Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#89435

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Cześć wszystkim,
Będzie kolejna porcja sytuacji z prób znalezienia kogoś do dzielenia życia. Zapraszam do przeczytania poprzedniej części.
Jak wiecie, będąc po 30 ciężko znaleźć kogoś normalnego do związku, ale żeby ułatwić chociaż odrobinę postanowiłem założyć konto na jednej z aplikacji randkowych. Samo działanie aplikacji pomijam, tak historię z Paniami w roli głównej mam już chyba na pęczki.

Sytuacja 1 (najczęstsza)
Mamy dopasowanie, zaczynamy rozmawiać. Rozmawia się fantastycznie. Przechodzimy poziom wyżej i wymieniamy się numerami. Brzmi fajnie? A no nawet bardzo. Do czasu... otóż przy próbie porozumienia się, pacjentka jest bez kontaktu... ostatnio się nawet dowiedziałem, że to się ghosting nazywa.

Sytuacja 2.
Zero jakiegokolwiek zaangażowania. Ja rozumiem, że facet ma jakoś zainteresować, czymś zaskoczyć i tak dalej, ale ludzie! Jeśli Wam kobiety jest ciągle wszystko jedno i żadnego zainteresowania nie ma cokolwiek by facet na randce nie zrobił, to uwierzcie mi, nam się odechciewa. Zgrywanie nie dostępnej nie działa, a wręcz przeciwnie.

Sytuacja 3.
Chyba ta sytuacja wyleczyła mnie na jakiś czas z aplikacji...
Mamy dopasowanie, całkiem z przypadku jak się potem dowiedziałem, rozmawiamy, wymiana numerów, randka... Brzmi cudownie, prawda? No, ale do czasu... kiedy już znajomość poszła mocno do przodu i oboje zaczynaliśmy się otwierać coraz bardziej, coraz częściej słyszałem od niej nic innego jak słowo "terapia". Po jakimś czasie zaczęły się kłótnie o to. Bo ona uważa, że nadaję się na terapie to mam iść i koniec. Tylko czy dodałem, że żadnego wykształcenia psychologicznego czy psychiatrycznego u niej brak? Ale to nie koniec. Miałem zawsze marzenie o motocyklu. Pojawiły się możliwości finansowe i wspomniałem przy rozmowie, że jadę kupić. Co ja się nasłuchałem! Ludzie!
- Ty nienormalny jesteś! Zabijesz siebie, innych! Nie odpowiedzialny jesteś! Na terapie lepiej idź!
To tak w skrócie... pierwsza myśli: no dobra, martwi się. Ale potem było gorzej. Uznała w sekundzie, że działam pod wpływem impulsu i uwaga! Ona nie będzie kontynuować znajomości. I spoko, trudno. Ale uzasadnienie mnie wbiło w fotel.
-Bo Twoje wiadomości brzmią agresywnie i pokazałam znajomej Twoje kilka ostatnich wiadomości i uznała, że jesteś psychiczny i podzielam jej zdanie.

Takie rady dla Pań:
1. Jeśli już się decyduejecie na wymianę numerami to nie stosujcie ghostingu. My szanujemy Wasz czas to i Wy szanujcie nasz.
2. Jak nie stosujecie ghostingu to wykażcie odrobinę zaangażowania. My nie staramy się dla siebie Tylko dla Was! Znamy swoją wartość i szanujemy Was, siebie i nasz czas.
3. Jeśli już kontynuujecie znajomość i macie zaangażowanie to nie oceniajcie wierzchołka góry lodowej widząc tylko jej czubek. My, jeśli już się otwieramy to nie po to by nas oceniać, Tylko dlatego, że chcemy się z kimś podzielić tym co mamy w środku.
I na koniec apel do Pań... szanujcie normalnych mężczyzn. Tak niewielu nas zostało. A przez takie zachowania jak powyżej, nasze wymieranie diametralnie przyspiesza. Czy są tu jeszcze też jakieś normalne Panie?

Portale randkowe randki apel o odrobinę normalności

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (68)
poczekalnia

#89433

przez ~masterofjoinery ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam w PRLowskim bloku z bardzo cienkimi ścianami. Jest to blok w stylu kichniesz, sąsiad odpowie ci- na zdrowie. W dodatku wentylacja jest na tyle specyficznie zbudowana, że niesie się po niej głos. Wszyscy w bloku mamy tego świadomość, więc staramy się żyć obok siebie jak najciszej to możliwe.

Mieszkam obok sąsiadów, którzy mają bardzo małe dziecko. Dzielimy wspólnie ścianę. Pod nimi, na parterze mieszka starsze małżeństwo, a nad nimi osoby w zbliżonym do mojego wieku. Wcześniej słyszeliśmy dziecko, w szczególności w pierwszych dniach jego pojawienia się, ale jakoś przywykliśmy do tego, że niesie się płacz. Jednak...

Od ponad dwóch tygodni ich dziecko ciągle płacze- chyba tylko z przerwami na sen i jedzenie. Wręcz ryczy tyle ile ma mocy. Początkowo myśleliśmy, że zachorowało, stąd zwiększona wokalizacja. Jednak gdy minęło kilka dni, a płacz nie ustawał, zapukaliśmy do nich, co się dzieje.

Po pierwsze chcieliśmy się upewnić, że dziecko nie jest maltretowane, a po drugie wyjaśnić przyczynę nadmiernego hałasu. Okazuje się, że dziecko ząbkuje. Sąsiadka powiedziała, że kazali im to przetrzymać i że płacz nie potrwa dłużej niż kilka dni. Swoich dzieci jeszcze nie mam, ale wiem, że bratowa kupiła swojemu dziecku gryzak, który wkładało się do lodówki i sprawił on, że Młody się uspokoił.
Zasugerowałam sąsiadce zakup takiego, bo my płacz jej dziecka słyszymy jakby był u nas i jesteśmy nim już trochę zmęczeni, tym bardziej że pracujemy w większości zdalnie. Poprosiła nas o jeszcze trochę cierpliwości.

Oczywiście płacz się nie uspokoił, bo inaczej nie byłoby tej historii. Wiem też od sąsiadki z góry, że u nich jest to jeszcze bardziej dokuczliwe niż u nas (gdy wpadła do nas na kawę powiedziała, że przy tym co u niej słychać, to my mamy ciszę). Co gorsza, mąż sąsiadki pracuje na zmiany i od dwóch tygodni chodzi chronicznie niewyspany. Kupił sobie zatyczki do uszu, ale też nie pomagają zbyt dużo i są niewygodne. Również udali się do sąsiadki poprosić o uciszenie w miarę możliwości dziecka lub przestawienie łóżeczka w inne miejsce, aby dźwięk nie niósł się po ścianie i wentylacji. Tu otworzył im drzwi sąsiad, który zasugerował, że skoro mieszkają w bloku, to takie jest ich prawo do emitowania hałasu i zatrzasnął drzwi.

Spytałam się też starszego małżeństwa, czy u nich ten płacz słychać. Zostałam przez nich zapewniona, że również u nich to słychać, a najbardziej z wentylacji. Zgłosili już to do spółdzielni, bo boją się iść na interwencję osobiście.

Nie wiem już co można w tej sytuacji zrobić, bo nie jest to dla nas komfortowe, aby wysłuchiwać arii w różnych porach dnia (jakby chociaż płakało w konkretnych porach, moglibyśmy wtedy gdzieś wyjść, a to trwa losowo przez całą dobę- dzisiaj dziecko uruchomiło się o 3 i płakało do prawie 5).

Rozumiem też, że dziecko ząbkuje, ale tak jak pisałam, mam spore wątpliwości czy w ogóle byli z tym u lekarza, bo nie wydaje mi się normalne, aby dziecko tak długo i tak mocno płakało. Wydaje mi się, że lekarz też by dał może jakąś maść albo coś na dziąsła, bo dla samego dziecka taki ból jest niekomfortowy.

Nie chcę dzwonić na policję, czy do opieki społecznej, bo nie chce dokładać im stresu.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (54)
poczekalnia

#89430

przez ~anegdotka ·
| było | Do ulubionych
Rzecz się dzieje w jednej z bardzo dużych sieci poradni psychologicznych w stolicy. Jestem pacjentką u nich od wielu lat, mam tam stałego psychiatrę. Mój lekarz, załamując ręce po kolejnych nieudanych próbach postawienia mnie na nogi farmakologicznie, zlecił mi zrobienie testów psychologicznych. Dla świętego spokoju postanowiłam zrobić te testy na miejscu. Mój błąd, bo nie sprawdziłam u konkurencji - a pewnie sytuacja rozwinęłaby się trochę inaczej.
Pani psycholog, która wykonywała badania, spóźniła się na każde umówione spotkanie. Każde. A spotkań było kilka, wszystkie musiały się odbyć stacjonarnie, więc jak ten debil siedziałam u czekałam w poczekalni. Na testy pani przychodziła nieprzygotowana, więc nie dość, że wpadała do przychodni z poślizgiem, to jeszcze kolejne minuty mijały nam na tym, że pani zbierała po przychodni materiały. Dodatkowo strasznie się oburzyła, kiedy zasugerowałam, że może zdjęłabym maseczkę, bo siedzenie w niej kilka godzin i próba rozwiązywania testów z zaparowanymi okularami, to nie jest zbyt komfortowa sytuacja do rozwiązywania testów. Po wszystkim przeczytałam w opinii, że jestem pacjentem słabo współpracującym... No, ok.
Ale właśnie: opinia. Czyli tak naprawdę finalny efekt, na którym mi zależało, czyli diagnoza psychologiczna. Pani sama wyznaczała kolejne terminy dostarczenia mi tej przeklętej diagnozy. Na początku jeszcze o tyle jej zależało, że sama dzwoniła do centrum i informowała, że terminów nie dotrzyma (oni dzwonili potem do mnie), potem nawet tego jej się już nie chciało robić. Diagnozę dostałam 2 miesiące po tym, jak miała do mnie trafić wg planu.
Czekałabym zapewne kolejne długie tygodnie, gdybym nie zadzwoniła i nie zrobiła awantury (szkoda człowieka, który był po drugiej stronie). Wówczas okazało się, że diagnoza jest i może ją ze mną omówić mój lekarz (bez omówienia nie chcieli mi jej udostępnić). Podziałało poszczucie Rzecznikiem Praw Pacjenta i zarzut blokowania dostępu do informacji medycznej.

I te wszystkie wątpliwej jakości przyjemności kosztowały mnie ponad 1600 zł...

psycholog

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (46)
poczekalnia

#89432

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia #89423 przypomniała mi coś z czasów liceum.
Realiów polskich szkół nikomu przedstawiać nie trzeba. Szatnie od wf-u w mojej szkole były dosyć obskurne, o indywidualnych szafkach nie było co marzyć. W pierwszej klasie co jakiś czas zdarzały się kradzieże w damskiej szatni, ale nikt nikogo za rękę nie złapał. Były podejrzenia wobec jednej koleżanki, ale dowodów nie było. W drugiej klasie nie odliczyły się 3 dziewczyny, w tym ta podejrzewana.
Więcej kradzieży nie było. Ale to, co zginęło, to przepadło. A piekielna była nasza wychowawczyni, która nic nie zrobiła w tej sprawie, przez cały rok szkolny, a była właśnie od wfu...

Szkolna szatnia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (39)
poczekalnia

#89431

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Małżeństwo różnowierców.

Ja jestem totalną bezbożnicą, wyznająca jako boga nature. Aczkolwiek jestem w stanie przyjąć pogląd o istnieniu boga i szatana. Jednakże, nawet jeśli takowy istnieje, to uważam że człowiek jest dziełem tego drugiego. Jako zaraza, aby zniszczyć piękny idealny harmonijny boski świat.

Małżonek mój jest natomiast osobą wierzącą. W kościół jak deklaruje już nie wierzy (po latach bycia Ministrantem) ale wierzy w Boga.. chociaż w sumie do końca jednak nie ogarniam w co wierzy ...


Co ważne, mój małżonek pochodzi z bardzo religijnej rodziny.. Zgadnijcie co może tu pójść nie tak?

Najpierw nadmienie, że pomimo iż mam pobożną teściowa, to jest ona niegroźna religijnie. Owszem zdarzają się jej czasem próby ciągnięcia mnie do kościoła, ale wszystko w granicach normy.

Ponieważ wraz z teściową w pakiecie dostałam Ciocie męża, więc w przyrodzie równowaga jednak istnienie :)

Ciocia męża jest osoba bardzo... bardzo... bardzooo wierzącą. Tak wierzącą, że prawdopodobnie sam papież nie jest tak wierzący.

Bierzemy więc ślub jednostronny. A takowy nie może być konkordatowy. Dlatego ten kościelny będzie we wrześniu a cywilny odbył się w kwietniu.

Początkowo Ciocia Wielka Katoliczka zdawała się dobrze przyjąć wiadomość, ze jestem bezbożnicą. Nawet parę razy dyskutowaliśmy o tym. Wszystko się jednak zmieniło w dniu, w którym doszło do niej kiedy ma odbyć się nasz ślub cywilny.

A było to 12.04 ... czyli w WIELKI WTOREK!
No i się zaczęło. Wielki żal i ból, jak to można tak w WIELKIM Tygodniu urządzać imprezę!? Toż To pogarda dla jej wiary?! I ona sobie nie zdawała sprawy, że my tacy jesteśmy, tzn. głównie mój mąż. Bo on był taki religijny. Do kościoła chodził, był ministrantem i nagle w pół roku wszystko się skończyło. (Pół roku wcześniej poznał mnie).

Ja słuchając tego zerkałam to na nią to na męża, bo nie miałam zielonego pojęcia o co chodzi. To wtedy jeszcze bardziej się wydarła, że ona nie rozumie, ze ja nie rozumiem. ZE TO JEST KULTURA.. KULTURA wiedzieć, że nie wolno w WIELKI WOTREK ślubu brać.

Ogólnie to 11.04 dzwoni do męża i prawi kazanie, że jej się to nie podoba, że ona to przyjdzie do Urzędu, ale zrobi to tylko w stroju sportowym, bo dla niej to nie jest uroczystość.

A tak, bo zapomniałam, ta Ciocia, jest świadkową męża. Zawsze byli blisko ponadto podobno zawsze mówiła że tak bardzo chciała być chrzestną a nie mogła, aż teściowa zaproponowała nam żebyśmy wzięli ją na świadka. (Oczywiście teraz tego się wypiera).

Nadchodzi dzień, wszystkich dni, czyli 12.04, ślub umówiony na 12, o 11:30 my już na miejscu, moja świadkowa czeka, rodzice czekają, brat męża też już się pojawił z rodziną... za 10 minut dwunasta, a świadkowej męża wciąż nie ma... Dzwoni on więc do niej z zapytaniem, gdzie jest?
- Ja zaraz będę, właśnie z domu wychodzę.

Mąż się już skłania by brata nie wziąć na świadka, ale o dziwo, świadkowa Kato Ciotka się pojawia... ubrana w jeansy, bluzę i minę jak byśmy zabili jej kota, psa i całą rodzinę.

Na uroczystości zaślubin mieliśmy również fotografa, by sobie to upamiętnić. Został on ochrzaniony przez nią, że ona sobie nie życzy by jej robił zdjęcia. W międzyczasie też zauważyłam, że o czymś rozmawiała z moją mamą, coś tam sobie szeptały przed wejściem na salę. Wycedziła
- To małżeństwo i tak niedługo się rozpadnie….

Podczas składania przysięgi z miną Rozalii Kiepskiej gdy patrzy na Ferdynanda spoglądała w odwrotną stronę. - Zostało to upamiętnione na zdjęciu. Chyba je sobie damy oprawić


Generalnie wyglądała tak jakby miała zaraz wykrzyczeć, że ona się na to nie zgadza. Po samych zaślubinach, po prostu wyparowała z urzędu nawet nam nie gratulując.

Miała żal w sumie chyba do wszystkich obecnych, że z radością obchodzą ten dzień.. te zbrodnie na Religi.. ten ślub w WIELKI WTOREK.. tę obrazę pana Jezusa…

Od tamtej pory widziałam ją raz, ponieważ postanowiła się od nas odgrodzić. A ten raz, to był w towarzystwie jej koleżanki, która gratulowała nam ślubu, przy czym ciocia traciła..
- Ale to nie był prawdziwy.. to nie.. ta PRAWDZIWA uroczystość będzie we wrześniu.

Do tego stopnia się odgrodziła.. że odmówiła przyjścia na komunie bratanicy męża. Tydzień przed komunią.

Ale to jeszcze nie wszystko. Jednakże najpierw należy się wam zarys sytuacji:

Popełniliśmy w ostatnim czasie parę złych, pochopnych decyzji finansowych. Po pierwsze wesele, które finansujemy głównie moim kredytem. Po drugie remont, o którym @Andrie pisał w innej historii. Generalnie sprzedaliśmy moje mieszkanie i za te pieniądze plus oszczędności męża, kupiliśmy większe mieszkanie do remontu. No i niestety ten remont nam bardzo dokucza i organizacyjnie i finansowo. Wszystko okazuje się być droższe niż miało być pierwotnie. I to nie jest różnica kilku tyś a kilkudziesięciu. A mówimy o samej robociźnie. Rodzina i ciocia znają nasza sytuacje. Jest ciężko ale staramy się sobie radzić mimo popełnianych błędów.

Dodatkowo we wrześniu zeszłego roku, czyli przed naszym poznaniem, Ciocia pożyczyła mężowi pewna sumę pieniędzy na kupno samochodu. Po to, aby ten nie musiał brać kredytu, co jest o tyle istotne, że jej deklaracja przyczyniła się do podjęcia przez niego decyzji o jego kupnie. Maż spłacał jej co miesiąc do ręki dług. Tak się umówili.

Jednakże po naszym ślubie stało się to w zasadzie niemożliwe. Co niedzielę odwiedzamy teściową, więc co niedziele próbowaliśmy nawiązać kontakt. Nikt nam nie otwierał, często nie odbierała telefonów.
Raz nawet powiedziała, że nie życzy sobie byśmy dzwonili w tym samym dniu, tylko mamy się zapowiadać z wyprzedzeniem. Mąż przypominał, że ma dla niej gotówkę, ale zawsze było że następnym razem. Że się umówimy. No i w końcu udało się umówić na piątek pod koniec czerwca.

Tego dnia dostaliśmy sms, że do spotkania nie dojdzie. A mąż ma czas do 15 września (na 2 tygodnie przed ślubem) zwrócić całość pożyczki co « przy szalejącej inflacji jest i tak odległym terminem ».
I nie .. nie są jej te pieniądze potrzebne na pilne leczenie. To celowy zabieg, zrobiony po to, by nam dokuczyć, dołożyć problem.. w sumie sama nie wiem po co..

PS. Pieniądze jej oddaliśmy jeszcze tego samego dnia. W całości, naruszając budżet remontowy.. potem będziemy kombinować jak to pospinać.

PS2. Pytałam moją przyjaciółke tez bardzo wierzacą o co chodzi z tym Wielkim Wtorkiem.. i też nie rozumiała jej oburzenia. A skoro moja przyjaciółka tańczy dla Jezusa, czy tam wielbi Jezusa poprzez taniec to jest chyba wystarczająco wierząca by być wiarygodnym źródłem informacji ?

religia; ślub

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (63)
poczekalnia

#89429

przez ~Nauczycielkaprzedszkola ·
| było | Do ulubionych
Sprostowanie do mojej historii https://piekielni.pl/89412#comments


Mój urlop zostanie całkowicie wykorzystany, gdy pójdę na ten "przymusowy" - to nie jest tak, że dyrekcja zabroni mi go wybrać. Jego po prostu nie będzie.

Nie narzekam na dojazdy. To jedyny czas, kiedy mam chwilkę na poczytanie/zrobienie czegoś do pracy. Wzmianka o dojazdach była wytłumaczeniem, dlaczego tak wcześnie wstaję.

Co do mamy, która kazała mi obserwować dziecko w toalecie - dyrekcja też kazała mi to robić.

Szukam innej pracy, ale mieszkam w maleńkim miasteczku, gdzie jest ciężko o pracę.

Nie mam urlopu między świętami. Normalnie wtedy pracuję. Jeśli chcę wolne, to normalnie potrącają mi to z urlopu.

Co do kupowania za swoje - nikt mi nic nie przekazywał, czy była jakaś zbiórka na początku roku. Osoba, którą zastąpiłam, niewiele informacji mi przekazała.

Jeśli chodzi o zostawanie na bezpłatne nadgodziny - nie mogę zostawić dzieci same. Odpowiedziałabym za to karnie. W umowie nie mam wpisanych godzin pracy, jedynie jest zapis "praca w systemie zmianowym".

Pojawił się komentarz, żebym zmieniła pracę, bo szkoda dzieci. Czemu ich szkoda? Odnoszę się do nich grzecznie, z szacunkiem. Traktuję ich jak kogoś równemu sobie. Dbam o ich bezpieczeństwo. Jestem jednocześnie stanowcza. Dzieci nigdy nie usłyszały ode mnie rozkazu, jest tylko słowo "proszę". Często bawię się z dziećmi, dużo rozmawiam, jeszcze więcej chwalę, podkreślając każdą pozytywną rzecz, jaką zrobią. Część dzieci otworzyła się przy mnie, przychodzi chętniej do przedszkola. Są też osoby, z którymi nie radzi sobie ŻADEN nauczyciel, nawet ci, którzy mają 20 lat stażu. I to właśnie te dzieci, które potrafią mi grozić, bić mnie oraz innych, nie wykonują poleceń.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (49)
poczekalnia

#89425

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja niepełnosprawna córka nie ma przyjaciół i zastanawiam się czy to nie jest moja wina.

Jestem matką czternastoletnich bliźniaków : Laury i Tomka (imiona zmienione) Urodzili się trzy miesiące przed terminem. O ile Tomek wyszedł z tego bez szwanku to u córki doszło do niedotlenienia mózgu, stąd niedowład czterokończynowy. Wszyscy mówili że będzie roślinką bez kontaktu. Na szczęście dzięki rehabilitacji mamy przy sobie nastolatkę w normie intelektualnej która chodzi o kulach.
Zawsze martwiłam się o syna, nie chciałam by czuł się opiekunem siostry. Kiedy byłam z Laurą na turnusach w okresie letnim to często widziałam jak zdrowe rodzeństwo opiekuje się tym niepełnosprawnym. Takiej przyszłości dla syna chciałam uniknąć, więc często nie pozwalałam Tomkowi pomagać siostrze a Laurę nauczyłam by prosiła o pomoc innych dopiero w ostateczności. Szybko się przyzwyczaili do nadanych ról i w sumie dzisiaj ich kontakt ogranicza się do powitań i krótkich komunikatów.
Teraz zastanawiam się czy przez to córka być może nie ma przyjaciół.
Laura zawsze była tą cichą, zaczytaną dziewczynką. Tomek to może nie dusza towarzystwa, ale bardzo się różnią.
Zaniepokoił mnie brak jakichkolwiek znajomych u córki. Kiedy zapytałam jej dwa lata temu dlaczego nie ma przyjaciółek to ona stwierdziła że szaraczkami nie trzyma. Pomyślałam że to efekt dojrzewania i że jej przejdzie.
Zaczęłam się też zastanawiać czy dzieci też nie odrzucają jej przez kalectwo. Z drugiej strony nawet niepełnosprawne dzieci czy teraz nastolatki unikają jej towarzystwa na turnusach, więc odetchnęłam że to nie przez jej stan zdrowia. Jedynie jakieś pozytywne relacje ma ze swoimi rehabilitantami i rehabilitantkami, czy to miejscowymi czy turnusowymi. Trudno jednak nazwać to przyjaźnią. Laura jest zafascynowana wszystkim co się wiąże z rehabilitacją neurologiczną czy wrodzonymi uszkodzeniami mózgu, pewnie dlatego mają o czym gadać. Z drugiej strony nadal jest dość dziecinna, zawiązuje włosy w dwa kucyki, warkoczyki, uwielbia jednorożce. Widzę te spojrzenia jej koleżanek z klasy gdy ją odprowadzam do szkoły. Nie są one pozytywne. Na propozycję zmiany stylu reaguje histerią i stwierdza że ją nie kochamy. Zastanawiając się skąd ten dysonans pomiędzy dojrzałymi zainteresowaniami a dziecinnym zachowaniem postanowiłam tuż po feriach zimowych pójść do jej szkolnego psychologa. Od tej pory do końca roku szkolnego Laura była tam dwa razy w tygodniu.
Tego co się dowiedziałam się nawet nie spodziewałam. Laura podobno z wyższością patrzy na rówieśników, nie odpowiada nawet na „cześć” Jeśli czyta na przerwach to młodzieżówki, owszem ale sprzed paru lat, polskie i bez elementów magicznych (czyli przeciwieństwo tego co czytają inne dziewczyny) Laura też nie umie wyregulować emocji. Często one są bardzo intensywne, czy to pozytywne czy negatywne. Ostatnio (już w domu) pogryzła sobie ręce bo koleżanka nie chciała dać jej pracy domowej. Podobno nie pyta nawet o samopoczucie rozmówców, bo gada tylko o sobie, swoich pasjach (rehabilitacja i popkultura Europy Wschodniej), czy przeczytanych książkach. Według Pani Psycholog Laura tez nie zauważa że zachowuje się nieodpowiednio. Stwierdziła że jest rozpieszczona i że powinniśmy odciąć ją od rehabilitacji (chociaż to tylko trzy wizyty w tygodniu po dwie godziny każda) na jakiś czas by nie żyła tylko tym i żebyśmy zaczęli integrować ją z rówieśnikami. Zaprosiliśmy dziewczynki z klasy Laury na ognisko. Ucieszyliśmy się gdy wszyscy poszli na spacer. Kiedy wrócili Laury z nimi nie było. Okazało się że Laura przeszła jedynie 700 metrów bo dalej nie dała radę, a nie chciała zadzwonić po pomoc. Do dzisiaj zastanawiam czy te dziewczynki nie zrobiły tego specjalnie. Na rehabilitacje wróciliśmy po czterech tygodniach ponieważ Laurze coraz gorzej się chodziło.
Już nie wiem jak pomóc mojej córce...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (40)
poczekalnia

#89419

przez Konto usunięte ·
| było | Do ulubionych
Pojechaliśmy w 3 busem po odbiór nowego ciągnika do Niemiec. Dlaczego w 3? Bo jeden miał wracać busem, a dwóch miało jechać w podwójnej ciągnikiem, żeby jak najszybciej go sprowadzić na bazę. Wracamy już autostrada A2, kierowałem busem, bo chłopaki chcieli nacieszyć się nowa maszyną;) Jadę spokojnie, ok. 130 km/h. Zbliżam się do kolumny dużych, włączam kierunkowskaz w lewo i czekam, bo osobowe zapierniczaja lewym. Za mną tez jedzie osobowe i coraz bardziej się zbliża. Widzę, ze sznur aut na lewym pasie się kończy. Kierowca za mną tez to zauważył, bo jak tylko wyprzedziło go ostatnie auto, zmienił pas na lewy, żeby mnie wyprzedzić. Ja tez poczekałem, aż te ostatnie auto mnie wyprzedzi i również zjechałem na lewy pas. W tym momencie poczułem uderzenie w narożnik busa. Tak, kierowca, który jechał za mną przydzwonił we mnie. Zjeżdżamy na pas awaryjny i wysiadamy. Gościu startuje do mnie z pretensjami, ze mu zajechałem drogę. Ja się pytam jakim prawem mnie wyprzedzał, skoro nie miał prawa. On zdziwiony i dalej twierdzi, ze mu zajechałem drogę. Pytam się czy piszemy oświadczenie, ze to jego wina czy dzwonimy po niebieskich. Cóż, misiaki będą potrzebne. Na policje czekaliśmy godzinę. Przyjechali i standardowo zeznana, a ja oczywiście proszę, żeby tamten kierowca powiedział pierwszy. Chłop gada, ze zmienił pas na lewy, żeby mnie wyprzedzić, a ja mu zajechałem drogę i uderzył. Moja wersja? Jechałem prawym pasem z włączonym lewym kierunkowskazem oczekując na możliwość wyprzedzania. Kierowca za mną mnie dogonił i tez zjechał na lewy jak tylko auta go wyprzedziły. Kiedy mnie również wyprzedziły, zjechałem na lewy, żeby wyprzedzić i poczułem uderzenie. Po tych słowach pokazałem nagranie ze wszystkich kamer* Policjant analizował je przez kilkanaście minut i zapadł werdykt. Wina kierowcy, który mnie wyprzedzał. Tamten w szoku, żąda podstawy prawnej. Policjant pyta się go, jakie ma obowiązki przed wykonaniem manewru wyprzedzania? Gościu mówi, ze upewnić się, ze nie jest wyprzedzany i to wszystko. Policjant na to, ze ma również się upewnić, ze pojazd jadący przed nim NA TYM SAMYM PASIE RUCHU NIE ZASYGNALIZOWAL ZAMIARU WYPRZEDZANIA INNEGO POJAZDU, zmiany kierunku jazdy lub zmiany pasa ruchu. Skoro ja to sygnalizowałem, kiedy on do mnie dojeżdżał, nie miał prawa mnie wyprzedzać. Złamał zakaz wyprzedzania, wobec czego doprowadził do kolizji. Facet w szoku, ale mandat przyjął, a mi pozostał smutek, ze uszkodzone zostało auto, ktore miało dopiero 2 miesiące;(

*Szef zainwestował w zestaw kamer do firmowych busow. Mamy kamery na przód, tył, zegary oraz na bocznych tylnych szybach.

autostrada kolizja

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (82)
poczekalnia

#89417

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Dotychczas kolizje, tym razem wypadek. Trzymajcie kciuki, żeby baran przeżył, bo lekarze na chwile obecna dają mu 35% szans. Droga krajowa. Zbliżam się do zakrętu w lewo oznaczony odpowiednim znakiem drogowym. Z za zakrętu wylania się kolega po fachu zestawem, a z za niego wyskakuje na mój pas osobówka, bo kretynowi zachciało się wyprzedzać. Do zakrętu miałem już tylko 200 m. Myślicie, ze kierowca osobówki odpuścił? Skąd ze. Przecież on zdąży, a ja według niego mam wjechać do rowu i ratować mu życie. Taki ch*j. Poza wciśnięciem hamulca i mruganiem drogowymi nie robię nic innego. Pobocza nie mam, po prawej rów na 1,5 metra, nie będę niszczył auta. Idiota w ostatniej chwili chyba zajarzył, co się święci, ale na rezygnacje z wyprzedzania było już za późno. Przedzwonił we mnie czołowo. Ja oczywiście na ostatnie metry profilaktycznie nogi w górę, żeby ich nie uszkodzić i hamuje w maksymalnym stopniu retarderem. W sumie zdążyłem zwolnic do 40 km/h, nie wiem z jaką prędkością uderzył idiota. Oberwał zdrowo, a mi siła uderzenia obróciła jeszcze naczepę w lewo, zahaczając narożnikiem o kolegę. Obaj zatrzymujemy maszyny, włączamy awaryjne i idziemy zobaczyć, co z idiota. Siedzi w aucie, nieprzytomny. Kolega świeżo po kursie pierwszej pomocy, stara się mu pomoc, ja błyskawicznie powiadamiam służby ratunkowe i idę pomoc koledze. Wyciągamy idiote i rozpoczynamy sztuczne oddychanie i masaż serca, bo nie oddycha. Pogotowie jest po 12 minutach, przejmują go, a nas policja bierze na zeznania i dmuchanie. Oczywiście obaj trzeźwi. Sprawa będzie miała finał w sadzie, idiota ma na razie zatrzymane prawo jazdy, które teraz mu nie jest do niczego potrzebne, bo prawdopodobnie nawet jeśli przeżyje, to do końca życia będzie rośliną lub skończy na wózku inwalidzkim. Z tego, co się później dowiedziałem od policji, baran ma wstrząs mózgu, połamane ręce i zmiażdżone nogi. Cud, ze klatka piersiowa tylko potłuczona, airbag ocalił mu te cześć ciała.

Ja jestem już po przesłuchaniu, policja nie widzi po mojej stronie żadnej winy, nawet nie czepiali się do prędkości z jaka jechałem (85 km/h), bo i tak nic by nie pomogło. Eksperci co prawda zaraz napiszą, ze mogłyby być mniejsze obrażenia, ale gdyby idiota nie wyprzedzał, to do niczego by nie doszło.

tir wypadek

Skomentuj (88) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (125)
poczekalnia

#89415

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Słowem wstępu jesteśmy z dziewczyną na zdalnym, kochamy pieski i mamy z nimi doświadczenie, więc powstał pomysł, by sobie dorobić opieką nad nimi. Wygłaskamy czworonoga i jeszcze nam za to zapłacą. Zdawałoby się, że plan idealny, ale skoro spotykamy się na tym portalu to coś musiało pójść nie tak. Co konkretnie? Odpowiedź jest oczywista, właściciele. Nie poczuwali się do niczego, nawet do powiedzenia jakie są faktyczne potrzeby pupilka. Dlatego co opiekę to mieliśmy coraz weselej.

1. Kochana psina, ale tak zapuszczona przez właścicieli, że to niepojęte. OK, mają działkę z ogródkiem, więc siłą rzeczy zwierzak szybciej się zabrudzi niż kanapowiec z bloku, ale naprawdę im nie przeszkadzało, że po głaskaniu trzeba myć ręce? Dziewczyna po kilku minutach gładzenia jej po grzbiecie miała dłonie tak czarne jakby się w piaskownicy bawiła. Mnie byłoby wstyd oddać psa w takim stanie do mieszkania. Poza tym ona była nauczona przebywać z nimi w domu i naprawdę pasowało im to, że z suni kładącej się obok nich na kanapie sypie się jak ze starego dywanu? A już dla jej komfortu powinni obcinać jej pazurki, bo były długie jak u krogulca i co chwilę się zahaczały po koc co ją strasznie frustrowało. Podobnie jak próba wytarcia stalaktytów ze śpiochów. Co tylko potwierdzało, że jej w ogóle nie kąpią.

2. Przeciwieństwo powyższego. Rasowy kanapowiec, któremu codziennie trzeba rozczesywać sierść, zakrapiać oczka i tak dalej. Na czym polega piekielność? Ano na tym, że babka zapomniała powiedzieć podczas wywiadu o tym, że ma specjalne potrzeby. No, ale psiak naprawdę ułożony a ona kontaktowa, więc praktycznie nie mamy do niej pretensji. Zwłaszcza, że na tle pozostałych ewenementów wręcz blednie.

3. Następny mieliśmy kundelka w typie beagle'a. Był on bezproblemowym pieszczochem, ale właścicielka z jakiegoś powodu kreowała go na psa specjalnej troski. Zaczęliśmy więc od propozycji zrobienia dnia próbnego. Z wywiadu i spaceru zapoznawczego nie wynikało nic dyskwalifikującego, więc postanowiliśmy dać szansę i akież było nasze zaskoczenie kiedy żadne z jej ostrzeżeń się nie potwierdziło. Nasz podopieczny miał strasznie znosić rozłąkę i długo akceptować nowe miejsce. Było wręcz przeciwnie. Za nią nawet nie zaskomlał a u nas od razu się odnalazł.

Także diagnoza mogła być jedna, babka ewidentnie miała pupilkową hipochondrię. Zwłaszcza, że dała nam całą stronę maszynopisu z instrukcjami co robić a czego nie. Na przykład bigielek miał się bać rowerów i jak tylko jaki pojawi się na horyzoncie to należy "odejść na bok, odwrócić jego uwagę i przeczekać niebezpieczeństwo". Nic takiego nie zaobserwowaliśmy a był to okres letni i na każdym spacerze mijało nas paru cyklistów.

Jeszcze było kilka problemów, które przekazała ustnie. Jak chociażby to, że miał wybitnie nie lubić dotyku, zwłaszcza na głowie i szczytem interakcji z jego strony miało być położenie pyszczka na kolanie jak leży obok na kanapie. I znowu to musiały być jakieś jej projekcje, bo był to największy pieszczoch jakiego mieliśmy. Był ewidentnie niedogłaskany i wręcz domagał się miziania, zwłaszcza po głowie.

No i ostatni zmyślony problem, miał mieć skłonności do zbytniego pobudzania się i w związku z tym dała nam jakiś dyfuzor z feromonami, który ma go uspokajać. Tutaj od razu zapaliła mi się czerwona lampka a opieka nad nim potwierdziła przeczucia. Ten pies wcale nie miał nerwowego usposobienia, tylko był energiczny. Łaknął uwagi właścicielki i potrzebował dużo ruchu a ta stara baba nie dość, że nie chciała mu zapewnić ani jednego, ani drugiego to jeszcze wolała go wyciszać chińskimi wynalazkami, masakra.

Ludzie, jak jesteście zgrzybiałymi emerytami nie lubiącymi pieszczot i ruchu to bierzcie sobie, nie wiem, świnkę morską a nie beagle'a, któremu wmawiacie jakieś niestworzone rzeczy. Bo jedyny problem, który faktycznie z nim mieliśmy był taki, że w ogóle nie nauczyła go chodzić na smyczy. I wiecie co? Nie poświęciła mu nawet pół zdania w tej całej instrukcji. Widocznie prawdziwe problemy zachowuje dla siebie a z ludźmi dzieli się tylko tymi zmyślonymi.

A na koniec właścicielka, jakby było mało piekielności z jej strony, postanowiła się srogo spóźnić i nas o tym nie poinformować. Telefonów oczywiście też nie odbierała. Nosz kurde, dziewczyna była umówiona z innymi właścicielami i wszystko stoi przez nią. Po pół godzinie czekania stwierdziliśmy, że to nie ma sensu, ja zostaję a ona wychodzi. Tak też zrobiliśmy i wiecie co? Zdążyła się spotkać i wrócić a jej dalej nie było. Aż zaczęliśmy się bać czy aby nie znalazła sobie sposób na pozbycie się niechcianego psa. No, ale w końcu się z łaski swojej się zjawiła i była wręcz oburzona, że coś nam się nie podobała. My staraliśmy się być grzeczni a ona odpowiadała nam opryskliwym tonem.

- Przepraszam, ale dlaczego Pani się spóźniła?
- Bo nie wiedziałam, że tutaj jest tak kiepski dojazd.
* Nie żeby czwarty raz jechała tą trasą czy coś... *
- Ale mogła Pani chociaż zadzwonić.
- Nie wiedziałam, że będziecie mieć takie pretensje o to!
- A to nie jest normalne, że się dzwoni przy takim spóźnieniu?
- No jak widać nie dla każdego...
- Odbieranie telefonów też?

Na tamto pytanie już nie odpowiedziała. Zajęła się psem z wyraźnie wkurzoną miną, bo jak to tak pytać hrabinę dlaczego nie odebrała? Przecież to się nie godzi. Więc zmieniliśmy temat na psa:

- Pani jest pewna, że ten pies nie lubi głaskania? Bo mnie się wydaje, że jest wręcz przeciwnie.
- Co? Nie, on to jest wielki pieszczoch. Tylko ja mówiłam, że nie lubi być brany na kolana.
* Co? To ona świadomie kłamała? Ki czort? *
- Wcale tak nie było i wie Pani co? Z takim podejściem to Pani dziękujemy.
- Oczywiście, macie prawo wybierać sobie klientów jakich chcecie a ja mam prawo do opinii i ją umieszczę gdzie się ogłaszacie!

Wyszła nie mówiąc nawet "do widzenia". Co prawda, nas nie obsmarowała, ale potem do dziewczyny na privie napisała, że jest nieprofesjonalna, nie umie postępować z ludźmi i w związku z tym nie zamierza nam dopłacić za to, że się opiekowaliśmy dłużej niż było umówione. No tak, bo to przecież nasza wina, że mieliśmy swoje plany zamiast grzecznie czekać i jeszcze się głupio pytamy. Nie odbierała to nie odbierała.

4. No i ostatni podopieczny, po którym mieliśmy już wszystkiego serdecznie dosyć. Właścicielka powiedziała, że pies boi się burzy. Dziewczyna dopytała co to znaczy. Się stresuje, ale nie jest agresywny ani nie odwala innych jazd, czyli standard. I na to też się przygotowaliśmy. Na biedną psinkę, której trzeba potowarzyszyć w trudnej dla niego sytuacji a czekał nas horror, ale nie uprzedzajmy faktów.

Telewizor był włączony cały czas a jak tylko zaczęło kropić to zasłoniliśmy okna, coby uchronić go przed bodźcami na tyle na ile jest to możliwe, ale dużo to nie pomogło. Dobrze się nie rozpadało a ten już wył na cały regulator. Próbowaliśmy go czymś zająć, jakoś odciągnąć jego uwagę, ale nic to nie dawało. Już był tak spanikowany, że nie szło do niego dotrzeć a przecież jeszcze nawet burzy nie było. A jak w końcu pojawiły się błyskawice to była histeria na całego. Biegał po mieszkaniu jak opętany, drapał meble, gryzł klamki, skakał na ściany i próbował się wepchnąć do zamkniętej szafy. Jednym słowem totalna demolka a podejść do niego się nie dało, bo zrobił się agresywny. Na dziewczynę skoczył z zębami i ją podrapał jak próbowała go uspokoić. Mnie dziabnął jak odciągałem go od tej biednej szafy, której zaraz wyrwałby drzwi. A jak się rozkręcił to rzucał się nawet za to, że stało się nie tam gdzie powinno.

Dopiero włączenie muzyki na maksa go uspokoiło, ale to tylko rozwiązanie doraźne. Po jedno nie będziemy robić sąsiadom koncertu na pół dnia. Po drugie błyskawice wystarczały, by dostawał ataku paniki i na przykład wskoczył na domofon. Chyba byłoby trzeba sprawić sobie ciężkie zasłony jak z domu publicznego, które nic nie przepuszczają, by go opanować. Po trzecie nie na to się umawialiśmy.

Czegoś takiego jeszcze nie widziałem i mam nadzieję, że już nie zobaczę. W każdym razie byliśmy tak wykończeni i wkurzeni, że dziewczyna zadzwoniła po właścicielkę, by w trybie pilnym odebrała swojego szatana. Co na nasze szczęście zrobiła, ale na słowo "przepraszam" już z siebie nie wydobyła. Za to powiedziała, że pewnie i tak byśmy malowali ściany, nosz kurde! W ogóle się nie poczuwała do zaoferowania chociażby symbolicznej rekompensaty za szkody wyrządzone przez swojego psa. Na szczęście dziewczyna po ostatnich doświadczeniach zaczęła brać pieniądze z góry i powiedziała, że je sobie zatrzymuje. Z czego właścicielka była wyraźnie niezadowolona.

Co do psa to standardowa śpiewka, że Pimpuś tak nigdy i to naprawdę pierwszy raz. Terefere, w życiu nie uwierzę, że można mieć tak straumatyzowanego psa i nie być w ogóle tego świadomym. Bo jeśli boi się burzy tak bardzo, że biega po ścianach to nie jest to kwestia otoczenia. Znaczy jasne, znane miejsce czy obecność właścicielki są uspokajające, ale do pewnego stopnia i na pewno nie zdziałają cuda. Także nieważne kto, by stał obok nie sprawi to, że zamiast demolować meble zwinie się w kłębek i będzie skomlał.

A poza tym raczej nie u nas nauczył się otwierać klamki zębami. On już wiedział co robić kiedy chce się uciec przed burzą do zamkniętego pomieszczenia. Jeszcze jedna rzecz, właścicielka na spacerze zapoznawczym mówiła, że nigdy by nie dała swoje pupila do psiego hotelu a jak jej mówiliśmy jakie piekło nam zgotował to zarzekała się, że był w hotelu i nie było z nim problemów. Czyli albo wtedy, albo teraz kłamała. Poza tym skoro dobrze się tam czuł to czemu przestała korzystać z ich usług i szukała nowej opieki? Coś się tu nie klei...

pies psy wlasciciel wlasciciele psiarz psiarze

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (71)