale zmuszać jej nie będę, zrobi, jak zechce).

Kilka razy powtórzyła, że już nic mam nie robić, że nie trzeba, że wszystko jest na dobrej drodze i - wisienka na torcie - jej dokumentacja dotycząca przebudowy lokalu została już przez tamtą panią wysłana do PROKURATURY.

Musiałam głupio wyglądać, zastanawiając się, o chusteczkę chodzi i czemu ktoś planujący remont dzieli się planami remontu z prokuraturą.

Gdy pustka w mózgu minęła, skojarzyłam, że musiało chodzić o Wydział ARCHITEKTURY Urzędu Miejskiego, co pani przekazałam, ta jednak uparcie twierdziła, że jestem w błędzie, i że prokuratura da jej zgodę na remont.

No cóż, muszę taką zgodę dołączyć do teczki budynku, więc pani/panie Prokurator/Prokuratorze, czekam.

mieszkaniówka

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (92)

#69789

(PW) ·
| Do ulubionych
Najgorszy typ człowieka pazernego…

Wizyta w Biedronce.

W promocyjnej cenie całkiem smaczne mandarynki. Spokojnie wkładam do siatki owoc i podchodzi pańcia… Kozaczki, rureczki, puchowa kurteczka, słuchawki w uszach… I cóż robi?

Obiera mandarynkę, odrywa kawałek, pożera i resztę odkłada na stos… Zasmakowało, bo do siatki trafiają owoce, oczywiście bez tego napoczętego.

Nienawidzę podżerania w marketach! Moja głośno wyrażona opinia o chamstwie i złodziejstwie odbiła się od słuchawek...

sklepy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (292)

#83267

~bylyWarszawiak ·
| Do ulubionych
Urodziłem się i mieszkałem w Warszawie przez całe życie. Może się to wydać dziwne, ale pierwszy raz pojechałem do innego miasta w wieku 23 lat, dosłownie dwa tygodnie temu, i doznałem szoku.

Generalnie nigdy nie miałem potrzeby nigdzie wyjeżdżać, bo tutaj jest wszystko - tak mi się wydawało. Złożyło się jednak tak, że przeprowadziłem się do 200-tysięcznego miasta na południu Polski. Jako że od urodzenia mieszkałem w stolicy, wydawało mi się, że wszystko, co tu widzę jest normalne i tak jest wszędzie. Otóż nie... Poniżej opiszę rzeczy, które najbardziej mnie zaskoczyły. Dodam, że pozytywnie.

1. Ruch drogowy. Szok, nie ma korków. Zawsze myślałem, że korki to coś normalnego. Nie wyobrażałem sobie, jak przyjemne może być sunięcie spokojnie przez miasto, bez konieczności zatrzymywania się co kilka metrów. To uczucie, kiedy przejechanie kilometra w mieście trwa minutę, a nie 10. Coś pięknego.

2. Miejsca parkingowe. W Warszawie, wiadomo, są dwa rodzaje miejsc - płatne i zajęte - i trwa o nie wieczna walka. Tutaj jest inaczej. Gdziekolwiek bym nie pojechał, o jakiejkolwiek porze, zawsze są wolne miejsca i wszystkie są bezpłatne, oprócz jednego kawałka głównej ulicy w centrum. Coś wspaniałego, bo można jeździć, gdzie się chce bez problemu i nerwów, że nie będzie gdzie zaparkować.

3. Komunikacja miejska. Tu zdziwiłem się trzy razy. Pierwszy raz, jak przyszedłem na przystanek autobusowy w centrum i stało tam 5 osób, a nie 50. Drugi raz, jak podjechał autobus, otworzyły się drzwi i nikt się nie rzucał, nie rył, nie pchał, tylko najpierw pasażerowie wysiedli, a potem ludzie z przystanku wsiedli - dobre wychowanie, w Warszawie nieznane. Trzeci raz, kiedy w autobusie były wolne miejsca siedzące. To jest komfort podróży, normalnie niebo a ziemia, porównując do stolicy.

4. Kolejki. W warszawskich sklepach są gigantyczne kolejki. Zawsze, wszędzie i o każdej porze. Dopóki tu mieszkałem, to myślałem, że standardem jest, że trzeba odstać te 15 minut do kasy. W moim nowym mieście nie stoję nawet trzech minut.

To nie wszystko, ale te cztery rzeczy najbardziej mnie zdziwiły i skłoniły do refleksji. Dlaczego ci ludzie tak masowo pchają się do Warszawy, skoro jest tu tak źle? Ja dopiero po wyjechaniu z tego toksycznego miasta czuję, że żyję i jestem szczęśliwy.

warszawa

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (232)

#83251

~Mialobycpieknie ·
| Do ulubionych
Stawiłam się z 8-letnim synem na kontrolę stomatologiczną, wizyta prywatna.

Pierwszy zgrzyt: opóźnienie ponad 30 minut, jeszcze nie zdarzyło mi się wejść na czas.

Drugi: pani doktor wyraźnie chora, z nosa cieknie jak z kranu, co chwila pociąga, wyciera, ledwo oddycha... Dezynfekcja rąk w jej wykonaniu to potarcie opuszkami palców o siebie... W międzyczasie czyta sms-y, pisze coś na komputerze, po tym dezynfekcji brak. Wiem, powinnam była już tu uciekać.

Trzeci: miała być kontrola, więc bez gazu (warto tu dodać, że syn już od dawna leczony jest pod gazem, bo inaczej się po prostu boi, a nie widzę sensu w budowaniu mu traumy, jaką ma wielu z nas!), ale pani doktor bez konsultacji ze mną zdecydowała leczyć zęba i chwyciła za strzykawkę.

Wbiła w dziąsło, syn panika. Ja nie wiem, co się dzieje, on tym bardziej. Mimo zwrócenia uwagi, co tak właściwie pani doktor robi, ta nie przerwała, a dokończyła, wbijając igłę po raz drugi.

Może i pani asystentka zasłoniła mu oczy, ale przecież dzieciak czuje igłę i rozpieranie dziąsła. Może gdyby był na to przygotowany, byłoby inaczej, ale miała być tylko KONTROLA.

Byłam wściekła, pani stomatolog, chyba totalnie oderwana od rzeczywistości, w ogóle nie widziała problemu, bo taka jest procedura i oni zawsze tak robią.

Nastąpiła między nami niezbyt miła wymiana zdań (generalnie próbowano obarczyć winą za sytuację wszystkich wokół) roztrzęsionego dzieciaka z fotela zabrałam, a skarga napisana.

Mam tylko nadzieję, że coś to da.

Stomatolog dzieciecy

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (153)

#83215

(PW) ·
| Do ulubionych
Na studiach miałam w grupie chłopaka na wózku inwalidzkim, [T]. Kolegowaliśmy się. [T] jest osobą, do której pewne sprawy nie docierają, jeśli nie chce, żeby dotarły. Ma też zbyt wysokie mniemanie o sobie, moim skromnym zdaniem. Jego świat to był przede wszystkim świat wirtualny (dopiero studia dzienne wyrwały go do prawdziwego). Miał [P]rzyjaciółkę, a [P]rzyjaciółka bliską koleżankę, [A]nię. [P] ich ze sobą "zapoznała".

[T] znał [A] tylko przez internet. Wymienili ze sobą wiele maili. [A] była piękną dziewczyną (widziałam jej zdjęcia), mieszkającą w Ameryce, posiadającą własne studio modelek. [T] był po uszy w niej zakochany, marzył, aby się z nią spotkać. [A] była dla niego najważniejsza, była całym jego światem. Wielokrotnie zapraszał ją do siebie, a ona wielokrotnie obiecywała odwiedziny, jak tylko będzie w Polsce. Generalnie dużo mu obiecywała, za dużo.

Przez 5 lat wysłuchiwałam, jaka [A] jest wspaniała, cudowna, idealna, kiedyś będą razem. Ale też widziałam, jak [T] było przykro, kiedy kolejny raz łamała mu serce, nie odpisując na maile po kilka miesięcy. Wysyłał mi ich ostatnią rozmowę i prosił, abym znalazła powód, dlaczego ona się na niego obraziła. [T] za każdym razem był pewien, że przestała odpisywać, bo coś źle napisał, może był zbyt śmiały w wyznaniach? A wyznania miał głębokie, mnie też się czasem zwierzał.

Wiele razy mu tłumaczyłam, że to z nią jest coś nie tak, że ona nie jest tego warta, że musi sobie dać spokój, że to go tylko niszczy. A [A] zawsze wracała. Wystarczyło "przepraszam, nie miałam czasu", a [T] wszystko jej wybaczał. Za każdym razem [P] broniła [A], że zajęta pracą, trudny okres itp.

Skończyliśmy studia, kontakt się urwał. Po kilku miesiącach [T] do mnie pisze, że [A] nie odzywała się do niego od kilku miesięcy. Mnie już ciśnienie podniosło się na maxa, nie znosiłam tej laski i nie rozumiałam, dlaczego wodzi za nos kalekiego chłopaka przez tyle czasu. Nie chciałam o niej słuchać.

Ale [T] kontynuował. [A] nie odpisywała już od miesięcy, więc ciągle prosił [P], aby ta skontaktowała się z [A], bo on tęskni, kocha, już nie może wytrzymać.

W końcu [P] przyznała, że [A] nie istnieje, że ona ją wymyśliła, i że tak naprawdę to z nią pisał przez te 8 lat (!!!). Przeprosiła, ale już ma dość udawania [A].

Przyjaciółka

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (145)

#83538

(PW) ·
| Do ulubionych
Wrocław. Odkąd pamiętam kierowcy przejeżdżający oraz miejscowi jęczą, że zakorkowany do imentu.
Dzisiaj musiałem przejechać przez to piękne miasto, niestety w godzinach porannego szczytu.

Chamówa i bucówa bywa wszędzie, ale takiego natężenia jak we Wrocławiu nie widziałem już dawno.
Praktycznie każde skrzyżowanie, przez które przejeżdżałem, było blokowane przez tych co nie zdążyli zjechać. Jak się zatrzymywałem przed skrzyżowaniem, to zawsze się znalazł Januszek albo Grażynka, która uznała że hycnie do przodu i zajmie "mój pas" na skrzyżowaniu. Światła się zmieniały, boczne drogi zablokowane, zmienia się światło i z kolei ja nie mogę ruszyć, bo tym razem zablokowali wyjeżdżający z poprzecznych. Wychodzi egoizm i mamtowdupizm.
Drodzy Wrocławianie, sami sobie gotujecie ten los.

Polskie drogi

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (134)

#83539

(PW) ·
| Do ulubionych
Losując historie trafiłam na opowiadanie kobiety, która jako dziecko marzyła o aktorstwie, a jej marzenia zostały na kilkanaście lat pogrzebane przez nauczycielkę i tak mi się przypomniało, że moja matka też była mistrzem w gaszeniu dziecięcych/nastoletnich marzeń.

1) Będąc w podstawówce czytałam czasopismo "Uśmiech numeru" (dowcipy, komiksy, porady, wszystko na nawet niezłym poziomie. Teraz takich nie robią :/). W "Uśmiechu..." była rubryka z listami, a w niej specjalny narożnik dla rekordzistów. Ot, jakaś dziewczyna pisała, że ma 36 porcelanowych słoników, więc stosowna informacja i zdjęcie trafiały do narożnika. A ja miałam całkiem pokaźną jak na mój wiek biblioteczkę...

JA: Mamo, dasz mi na znaczek? (nie śniło mi się wtedy że istnieje coś takiego jak mail!) Chcę napisać do "Uśmiechu..." o moich książkach, może o mnie napiszą.
MAMA: Co napiszą, o kim napiszą, to już nie mają o czym pisać tylko o tobie, masz się też czym chwalić, za naukę byś się wzięła, przestanę ci ten "Uśmiech..." kupować, tylko głupoty ci w głowie... itd.

2) W "Uśmiechu..." co miesiąc był jakiś konkurs, można było jakieś drobiazgi wygrać.

JA: Mamo, napiszę do "Uśmiechu..." bo zobacz, jest konkurs czytelniczy, a ja tę książkę czytałam i znam wszystkie odpowiedzi. Kupisz mi znaczek? Można wygrać...
MAMA: A co ty tam wygrasz, gorzkie żale na fujarce chyba, wzięłabyś się za lekcje... itd.

3) To już późniejszy okres, liceum. Po około dwóch latach nieregularnych ćwiczeń i całej masie poprutych robótek udało się(!) i wydziergałam swoją pierwszą serwetkę. Pękając z dumy zaniosłam ją mamie z propozycją położenia na regale.

MAMA: Co ty mi tutaj, to się nie nadaje, to trzeba umieć robić a co ty umiesz, ty nic nie umiesz, to trzeba oczko w oczko robić, a ty tak nie umiesz, i co ja mam z tym gównem zrobić, może jeszcze koszyczek od święconki tym wyścielić?
JA: A mogłabyś najpierw spojrzeć, a potem krytykować?
MAMA: Nie muszę patrzeć, i tak wiem.

4) A to najświeższe. Na szczęście mojej córki przy tym nie było.

Mama wbija do mnie z wizytą i widzi lalki poubierane w "sukienki" z krepiny łączonej taśmą klejącą.
MAMA: I ty jej pozwalasz tak krepinę marnować, nie lepiej do przedszkola zostawić?
JA: Po pierwsze krepina droga nie jest, po drugie w przedszkolu ma wszystko co trzeba, po trzecie niech rozwija kreatywność, może zostanie jakąś projektantką mody?
MAMA: Srantką zostanie nie projektantką!

I nie, nie przeszło jej do tej pory...

rodzinka

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (214)

#83532

~PolkawHiszpanii ·
| Do ulubionych
Sytuacja miała miejsce dzisiaj rano. Wyjeżdżam z osiedla zaraz za moim mężem - niestety musimy na dwa auta, chociaż pracujemy razem, ale to teraz nieważne; co natomiast jest ważne, to fakt że on jedzie przede mną jakieś 15 metrów, nie więcej.

Nagle słyszę klakson - miła Pani z podporządkowanej chciała się wcisnąć. No dobrze, on zatrąbił to ja jestem bezpieczna - pewnie się Panna obudziła. Jakież było moje zdziwienie, jak zaraz po nim wyjechała, a ja w nią, bo oczywiście wyhamować nie miałam szans.

A teraz najlepsze - Panna wysiada z wielką awanturą, że ona miała pierwszeństwo, a nie ja, bo moja droga się "kończy" zaraz za moim osiedlem i podwójny znak - pionowy i poziomy ustąp pierwszeństwa na jej drodze są złe, bo ona ma rację.

O dziwo nie odstąpiła od swych racji nt. "mojej drogi, która się kończy zaraz za moim osiedlem" nawet w obecności policji.
Efekt - jej auto na lawetę, ona do radiowozu.
Hiszpańskie prawo drogowe, to bardziej stan umysłu niż kodeks....

Hiszpania

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (122)

#83535

(PW) ·
| Do ulubionych
Zepsuty tramwaj zatrzymał się poza peronem, a że niestety nie był niskopodłogowy, Ejcia - osoba niepełnosprawna, miała nieco problemów z opuszczeniem go. Idzie sobie więc, może nie o kulach, ale utyka dość wyraźnie, zwalnia, chwyta się poręczy, ustawia dokładnie nogę na stopniu.

Co w tym momencie powinien zrobić współpasażer, czekający do wyjścia za taką osobą? Ano powinien ją popchnąć. Dwukrotnie i ewidentnie celowo, o przypadkowym szturchnięciu nie było mowy.

komunikacja_miejska

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (110)