Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85622

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie wiem, czy piekielne czy po prostu znak naszych czasów....

Zastępowałam dziś kolegę w knajpie jako kelnerka/barmanka. Ruch nie był duży, więc miałam trochę czasu na przyglądanie się ludziom. W pewnym momencie weszła trójka ludzi tak na oko ok. 30 lat, może ciut ponad - pan i dwie panie. Podeszłam, podałam menu, państwo od razu zamówili piwo i powiedzieli, że się zastanowią, co dalej. Podałam piwo i dostałam informację, że to na razie wszystko. Po otrzymaniu napojów cała trójka wyciągnęła telefony i zapatrzyła się w ekraniki smartfonów. Ok. Ich prawo :-)

Kręciłam się po sali przyjmując i przynosząc inne zamówienia, a że wspomniani państwo siedzieli niemal na środku sali, to siłą rzeczy wciąż ich miałam "na widoku". Cały czas nieruchomo zapatrzonych w telefony. Po jakimś czasie pan poniósł się, żeby zamówić kolejne piwa. Jak je podawałam, nie wszyscy oderwali twarze od telefonów, chociaż "dziękuję" powiedzieli wszyscy ;-)

Żeby było zabawniej w pewnym momencie sala opustoszała i państwo zostali sami. I zapanowała niemal idealna cisza (niemal, bo cichutko grała muzyka). I tak przez jakieś pół godziny. Czułam się trochę dziwnie :-)

Potem państwo się zabrali i wyszli.
I najwięcej z tego wszystkiego odzywał się pan - dwa razy zamawiał piwo, a na końcu płacił, więc siłą rzeczy mówił do mnie.

Czy tylko dla mnie kuriozalne jest pójście do knajpy na piwo, żeby zbiorowo i w milczeniu pogapić się w smartfona? I zaznaczam, że nie koloryzuję, państwo spędzili u nas ponad godzinę i nie rozmawiali ze sobą. Od pewnego momentu specjalnie zwracałam na to uwagę.

gastronomia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (55)
poczekalnia

#85619

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Market budowlany - moje miejsce pracy, takie cudowne...

Siedzę sobie(J)a przy komputerze i klepię zamówienia. Przed biurkiem staje (K)lient i tako rzecze:
(K): Cement!
(J): Dzień Dobry, co cement?
(K): No, cement!
(J): Woda.
I dalej klepię zamówienie.
(K): Niech pan w końcu pokaże gdzie jest cement?
(J): A... no tutaj na przeciwko.

Sami oceńcie, kto był bardziej piekielny.

market budowlany

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (53)
poczekalnia

#85618

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytając historię #85592 Astora, przypomniała się historia mojej żony.
Żona ma koleżankę, na potrzeby historii niech będzie (F).
Notoryczne spóźnianie się o godzinę, półtora na spotkania organizowane przez paczkę znajomych żony to norma. Tłumaczenia były zawsze:
- młody zachorował,
- szef kazał dłużej zostać, itp.
Ale ostatnio (F) przeszła samą siebie. Organizowała swoje urodziny, nieważne które. Zamówiła stolik w luksusowej knajpce, zaproszone były 4 koleżanki, w tym moja żona.
I zgadnijcie co. Nie, nie spóźniła się...

Wogóle nie przyszła...

P.S. Tłumaczenie jak zawsze idiotyczne - zapomniała, mimo że dzień wcześniej wszystko potwierdzała.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (57)
poczekalnia

#85617

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Siedzę na L4, wszystkie okna w domu uchylone. Na wprost okien plac zabaw i ''siłownia''. Słyszę cienkie głosiki drących się dzieci. Norma. Tyle że po wsłuchaniu się w te głosiki słyszę nagle ''POJE*AŁO CIĘ?!?!?!'' Wyjrzałam zaciekawiona, a tam na siłowni 3 chłopaków lat maksymalnie 10 buja się na sprzętach na zasadzie ''kto mocniej/wyżej''. Dzieci z plecakami, w wieku wczesnoszkolnym drą się na środku osiedla używając wulgaryzmów.
Moja wiara w dzisiejsze pokolenie spada, tyle że to nie wina samych dzieci, a wychowania. Rodzice, litości!

wychowanie

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 11 (51)
poczekalnia

#85616

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytając w wylosowanych https://piekielni.pl/54379 przypomniała mi się moja historia.
Na pierwszym roku studiów miałam operację kolana (4 więzadła). Gdy mogłam już chodzić o kulach dalej niż do WC to wróciłam na uczelnię, dostałam jednak zwolnienie z WF-u do końca roku. Tak, na niektórych kierunkach jest WF. Po co? Nie wiem. Facet od tego przedmiotu stwierdził, że nie przyjmuje zwolnienia, bo ''patrz, ja jestem starszy o 30 lat i chodzę, skaczę, mogę zrobić przewroty i inne ruchy, a ty taka młoda i mi mówisz, że nie możesz chodzić''. Nie przeszkadzało mu, że przyszłam o 2 kulach, torbę niosła koleżanka, w zębach miałam zwolnienie a na nodze stabilizator od pachwiny po kostkę.
Oczywiście sprawa zgłoszona do dziekanatu, koleżanka nosząca mi torbę była jako świadek. Facet dostał chyba jakieś porządne upomnienie, bo nie odpowiadał mi na dzień dobry, ale pracy nie stracił.
PWSTE w podkarpackim

nauczyciel z powołania

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (55)
poczekalnia

#85615

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Co do zachowań na drodze i wyprzedzania...

Krótki rys sytuacyjny. Tam gdzie mieszkalam na tamten moment, moje auto było dość rozpoznawalne, potrafiłam w poniedziałek usłyszeć, że byłam tam i tam w weekend, bo auto.
Do pracy miałam około 10 km ekspresówka. Pracował ze mną pewien 'rosjanin' (mówią po rosyjsku ale jak powiesz że z Rosji to się obrażają) z którym miałam dobre relacje do momentu kiedy coś mu się nie spodobało i zaczął mi dogryzać. Póki to były bzdury nie utrudniajace pracy miałam to gdzieś.

Wychodzę pewnego dnia z pracy i wracam do domu, dojeżdżam do BMW od wyżej wspomnianego, jedzie 80km/h, dopuszczalna jest setka więc zaczynam wyprzedzanie. Zrównałam się z nim i jak na liczniku miałam już 120 to zdecydowałam że odpuszczam, bo jechaliśmy równo. Ja w hamulec i kierunek żeby wrócić za niego a... On też hamuje! Moje auto jest cięższe więc jakbym nie zareagowała to bym go zepchnęła do rowu.

Facet mógłby być moim ojcem, ale żeby mi dogryźć ryzykuje do tego stopnia. W ramach 'zemsty' kilka dni później w pracy opowiedziałam historię, że się go boje, że jeśli on chce się zabić to ok, ale ja konfliktów z pracy nie wynoszę po za nią. Zadziałało, do końca trzymał się na dystans. Rozmowy zdawkowo-sluzbowe.
Najlepsze jest to, że do dzisiaj nie wiem za co się obrazil. Dobrze, że już tam nie mieszkam i nie pracuje.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 16 (26)
poczekalnia

#85613

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie krótki apel do kierowców z uwagi na dzisiejszą sytuację, która skłoniła mnie do napisania tego tekstu.

Droga krajowa, prędkość dopuszczalna 90 km/h, prosty odcinek, nawierzchnia sucha, południe, dobra przejrzystość powietrza.

Jadę zgodnie z przepisami, tuż przede mną jedzie jeden pojazd, za mną kilka. Jeden z mocno zniecierpliwionych kierowców jadących za mną w Oplu Astra rozpoczyna manewr wyprzedzania, wyprzedza mnie, a następnie próbuje to zrobić z kolejnym pojazdem. Tymczasem "Janusz" jadący przede mną nie odpuszcza i dociska pedał gazu uniemożliwiając kierującemu wyprzedzenie go. Z naprzeciwka w szybkim tempie zbliża się rozpędzone BMW i mknie prosto na czołówkę. Nie wiem czy mężczyzna, który wyprzedzał zgrzał się, ale mi obserwatorowi na widok tego zdarzenia było gorąco. Do kolizji finalnie nie doszło, bo kierujący Astrą wydusił całą moc z auta i z powodzeniem zdążył opuścić przeciwny pas, choć w niewielkiej odległości od nadjeżdżającego BMW. Od bycia świadkiem tragedii dzieliły mnie sekundy.

Jakby tego było mało sytuacja powtórzyła się około dwie godziny później, na innej już drodze z udziałem innych uczestników. Tam też kierujący uniknęli zderzenia.

Moja prośba i apel do kierowców:
Wyprzedzanie jest jednym z najbardziej niebezpiecznych manewrów na drodze. Jeśli jakiś pojazd rozpoczął wyprzedzanie Was, zdejmijcie nogę z gazu i pozwólcie mu go wykonać jak najszybciej, by powrócił na właściwy pas jezdni. Prawdopodobnie zaraz zniknie Wam z oczu, bo pogna dalej, ale być może dzięki prostej czynności uratujecie nawet kilka istnień ludzkich.

#nadrodze #kierowcy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (43)
poczekalnia

#85611

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Znowu wracam do szkoły w pojunkierskim pałacyku nad jeziorem. Szkoła istniała zaledwie dwa lata, mój poprzednik oddalił się w nieznaną dal przed końcem roku szkolnego, a ja byłem młody i ambitny. Po uporządkowaniu zaszłości typu kreda, żarówki i węgiel zaksięgowanych jako środki trwałe i, na żądanie statystyki, policzeniu zbiorów jabłek w przyszkolnym sadzie w rozbiciu na gatunki i sposób wykorzystania, postanowiłem szkołę osadzić historycznie w istniejącym kontekście. W tym celu zwołałem Komitet Rodzicielski.
Historia pierwsza (uwaga, może być nieco ... mało śmieszna jako całość). Zapytałem szanownych rodziców, czy w bliskiej okolicy nie ma jakichś pomniczków z przeszłości, kamieni pamiątkowych itp. Padła odpowiedź: "No tam za polem ...... jest taki pomniczek. Tam, wiedzą panie, jak ruskie przyszły, to tam młodą dziewczynę od tych tam, za drugim jeziorkiem, złapały i zamolestowały. To tam i pomniczek stoi". No nie były to jeszcze czasy na głośne wspominanie o takich tragediach. Co by na to gminny komitet przewodniej siły powiedział...
Historia druga. Szkoła była młoda, a ja ambitny i zamarzył mi się patron dla placówki. Informuję o tym komitet rodzicielski i silnie starszy gość (więc mógł pamiętać, co trzeba) mówi: "A derektorze, a tu, w lecie zwłaszcza, to przed wojną takie małe hitlersyny, znaczy gówniarze takie w sraczkowatych bluzkach przyjeżdzały. To dla nich taka szkoła chyba była. A ona podobnież admirała Canarisa (mówione przez C) była, to i po co zmieniać. A i niech zostanie jak było". Tu opuściłem na chwilę szanowne zgromadzenie, bo nie mogłem pokazać, że łzy mi się z oczu sypią jak grochy. Ze śmiechu oczywiście. A komitet miałem fajny. Pomost nad jeziorem zbudowali i dzieciaki miały WF z pływaniem (już to widzę w dzisiejszych czasach) i rzepak uprawili na gruntach szkolnych (sprzedało się to potem i było trochę kasy dla szkoły). Ech, było i nie wróci...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (76)
poczekalnia

#85609

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Losując historie, trafiła się między innymi taka, w której opisywano "dokarmianie" zwierzątek pod blokiem (zazwyczaj śmieciami). Historyjka ta przypomniała mi o pewnym babsku, z którym miałam styczność.

baba w okolicach półwiecza, prezentująca absolutny beton umysłowy - miała jakieś swoje wyssane z palca "prawdy objawione" i wszelkie tlumaczenia, że coś w tych jej "prawdach" jetst jednak nie teges, odbijały się jak grochem o ścianę.

Babsko prezenowało się jako "wielka milosniczka zwierzat" i jako niby taka - przybyła do schroniska pracować. Pech chciał, że przydzielono ją jako pomoc do mojego rejonu - czyli kociarni (kwarantanna + szpital).

Jednym z elementów sprzątania to wywalanie żarcia, które zostało z popredniego dnia - babka już praktycznie na samym początku wyskoczyła do mnie z prośbą, żebym to żarcie pakowała do osobnego wora, to ona je zabierze "żeby pod blokiem ptaszki dokarmiać". Chwalebne, że nie chciała by żarcie się marnowało? Takiego wała! Koci szpital w schronisku to w 99% choroby zakaźne. Króluje koci katar - w zmutowanych wersjach, odpornych na leki, zdarzają się rzuty panleukopenii - czyli przykladowo trafilo sie na kwarantannie - gdzie koty sa luzem - z 22 przeżyły dwa (tylko dlatego, że okazały się odporne). Bywają również przpyadki zakaźnej białaczki (felv) czy kociego "aids" (fiv).

I ta kretynka zbierała żarcie naszpikowane wirusami i bakteriami - po to by wywalić to przed blokiem. Zadne tlumaczenie, ze robiac to roznosi zarazy nie docieralo "bo ptaki to szybko zjadaja". Nie docieralo, ze nieważne, czy zostanie coś z tego żarcia, czy nie - sam teren gdzie to żarcie wywala staje się skażony.

I tak na koniec - baba chwalila sie nagminnie - bedac z tego autentycznie dumna - ze kota, ktory powinien wazyc 4 kg, spasla do 10kg. Pozniej byla tez wybitnie dumna z tego, ze "uratowala koteczka" - fakt, uratowała bo miał zostać uśpiony - nosiciel fiv + felv. To, ze opchnie wirusy jej drugiemu kotu - jej nie obchodzilo.

Durna baba

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (79)
poczekalnia

#85608

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przeprowadziłam się i wynajmuję od niedawna mieszkanie w bloku. Dużo osób trzyma psy i większość te psy wyprowadza i po nich sprząta. Niestety są i wyjątki.

Wyjątkiem jest tu Pani mieszkająca w mojej klatce, prawdopodobnie kilka pięter wyżej. Pani ta ma psa. Zwierz jamnikopodobny, cichy (jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby szczekał).
Wyjątkowość tej Pani polega na sposobie wyprowadzania swojego pupila na spacer. Pani ta zjeżdża winą z psem (co rozumiem) i siada na ławce, która jest kilka metrów od klatki schodowej. Psa trzyma na standardowej niewysuwanej smyczy, która ma około 1,5m. Pies załatwia się albo jeszcze w windzie i na klatce (siku), albo robi dwójkę wokół tej ławki. Pani siedzi sobie wśród tych odchodów i trzyma pupila na smyczy. Nie robi z nim spaceru wokół bloku; od razu po wyjściu z klatki siada na ławkę. Moczu z windy nie sprząta. Kupy z chodnika tym bardziej nie rusza.

Rozumiem starsze schorowane osoby i to, że rasy ''jamnikowate'' nie wymagają wielogodzinnych spacerów i biegania. Ale jeśli nie masz siły/zdrowia/ochoty sprzątać po swoim psie, to albo nie miej psa, albo zrób dobry uczynek i np. poproś żeby psa wyprowadzało dziecko sąsiadów wzamian za 2 zł na loda. Bo moim zdaniem w domu pies niech się załatwia gdzie popadnie, ale winda, klatka schodowa czy ławeczka to teren wspólny i wypadałoby utrzymywać go w czystości.

Sąsiedzi i ich pupile

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (49)