Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85300

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Po pracy wstąpiłam do kiosku garmażeryjnego po coś na szybki obiad. Miałam słuchawki w uszach, więc średnio zwracałam uwagę na to, co dzieje się przy ladzie, ale po dłuższej chwili dotarło do mnie, że ogonek posuwa się jakoś podejrzanie powoli. Konkretnie - obsługa utknęła na jednej pani.

Pani zażyczyła sobie równo trzy czwarte kilograma pierogów z mięsem i żeby to było 15 sztuk. W tej garmażerce to właśnie około 14-15 pierogów, więc na pozór nic odbiegającego od normy się nie działo. Na pozór, bo pani nie zgodziła się na najmniejsze wahnięcia wagi. Dosłownie najmniejsze - 76 dg - NIE. 74 - NIE. Ekspedientka po prostu próbowała trafić po jednej sztuce w te idealnie 750 gramów. Zabawa trwała na pewno ponad 15 minut. Żadne tłumaczenia - ani obsługi, ani ludzi z ogonka nie docierały. Pierwsze kwitowała "płacę, to wymagam, ma być równo, bo mam wyliczone pieniądze", drugie zbywała "A co się pani wtrąca, z panią nie rozmawiam!".

Kiedy 749 gramów (sic!) zostało odrzucone, bo "za mało", kolejka się zbuntowała i pani usłyszała, że albo natychmiast się oddali w podskokach, albo zostanie oddalona siłami kolejki, bo, cytuję, "normalni ludzie chcą zrobić zakupy, a nie teatrzyk oglądać".

Wzięła te 749 gramów, zapłaciła i w drzwiach rzuciła "więcej do tego chlewu nie wrócę". Mam nadzieję, że dotrzyma słowa, bo lubię tam kupować.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (126)
poczekalnia

#85299

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W jednej z historii pojawiło się pytanie, po co istnieje straż miejska, a w komentarzach powtarzają się głosy o bezsensowności utrzymywania tej "instytucji", bo tylko się czepia babć niesprzątajacych po psach i źle parkujących kierowców. I wiecie co? Jeśli to robią, to popieram ich działania. Pewnie nie ma ich, gdy są potrzebni, ale sam zakres obowiązków dla mnie jest ok.

Parking w centrum miasta. 30 minut krążenia w poszukiwaniu wolnego miejsca parkingowego na dosłownie kilkanaście minut postoju. Brak. Parkuję sporo dalej, niż bym potrzebowała, idę obładowana jak wół i obserwuję jak SM wystawia kolejne mandaty za nieopłacone parkowanie. A wystarczy odholować na koszt takiego cwniaczka, co postawił auto "tylko na godzinkę" i miejsca by były dla tych, co mają 3 zł na parking.

Kwestia druga- sprzątanie po psach.
Osiedle z kilkoma trawnikami, parkami, zielono wokoło. Nie da się przejść ścieżkami, trzeba naginać naokoło chodnikiem, bo wszystko jest dosłownie zas*ane przez psy. Między blokami a placem zabaw regularnie "wyprowadzane" są psy (taki 20-metrowy spacer, a co, niech się wyszaleją po całym dniu w zamkniętym mieszkaniu czy łazience!) i sprząta może 10% właścicieli. Oczywiście na uwagi ze po psie się sprząta krzyk, że to mały pies, że "ja się w gównie babrać nie będę" i że tak w ogóle to nawóz jest i powinnam się cieszyć, że kundel jeden czy drugi zechciał wzbogacić właśnie ten skwer!
A wystarczyłby mandat, potem drugi i nagle znalazłby się kilka złotych na woreczki i chęci mniejsze czy większe do sprzątania.

Dodam, bo niektórzy chyba z czytania z rozumieniem mieli pałę. Nie twierdzę, ze osoby tworzące SM są superbohaterami, w każdym zawodzie są ludzie głupi czy nadgorliwi, piszę o zakresie ich obowiązków i zasadności ich wypełniania...

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (63)
poczekalnia

#85294

~OkrutnaZolza ·
| było | Do ulubionych
Mam teraz 24 lata, ze swoim (od roku) już narzeczonym jesteśmy razem od ośmiu. Oboje z Oskarem bardzo realistycznie podchodzimy do życia i w wieku 21 lat postanowiliśmy wyjechać za granicę.
Nie studiowaliśmy, bo oboje wiedzieliśmy, że studia nam się nie przydadzą. Ja zapalona maniaczka robienia paznokci, on typowa złota rączka, więc chcieliśmy po prostu zarobić na dom (piękną ziemie dostałam w spadku i postanowiliśmy się wybudować) i rozkręcenie naszych biznesów.
Było ciężko, nie powiem, że nie. W polsce zostawiliśmy wszystko, rodzinę, przyjaciół, a tam jedyne co mieliśmy to siebie i nawał pracy bo chwytaliśmy się wszystkiego co się dało.
Pół roku temu wróciliśmy do Polski, stawiamy dom niedaleko mojej rodzinnej wsi (ja chciałam być niedaleko rodziny, a on chciał wyjechać z miasta).
Oboje po powrocie przeżyliśmy mały szok, połowa naszych znajomych w związkach małżeńskich, druga połowa dzieciata, a jedyne co ich łączy to klepanie biedy. Na pierwszym ognisku który zorganizowaliśmy po powrocie 3/4 osób zaproszonych przyszła z dziećmi mimo że zaznaczaliśmy, że to nie miejsce dla nich (niedaleko jezioro, las, chłodno, a do tego dookoła nic prócz jednej altanki) ale okej, nie mój problem jak bombelek zachoruje.
Jednak to co dzieje się od tamtego czasu gdy przyznaliśmy, że lada dzień ruszają prace nad budową i ja już mam lokal (wynajmuję) na swój biznes to jakaś komedia.. kiepska komedia.
1. Koleżanka Anita, bombelek cztery lata, ojciec małego daje jej alimenty ale nie miesza się i nie poczuwa do odpowiedzialności. To, że ona wychowuje dziecko na niedorajdę to jedno (mały sam nawet nie podniesie zabawki tylko w ryk i aż mamusia poda). Anitka według facebooka pracuje jako mama na pełen etat. W praktyce ciągnie każdą zapomogę jaką może i tylko żali się, że pieniędzy nie ma.
Nic dziwnego w tym by nie było gdyby nie to, że Anitka co trzeci dzień jest u kosmetyczki, nosi drogie ubrania (i nie z ciuchlandu, bo to obrzydliwe). Ma telefon z jabłkiem z nowszych modeli, pieszo nie przejdzie 100m bo po co jak może podjechać (jeździ starym benzyniakiem, co od cholery pali).
I Anitka wpadła do mnie do rodziców ostatnio:
A: No bo wy macie tyle pieniędzy, a ja to do gara nie mam co włożyć. Może byście kupili tableta małemu,on bardzo by chciał, a mnie nie stać.
J: Słucham?
A: No wiesz, on potrzebuje do zabawy.
J: Okej, skoro nie ma zabawek to kupię mu klocki.
A: Nie, nie żadne klocki. On musi mieć tableta, ja ci pokażę jakiego.
I pokazała.. najnowszego samsunga.
Odmówiłam i teraz tylko po wsi rozpowiada jaką jestem sknerą.
2. Kolega Janusz. To nie jego imię choć powinien zmienić bo jest typowym Januszem. Pracy się brzydzi, wie najlepiej wszystko, a żyje ze swoją Basiulą od kredytu do kredytu, bombelek dosyć mały bo może z pół roku. Tym razem rozmawiał z Oskarem:
J: Słuchaj bo wiesz my byśmy chcieli, żebyś ze swoją OkrutnąZołzą zostali chrzestnymi Brajanka (niestety imię prawdziwe)
O: No nie wiem, zapytam. Musimy to przemyśleć.
J: Daj spokój, wy macie tyle kasy, co to dla was? Kupicie raz na rok jakiś telefon i będziemy kwita.
ŻE WHAAAT?!
3. Ola, lat 23 mama na pełen etat dwójki bombelków. Żyje w starej chałupinie bez bieżącej wody. Odkąd przyjechałam to zastanawiam się czy te dzieci wiedzą kto jest ich matką. Olka codziennie podrzuca je komuś innemu, a sama jest skupiona na szukaniu potencjalnego dawcy spermy. Rano po łowach, przychodzi i odbiera dzieci.
Żyje z alimentów i innych zapomóg.
O: Ty, OkrutnaZołza pożyczyłabyś mi parę stówek. Wy tacy bogaci, a ja z dwójką dzieci nie daje już rady.
J: Coś się stało? W domu coś nie tak? Wiesz, mogę poprosić Oskara żeby wpadł tam ci coś pomóc (oby nie tylko zrobić kolejne dziecko)
O: Nie nie, ale wiesz ja idę w piątek na imprezę i nie mam z kim dzieci zostawić, na opiekunkę mi trzeba.
AŻ TYLE?
J: A to mama nie zostanie?
O: Ta stara k&$#a powiedziała, że mam dorosnąć i sama zajmować się dziećmi. Ona nie rozumie, że ja to robię dla ich dobra!
J: Yyy... (konsternacja). No to ja zostanę z nimi ten jeden wieczór.
O: Ale wiesz.. ja to bym chciała jeszcze sukienkę jakąś. Wiesz, nie każda ma takiego Oskara jak ty. Inne kobiety muszą sobie inaczej radzić..
Ilość osób która zwróciła się do nas po pieniądze na wieczne nieoddanie przerosła nasze oczekiwania. Jak nie na kredyt to na tablet dla bombelka.
Nie rozumiem, skoro nie mają pieniędzy to po co żyć ponad stan? Szukałam pracownicy na recepcję (zapisywanie klientek i dobieranie telefonów, czasem dwa razy dziennie zmyć podłogę) to ŻADNA z dziewczyn które wyciągały ręce po kase nie chciała. Sprzątać nie będą, a już na pewno nie za 2 tysiące złotych.. Może to i mało ale za posiedzenie 5h na tyłku? (stwierdziłam, że rano i wieczorem sama dam rade, tylko od 12 do max 17 potrzebuje kogoś na zapisywanie).
Nie po to wyjechaliśmy za granice i nie po to harowałam za pięciu żeby teraz rozdawać ciężko zarobione pieniądze. Serio, dlaczego każdy ma przeczucie, że MUSIMY pomóc?
Teraz czekam aż rozniesie się, że pożyczyłam pieniądze Aśce ... Matce małej dziewczynki której mąż zginął w wypadku(tysiąc złotych na zakupy dla małej i rachunki). Aśka mając na głowie roczne dziecko podziękowała mi za możliwość pracy i pierwszy tysiąc mi odpracuje, a ja zaoferowałam, że moja teściowa czasem może popilnować małej.
Da się? Da się, tylko trzeba chcieć.

odmęty polski

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (120)
poczekalnia

#85293

~PracownikSluzbyZdrowia ·
| było | Do ulubionych
Pacjenci i lekarze - temat rzeka.

Placówka prywatna, obsługująca również abonamenty takich firm jak Lux-med (w praktyce 90% pacjentów uważa, że to tak, jakby już byli właścicielami placówki...).

Sytuacja z dziś.
Tak się złożyło, że lekarz w pierwszej kolejności ma umówionych pacjentów abonamentowych, przyjmuje średnio ok. 15 minut jedną osobę i takie interwały są zastosowane w rejestracji.
Dzwoni pacjent i informuje, że jest umówiony na 16:00, ale nie zdąży, on przyjedzie później.
Pytam, o której?
On nie wie, ale najwcześniej na 17:00.
Mówię, że na kolejne godziny mam umówionych innych pacjentów i nie wiem, czy zdążę ich powiadomić o zmianach, oraz czy zgodzą się na zmianę godziny (zmianę, bo nie mogę ich wykreślić, ani umówić dwóch osób na jedną godzinę), bo mieszkają raczej daleko.
NIECH PANI SIĘ POSTARA! - i rzucił słuchawką.

No ok, godziny dość ruchliwe, ale udało mi się wydzwonić do pacjentów i uprosić ich, żeby przyszli trochę wcześniej

Wyżej wspomniany pacjent pojawia się ok. 16:20 i z zadowoleniem zgłasza, że "jednak zdążył". Informuję go, że musi przepuścić pacjentów z 16:15, 16:30 i 16:45, bo sam jest umówiony na 17:00, a w dodatku dość niefortunnie jedna z pacjentek zasiedziała się w gabinecie (nie moja sprawa - może jest poważniej chora i wymagała dokładniejszego badania?) i koniec końców mamy opóźnienie.
Facet robi mi karczemną awanturę na całą przychodnię, że przecież on wchodzi TERAZ, bo miał na 16:00 i powinnam go przesunąć co najwyżej o jedną osobę.
Pytam dlaczego zatem kazał się przepisać na 17:00 skoro miałam go przesunąć o jedną osobę, na co on, że absolutnie niczego takiego nie mówił.
Informuję go dalej, że w związku z jego prośbą zmieniłam grafik - w tym momencie włączyli się pacjenci, że to prawda - prosiłam ich o wcześniejszy przyjazd.
Facet zmienia taktykę i wydziera się, że przynajmniej mogłam go uprzedzić, że jest opóźnienie - na co odparłam, że w chwili jego telefonu, opóźnienia jeszcze nie było, oraz że rejestrujemy na standardowe interwały i nie mam wpływu na to jak długo pacjent jest w gabinecie.

Ja rozumiem, że do lekarza nie przychodzą ludzie zdrowi. Ja rozumiem, że oni mogą nie cieszyć się z perspektywy czekania.
Natomiast nie mam obowiązku stawać na rzęsach, bo ktoś się spóźnia - w tej sytuacji powinnam go WYKREŚLIĆ z terminu, a nie gimnastykować się z grafikiem.

Owszem, poleci fala "hejtu", że skoro zadzwonił i zgłosił, to ja mam się dostosować - owszem, ale zrobił to na ostatnią chwilę, a jak się udało tą kolejkę przestawić to zmienił zdanie i chciał, abym ponownie wszystko odkręcała, co w tamtym momencie już było niemożliwe.

Poza tym proszę zrozumieć - jak ktoś nie przyjdzie do fryzjera na czas, to fryzjer odmówi wykonania usługi. Kosmetyczki każą sobie dawać zaliczkę 20-50%, która jest bezzwrotna w przypadku braku zgłoszenia się na termin. Hydraulik zadzwoni do drzwi i jeśli nas w domu nie ma, zawróci się na pięcie i pojedzie, nie będzie czekał i nie będzie się wracał - ustali termin za tydzień. Pani w Żabce nie otworzy nawet trzy minuty przed czasem. Urzędnik wyjdzie na kawę nawet jak ma kolejkę petentów, nie będzie się żadnymi opóźnieniami przejmował.

Tylko lekarz - z jakiegoś niewiadomego powodu - w opinii Polaków nie dość, że musi być dostępny zawsze to musi także cierpliwie czekać, aż pacjent łaskawie się zgłosi, a przychodnie akceptować wszelkie fanaberie i zmiany w godzinach przyjęć. Nie rozumiem zjawiska roszczeniowości w tej sprawie. Rzęski za dwieście złotych o dwudziestej pierwszej? Ależ proszę, byle by pani mnie przyjęła, bo mam chrzciny. A lekarz? Ma mnie przyjąć TERAZ, bo właśnie przyszłam, bo byłam w okolicy i płacę "horrendalne" sto złotych. Poważnie?

PS. W kwestii "pilności" - bo kosmetyczka to nie jest usługa "wyższej potrzeby", a do lekarza się chodzi jak boli - jeśli ktoś jest w sytuacji kryzysowej i się zwija, to niech dzwoni po karetkę, albo jedzie na SOR.
U nas przyjmują specjaliści, do których wizyty są planowe, a nie "pilne". Średnio wizyty rejestrowane są z dwutygodniowym wyprzedzeniem, może 10% pacjentów zwraca uwagę, że potrzebuje bliższego terminu, więc te osoby domagające się wizyty natychmiast bardziej nam się rzucają w oczy.
W kwestii abonamentu - jeśli pacjent ma zapewnionego specjalistę w 72 godziny, a my akurat nie mamy dostępnego miejsca w tym czasie, to nie my mamy obowiązek umówić w 72 h, tylko sam ubezpieczyciel. Więc jeśli nie ma u nas miejsc (albo lekarza), to pacjent idzie do innej placówki/innego gabinetu, gdzie będzie przyjęty. Jeśli upiera się na naszego specjalistę, to musi się dostosować. Czasem pacjenci uważają, że "jesteście zobowiązani załatwić mi wizytę na jutro!!", ale z przykrością informuję, że nie na tym polega świadczenie usług przez placówkę podwykonawczą. Oczywiście słyszę wtedy, że "ja to zgłoszę do ubezpieczyciela!!!", ale zawsze kończy się tak samo - pacjent jest albo umawiany gdzieś indziej, albo czeka jak każdy inny, bo wydzieranie się na obsługę naprawdę nie czyni cudów.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (81)
poczekalnia

#85291

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jest takie powiedzenie jak "dobry zwyczaj - nie pożyczaj" i na ogół odnosi się ono do tego, by nie pożyczać czegoś komuś. Ja opowiem wam historię dlaczego nie warto pożyczać czegoś od kogoś. Zwłaszcza gdy ten ktoś jest dzbanem do kwadratu ;)

Wprowadziłem się do nowego domu i musiałem uporządkować zapuszczony ogród. Narzędzia po poprzednich właścicielach nie nadawały się do niczego, a zakup nowych miał na tamten moment niski priorytet w budżecie, gdyż musiałem jeszcze trochę hajsu w ten dom włożyć. Pożyczyłem od sąsiada tylko kosiarkę, bo trawsko tak urosło, że zasłaniało okna na parterze.

Było to 6 lat temu.

Sąsiad ów do tej pory potrafi żądać ode mnie jakichś niestworzonych rzeczy jak np. zawiezienie go do odległego o 100 km miasta, czekanie aż pozałatwia swoje sprawy i odwiezienie z powrotem, powołując się na to, że jak ja potrzebowałem pomocy to mi pomógł, w sensie pożyczył kosiarkę. Jak odmawiam, to gęga, że tacy to ludzie teraz są, że ty pomagasz, a jak sam potrzebujesz pomocy to cię olewają.

Dobry zwyczaj - nie pożyczaj, a zwłaszcza jak masz do czynienia z dzbanem.

pożyczanie sąsiad

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (102)
poczekalnia

#85287

~introweryklvlmax ·
| było | Do ulubionych
Może to taka mała piekielność, ale poziom irytacji przekracza wówczas u mnie wszelkie normy.

Powroty z imprez.

Nie jestem typem osoby, która lubi takie wydarzenia. Idę, gdy na prawdę muszę. Zwykle unikam takich imprez, jednak urodziny bliskiej koleżanki były dość ważne dla mnie i postanowiłem się wybrać. Z góry uprzedziłem, że o północy się zwijam.

No i wybija północ, wszyscy bawią się w najlepsze, proszę koleżankę na bok na papierosa. I wywija się gadka, że ja już będę uciekał tak jak mówiłem. I się zaczęło:
-branie na litość (no ale dlaczego już idziesz, ja Ci przyniosę co zechcesz, nie idź jeszcze);
-szantażowanie (no bo ja Ci dałam wszystko co chciałeś, więc dlaczego już idziesz);
-narzekanie (bo ja się na prawdę starałam a Ty tego nie doceniasz);
-inne, podobne argumenty.

Zaraz zlecieli się inni i musiałem słuchać, że jestem taki, siaki i owaki i mam nie wymyślać i zostać.

Nie rozumiem jednej rzeczy:
Z góry uprzedzałem o godzinie mojego wyjścia - wszyscy o tym wiedzieli. Dlaczego wszystkim zaczęło tak przeszkadzać, że idę już do domu kiedy informacja zaczynała stawać się faktem? Świetnie się bawili, ja nawet nie tańczyłem (bo nie umiem i nie lubię). Dlaczego sami psują sobie klimat imprezy taką małą pierdołą, którą jest moje wyjście?

Ja na prawdę lubię tych ludzi, tylko ta jedna rzecz jest dla mnie wieczną zagadką. Bo to nie była pierwsza taka sytuacja, teraz już po prostu "żyłka mi pękła". I chyba zacznę wychodzić po angielsku, kiedy zajdzie taka potrzeba.

domówka

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (100)
poczekalnia

#85285

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Umówiłem się raz ze znajomą na coś w rodzaju randki. Pojechaliśmy za miasto, do takiego jakby parku nad jeziorem. Jesteśmy na miejscu, spacerujemy, rozmawiamy, usiedliśmy na ławce, rozmawiamy dalej, a tu nagle zadzwonił jej telefon.
- Muszę odebrać, to ważne - powiedziała.
Ok. No i rozmawia 5 minut, 10, 15. Rozmowa z tego co słyszę (bo rozmawiała siedząc obok mnie) nie była z gatunku tych poważnych. Z tego co słyszałem to obgadywały jakąś inną koleżankę i ciągle się śmiały. Spojrzałem raz jeszcze na zegarek, odliczyłem kolejne 5 minut, po czym bez słowa wstałem i ruszyłem w stronę auta. Nawet nie zauważyła. Wsiadłem i pojechałem do domu. 40 minut jazdy do miasta, autobusem trochę dłużej, no i jeszcze trochę czekania, bo to zadupie i autobus raz na godzinę jeździ. Tak więc niech sobie wróci sama jak sobie już pogadają. Od tamtego czasu już się do mnie nie odzywała, a jak mnie widziała to udawała, że mnie nie zna.

Sami oceńcie kto był bardziej piekielny.

randka kobiety

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (174)
poczekalnia

#85278

~Sandra ·
| było | Do ulubionych
Moja historia będzie o walce z kurierem, którą koniec końców wygrałam, ale trochę nerwów przy tym straciłam.
Mieszkamy z narzeczonym w bloku na 5 piętrze i mamy domofon z kamerką więc widzę kto dzwoni i co robi. Nie działał nam dźwięk więc nie słyszałam co ktoś mówi ani dzwoniący nie słyszał mnie.

Kilka razy dzwonił kurier, za każdym razem ten sam, otwierałam mu a on wychodził. Myślałam najpierw, że przez to, że akurat ktoś wychodził a kurier myślał, że mnie w domu nie ma. Następnym razem widziałam, że coś mówił, tym razem nikt nie wychodził i ewidentnie wiedział, że jestem w domu i znowu sonie pojechał. W między czasie naprawili nam domofon. Znowu dzwoni kurier i pyta czy zejdę po paczkę albo czy może zostawić mi paczkę w windzie, powiedziałam, że jestem w 36 tygodniu ciąży i wolę żeby mi paczkę przyniósł, na co on powiedział, że skoro jestem w ciąży to mi przyniesie. Następnym razem gdy przyjechał otworzyłam mu a on nie wszedł i pojechał w tym czasie zdążyliśmy spisać numer rejestracyjny i złożyć skargę.

Okazało się, że paczkę oddał sąsiadce pomimo, że byliśmy w domu. Kilka tygodni później znowu przyjechał i nalegał żebym zeszła lub odebrała paczkę z windy bo jak twierdził nie ma obowiązku wchodzić na 5 piętro. Obowiązek ma do czwartego piętra a ja jestem dziwna. W tamtym momencie byłam 2 tygodnie po cesarce a co za tym idzie miałam małe dziecko w domu i powiedziałam, że ma mi przynieść moją paczkę, powiedział, że jestem dziwna, ale z łaską przyszedł, od razu jak otworzyłam drzwi zaczął iść z powrotem i rzucił tylko, że to ostatni raz jak mi wnosi paczkę. Odpowiedziałam tylko, że zgłoszę skargę i zobaczymy.

Od tamtej pory przychodził inny kurier, z uśmiechem przynosił mi moje paczki. Ale to nie koniec, ostatnio wrócił stary kurier i też zaczął być miły, szok.

Holandia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (83)
poczekalnia

#85282

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ile może ważyć zestaw? Każdy kto z prawem jazdy zawodowo się spotkał wie, że są ograniczenia nacisku na oś. 13 ton, żeby nie niszczyć drogi. Teraz wyobraźcie sobie upał (asfalt mięknie silnie rozgrzany) i masa ludzi pragnących wody (która jest ciężka) lub innego napoju. Oczywiście chytry przewoźnik nie zainwestuje w ciągnik z dwiema osiami z tyłu. Miejsce na naczepie też trzeba oszczędzać, więc lufa 33 ma pełne 33 tony ładunku (tona na miejsce zgodnie z normą euro). Oczywiście dochodzi masa własna i ta jedna biedna ośka z tyłu ma nosić połowę wagi naczepy, część wagi ciągnika i jeszcze połowę wagi ładunku. O ile jest naczepa wypoziomowana jest to ze 16 ton. Jeśli nie-nacisk na oś dochodzi do 19tu ton i więcej. Tylko kierowcy szkoda, nie wykręci się, że nie wie co wiezie, czujnik w kabinie pokazuje mu liczby, a zaopatrzenie jest tak robione, że firma A zaopatruje firmę B ciężarówkami firmy C. On ma tylko jechać, zapina się pod naczepę i odstawia ją u celu.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (49)
poczekalnia

#85281

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jadę autobusem miejskim. Są godziny szczytu, jedziemy wolno. Gapię się przez okno i w pewnym momencie zauważam faceta, który leży koło śmietnika, próbuje się podnieść ale nie daje rady. Akurat zapaliło się zielone światło i odjechaliśmy trochę szybciej, ja się zastanawiam co zrobić. Nie zatrzymam autobusu przecież, a do następnego przystanku dość daleko. Mogłabym zadzwonić po karetkę ale w sumie nie wiem, czy facet potrzebuje pomocy. Wymóżdzyłam, że zadzwonię na straż miejską i poproszę, aby tam posłali patrol. Od tego chyba są, nie? Dzwonię, najpierw wisiałam kilka minut na sekretarce, rozłączyło mnie. Za drugim razem odbiera facet.
- Dzień dobry, nazywam się Gytha Ogg, w okolicach Biedronki na Konopnickiej leży facet i nie wstaje, a ja jestem w autobusie, (bla bla znacie sytuację), czy może mógłby jakiś patrol sprawdzić czy ten pan nie potrzebuje pomocy?
- Dzień dobry, ale to może się przewrócił i zaraz wstał?
- No nie wiem, jak mówiłam, jestem w jadącym autobusie, nie mogłam podejść, ale raczej wyglądał jakby nie mógł się podnieść. Czy mógłby tam podjechać patrol?
- No ale jak ktoś leży to trzeba podejść i sprawdzić co z nim...
- Jak mówiłam jestem w jadącym autobusie, nie mam możliwości podejść, czy mógłby tam podjechać patrol, proszę?
- Ale może to nic takiego...
- Mi wyglądało jednak jakby coś poważnego się działo, ale nie wiem, może pijany, możecie pojechać?
- Ale to pani jest pewna, że coś się stało?
- Nie, nie jestem pewna, dlatego nie dzwonię po karetkę, tylko do was, da radę to sprawdzić, jest jakiś wóz na mieście?
- No ja nie wiem...
- J**ał was pies. Sama się wrócę, a potem naskarżę na waszą opieszałość. Nazwisko pańskie proszę.
- Przyjąłem, patrol jest w drodze.
Sprawdziłam u znajomego policjanta (głupia jestem bo mogłam od razu do niego zadzwonić, ale wyleciało mi z głowy) straż miejska pojechała i zgarnęła gostka, nawalony był. I ok, ale mógł mieć zawał albo wylew.
Po kiego diabła my utrzymujemy jeszcze tę straż miejską?

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (107)