Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#89387

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny Decathlon (z pełnym rozmysłem podaje nazwę sklepu - na to, o czym chcę napisać, mam twarde dowody ze zrzutami ekranu włącznie).

Zrobiłem dziś (wtorek, 14 czerwca) zakupy na stronie internetowej Decathlonu. Loguję się (mam tam konto, bo kiedyś już u nich parę rzeczy on-line kupowałem), dodaję wybrany produkt do koszyka. Produkt (co istotne) spełnia podane na stronie kryteria dla darmowej dostawy. Klikam na swój koszyk, wyświetla się informacja „Super! Masz darmową dostawę!”

Niestety po kliknięciu na „Dostawa” okazuje się, że „darmowa dostawa” kosztuje 14,90. Konsultantka na infolinii wyjaśniła mi, że jest to produkt „od zewnętrznego partnera” i w takiej sytuacji nie ma darmowej dostawy. Szkoda, że NIGDZIE na stronie produktu nie ma takiej informacji, a hasło „Super! Masz darmową dostawę!” (w sytuacji, kiedy w koszyku znajduje się już ten, konkretny produkt) zdecydowanie wprowadza klienta w błąd…

No ale OK, po namyśle doszedłem do wniosku, że i tak kupię - 15 zł nie majątek, jakbym chciał jechać do Decathlonu to na paliwo wydałbym więcej. Więc - trochę wkurzony, ale jednak zdecydowany - kupuję. Koszyk, dostawa zatwierdzona, pod informacją o dostawie widnieje napis "u Ciebie za 3 dni". No to fajnie, dziś jest wtorek, to do końca tygodnia będzie, tak?

No jednak nie. Bo jak już zapłaciłem (dopiero wtedy!) w podsumowaniu transakcji pojawia się napis (potwierdzony potem w mailu) "Przewidywany termin dostawy - 21.06.2022".

Może nie byłem orłem z matematyki, ale od 14 do 21 czerwca to nie są trzy dni.

Czyli nie "za 3 dni", tylko za tydzień. I to mnie już naprawdę wkurzyło - bo ta informacja pojawia się (jak napisałem) PO ZAPŁACENIU.

Jeśli robię taki zakup we wtorek przed południem i mam informację "u Ciebie za 3 dni", to mam prawo oczekiwać, że przesyłka będzie u mnie do końca tygodnia. Więc jeśli np. potrzebna mi jest w najbliższy weekend, albo zamawiam ją na prezent, który musi być wręczony w niedzielę, to jest OK. Dostawa za tydzień już nie jest OK i wiedząc, że tyle to potrwa, mógłbym zmienić zdanie.

Bardzo nieprzyjemne i lekceważące podejście do klienta…

sklepy_internetowe Decathlon

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (162)

#89407

przez ~Pechowiec1234 ·
| Do ulubionych
O nauczycielach będzie.

Kilka historii już tu dodawałam, niestety nie mogę komentować, bo system nie pozwala mi stworzyć konta. Nie wiem czemu ale tak jest, więc na wszelkie pytania odpowiedzieć niestety nie jestem w stanie. To tak na początek.

Wracając do rzeczy. Sama jestem nauczycielem, dodatkowo instruktorem pierwszej pomocy. Bardzo nie lubię u moich kolegów i koleżanek podejścia "ja wiem lepiej". Zwłaszcza gdy nie mają racji.

Przychodzą do mnie moi młodzi z problemem. Mianowicie, nauczyciel z którym mają pierwszą pomoc i EDB, uczy ich zupełnie inaczej niż ja. W sumie nie byłoby to kłopotliwe gdyby nie fakt, że uczy ich starych, niestosowanych i błędnych procedur. No i jedna z moich dziewczyn wytknęła mu (kulturalnie) błąd.

Jaka była reakcja?

"Kowalska dostajesz uwagę za dyskutowanie".

Młoda dostała uwagę za to, że zna poprawne procedury.

To nie pierwszy raz. Niestety temu konkretnemu nauczycielowi nie można nic zrobić. Plecy robią swoje.

nauczyciel edb

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (151)

#89406

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jeszcze do niedawna mieszkałem z żoną i dzieckiem w pewnym niewielkim bloku. Mieszkaliśmy tam dobre siedem lat a więc każdy każdego znał.

W bloku tym mieszkał, będący na emeryturze, pewien Janusz, który był administratorem oraz takim gościem złotą rączką, co naprawiał różne usterki.

Janusz zajmował się też wózkarnią, gdzie stał wózek dziecięcy, będący naszą własnością. Nieużywany od jakiś 2 lat ale nikomu nie wadził. Janusz doskonale wiedział, że to nasz, zresztą jak wszyscy w bloku.

Ponadto, co ważne dla historii, nasz bohater Janusz miał rodzinę (dorosłego syna z dzieckiem i żoną), którzy mieszkali w tym samym bloku co moi rodzice, na osiedlu z drugiej strony miasta.

W lutym 2022 w Ukrainie wybuchła wojna. A więc nagle rozpoczęły się rozmaite zbiórki odzieży.

W okolicach marca idziemy w odwiedziny do moich rodziców, wchodzę na klatkę i oczom nie wierzę: w przedsionku stoi nasz wózek, z naszą (uszytą na zamówienie) kołderką. No nie może być mowy o pomyłce gdyż ten model dostaliśmy od znajomej z USA i w Polsce jest on niedostępny.

Zasięgnęliśmy języka u pań sprzątających klatkę schodową w naszym bloku (również sąsiadki: Hela i Jadzia).

Hela opowiedziała nam, że Janusz wziął nasz wózek oraz jeszcze jeden, który był pozostawiony podczas wyprowadzki przez kogoś i oddał je na zbiórkę dla uchodźców. Jadzia dodaje: "a jaki dumny był z pomysłu i z tego że pomógł".

Nie powiem, zagotowało mnie, zwłaszcza że żadne z nich nie zauważa w tym nic złego.
W pierwszej chwili chciałem zrobić Januszowi koło d... i zgłosić kradzież wózka.

Żona mnie uspokoiła, że najpierw trzeba z nim porozmawiać. No to dorwałem Janusza pewnego dnia, wracając wieczorem z pracy i pytam grzecznie, co on odwózkowuje?

Janusz z rozbrajającą szczerością przyznał, że oddał te wózki: jeden dla uchodźców a nasz dla potrzebującej matki z bloku moich rodziców. Na koniec dodał, że jeśli zrobił coś złego, to przeprasza.

No istne Twin Peaks.

W tym bloku chyba za mocno PRL wszedł.

sąsiad blok własność

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (164)

#89410

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W niedzielę wracałam A2 z Poznania do Warszawy. Jestem świeżym kierowcą z listkiem na tylnej szybie. Jeżdżę VW Lupo z maleńkim silnikiem. Pierwszy samochód, postrach dróg.

Lecimy sobie spokojnie 120/130 km/h, aby nie zamulać na tyle — ile jestem w stanie tym maleństwem.

W większości prawym pasem, chyba że ktoś zamula bardziej niż ja. Ale i tak wolę przyhamować przed wyprzedzeniem, przepuścić wszystkich "wariatów" jadących 140 + i dopiero wtedy wyprzedzić. Czytam piekielnych od dawna, wiem, że to ludzi wkurza, a mi korona z głowy nie spadnie, jeśli chwilę poczekam i zwolnię.

Nadarzyła się okazja na wyprzedzenie osobówki, która tłukła się 100. Przed nim pusto, za nim pusto, gdzieś na horyzoncie baaaardzo daleko miga mi motocykl jadący lewym pasem, pomimo pustego prawego. Podejrzane. Jest na tyle daleko, że spokojnie zdążę wyprzedzić i wrócić na prawy. No, jednak nie.

Panu motocykliście chyba żyłka zaczęła pulsować, jakim prawem ktoś z listkiem maleńkim starym samochodem wyprzedza przed nim. Przyśpieszył.

Spodziewałam się, że typ może coś odwalić i w trakcie wyprzedzania cały czas kontrolowałam kolesia w lusterku. Na szczęście, bo gdybym tego nie robiła, już by było po nim.

W momencie, kiedy ja byłam już gotowa wracać na prawy po wyprzedzeniu, miałam nawet już włączony kierunkowskaz, Pan motocyklista wbił się pomiędzy nas środkiem jezdni i wyprzedził oboje. Gdybym nie kontrolowała go w lusterku, tylko zaufała, że jak normalny człowiek poczeka, aż ja wyprzedzę — byłoby po nim. Odbiłby się od mojego samochodu i wpadł pod koła wyprzedzanego przeze mnie.

Co tacy ludzie mają w głowie? A może to ja coś zrobiłam nie tak?

Czyja by to była wina w razie wypadku? Według mnie jego, ale może się mylę?

No i wisienka na koniec. Chwilę przed tym zdarzeniem rozmawialiśmy w samochodzie o tym, że JESZCZE nie zdarzyła mi się niebezpieczna sytuacja z motocyklistą i w sumie nic do nich JESZCZE nic nie mam :)

polskie drogi A2

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (162)

#89413

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii jotem02, ale będzie osobny wpis.

Radom, szkoła podstawowa i publiczna, pełen etat.
Do 1 maja zarabiałem 2949 zł brutto. Mniej niż minimalna krajowa, którą otrzymuje się na starcie w każdej innej pracy. W okolicach stycznia zacząłem zazdrościć pani w piekarni, że odbębni swoje 8h razy pięć dni i ma święty spokój, a zarabia więcej ode mnie.

Nie mam żadnych dodatków, żadnego wiejskiego, miejskiego, stołecznego, srecznego, motywacyjnego (pierwsza praca, świeżakom się go u nas nie przyznaje "bo nie"), wychowawczego, nie mam żadnego dodatku za uciążliwe warunki, ani wysługi (bo zaczynam pracę). Zasadnicze wynagrodzenie wystarcza na wynajem za mieszkanie, opłaty, a po 42 latach odkładania 300 zł miesięcznie, bo tyle mogę, aby nie umrzeć z głodu, uzbieram na 1/3 własnego mieszkania, ale nie dostanę kredytu, bo nie mam odpowiedniej zdolności kredytowej.

Z tego wszystkiego w rzyci mi się poprzewracało i raz na miesiąc jadam pizzę za 19,99 w promocji. Z szynką, a co.

Moje 18h przy tablicy było takimi we wrześniu. Właściwie przez pierwsze dwa tygodnie września, gdy zapoznawałem się z klasami i lekcje były bardziej integracyjne niż dydaktyczne (przykaz kuratorium, aby integrować klasy po nauczaniu zdalnym). Potem zamieniły się w dodatkowe 2-3h godziny zegarowe spędzane w szkole, aby przygotowywać lekcje, materiały, zajmować się dokumentacją koniecznie z 3 egzemplarzach i z pieczątką Matki Boskiej. Na przełomie września/października spędzałem w szkole średnio 6h, nadal profit.

W październiku rodzice uczniów klas siódmych zobaczyli pierwsze oceny swoich dzieci z nowych przedmiotów jak chemia i fizyka. Niemożliwe, że dzieci są niedouczone/zaniedbane w domu/niedopilnowane/zajęte przy komputerach i z nosami w telefonach. To wina nauczyciela, że mój syn/córka nie potrafi wymienić dat rozbiorów Polski, zamienić ułamka zwykłego na dziesiętny, odnaleźć azotu na tablicy Mendelejewa. Ale jak to zajęcia wyrównawcze, niech pan nie robi z mojego dziecka debila.

Skoro nauczyciel taki zły i robi kartkówki, to nie będę puszczać dziecka do szkoły w takie dni. Ale jak to musi nadrobić materiał?! Jak to moje dziecko ma być PYTANE?! Wielkie oburzenie, że wychowawca reaguje na nieobecności i zgodnie z prawem informuje o możliwym nieklasyfikowaniu + zawiadomieniu sądu.

W połowie października w szkole skończyły się materiały biurowe, papier, toner do drukarki. Organ prowadzący dorzucił 500 zł na bieżące wydatki. Starczyło na tydzień, więc materiały do lekcji (karty pracy, tablice itp.) przygotowywałem w domu, z własnych zasobów. Z braku funduszy, które poszły na materiały, zrezygnowałem w październiku z pizzy, ale za to zjadłem czekoladki, które dostałem na dzień edukacji narodowej. No, powiedzmy że profit.

A, tak, akademia z okazji "święta" się sama nie przygotuje, więc jako "humanista" i stażysta miałem się tym zająć. Zostawanie po lekcjach 2-3h więcej, bo trzeba poczekać, aż wszystkie dzieciaki skończą zajęcia i zrobimy próbę. Akademia z DEN skończona, no ale zbliża się 11 listopada. Znów próby i zostawanie po lekcjach. Brak profitu, bo nie ma czekoladek.

Połowa listopada, przychodzą pierwsze powiewy jesiennego covidu. Część nauczycieli na zwolnieniach, bo kwarantanna, izolacja, kontakt z osobami zakażonymi. W pewnym momencie mieliśmy 20 wyłączonych nauczycieli, no to robimy zastępstwa. Brak kadry = naginanie przepisów prawa, jeden nauczyciel zajmował się na przykład jednocześnie 2 klasami. Fajnie mieć 55 dzieciaków pod opieką, super zabawa. Urwało się to po anonimie do dyrekcji, że doniosą do kuratorium i wydziału edukacji. Donos i tak chyba poszedł, bo była jakaś kontrola.

Dzięki nadgodzinom byłem dwa razy na pizzy i wziąłem nawet extra ser.

Grudzień i proponowane oceny. Uczniowie nadal nie umieją dodawać ułamków, a pierwiastek chemiczny to dla nich alkohol (hehe, bo wie pan, tata mówi, że tyle pamięta z chemii, heheh). Specjaliści w szkole nieśmiało sugerują rodzicom, aby niektórych delikwentów kierować na badania w poradniach, bo z obserwacji wynika, że tutaj zaburzenia mogą ocierać się nawet o niepełnosprawność umysłową. Reakcja rodziców jest w 9/10 przypadków taka sama: oburzenie, foch i skarga do dyrekcji.

Idą święta, rezygnuję z przygotowywania materiałów na każdą lekcję, lecę z gotowców z poradników metodycznych. Trochę nudne, ale trudno, muszę mieć czas na umycie okien dla Jezusa i zamarynowanie karpia, a kasę wydawaną na papier i tusz odkładam na prezenty. W szkole nie mamy talonów, dodatków świątecznych ani paczek pod choinkę. Na lekcjach tuż przed świętami puszczam film edukacyjny, uczniowie oglądają, ja robię pierwsze podchody do uzupełnienia dokumentacji śródrocznej i zaczynam odpisywać rodzicom, dlaczego Brajanek z ocenami bz (brak zadania),bz,2 i 5+ nie będzie miał 3 na semestr.

Popełniam błąd dodając na końcu "pozostaję do dyspozycji", bo mama Brajanka postanawia dysponować moim czasem wolnym przez kolejne tygodnie, aż do końca semestru wypisując po 2-3 wiadomości dziennie, dlaczego jej syn zasługuje na 3. W pracy spędzam już powyżej 8h dziennie, chodzę z własnym laptopem i tabletem, bo na wyposażeniu placówki są dwa (słownie: dwa) komputery na użytek nauczycieli, z czego jeden jest awaryjnym, gdyby zepsuł się któryś w sali. Te w salach psują się średnio raz na tydzień, bo mają swoje lata (wiecznie niedofinansowana oświata), a nauczycieli mamy w szkole 70.

Ale zyskuję w oczach 8-klasistów, bo etui na tablet mam z Gwiezdnych Wojen, a okazuje się, że to klasa fanatyków tego uniwersum.

Zaczynają się pielgrzymki rodziców do szkoły, kolejki na dniach otwartych (1h przewidziana, w praktyce siedzieliśmy 4h, oczywiście w czynie społecznym), wypisywanie elaboratów w dzienniku elektronicznym o 2 w nocy, aby o 7 rano dodać "dlaczego pan nie odpisuje, mój Szymonek ma lekcje z panem o 8, skąd mam wiedzieć, z czego go przygotować??????" No nie wiem, może z terminarza w e-dzienniku, gdzie co najmniej 2 tygodnie wcześniej wpisuję wszelkie sprawdziany, zakres materiału oraz termin przewidywanej poprawy.

Święta, covid w pełni, przechodzimy na kilka dni na zdalne. Hura, nie muszę nic drukować, będę miał pieniądze na pizzę. Babcia ratuje mnie kasą pod choinkę, mogę opłacić sobie kurs doszkalający, bo dyrekcja krzywo patrzy na same internetowe webinaria i szkolenia. Fundusz na szkolenia ze szkoły to śmieszne pieniądze, w dodatku podzielone na wszystkich nauczycieli (a każdy się ciągle dokształca, bo taki wymóg). Udaje mi się wyrwać 200 zł dodatku, więc dopłacam tylko 600 zł z babcinej kieszeni.

Styczeń wrzuca mnie w breję błota, gdzie według rządu jest moje miejsce, bo podniesienie płacy minimalnej dla wszystkich nie oznacza, że wzrosną też moje zarobki. Nie jestem pracownikiem, jestem tylko nauczycielem, dla mnie podwyżki nie ma. W Google pierwsza podpowiedź na słowo "jak" to "jak napisać wypowiedzenie nauczyciel". Miasto przyznaje nam nowe fundusze na materiały biurowe, mamy nawet kolorowy tusz. Dostajemy konspekt z programu laboratoria przyszłości, może uda się kupić nowe i sprawne kompute... a nie, sorry, nie możemy, ale jeśli chcemy stacje lutownicze i zestawy klocków do układania to są dostępne od ręki.

W lutym populacja osób z opiniami i orzeczeniami zwiększa się. O ile we wrześniu na 550 uczniów w szkole było takich dokumentów łącznie może z 20, o tyle w lutym jest dwa razy więcej. To oznacza dla wychowawców dodatkową robotę papierkową, dla nauczycieli uczących pisanie obserwacji i uzupełnianie arkuszy wielospecjalistycznej oceny oraz regularne spotkania zespołów nauczycielskich z rodzicami, oczywiście po godzinach i w czynie społecznym.

Wielospecjalistyczna ocena poziomu funkcjonowania ucznia (WOPFU) oraz IPET, czyli Indywidualny Program Edukacyjno – Terapeutyczny są dokumentami, które wychowawca (przynajmniej w naszej szkole) tworzy dla uczniów z takimi orzeczeniami. W orzeczeniu są wskazówki i zalecenia dla nauczycieli, w jaki sposób indywidualizować nauczenie takiego ucznia (czyli dostosowywać mu warunki pracy na lekcji, np. poprzez specjalne materiały, karty pracy, osobne sprawdziany). W praktyce oznacza to, że mając w klasie 2 takich uczniów, przygotowuję nierzadko 3 różne scenariusze. Jeden dla całej klasy odjąć 2 uczniów, jeden dla ucznia z pierwszym orzeczeniem i jeden dla ucznia z drugim orzeczeniem. W teorii powinien mi pomagać nauczyciel wspomagający. Z braku funduszy mamy w szkole tylko 4 nauczycieli wspomagających. Na ten moment już wiadomo, że od września powinno ich być co najmniej 10.

Nadal panuje covid, więc część dzieci jest na kwarantannie/izolacji. Kuratorium wpada na świetny pomysł, aby prowadzić lekcje pół-zdalnie. Czyli zdrowa część klasy przychodzi do szkoły, a chora lub na kwarantannie łączy się z domu. 3/4 lekcji spędzam na powtarzaniu 2x tego samego: raz do klasy w szkole, drugi raz do mikrofonu w laptopie, bo nic nie słychać, gdy stoję przy tablicy. Oczywiście nic też nie widać, bo przedpotopowe laptopy nie mają kamerek.

Psycholog potrzebuje sama terapii, bo grupy dzieciaków z pomocy psychologiczno-pedagogicznej zaczynają pękać w szwach. Starszy stażem kolega wyjaśnia mi zagadkę tego lutowego wzrostu: zbliżają się egzaminy i rodzice chcą zapewnić swoim dzieciom podstawy do specjalnych warunków przeprowadzania tych egzaminów (wydłużony czas pracy, pomoc nauczyciela wspomagającego itp.) Na szczęście są ferie.

Przypominam sobie, jak smakuje pizza.

W marcu pracuję już tylko 6h dziennie w szkole i 2h w domu, bo nie ma żadnych akademii do przygotowania, a dodatkowo znalazłem super stronę z materiałami dodatkowymi, które muszę jedynie lekko zmodyfikować, co pozwala mi zaoszczędzić czas. Przychodzi wiosna, a wraz z nią kontrole w placówce, więc 70 nauczycieli sprawdza po milion razy, czy każdy egzemplarz papierów ma pieczątkę i podpis gdzie trzeba oraz błogosławieństwo lokalnego proboszcza. Kolejka do szkolnej drukarki jest tylko nieco krótsza od tej za papierem toaletowym za PRL, chociaż wartość nawet szarej srajtaśmy jest zdecydowanie wyższa od bezsensownej szkolnej makulatury.

ДОБРОГО РАНКУ УКРАЇНО!
Do szkoły trafiają dzieci z Ukrainy, z czego zdecydowana większość jest w traumie i nie otrzyma z powodu bariery językowej absolutnie żadnej pomocy w samej szkole. W całym mieście tworzone są 3 (słownie: trzy) oddziały przygotowawcze, w których mają naukę polskiego. U nas ulokowanych zostaje 18 Ukraińców, siedzą na lekcji na sztukę, bo się z nimi nie da dogadać, nic nie rozumieją, nudzą się i z nudów grają na telefonach. Polscy uczniowie czują się pokrzywdzeni, bo oni też chcą sobie pograć.
Minister mówi, że mamy ukraińskich uczniów nie oceniać, oni w szkole się jedynie integrują.

W kwietniu powtórka z pielgrzymkami rodziców. Na dniu otwartym spędzam tylko 3h, więc o 20 jestem w domu, matematyczka wychodzi o 22:30 i tylko dlatego, że włącza się automatyczny alarm wykrywający ruch w budynku. Zaczynam słuchać rad starszych nauczycieli i na wiadomości w dzienniku odpisuję tylko w godzinach teoretycznej mojej pracy, czyli 7-15. Okazuje się, że rodzice widzą godziny moich logowań (błąd systemu e-dziennika, bo nie powinni mieć takich uprawień) i dostaję wezwanie do dyrekcji, aby odpowiedzieć na skargę brzmiącą mniej więcej: "Wysłałam wiadomość do pana A. o 14:05, widziałam, że był aktywny o 15:12, 17:36 i 21:43, a mi nie odpisał".
Czarnek oznajmia, że są pieniądze dla nauczycieli, aby uczyli Ukraińców języka polskiego. Dyrekcja szuka chętnych, stawka: 30zł za godzinę, grupy około 25 osobowe, zróżnicowane wiekowo (dzieciak z zerówki i 8-klasista w jednej). Chętnych jakoś brak.

Nadchodzi maj, więc humanista i stażysta przygotowuje kolejną akademię. Pomaga mi inny nauczyciel, nie zostaję już tak często po godzinach. Zbliża się egzamin klas 8, w szkole nerwowość, dyrekcja pyta, czy mogę poprowadzić dodatkowe zajęcia przygotowujące do egzaminu, oczywiście za darmo, w czynie społecznym, ładnie będzie wyglądało w sprawozdaniu ze stażu. Szukam wolnego terminu w planie zajęć, no mogę, to tylko 3 tygodnie, korona mi z głowy nie spadnie. To środa o 17? Dyrekcja kręci głową. Uczniom nie pasuje, bo musieliby przyjeżdżać drugi raz do szkoły, może wtorek o 7:30? We wtorek to ja lekcje mam formalnie 13-17, chociaż przyjeżdżam na 11, aby wszystko przygotować, ale nie, mimo wszystko nie będę przyjeżdżał dwa razy. Chcę zjeść w maju pizzę a nie wywalić kasę na benzynę po 8 złociszy.

Znowu wystawiamy oceny proponowane, teraz na koniec roku. Liczba rodziców (uczniowie mają to w 90% w rzyci) piszących "średnia mojego syna/córki wynosi 4,32, czy ma szansę na 5?"; "dlaczego proponowana ocena to 2 a nie 3, przecież ma średnią 3,03", "uważam, że moje dziecko zasługuje na 6, ma średnią 5,50" osiąga pułap bliski odległości Ziemi od Księżyca. Tłumaczenie, że "magiczna średnia" to nie wyznacznik oceny, bo na tą składają się jeszcze inne elementy, mija się z celem. Dyrekcja postanawia na stronie szkoły przytoczyć zapisy ze statutu opisujące, na podstawie czego wystawiana jest ocena roczna.

Wyjaśnia się, po kim niektórzy uczniowie odziedziczyli ćwierć mózgu zamiast całego, bo rodzice nie rozumieją tego prostego komunikatu.

Minister oznajmia, że on zrobił wszystko jak należy i to szkoły mają sobie wybrać, co zrobić z Ukraińcami. Aha, a z tym, że mamy ich nie oceniać, to on tylko żartował i jak są przyjęci oficjalnie do szkół, to muszą mieć oceny. Cytując niemal dosłownie "skoro ich przyjęliście do swojej placówki, to sobie radźcie". Uczniowie klas 0-7 po prostu dostaną oceny z powietrza, albo jak w moim przypadku, za ładne pokolorowanie obrazka (7 klasa). Uczniowie klas 8 przystąpią dodatkowo do egzaminu (paradoksalnie to najmniejszy problem, mimo że egzamin po polsku, z polskiej podstawy programowej), ale jednocześnie kończą też szkołę. A żeby skończyć szkołę, muszą mieć oceny z takich przedmiotów jak np. muzyka, plastyka, technika, przyroda, które się realizuje w klasach programowo niższych i w 8 ich po prostu nie ma. Minister kazał sobie radzić, więc szkoła sobie radzi.

Fałszujemy dokumenty, wpisując Ukraińcom, że zaliczyli te przedmioty, bo ministerstwo nie chce uznać ich świadectw z Ukrainy, zresztą uczniowie ich zwyczajnie nie mają. Jak uciekasz przed wojną, twoim priorytetem nie są świadectwa.

Przez cały rok raz w miesiącu w weekend organizowałem dla uczniów nieformalne "wycieczki". Wszystko prywatnie, w prywatnym czasie. Ot, byliśmy raz z muzeum, raz na rajdzie rowerowym, raz na spływie itp., zawsze był też zaangażowany w to jakiś rodzic lub rodzice. Dyrekcja o niczym nie wiedziała, dopóki nie wygadał się jeden z nich (chciał dobrze, po prostu mnie chwalił). W efekcie dyrekcja próbuje teraz przypisać moje działania do koszyczka szkoły, jakobym robił to pod szyldem koła turystycznego.

24 czerwca kończy mi się umowa, nie dostanę żadnej pensji w czasie wakacji, nie będę ubezpieczony, nie wiem, czy mnie zatrudnią na kolejny rok, bo dowiem się pewnie w połowie sierpnia.

To tylko jeden rok z jednej placówki, ale takich opowieści jest na pęczki. Polska szkoła to jeden wielki mem. To nawet nie jest kartonowy kolos na glinianych nogach. Ale jestem tym typem nauczyciela, który kocha uczyć, uwielbia uczniów i (jeszcze) ma do tego zapał. Więc tak, będę się pewnie dalej podlił za 2000 na rękę, jadł szczaw i mirabelki, bo nie wyobrażam sobie nie pracować w szkole. I jak to mówił klasyk: praca wspaniała, tylko system kurka.

polska szkoła

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (219)

#89392

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo lubię grzebać kijkiem w mrowisku. I tym razem też tak będzie, co mam nadzieję, zaowocuje lawiną komentarzy. A będzie o nauczycielach.

Jaka jest kondycja tego zawodu, każdy chyba wie. Nauczyciel stażysta zarabia tyle, że trzeba mu dopłacać, bo inaczej nie osiągnie płacy minimalnej. A mówimy o ludziach po pięcioletnich studiach i pierdyliardzie kursów i szkoleń. Nauczyciel dyplomowany (najwyższy stopień awansu) minimalną przekracza nieznacznie, a kiedyś była to jej dwukrotność. Wiem, wiem: mało godzin, długie wakacje i w ogóle, co to za praca? Dzieci czytajcie i dzieci czytają, dzieci piszczcie i dzieci piszą. No, miód malina i orzeszki.

A jakoś do pracy w tym fachu nikt się specjalnie nie garnie. Rozwydrzone bachory, roszczeniowi rodzice i tony papierologii skutecznie wymywają ze szkół potencjalnych nauczycieli kontraktowych. No i te zarobki. Czy rzeczywiście trzy kafle miesięcznie netto to dla matematyka, fizyka, chemika, czy lingwisty wystarczający doping? Przecież on bez trudu zarobi dwukrotność tego gdzie indziej.

Jedna z moich synowych (fanatyczna polonistka) po wielu latach w zawodzie robi kurs HR i idzie do korpo. Druga synowa po zaledwie kilku latach idzie w terapię psychologiczną (ma uprawnienia). Kto zostaje w zawodzie, zwłaszcza w szkołach publicznych? Bardzo często są to osoby, które powinny być starannie odsunięte od pracy z młodzieżą - frustraci, nieudacznicy i zbyt słabi, by poszukać pracy poza zawodem. Skąd wiem? Mam wnuka w miejscowej publicznej i wiem jak to wygląda: Wychodzi ci cztery plus, ale będziesz miał tróję, bo inaczej osiądziesz na laurach!

Mieli w szkole pracować emeryci, ale po co? Ja, jako emeryt, zakładam JDG i daję korki. Ubezpieczenie zdrowotne mam, a parę złotych spokojnie do emerytury dorobię. Bez użerania się i tracenia czasu na bezproduktywne nasiadówki. A mogę jeszcze popracować poza systemem edukacji państwowej. I to wtedy ja dyktuję warunki pracy i płacy, bo przy 44 latach stażu i zawsze wysokich wynikach egzaminów już jestem firmą gwarantującą wysokie wyniki w klasie liczącej 10 osób.

Podobno w Warszawie i okolicy brakuje 3200 nauczycieli! Strażakami ani wojskiem się tego nie załata. I wasze dzieci będzie uczył PAN WAKAT. A rząd ma to w sempiternie. Głupimi łatwiej rządzić.

szkoła nauczyciel

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (182)

#89381

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu wpisu #84785 przypomniało mi się moja historia z policją:)

Pewnego razu pomagałem rodzinie otworzyć zamek w ich drzwiach od mieszkania.

Nie było możliwości otwarcia go kluczem więc przyjechałem z narzędziami i zaczynam wiercić.

Po chwili udało się, jesteśmy w środku. A tu nagle dzwoni domofon, odbieram i tu moje zdziwienie... Na dole policja stoi i prosi żeby otworzyć drzwi!

Rozumiecie?! Policja która została wezwana do podejrzenia włamania dzwoni domofonem do "włamywaczy" żeby Ci im drzwi otworzyli!

policja

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (157)

#89382

przez ~nbd ·
| Do ulubionych
Kontynuacja https://piekielni.pl/89212

Był ktoś ze spółdzielni. Że jest skarga, że trzeba być ciszej itp. Żona przedstawiła jak to wygląda z naszej strony, gość powiedział, że trzeba się dostosować, bo ona nie odpuści i będzie zgłaszała.

Dwa-trzy dni później dzielnicowy zapukał. Jest zgłoszenie, on musi zweryfikować. Oki. Przedstawiam sprawę jak ja to widzę. On rozumie, sugeruje się dogadać. No ja fruwać nie umiem. Jeszcze kilka telefonów od dzielnicowego było. Poinformowałem go, że właśnie jest narzędziem do nękania w rękach sąsiadki. Telefony się skończyły, powiedział, byśmy sobie dalej załatwiali ten temat w sądzie bez jego udziału.

W najbliższą niedziele (29/05/2022) około 18tej patrol policji zapukał. Wezwanie do "dziwnych odgłosów od dłuższego czasu". No oglądamy TV, większość na słuchawkach, bo każdy co innego. Aha, to tyle. Poszli do sąsiadki, wyszli po około 15 minutach. Od tego czasu stukania w kaloryfer jak ręką odjął.

Ze spółdzielni tydzień temu przyszło pismo, suche wyciągi z regulaminu. Odpisałem na 2 strony A4, gdzie wyjaśniłem jak to faktycznie wygląda i poprosiłem o przekazanie sąsiadce mojej prośby o zaprzestaniu nękania (190 KK) i naruszania mojego dobrego wizerunku (24KC), z uwagi na brak znajomości personaliów sąsiadki. I cisza.

Wczoraj widziano, jak z sąsiadki mieszkania wynoszono meble, pudła itp. Dopiero co w tym tygodniu ustaliłem, jak się sąsiadka zwie, a teraz muszę jeszcze jej nowy adres ustalić, bo raczej nie odpuszczę jej z art 24KC. Jest ryzyko, że po prostu meble wymienia.

blok

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (164)

#89400

przez ~gastrotante ·
| Do ulubionych
Cześć, dodawałam tu kiedyś historię o tym, jak potraktował mnie szef Niemiec i w jak uroczy sposób wywalił mnie z pracy.
Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś będę miała okazję tu coś opisać, ale cóż.

Od kilku miesięcy pracuję w agencji ubezpieczeniowej w Niemczech, jestem konsultantem stacjonarnym, czyli doradzam klientom w biurze.

Mamy w ofercie różne ubezpieczenia, w tym tzw. ubezpieczenie prawne, czyli ubezpieczenia pokrywające koszty pomocy prawnej.
I właśnie z tym łączą się poniższe historie. Gdyż niebywałym jest dla mnie jak bardzo dorosłe osoby, często wykonujące wymagające intelektualnie prace, nie mają pojęcia o prawie kraju w którym mieszkają od urodzenia.

Przypadek 1

Przyszła kobieta w średnim wieku zainteresowana ubezpieczeniem prawnym. Rozgadała się między innymi o tym, dlaczego na ubezpieczenie się zdecydowała. Otóż miała wcześniej przypadek prawny, który sporo ją kosztował, zarówno honorarium adwokata, jak i odszkodowania. A jaki to przypadek?

Pani kupowała ciuchy w internecie. Dużo ciuchów. Większości z nich nie nosiła, tylko odsprzedawała, bo jednak jej nie pasowały. Podejrzewam, że zwyczajnie handlowała na czarno perełkami ze stron typu Aliexpress, ale może i się mylę. Pani oferowała ciuszki w internecie na popularnym serwisie aukcyjnym, na którym sama też zresztą kupowała. Pani postanowiła ułatwić sobie sprawę i na swoich aukcjach stawiała zdjęcia ze stron, na których ciuchy kupowała. Niósł wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Ktoś się skapnął, że pani wykorzystuje cudze zdjęcia bez jego zgody i sprawa wylądowała u prawnika.

Pani wzięła prawnika, który wywalczył jej jaką taką ugodę. Najlepsze jest jednak to, że pani zignorowała wiadomości od właściciela zdjęć z prośbami o usunięcie zdjęć i wiadomością, że w przeciwnym wypadku sprawą zajmą się prawnicy. "Bo wie pani, mi się to wydało jakieś niedorzeczne, przecież to tylko zdjęcie". Tak więc tak, pani nie wiedziała, że istnieje coś takiego jak własność intelektualna. Drugie najlepsze jest to, że pani otwarcie przyznała, że nadal uskutecznia ten proceder, a ubezpieczenia potrzebuje na wypadek pozwu od kolejnego sklepu.

Zgodnie z warunkami ubezpieczenia musiałam ją odesłać z kwitkiem.
Pani na co dzień pracuje w marketingu...

Przypadek 2

Przyszedł młody facet, pyta o opcję ubezpieczenia prawnego. Porównujemy sobie różne opcje, na co facet mówi, że on potrzebuje takie, żeby w razie czego nie poszedł do więzienia. W pierwszej chwili kompletnie nie zrozumiałam, o co chodzi, więc poprosiłam o doprecyzowanie. "No, chodzi o to, że na przykład jak komuś przy*bie to potem nie pójdę do więzienia"
- "Proszę pana, ale to już zależy od prawnika i od decyzji sądu"
- "Ale ja chcę takie ubezpieczenie od więzienia, rozumie pani? Że jak będę miał iść do więzienia to pokażę, że mam ubezpieczenie i nie pójdę"

Pan był niezwykle rozczarowany tym, że nie mamy takiego ubezpieczenia w ofercie.

Przypadek 3

Przychodzi starszy facet i pyta jak to wygląda, czy ubezpieczenie pokrywa koszty prawnika w każdym wypadku. No to kolejno pokazuję opcje ubezpieczenia, a facet mi nawija, że on ma w planach pozwać sąsiada, bo ten ma psa. Tak z czystej ciekawości, no bo w sumie nie muszę tego wiedzieć, co z tym psem? Szczeka, sika na klatce, cokolwiek? Nie, ale jest. Jest i to w bloku. A pan uważa, że trzymanie psa w bloku to znęcanie się nad zwierzętami, a na policji nie potraktowano go poważnie.

Ponadto chciałby też pozwać sąsiadkę, gdyż ta nosi na szyi medalik z Matką Boską i to jest wpychanie mu siłą jej przekonań. I jeszcze pozwałby spółdzielnię mieszkaniową, która oba te problemy olała, a tak konkretnie to przy podpisywaniu umowy najmu z tą spółdzielnią nikt mu nie powiedział, że w umowie jest zapis o tym, że w danym budynku dozwolone jest trzymanie zwierząt i podpisując umowę akceptuje ten punkt.
No skapitulowałam i petenta odesłałam do bardziej doświadczonego kolegi.

Bonusik:

Kolega opowiadał jak kiedyś mieli klienta, który złożył skargę na to, że ubezpieczenie nie pokryło kosztów odszkodowania, jakie musiał zapłacić w ramach ugody, jaką zawarł, aby uniknąć procesu, gdyż nie wziął prawnika, bo nie wiedział, że ubezpieczenie pokryje jego honorarium. Nie pojmował, że ma umowę na ubezpieczenie od pomocy, a nie odpowiedzialności prawnej. A potem zapytał, czy jeśli pozwie agencję, to ubezpieczenie, które ma w tejże agencji pokryje koszt prawnika, który przygotuje przeciwko niej pozew. Hmmm...

agencja ubezpieczeniowa

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (151)

#89393

przez ~Jaaaaaaaaaaaa ·
| Do ulubionych
Mam dzieci i jak to dzieci potrafią być głośne (pisałam już o ich problemach w innej historii).

Staram się je uciszać, niestety nie zawsze mi się to udaje. Biorę to na klatę i przepraszam sąsiadów za niedogodności.
Mieszkamy na osiedlu domów jednorodzinnych. Wokół jest dużo małych i starszych dzieci. W bezpośrednim sąsiedztwie jednak mamy kilka starszych osób. Rozumiem, że hałas generowany przez dzieci przeszkadza.

Nie rozumiem tylko jak może przeszkadzać, kiedy nas nie ma (dzieci w przedszkolu) albo sytuacja z zeszłego roku, nie było nas 3 tygodnie (pojechaliśmy na wczasy). Sąsiadka przyszła do nas ze skargą, że od rana do nocy było słychać od nas wrzaski. A przyszła do nas, bo zauważyła nasz samochód na dworze, a wcześniej go po prostu nie było, bo i nas nie było.

sąsiedzi dzieci

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (157)