Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85283

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo długo zastanawiałem się, czy to pisać. Wstrzymałem się na czas strajków i liczę na obiektywną ocenę sytuacji.

Pracowałem przez kilka lat w szkołach specjalnych z dziećmi chorymi umysłowo i/lub fizycznie, o tych pierwszych będzie tu głównie mowa.

Praca z takimi dziećmi zdecydowanie do łatwych nie należy. Słyszeliście pewnie, bądź też nie o sytuacji, gdzie 8-mio latek pobił dwie nauczycielki, było to mówione jakiś czas temu (można poszukać na Googlach). Cóż, w tego typu szkole, jak specjalna takie rzeczy zdarzają się często. Nie raz nie dwa dziecko wpadnie w szał, trzeba je uspokoić i zrobić wszystko, żeby nie skrzywdziło ani siebie, ani innych. Przytoczę jedną z sytuacji.

Dziecko ze schizofrenią (o ile dobrze pamiętam była to schizofrenia,) dostało ataku paniki, wiek 9 lat. Był to dość korpulentny chłopiec, w dodatku bardzo silny, dlatego nauczycielka zawołała mnie do pomocy, gdyż zwyczajnie nie umiała sobie z nim poradzić, a ten robił sobie krzywdę. Ja, jako jedyny mężczyzna w tej szkolne poza woźnym, dałem sobie radę, wziąłem go bezpiecznie lekko przez ramię i mocno trzymając, zaniosłem do kącika z materacami, gdzie rozpoczęliśmy uspokajanie go. Nie mogę tutaj dodać zdjęcia, ale gdzieś jeszcze je mam. Całe plecy przez to dziecko podrapane, tam, gdzie sięgnął. Do krwi.

W większości przypadków są to naprawdę fajne dzieci, z którymi można się mniej lub bardziej dogadać. Wyżej wymieniony chłopiec przeprosił mnie po fakcie. W tym momencie muszę dodać, że zaciskałem zawsze zęby i jakoś wytrzymywałem pogryzienia, podrapania i siniaki, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że są to dzieci chore i nie mogą w pełni odpowiadać za swoje czyny. Idąc do szkoły specjalnej wiedziałem, na co się piszę, ale i tak niektóre sytuacje mnie zaskoczyły.

Było u nas w sumie dwoje dzieci, które można by nazwać "ciężkimi przypadkami", mimo że była to szkoła specjalna. Jeden miał bardzo poważny zespół downa i jeszcze jakieś choroby (ogólnie przy zespole downa jest bardzo wiele chorób), chłopak prawie wcale nie kontaktował, ale matka chciała, by przebywał z dziećmi. Głownie siedział, uderzał pięściami w biurko, coś porysował, nie mówił... Drugi za to był bardzo inteligentny. Również miał kilka chorób, nie będę przytaczał. Dziecko ostatecznie skończyło w zakładzie psychiatrycznym. Matka poddała się po tym, jak w napadzie szału próbował... (tego nie napiszę, uznałem, że rodzina mogłaby zostać rozpoznana, a tego nie chcę). Był wielkim kombinatorem. W szkole opowiadał, że matka się nad nim znęca i chce go zabić, w domu opowiadał to samo o nas matce, okradał dzieciaki i bardzo często używał przemocy.

Ale jak już mówiłem, wiedziałem, na co się piszę. Choć może nie spodziewałem się, że będzie aż tak... Mimo to wytrwałem kilka lat. Odszedłem dwa lata temu dla własnego zdrowia psychicznego. Jednak w zwykłej szkole publicznej nauczycielki nie spodziewają się czegoś takiego, a jednak takie dzieci się zdarzają. Dlaczego? Tu cytat dosłowny rodzica: "Bo nie będzie chodził do szkoły dla debili!" Tego typu piekielni rodzice posyłają do szkoły publicznej (i mają do tego prawo) często bardzo chore i powiedzmy sobie szczerze, niebezpieczne dzieci. Niestety także zdarza się, że rodzice celowo nie posyłają dziecka do specjalisty w celu wyrobienia orzeczenia, żeby w szkole nie robili problemów.

To jednak dla takiego nauczyciela tym gorzej, bo z orzeczeniem to by chociaż wiedział, jak ma pracować z danym dzieckiem. Taki nauczyciel w szkole podstawowej ma wykształcenie odpowiadające swojemu kierunkowi. Zazwyczaj nie ma typowych studiów dających uprawnienia do zajmowania się dziećmi chorymi. Większość z nich nie jest np. po oligofrenopedagogice i nie wie jak zajmować się dzieckiem z autyzmem, a żadne kursy nie zastąpią studiów.

Dodatkowo nie wiem, czy wiecie, ale np. autysta nie czuje się dobrze w pomieszczeniu, w którym jest dużo bodźców. Rodzice posiadający dzieci w wieku szkolnym na pewno wiedzą, jak wyglądają sale lekcyjne np. w klasach 1-3... Masa kolorów, obrazków, łańcuszków i innych takich, przez co autysta zwyczajnie się denerwuje. I teraz co, mając 25 dzieci w klasie, mamy zakazać dekorowania klasy, bo jeden się denerwuje? To co, pozostałe dzieci są teraz gorsze? I teraz powiedzmy sobie mamy autystę bez orzeczenia, bo "on jest przecież normalny!", więc nauczyciela wspomagającego też nie ma. Chłopiec ten wpada w szał, nauczycielka ma 25 dzieci do pilnowania, oraz jednego do uspokojenia, a że nigdy autysty wcześniej nie widziała, nie wie jak go uspokoić ani jak zareagować. Co teraz? Jak ona ma zapewnić niby bezpieczeństwo reszcie klasy, oraz temu jednemu? Nie może go wyprowadzić, bo nie może klasy zostawić samej. Pedagog nie zawsze jest w szkole, dyrektor nie zawsze jest w szkole, jak ma zadzwonić po kogokolwiek, kiedy musi dziecko w napadzie szału przytrzymać? Ale żeby broń Boże nie przytrzymała go za mocno! Bo niech tylko ślad zostanie, to jeszcze powiedzą, że biedny jest w szkole bity!

Ba, takiego to często inne dzieci nie lubią, ale jak to?! MOJEGO DZIECKA!? I przychodzi taki rodzic z pretensją, że inne dzieci się z nim nie bawią i nauczyciel ma z tym coś zrobić. Ale nawet najlepszy pedagog nie jest w stanie zmusić dzieci, żeby lubiły kogoś, kto je bije, kradnie im rzeczy, albo weźmie sobie ich gumkę do mazania, włoży do ust i wypluje do ich piórnika... (autentyk, często się dzieje u dzieci z zespołem downa).

Tak to moi drodzy wygląda. Szkoły specjalne są naprawdę wspaniale przystosowane do dzieci chorych. Są tam wykwalifikowane osoby, są nauczyciele wspomagający, którzy zajmą się dzieckiem, kiedy ma ono właśnie jakiś problem, a drugi nauczyciel nadal prowadzi resztę klasy. Ba, często jest więcej atrakcji, konkursów, ciekawych ludzi się zaprasza, jest masa zabawek, mniejsze grupy... Długo można by wymieniać.

Na koniec, jeśli ktoś dotrwał to z mojego doświadczenia dodam taką rzecz... Gdybym sam miał dziecko chore umysłowo, skonsultowałbym się ze specjalistą, czy moje dziecko poradzi sobie w zwykłej szkole i w zależności od tego wybrałbym odpowiednią placówkę. Jeśli miałbym dziecko chore fizycznie (tj. np. na wózku), posłałbym je do odpowiednio przystosowanej zwykłej podstawówki. Z doświadczenia wiem, że zdrowe dzieciaki chętnie opiekują się kolegami i koleżankami niepełnosprawnymi ruchowo.

szkoły

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (167)

#85280

(PW) ·
| Do ulubionych
Postaram się opowiedzieć najdokładniej jak się da.

Jadę samochodem, teren zabudowany, więc jadę 50. Kierowca ze mnie średni, więc jeżdżę ostrożnie i nie przekraczam prędkości. Skręcam w prawo, włączam kierunkowskaz, zwalniam do 15 na godzinę tuż przed samym zakrętem, skręcam, patrzę, a tu jakiś typ wyprzedza mnie na tym zakręcie (nie, nie jedzie dalej prosto, skręcił w prawo wjeżdżając na drugi pas i wyprzedza...), zajeżdża mi drogę i gwałtownie hamuje. Ja staje na środku zakrętu, koleś przystanął, po czym szybko dodał gazu i odjechał...

Czy to była jakaś próba wyłudzenia, czy co? Jakbym jechała szybciej i nie wyhamowała, walnęłabym mu w tył i wtedy ewidentnie moja wina, bo jak ja bez świadków i kamer udowodnię, że on mnie na zakręcie wyprzedzał...?

drogi

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (66)

#85262

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z banku.

Potrzebowałam przelać większą kwotę z konta w banku A na konto w banku B (oba konta na moje nazwisko, w tym samym kraju). Konta A używam zwykle do płatności "codziennych", wiec często, ale male kwoty - tu za kawę, tu za jakąś bułkę i karton mleka, bilet zbiorkomu itp - więc nie zdziwiłam się, że bank uznał transakcję za podejrzaną i zablokował do wyjaśnienia.

Zadzwoniłam na infolinię, odpowiedziałam na wszystkie pytania sprawdzające, przekierowano mnie do odpowiedniego działu, znowu odpowiedziałam na 20 pytań, w końcu miły pan pyta:
- A na co pani zamierza przeznaczyć te pieniądze?
- (Yyyych..)? Odpowiadam więc - Proszę pana, odpowiedziałam na wszystkie pytania weryfikujące: kiedy, gdzie i jakie kwoty ostatnio odprowadzałam z tego konta, nazwisko panieńskie praprababci i numer buta ciotecznej siostry, ale co was do licha obchodzi, na co planuje wydać moje własne pieniądze???
Pan się nieco speszył:
- No wie pani, takie mamy procedury, na wypadek gdyby ktoś panią zmuszał do podjęcia pieniędzy.
- W takim razie proszę podać podstawę do zadania takiego pytania.
- No takie mamy zasady, nie mogę odblokować przelewu, dopóki nie powie mi pani, na co zamierza pani przeznaczyć pieniądze.
- Proszę pana, odpowiedziałam na wszystkie pytania weryfikujące moją tożsamość i zapewniam, że nikt mnie tu pod pistoletem nie trzyma, chciałabym wypłacić moje pieniądze i przeznaczyć je na moje cele.
- Ale na co zamierza pani wydać taką kwotę?
I tak w koło Macieju, aż w końcu odparowałam:
- Na ludzkich rozmiarów kulę dla chomika!

Zgadnijcie, kto jutro musi się osobiście stawić w siedzibie banku z plikiem dokumentów, bo właśnie zablokowano jej konto i możliwość wykonywania jakichkolwiek transakcji...

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (167)

#85200

(PW) ·
| Do ulubionych
Gotuje się we mnie. Świeża sprawa, ale myślę, że warto się nią podzielić - ku przestrodze i szczególnie teraz, w samym środku sezonu przeprowadzkowego.
Może być nieco niesmacznie, więc proszę nie czytajcie podczas jedzenia.

Nieco ponad tydzień temu wprowadziliśmy się z mężem do wynajmowanego mieszkania, w jednym z większych miast w Polsce.

W ciągu pierwszego dnia po przewiezieniu rzeczy wszystko było fantastycznie - widok z okna i ciepłe słoneczko wpadające do wnętrza mieszkania. Rozpakowujemy się, trochę sprzątamy (nie było zbyt czysto, ale nie alarmująco).

Wieczorem wchodzę do kuchni i... coś mi śmignęło po blacie! Trochę mnie zmroziło, ale pomyślałam, że to może muszka przeleciała, mróweczka jakaś zaplątana z zakupami uwolniła się i szuka ucieczki. Zgasiłam żarówkę, odczekałam chwilę i włączyłam światło. Znowu coś przebiegło w okolicach zlewu i schowało się pod uszczelką.

Wtedy nie udało mi się odnaleźć uciekiniera, ale już na drugi dzień miałam wątpliwą przyjemność poznać stałych bywalców tego mieszkania...
Jak się pewnie już domyślacie, okazało się, że nasze wymarzone lokum zasiedlają także karaluchy, a raczej (po konsultacji ze specjalistą) prusaki.

Telefon do właścicieli - oni są zaskoczeni, jest im wstyd i mamy wezwać fachowców, a oni pokryją koszty. Znalazłam więc po godzinie poszukiwań wolnego specjalistę, który zgodził się przyjechać tego samego dnia i przeprowadził dezynsekcję (dla zainteresowanych: oprysk i żelowanie). Pan powiedział jednak, że to pomoże, ale tylko wtedy, kiedy pozbędziemy się wszelkich dróg migracji tych robali i jeśli wszyscy w naszym pionie także się o to zatroszczą.

Mąż pojechał więc po specjalistyczny sprzęt - akryl, silikon, taśmy, pistolety, lekką ręką wydał około 500 zł. Zrobiliśmy błąd, bo nie skonsultowaliśmy tego z właścicielami, ale zależało nam na czasie. Mieliśmy poczucie, że jak szybko tego nie uszczelnimy, to one znowu przyjdą, a bardzo chcieliśmy wreszcie poczuć się jak w domu (plus na odpowiedź właścicieli trzeba było długo czekać, nawet czasami bardzo długo).

Stwierdziliśmy też, że to idealny czas na poznanie sąsiadów. Z zebranych wywiadów dowiedzieliśmy się, że popełniliśmy ogromny błąd...

Żeby naszkicować sytuację - zamieszkaliśmy w centrum miasta, w bloku z windą i z zsypem. Jedna z sąsiadek powiedziała nam, że bezpośrednio "pod nami" mieszkają ludzie, żeby oddać ich szczegółowo - drugiej świeżości. Podobno z ich okien robaki migrują po elewacji do innych mieszkań. Dodatkowo ktoś z wyższego piętra ma pluskwy i nie wygląda na to, że zamierza się ich pozbyć.

Jedna z sąsiadek walczy z tym problemem od wielu lat, ale ciężko cokolwiek z tym na dłuższą metę zrobić.

Po takich rewelacjach stwierdziliśmy, że nie będziemy narażać siebie, naszego psa i naszych rzeczy na straty zdrowotne i materialne. Powiedzieliśmy właścicielom, że się wyprowadzamy. Oni zrozumieli, powiedzieli, że nie będą robić problemów.

Zapytacie więc - gdzie tu piekielność?

Zapłaciliśmy wynajętemu przez właścicieli agentowi 2.000 zł. Kolejne 2.000 zł kaucji mieliśmy otrzymać z powrotem, ale UWAGA - pomniejszone o czynsz i zużyte media. Właściciele stwierdzili, że jednak nie oddadzą nam też kosztów dezynsekcji, bo przecież się wyprowadzamy, a mieliśmy je sobie odliczyć od kolejnej opłaty.

Stwierdzili, że przecież oglądaliśmy mieszkanie wcześniej, więc mogliśmy sami wszystko sprawdzić, czyli to trochę nasza wina, że w mieszkaniu, które wybraliśmy są prusaki...

Warto wspomnieć, że po ściągnięciu dolnej listwy z mebli w kuchni, było aż grubo od starych pancerzyków, nieczystości i zdechłych przedstawicieli gatunku karaluchów.

Obecnie jesteśmy w trakcie wyprowadzki i zastanawiamy się jak nie zabrać tego paskudztwa ze sobą. Łącznie jesteśmy stratni jakieś 5 tys. złotych (2 tys. prowizja agenta, plus koszty przeprowadzki, pranie w pralni samoobsługowej absolutnie wszystkiego i próba kosztów zalepienia wszystkich dziur w całym mieszkaniu).

Nasza rada? Nie bójcie się zaglądać w każdą dziurę, kiedy oglądacie mieszkanie! Róbcie wcześniej wywiady z sąsiadami (zakładając, że ktoś się otwarcie przyzna do "niedogodności"). Zwracajcie uwagę na takie szczegóły, jak np. malutkie kropeczki w rogu blatu (nie, to nie są kupki much). Jeżeli w bloku, w którym chcecie zamieszkać jest zsyp - bardzo prawdopodobne, że ten problem tam występuje.

Mam nadzieję, że komuś (te bardzo długie gorzkie żale) na coś się przydadzą.

wynajem mieszkania

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (148)

#85276

(PW) ·
| Do ulubionych
Kuchnia zamontowana, ostateczny montaż był rozłożony na dwa dni (od 14 do 19:30 jednego dnia i od 9:30 do 14:00 w dniu kolejnym).
Ostatecznie wykonana zabudowa kuchenna przedstawia się następująco:

1. Półki w szafkach narożnych mają dosztukowane fragmenty płyty meblowej po bokach, aby pasowały wymiarem do szafek.

2. Szuflady nie są typowo kuchennymi szufladami jakie są obecnie robione są w meblach kuchennych, z niską „burtą” i metalowym drążkiem wzdłuż boku, tylko całe są wykonane z płyty meblowej, co znacznie zwiększa ich ciężar i mobilność. Nie domykają się za każdym razem, trzeba bardzo mocnego pchnięcia żeby się domknęły.

3. Pięć z dziewięciu szuflad ma źle dopasowane dno - widoczne są szpary w szufladach.

4. Jedna szuflada ma dno w kolorze jasnoszarym, a pozostałe mają białe dna.

5. Szafka stojąca z otwartymi półkami ma pierwszą półkę bezpośrednio pod blatem; jest to element zupełnie zbyteczny, obie szafki mają konstrukcję szafek wiszących.
6. Dwie wiszące szafki mają doklejone boki, tak aby licowały ze ścianami, ponieważ były źle zwymiarowane.

7. Drzwi w jednej z wiszących szafek zostały zamontowane w niewłaściwą stronę - stwarzały zagrożenie dla osoby użytkującej kuchnię. Powinny otwierać się na lewo, otwierały się na prawo. Ponieważ zauważyłam ten błąd już po zainstalowaniu uchwytu we froncie, ostatecznie szafka jest wykończona nieestetycznymi naklejkami w miejscach, gdzie pierwotnie (błędnie i nielogicznie) były zainstalowane zawiasy.

8. Szafka pod piekarnik ma bezużyteczną mini szafkę na dole. Bezużyteczną, ponieważ grube, odstające zawiasy zamontowane od wewnątrz utrudniają włożenie w nią nawet niewysokich blach piekarnika. Podczas wkładania rysują wkładane przedmioty. Gdyby to była szuflada lub gdyby zawiasy były zainstalowane od zewnętrznej strony, przestrzeń byłaby możliwa do wykorzystania.

9. Otwór na piekarnik w szafce przeznaczona na zamontowanie w niej piekarnika jest za wysoki w stosunku do standardowej wysokości piekarnika (standardowa wysokość piekarnika 59,5 cm a wysokość otworu przeznaczonego na piekarnik to 61,0 cm).

10. Brak oświetlenia pod jedną z szafek górnych i połową szafki narożnej.

11. Półka w szafce narożnej stojącej jest za wąska o 3,8 cm (nie dochodzi do pleców).

12. Szafka z okapem jest za niska o 2 cm.

Zaprosiłam właściciela, aby sam zobaczył jaką cudowną zabudowę wykonała jego firma.
Przybył, porobił zdjęcia wskazanych przeze mnie usterek, po raz kolejny będą wymieniane wadliwe elementy. Starałam się nawiązać rozmowę, chciałam dowiedzieć się jak zamierza rozwiązać tę sytuację, jakiej wysokości rabat, a może zabierze tę konstrukcję i odda mi zaliczkę? No ale uciekł, po prostu uciekł.
Ale za to mam ładne kolory...

EDYCJA:
Sprzątam, znalazłam kolejne niespodzianki:

13. Cargo od góry ma nieoklejoną powierzchnię jednego boku, od góry mam płytę wiórową, pełna drobnych otworów, w których będzie się zbierał kurz i nie będzie możliwości go wytrzeć.

14. Bok szafki zabudowującej zmywarkę jest luźny, można odsunąć połowę boku szafki w której jest zmywarka.

uslugi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (89)

#85246

~ArtystkaSadystka ·
| Do ulubionych
Mam własny mały biznes, maluję paznokcie u siebie w salonie bądź dojeżdżam do klienta. Co też ważne jestem kreatywna i mam "duszę" artysty. Lubię robić makijaże, czasem jakieś wymyślne fryzury, a pracuję w małej mieścinie gdzie wieści szybko się rozchodzą.
Piekielne są oczywiście klientki:

1) Dzwoni młoda dziewczyna, umawiamy się manicure u niej w domu bo ma ślub. Nie wnikałam w nic więcej, stawiłam się w sobotę, na miejscu się dowiedziałam, że ma ślub za trzy godziny. Trochę mnie wcięło, bo paznokci nie zostawia się na ostatnią chwilę gdzie tego dnia są ważniejsze rzeczy, ale okej, nie moja sprawa. Paznokcie zrobiłam w godzinkę, na co ucieszona kobieta przyniosła mi szczotkę i kosmetyczkę:

Klientka: - No bo ja słyszałam, że pani lubi też robić fryzury i makijaże to niech pani mnie uczesze i pomaluje.
Trochę mnie wcięło, przyznaję:
J: - Tak, ale umawiałyśmy się na manicure, ja zaraz mam kolejną klientkę.
K: - Ale dla pani to przyjemność, więc powinna mi być pani wdzięczna.
J: - Przykro mi ale nie. Takie rzeczy robię znajomym w wolnym czasie.
K: - Ale ja specjalnie nie umawiałam kosmetyczki, żeby pani mogła mnie pomalować.
J: - Może ja pani wcale nie chcę malować?

Pieniądze za manicure wzięłam i wyszłam.
Przepraszam, ale czy tylko mi się wydaje to absurdalne, że panna młoda nie umawia makijażystki i fryzjerki tylko liczyła na to, że ja jej to zrobię? I to za darmo?
Obrażona wystawiła mi opinię, bo przecież ona mi dała swoje kosmetyki, a ja to lubię, więc czemu odmówiłam?

2) Notoryczne umawianie się i nie odwoływanie gdy ja czekam w pustym gabinecie to norma.

3) Moje ulubione niezdecydowane klientki.
Zawsze kolory lakierów mam na plastikowych paletach i zachęcam, by klientki je przyłożyły do ręki, a nawet wyszły na zewnątrz i zobaczyły kolor w świetle dziennym. Sytuacja miała miejsce jakiś czas temu.
I. Po tygodniu od wykonania usługi powróciła do mnie wściekła klientka:

K: - Masz mi to poprawić.
J: - Słucham? Coś nie tak?
K: - Ten kolor jest brzydki, nie pasuje do mnie. Proszę to spiłować i pomalować na tamten jaśniejszy.
J: - Ale pani taki wybrała!
K: - Ja zapłaciłam i pani obowiązkiem jest przyjąć reklamację i zrobić mi nowe paznokcie od nowa!
J: - Dlaczego pani nie zgłosiła mi tego od razu?
K: - Bo miałam ważne spotkanie, a jutro mam wesele i nie pójdę z takim obrzydliwym kolorem.
Nowych za darmo nie zrobiłam. Pani chciała najzwyczajniej w świecie zaoszczędzić i zrobić sobie nowe paznokcie gdyż przy tamtych miała już lekki odrost.

II. Poszłam na urlop, informacja była na drzwiach lokalu od miesiąca. Po tygodniu dzwoni telefon:

K: - Gdzie pani jest? Ja czekam pod salonem!
J: - Ale jak to? Przecież salon jest zamknięty.
K: - No właśnie, a ja stoję i czekam. Pani jest nieprofesjonalna.
Trochę pot mnie oblał, bo może zapomniałam się i panią zapisałam?
J: - Była pani umówiona?
K: - Nie ale ja stałą klientką jestem, pani mi MUSI dziś zrobić manicure.
J: - Przepraszam, ale nie mogę, jestem na urlopie.
K: - Czekam na panią!

No żesz k%$wa... Panią musiałam przeprosić, zaplanowanego cesarskiego cięcia przełożyć nie mogłam.

III. Przyszła do mnie pani maDka, z dwójką dzieci, bo była umówiona, a bombelki same w domu nie zostaną.
"Słodziaki" pierwsze pół godziny spały w wózku, ale to co się działo później...

Krzyk, pisk, bieganie po salonie. W dużym skrócie skończyło się to zrzuceniem frezarki do paznokci na podłogę i kilku lakierów, które niestety zbiły się. Pod koniec wizyty, podczas płacenia doliczyłam koszty szkód, na co madka się zapieniła:

M: - Ja tego nie zapłacę.
J: - Pani dzieci zniszczyły mój sprzęt.
M: - No właśnie DZIECI. Oni są mali, nie wiedzą co robią! Oni nie chcieli.
J: - Przez półtorej godziny robili tu armagedon, a pani nawet nie zwróciła im uwagi.
M: - Nie będę krzyczeć na Brajanka, to tylko dzieci! One muszą się wyszaleć.

Tak k%$wa... ale może nie w moim miejscu pracy?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (180)

#85244

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia nie jest piekielna, ale tak mnie rozbawiła, że postanowiłem się podzielić.

Pracuję w transporcie międzynarodowym. Po załadowaniu auta zakłada się plombę i przesyła jej numer lub najlepiej zdjęcie do klienta, tak, by miał pewność (i my również), że po drodze nikt auta nie otwierał. Komunikacja z klientami odbywa się na ogół w języku angielskim, w którym plomba jest seal.

Mamy w pracy stażystę, który się szkoli. Kolega w trakcie komunikacji z klientem uczył nowego na przykładach, ale wyszedł na spotkanie i powiedział młodemu, żeby przejął maila i jak klient coś będzie chciał to niech mu wyśle.

Klient napisał, że chce zdjęcie plomby (seal photo), no i gość mu wysłał... zdjęcie foki znalezione w Google.

Prawie się poplułem jak to zobaczyłem :D

praca śmieszne

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (143)

#85228

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracowałam w pewnym ośrodku wypoczynkowym chwalącym się mianem "dog inclusive". Czyli, że właściciele czworonogów mogli tam przyjeżdżać z pupilami. W teorii fajnie, bo naokoło dużo przestrzeni, rzeczka, krzaczki, a teren ośrodka w miarę ogrodzony. W praktyce bywało różnie:

1. Sierść. Dużo sierści. Wbita w dywan, w pościel. Miałam do dyspozycji tylko odkurzacz, żeby to wszystko posprzątać.

2. Zapach. Charakterystyczny, jak to po psie. Czasem trudno było się go pozbyć. Jak następni goście przyjechali bez psa, to dostawali taki zapach w prezencie.
Walczyłam z tym wyłącznie za pomocą wody z octem i wietrzenia, nie mogłam używać żadnej chemii.

3. Psie łapy. Na pościeli, na ręcznikach. Nie sprało się w pralce i zwykłych środkach piorących? Trudno. Następni goście dostaną pościel w pieczątki po łapach.

4. Wisienka na torcie:
Właściciele mieli swoje psy. Trzy. Duże. Niespecjalnie nad nimi panowali. Szczególnie jeden z nich był zaczepny, często atakował psy gości, wtedy dołączało całe stado. Reakcja właścicieli? "Oj tam oj tam, to normalne, ustalają hierarchię, a że pogryzły do krwi (często też trzeba było odwiedzić weterynarza) to nic takiego, przecież nic się nie stało! Przesadzacie, jesteście przewrażliwieni!".

Nie znam się na psach, na ich ułożeniu, współpracy, czy ustalaniu miejsca w stadzie, wydaje mi się, że ci ludzie też się nie znają. Chociaż powinni, skoro określają swój ośrodek jako przyjazny dla czworonogów.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (100)

#85252

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawiły się historie o nieodbierających telefonu rejestratorkach. Mnie spotkała nieco inna sytuacja.

Dzwoniłam do przychodni, sprawiającej wrażenie, jakby jeszcze nie otrząsnęła się z poprzedniej epoki. Gdy w końcu ktoś odebrał, gdzieś w połowie mojego "Dzień dobry" usłyszałam "ZARAZ!" i stuk odkładanej na biurko słuchawki.

Przez następne kilka minut słyszałam cały proces rejestrowania kolejnych osób. Imiona, nazwiska, pesele, czasem nawet adres się trafił, wszystko wykrzykiwane donośnym tonem przez rejestratorkę.

RODO? A co to takiego?

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (154)

#85219

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie tutaj kolejna historia z serii "Piekielności dawnej podstawówki", a mianowicie o stażyście roku.

Gwoli wstępu: W podstawówce zdiagnozowano mi AD/HD, którego w rzeczywistości nie miałem, a byłem zwyczajnie dość niegrzecznym dzieciakiem. Wtedy była taka mania na stwierdzanie wszelkiego rodzaju schorzeń, zespołów itd, a w związku ze zdiagnozowaniem, zaczęto faszerować mnie różnymi prochami w różnych kombinacjach i dawkach. Po jednych byłem normalny, po innych przytłumiony, jeszcze po innych potrafiło odbijać mi kompletnie, a zmieniały się one często.

Pewnego razu przez przypadek zamiast dwóch tabletek wziąłem podwójną dawkę jednej - znowu mi zmieniono leki, a tabletki były do siebie podobne, więc albo ja albo moja mama je pomyliła. Efekt był taki, że podczas WF na dworze ze stażystą dopadła mnie ogromna senność, aż mi ciemniało przed oczami, a w pewnym momencie pociemniało mi bardziej, osunąłem się na ławkę na której siedziałem i na niej tak leżałem śpiąc.

Obudziłem się 3 godziny później na tej samej ławce. Stażysta najwyraźniej uznał, że dziecko nagle osuwające się na ławkę to nic niepokojącego, a następnie zabrał całą klasę i zostawił mnie tak leżącego na tej ławce.
Zastanawiam się, co by było gdyby mi lub innemu dziecku faktycznie przydarzyło się coś złego i wymagałoby pomocy, a stażysta zachował by się tak jak wobec mnie.

szkoła

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (131)