Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#88020

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Przepraszam, jeśli historia okaże się niespójna albo pojawią się w niej błędy - traktuję ten wpis jako formę terapii, ale jestem potwornie zdołowana i chciałabym wyrzucić z siebie wszystko, co się we mnie kłębi więc nie gwarantuję wysokiej jakości wpisu... Jeśli komuś na tym zależy, niech po prostu ominie.

W moim życiu dominowały te gorsze dni- zdążyłam się przyzwyczaić, że szczęście nigdy nie trwa wiecznie. Przetrwałam nieszczęśliwe dzieciństwo, w 5-tym roku życia samobójstwo popełnił mój ukochany wujek porzucony przez żonę, gdy miałam lat 7 zmarł mój ojciec, od śmierci wujka nadużywający alkoholu.

Od tamtego czasu moja matka nie umiejąca poradzić sobie z życiem wypełniła moje swoim nałogiem alkoholowym i kolejnymi partnerami, przy czym nie potrafiła pozostać im wierna co skutkowało awanturami, libacjami, kolejnymi partnerami...

Dziadkowie, którzy starali się bym wyrosła na ludzi odeszli gdy miałam lat 14, miesiąc po miesiącu. Przeżyłam to bardzo ciężko, ale życie toczyło się dalej. Moja matka staczała się coraz niżej, by po uzyskaniu przeze mnie pełnoletności sięgnąć zupełnej patologii - do pracy udawała się pijana, wracała i sprowadzała coraz to nowych facetów, choć oficjalnie przebywała w związku z jednym z nich - było mi go żal, ale był świadom tego, co się dzieje - chyba nikt na moim osiedlu nie miał złudzeń, jak wygląda prowadzenie się mojej matki.

Ja w międzyczasie przechodziłam własne dramaty - pierwszą wielką miłość, która okazała się totalną pomyłką, bo chłopak którego pokochałam miał narzeczoną ale mimo to umawiał się ze mną, później po pozbieraniu się poważny związek, w którym również byłam oszukiwana, a chłopak umawiał się z koleżanką z pracy- mimo, że na spotkania rodzinne i ze znajomymi zabierał mnie...

Wtedy poznałam mojego obecnego męża. Miałam 20 lat, nie był zupełnie w moim typie, ale miałam dość zawodów - szukałam kogoś, komu mogłabym zaufać. Zapewniał mnie o miłości, miał mi nieba przychylić - postanowiłam dać mu szansę. Jego rodziców irytowało szybkie tempo naszego związku, denerwowali się gdy zabierał mnie do siebie - postanowiliśmy więc zamieszkać razem, po ledwie miesiącu znajomości. Zarabialiśmy niewiele, niewiele też wiedzieliśmy o samodzielnym życiu - uczyliśmy się stopniowo, wiele razy brakowało nam do pierwszego mimo, że to ja byłam tą rozsądniejszą, która nigdy nie mogła liczyć na nikogo- ale powoli wychodziliśmy na prostą.

Po roku wzięliśmy ślub cywilny.
Kupiliśmy mieszkanie za odstępne w kamienicy i psa, o którym mój mąż marzył od dzieciństwa, ale nigdy nie dostał. Czułam się szczęśliwa, mimo że żyliśmy na 30m w starym budownictwie, ale mieliśmy siebie i psa, którego pokochaliśmy, stabilne prace- żyliśmy spokojnie.

Dostawaliśmy też awanse w pracy. W pewnym momencie nasza stopa życia wzrosła, stać nas było, żeby wyjść na imprezę, kupić sobie nowe rzeczy, wyjechać na wakacje czy coś odłożyć - można było w końcu odetchnąć. Mój mąż zaczął przebąkiwać o kupnie domu, na co nie chciałam się zgodzić, bo nadal nie uważałam że nas stać.

W końcu uległam namowom i kupiliśmy dom. Mój mąż zarówno domem, jak i psem zajmował się tyle o ile. Ciężko było namówić go na spacer, nagle mycie okien stało się wyłącznie moim problemem. Mąż uwielbiał zapraszać gości, nie mając ochoty ani przygotowywać jedzenia, ani sprzątać codziennego bałaganu. W międzyczasie mój awans wiązał się z podjęciem studiów zaocznych, więc prawie każdy weekend zaczęła wypełniać szkoła.
Czułam się wykończona - fizycznie, psychicznie, ale wciąż starałam się, żeby mój mąż nie odczuwał tego nadmiernie. Gotowałam, sprzątałam, robiłam zakupy - starałam się też być kochanką, przyjaciółką, chodziliśmy do znajomych, jeśli miałam zajęcia, odbierałam go ze spotkań na które jeździł sam, dawałam z siebie tyle, ile byłam w stanie.

W pewnym momencie miałam wrażenie, że coś przestaje działać... Gdy coś opowiadałam, miałam wrażenie, że nie słucha. On też już coraz rzadziej mówił i pisał do mnie w sprawach innych, niż codziennych. Kładłam to na karb napięcia - wzrósł mu zakres obowiązków, napięcie, ciągłe nadgodziny i moje ciągłe zajęcia powodowały, że starałam się przeczekać gorszy moment. W końcu przeżyliśmy razem 10 lat, więc czemu mielibyśmy nie dać rady z przejściowymi kłopotami...? Tyle razy słyszałam, że jestem kochana, że czułam się bezpiecznie.

Trzy tygodnie temu usłyszałam, że ma wrażenie, że żyjemy obok siebie, że jest tym zmęczony i nie wie, czy chce to ciągnąć.
Zrobiłam rachunek sumienia. Od jego poprzedniej delegacji tylko ja się w związku starałam. Tylko ja próbowałam naginać moje różnice charakteru, żeby dać mu codzienny komfort- trzymałam mój introwertyzm na wodzy, starałam się choć kawałkiem dzielić jego pasje, szukać czegoś, co dawałoby radość nam obojgu. Postanowiłam, że spróbuję mocniej - przecież 10-letni związek jest wart każdego wysiłku, prawda?

Dziś dowiedziałam się, że już dłużej nie może. Weekend spędziliśmy u teściów. Codziennie wychodził na kilka godzin, teściowa płakała bo czuła, że coś jest nie tak, ja czułam, że jest źle ale ciągle chciałam wierzyć w mojego męża. Dziś oznajmił, że to koniec - w końcu dowiedziałam się, że zdradzał mnie. Myślę, że długo dłużej niż te trzy niepewne tygodnie, gdy nadal trzymał mnie we złudzeniach. Być może od delegacji pół roku temu, ale nie miałam już siły dopytywać.

Łaskawie oznajmił, że nie muszę się wyprowadzać z wspólnego domu. On jedynie prosi, bym nie robiła "szumu" w naszej wspólnej pracy (nowa ukochana też tam pracuje). Nawet zostawił mnie, bym mogła odzyskać spokój i pojechał do cioci.
A ja zastanawiam się, jak to możliwe, że uważając się za w miarę inteligentną osobę, straciłam najlepsze 10 lat mojego życia na kogoś takiego?

Jestem martwa w środku i nie wiem, jak mam dalej żyć jeśli jedyny człowiek, któremu ufałam skrzywdził mnie tak bardzo.

Małżeństwo

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (206)

#88005

~estec ·
| Do ulubionych
Na podstawie: https://piekielni.pl/87993

Na podstawie swoich życiowych doświadczeń uważam, że nabijanie się z ludzi otyłych (o ile nie są otyli nie ze swojej winy, tylko np. z powodu choroby czy terapii hormonalnych) nie jest takie do końca złe.

W gimnazjum miałem nadwagę. Do pracy nad swoją sylwetką zmotywowały mnie drwiny kolegów podczas przebierania się w szatni przed w-fem i teksty w stylu: "Bartuś ma lepsze cycki niż połowa dziewczyn z klasy hue hue".

Wziąłem się za siebie i do technikum poszedłem już z może nie rewelacyjną, ale dobrą, nieco umięśnioną sylwetką. Nie było drwin kolegów, koleżanki patrzyły inaczej. Przyzwoitą sylwetkę trzymałem do końca studiów. Potem nadszedł kolejny kryzys- po studiach dostałem prace biurową, kupiłem swoje auto. Na studiach dojeżdżałem autobusami i robiłem ok. 5 km. dziennie (z domu na przystanek, z przystanku na uczelnię, i w drugą stronę). Siedzący tryb życia i brak ruchu zrobiły swoje- upasłem się.

Opamiętałem się dopiero kiedy obejrzałem zdjęcia z wypadu na Mazury. Od września poszedłem na odpowiadające mi zajęcia sportowe, zwróciłem większą uwagę na to, co jem, i znowu wypracowałem przyzwoitą sylwetkę.

Od tamtej pory staram się kontrolować swoje odbicie w lustrze. Doceniam to, kiedy bez zadyszki wchodzę na drugie piętro, lub bez problemu kupuję ciuchy. Kiedy widzę, że jest coś nie tak, to mówię sobie: "Bartuś, mniej fast foodów, więcej ruchu"

I tu dochodzimy do sedna- najbardziej drażnią mnie głosy mamy i ciotek "Przecież jesteś szczupły..."
- Bartuś, tak mało zjadłeś, zjedz jeszcze.
- Nie dziękuję, już się najadałem.
- No jedz, przecież szczupły...
I głos mojej mamy z boku: "On i w domu tak mało je..."

Czyli co, skoro jestem szczupły (chociaż moim zdaniem nie jestem- po prostu nie mam nadwagi) to mam jeść tyle, aby się upaść, a potem męczyć ze zrzuceniem dodatkowych kilogramów? Niestety- kilogramy idą łatwo tylko w jedną stronę, wiem cos o tym.

Najbardziej drażni mnie z tą gadką jedna ciocia, i już nie raz miałem na końcu języka "To co, mam się spaść jak Mariusz (jej syn) i potem narzekać, że mnie kręgosłup boli?"
Mariusz ma znaczną nadwagę i od 2 czy 3 lat co jakiś czas narzeka na ból kręgosłupa. Niby próbuje się odchudzać, ale jest to dosyć komiczne. Na przykład: Mariusz ogranicza węglowodany, więc nie je chleba. To nic, że zje na kolację cały garnek bigosu- ważne, że bez chleba. A potem siądzie przed tv z browarkiem w ręku.

Tak więc zgadzam się z koleżanką opisującą historię wspomnianą na początku- sylwetka to bardzo drażliwy temat.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (118)

#88012

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłem sobie jakiś czas temu raspberry pi, które niestety przyszło do mnie uszkodzone. Naderwany port USB i przerwane dwie linie na płytce. Nic czego nie mógłbym naprawić sam, ale wychodzę z założenia, że jak kupuję jakiś produkt to nie mam zamiaru go na starcie naprawiać, aby w ogóle móc z niego skorzystać. Moja wina, że nie sprawdziłem towaru przy kurierze, przez to musiałem bawić się w reklamowanie produktu.

Zacząłem od telefonu do sklepu. Po wyłożeniu sprawy miła pani poprosiła mnie o wysłanie do nich sprzętu na ich koszt. Tak zrobiłem i zapomniałem o sprawie na o wiele dłużej niż 14 dni roboczych ustawowo przeznaczonych na odpowiedź. Po około dwóch miesiącach przypomniałem sobie o nieszczęsnej malince i postanowiłem sprawdzić skrzynkę mailową czy nie dostałem jakiejś odpowiedzi. No i okazało się, że nic nie mam.

Postanowiłem po raz kolejny zadzwonić do sklepu. Odebrała ta sama miła pani i poinformowała mnie entuzjastycznie, że reklamacja nie została uznana ze względu na uszkodzenia mechaniczne. Fakt takie uszkodzenia były i z tego co się orientuję mogą mi z tego powodu uwalić reklamację, ale miałem asa w rękawie. Otóż minęło o wiele więcej niż 14 dni roboczych od wniesienia reklamacji i według ustawy oznacza to, że reklamacja jest w takim przypadku uznawana za przyjętą i muszą albo naprawić albo wymienić płytkę. Poinformowałem o tym fakcie miłą panią, która o dziwo nagle przestała być taka miła i sympatyczna. Poinformowała mnie, że nie mam racji, że w systemie jest reklamacja nieuznana i najlepiej gdybym nie przeszkadzał jej więcej w reflektowaniu własnej egzystencji. Jedną burzliwą wymianę argumentów, rozmowę z kierownikiem i straszenie rzecznikiem praw konsumenta później okazało się, że jak najbardziej mam rację i sprzęt zostanie wymieniony i przyjdzie do mnie za maksymalnie 4 dni robocze.

Dni od ostatniej rozmowy minęło nie 4 a 10 a ja nadal nie miałem mojej upragnionej maliny, więc odbyłem kolejną rozmowę telefoniczną z bardzo miłą panią, której pozwolę sobie nie opisywać gdyż jej przebieg był prawie identyczny jak za pierwszym razem.

Jednak tym razem udało się. W końcu kurier dostarczył moją płytkę. Nauczony doświadczeniem postanowiłem komisyjnie sprawdzić sprzęt przy dostawcy i co? I dupa... Odesłano do mnie dokładnie tą samą płytkę bez dokonania jakichkolwiek napraw. Port USB jak był naderwany tak jest nadal, ścieżki jak były przerwane tak są nadal. Paczki nie przyjąłem i wykonałem telefon numer 4, który odebrała dobrze nam znana miła pani, która po usłyszeniu mojego głosu z automatu przestała być taka miła. Po wyłożeniu powodu mojego kontaktu, pani się oburzyła i stwierdziła, że to niemożliwe bo ona osobiście pakowała nowy egzemplarz, który miał zostać do mnie wysłany. Po kolejnej wymianie argumentów i jednym małym straszaku w postaci rzecznika praw konsumenta, pani zgodziła się sprawdzić paczkę jak tylko do nich dotrze i niezwłocznie powiadomić mnie, że wszystko jest dobrze i zawracam im tylko gitarę.

Więc poczekałem tydzień i gdy byłem pewien, że paczka na bank już jest u nich, wykonałem telefon numer 5. Bardzo miła pani, która z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie była już taka miła stwierdziła, że jestem niepoważny gdyż ona ma paczkę zaraz koło siebie i widzi, że z malinką jest wszystko ok. Gdy poprosiłem ją by zrobiła zdjęcia tej płytki i przesłała je do mnie, stwierdziła, że to niemożliwe. Za to ona pakuje płytkę i wysyła ją do mnie w trybie now. I mam się cieszyć, że nie obciążają mnie kosztami wysyłki. Łudziłem się, że tym razem uda im się wysłać sprawną malinkę...

Przed chwilą był u mnie kurier. Jak już się pewnie domyślacie, w paczce przyszła do mnie po raz kolejny dokładnie ta sama płytka z uszkodzonym gniazdem USB i zerwanymi ścieżkami. To już nie jest ani odrobinę zabawne. Przed chwilą zebrałem paczkę z całą korespondencją mailową, nagranymi rozmowami i zdjęciami płytki po każdym jej odebraniu i przed każdym wysłaniem. Nie mam zamiaru bawić się w kolejną rozmowę z bardzo miłą panią zamiast tego utnę sobie pogawędkę z rzecznikiem praw konsumenta.

A ja chciałem tylko dokończyć moją retro konsolę...

sklepy_internetowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (161)

#88011

(PW) ·
| Do ulubionych
Umiejętność czytania ze zrozumieniem zanika w zastraszającym tempie.

Jestem krwiodawcą. Od początku pandemii staram się oddawać krew regularnie.

W tym samym budynku znajduje się punkt pobrań do badań covidowych. Na drzwiach wisi informacja, że wejście do punktu jest z drugiej strony budynku. W przedsionku stoi żołnierz z WOT-u, który mierząc temperaturę pyta każdego, po co przyszedł. "Oddać krew" - OK, ankieta, dezynfekcja, zapraszamy. Po czym osoba, deklarująca chęć oddania krwi podchodzi do rejestracji i uściśla cel swojego przybycia "Oddać krew do badania na Covid".

Za każdym razem, kiedy tam jestem powtarza się ten sam scenariusz. Nie wiem, czy ludzie naprawdę nie potrafią przetworzyć prostej informacji, czy przeczytanie jednego zdania to taki wysiłek, że lepiej zmarnować czas i miejsce w kolejce.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (158)

#88008

~ApropoWafi ·
| Do ulubionych
A propos wagi.

Mam 170, waga zawsze przeciętna, kobieca sylwetka, ani za gruba, ani za chuda. Waga koło 60 kg.

1.Po studiach, w ciągu roku, utyło mi się 14 kg. Nawet nie przez jakieś wielkie objadanie się, ot praca siedząca, brak sportu. Nie jest to jakieś bardzo drastyczne przybranie na wadze, może początki nadwagi, ale jest odczuwalne - ciuchy nie pasują i... komentarze bolą. Zwłaszcza te od matki.

"Masz 26 lat a wagę masz większą, niż ja po 2 ciążach"

"To nie tak, że wyglądasz źle, ale jeśli będziesz tak przybierać, to po 30stce, będziesz wyglądać, jak słoń"

Do tego szereg utykań, przy posiłkach, głupi kawałek ciasta po obiedzie, kończył się uwagą w stylu "po ciąży, będziesz ważyła 90".

2. Jako, że źle mi było z dodatkowymi kilogramami (głównie z powodu ciuchów), zabrałam się za siebie. Ot, zaczęłam spacerować, potem fitness, potem siłownia i w ciągu roku 14 kg spadło i sylwetka mocno się zmieniła. W takim sensie, że ważyłam wciąż więcej, ale byłam szczuplejsza niż dawniej. Zachęcona, dalej łaziłam na siłownię i ciało zrobiło się bardziej szczupłe i jakby bardziej umięśnione.

"Wiesz, że faceci nie lubią tak chudych kobiet?"

"Boże, jaka Ty jesteś chuda, w anoreksję wpadniesz!"

"Boże, same kości, kto lubi kości!"

i moje ulubione:

"Dawniej, miałaś taką śliczną, kobiecą sylwetkę, a teraz to taki cherlak".

Morał: Nigdy nikomu nie dogodzisz, olej głupie komentarze i skup się na tym, co masz zrobić.

Waga rodzina

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (174)

#87975

(PW) ·
| Do ulubionych
Nawiązanie do historii #87969 czyli "Kierownik, teściowa i laptok" ciąg dalszy epizod 3 ;-).

Dalsza ciotunia małżowinki poprosiła o dosłanie świeżych zdjęć rodzinnych mailem. Tę odpowiedzialną misję mi powierzono. Zrobiłem z fotografii zgrabny katalog z opisami, datami komentarzami, stroną tytułową i inne takie fanaberie, aż mi się to zaczęło podobać. Standardowo umieściłem go w chmurze, link wklejony do maila i... palec zawisł nad komendą "wyślij".

Myślę sobie - warto załączyć jeszcze szersze grono rodzinne jako adresatów, niech mają, a ja chwalon będę po wsze czasy.
I poszło wklepywanie adresów: druga ciotka, wujek Kazek, siostra wujka, kuzyn Edek, wujek szwagra... i teściowa.
Wysłane. Zacieram rączki i czekam na spływające gratulacje, "aby przynależną cnotliwym chwałą i powszechną miłością okryty chodził".

Przeczucie mnie nie zawiodło, było wiele ciepłych telefonów z podziękowaniami i ciekawych wspominek, aż do SMSa od mamuni o treści w wolnym tłumaczeniu: "Ty głąbie tępawy! Do ciotki Elizy miałeś to wysłać, a nie do mnie!".

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (173)

#88017

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam takiego znajomego, który interesuje się historią drugiej wojny światowej, a konkretnie nazistowskimi Niemcami. Zebrał pokaźną kolekcję przeróżnych rzeczy z tamtych czasów. Jeden z pokojów dosłownie przerobił na muzeum. Ma kilka mundurów SS i Wehrmachtu na manekinach, na ścianach flagi Trzeciej Rzeszy, symbole i insygnia SS, plakaty propagandowe, a także masę wszelkich przedmiotów codziennego użytku pochodzących z nazistowskich Niemiec, jak kubki czy talerze ze swastyką, klamry do pasów, itp.

Któregoś dnia przyszła do niego policja i grzecznie zapytali, czy mogą się rozejrzeć, bo dostali donos, że tu mieszka neonazista i ma broń.

Kolega ma w swojej kolekcji także broń, ale wszystko pozbawione trwale cech użytkowych, więc legalne. Policjanci obejrzeli wszystko i pojechali, a w ciągu ostatnich 5 lat byli kilka razy.

Kolega nie opowiada o swoim hobby i tym bardziej nie pokazuje swojej kolekcji byle komu (ludzie nie rozumieją, że interesowanie się historią nazistowskich Niemiec nie jest jednoznaczne z byciem nazistą), więc donosy musiały pochodzić od kogoś z jego bliskiego otoczenia.

Co jest z ludźmi nie tak?

donosiciele

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (192)

#87968

(PW) ·
| Do ulubionych
Klient ma firmę zajmującą się elektryką. I obecnie prowadzi wymianę instalacji w pewnym budynku czyt. wymiana oświetlenia i przeniesienie liczników do piwnicy. No i jak to bywa na takich pracach, jest trochę kucia i wymiany starych kabli. No właśnie.

Nauczony doświadczeniem bierze albo kontener na gruz lub worek na gruz. Pierwszy zamyka na noc na łańcuch, a worki trzyma na przyczepie i odwozi na noc do bazy. Wyjaśnię czemu. W obu przypadkach po chwili wypełnią się one śmieciami mieszkańców. No i miał już przypadki iż po nocy znajdował 3 stare sedesy.
Ale wracając do tematu. Prace trwają i jakiś mieszkaniec dobiega do jego pracownika i mówi iż szabrują mu worek z gruzem.
Co się okazało. Było już sporo starych kabli i na tym leżały cegły. To aby się nie męczyć rozciął ten worek.
Awantura bo taki worek 100 zł kosztuje. Skończyło się policją bo złomiarz nie rozumiał co zrobił źle, przecież leży to biorę.

złomiarze

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (167)
Pracuję w teatrze...
Aktualnie, od ponad roku z krótką przerwą, zdalnie. Trochę to upierdliwe na dłuższą metę, ale przynajmniej w końcu mamy czas na zrobienie wszystkiego tego, czego nie mamy czasu zrobić kiedy teatr działa normalnie.

Z tego samego założenia wyszedł dział księgowości, od którego dostaliśmy jakiś czas temu maila, który można by streścić następująco:
„Pamiętacie spektakl, który zajął nam cały sezon 2018/2019? Wypłaciliśmy kasę producentowi, ale właśnie zauważyliśmy, że brakuje nam prawie 2 milionów euro od dystrybutorów i punktów sprzedaży. Macie tu tabelkę kto ile nam wisi.
Znajdźcie, proszę, te 2 bańki, zanim prezes łby nam poukręca.”

Kiedy już kolektywny karpik nam przeszedł, zaczęliśmy się zastanawiać, jak to w ogóle możliwe, że dopiero teraz zauważyli, że brakuje im 2 baniek w kasie. Że nasi księgowi są mało ogarnięci, to wiedzieliśmy od dawna. Ale że aż tak?!

Po sprawdzeniu faktur, wymianie tony maili z dystrybutorami i punktami sprzedaży, pierdyliardzie burz mózgów na Teamsie, kilku awanturach - bo, umówmy się, są lepsze rzeczy do roboty niż szukanie potwierdzeń przelewów sprzed 2-3 lat, a następnie dopasowywanie ich wspólnymi siłami do konkretnych rezerwacji - razem z moimi kolegami doszliśmy do wniosku, że, owszem, brakuje kasy. Ale nie 2 baniek, a mniej niż 1/4 tej sumy. Udało nam się odzyskać brakujące pieniądze.

A skąd w księgowości wzięła się taka suma?
Przelewy w końcu przychodziły na czas, ale nikomu nie chciało ich się odpowiednio przypisywać do faktur, które wystawialiśmy regularnie i które wysyłaliśmy do księgowości, żeby się te dwa biedaki nie pogubiły. Okrągłe sumki ze sprzedaży biletów i innych atrakcji widniały więc na koncie, ale nikt w księgowości nie zadał sobie pytania skąd ta kasa im wpływa i do którego spektaklu trzeba ją przypisać. Ot, poduszka finansowa.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (150)
Jestem kierownikiem pociągu.

Na niektórych pociągach pospiesznych jest prowadzona sprzedaż z tzw. wózka mobilnego. Od pracownika WARS można kupić kawę, herbatę lub drobne przekąski. Pojawiają się oni na części trasy i obsługują w ciągu swojej zmiany kilka pociągów. Mają też obowiązek zgłoszenia się do mnie w celu potwierdzenia swojej obecności na pociągu.

Na jednej ze stacji zgłosił się do mnie jeden młody chłopak. Jako, że byłem zaopatrzony we własną kawę i we własny kubek (ponieważ z tych rzeczy są oni rozliczani) poprosiłem go jedynie aby zalał mi ją wodą z termosu. W odpowiedzi usłyszałem
- 2 złote!
Momentalnie ochota na wypicie kawy mi przeszła. Podbiłem jego dokumenty i poszedł on dalej.

W pociągu, który prowadziłem jechał pan Kontroler. Przyłapał go on na tym, że nie dość, że sprzedawał produkty bez wydawania paragonu, to jeszcze w "niefirmowych" kubeczkach. Oznaczało to, że oszukiwał pracodawcę oraz państwo i pieniądze zabierał dla siebie. I pewnie był to już ostatni dzień jego pracy.

O przeprowadzanej kontroli wiedziałem i nawet zamierzałem go o tym poinformować. Tylko po akcji z wodą jakoś mi przeszło.

kolej

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (161)