Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#88126

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
W odpowiedzi na #88122.
Wychowałam się w mieście, rodzinę dalszą (ciotki, wujkowie, kuzynostwo) mam dosyć sporą. Być może wiek jest istotny-niedługo będę się musiała pożegnać z moimi 20 latami, więc lata 90 oraz wczesne 2000' pamiętam dosyć dobrze.
W domu się nie przelewalo, ale jak już były domówki, to po swojsku, żarcia było dość, bo gospodarz zawsze dbał o to, żeby goście wcześnie nie zeszli z upojenia alkoholowego :) goście również przynosili swoje wynalazki kulinarne, a to sałatkę, a to ciasto, bo wstyd z pustymi rękami iść w gości. Dla mnie jest to fajne podejście, wzajemny szacunek i miła atmosfera.
A teraz wyobraźcie sobie, drodzy piekielni, mój szok kulturowy, podczas prób asymilacji w UK.
Gospodarz zazwyczaj nie ugaszcza jedzeniem. Ostatnio poszłam z lubym na urodziny do jego znajomego. Koleś nawet wodą z kranu nie poczestowal, a żarcie wzięliśmy na wynos dla wszystkich, bo nikt się do tego nie palił.
Po skończonej "posiadowce" spaliłam buraka, bo alkohol, który sama kupiłam, a nie zdążyłam otworzyć, Luby spakował i zabrał. Może wychowałam się w trochę zbyt gościnnych stronach, ale u mnie jak się coś postawiło na stół, to było prezentem dla gospodarzy. Co kraj to obyczaj...?

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (94)
poczekalnia

#88124

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
O piekielności działu windykacji ZUS i komorników.

Mam znajomą, lat temu kilka miała firmę. Niestety, zaczęły się kłopoty finanoswe, i opłacanie składek ZUS poszło na bok. Wiem, mogła zawiesić działalność, dlaczego tego nie zrobiła, nie wiem. Dług rósł, ale póki co ze strony ZUS nie było żadnych działań. Bodajże po roku, znajoma postanowiła firmę zamknąć, co ważne, w trakcie jej działania podjęła zatrudnienie, dzięki któremu jej składki mogły zostać obniżone. Jej wina że nie zgłosiła wniosku w ustawowym terminie. Jednak ZUS, wiadomo, swoich pieniędzy nie odpuści, i dyrektor oddziału zajął jej pensję. Dziewczyna się z tym pogodziła, i dług się spłacał. W 2019 postanowiła jeszcze raz spróbować swoich sił w DG, otworzyła firmę, i po 2 tygodniach ją zawiesiła. Pech chciał, że otwarcie i zawieszenie było na przełomie dwóch miesięcy, więc składki (pełne) zostały naliczone za dwa pełne miesiące. Poprzedni dług spłaciła, w międzyczasie komornik zajął jej wynagrodzenie za coś innego. Spłaciła komornika, i ZUS znowu zajął jej pensję, za składki z tych dwóch miesięcy 2019r. Ale hola, stwierdziła, że skoro cały czas była zatrudniona, może da się coś zrobić z wysokością naliczonych składek.
Po konsultacjach z pracownikami ZUS, złożyła pismo do ZUS z prośbą o uporządkowanie składek, bo składanie druków korygujących zrobiłoby za duży bałagan w momencie kiedy firma jest zawieszona.
Jakie było jej zaskoczenie, kiedy 30.03.2021 zobaczyła na swoim koncie ZUS nadpłate na ponad 4 tysiące. Ucieszyła się, złożyła wniosek o zwrot nadpłaty i czekała, jednocześnie będąc przekonana, że ZUS wycofał wniosek egzekucyjny u pracodawcy. Logika wskazuje na to, że skoro na koncie występuje nadpłata, to zadłużenia nie ma. W tym samym dniu jej firma wypłacała nagrody roczne. Dostała połowę, myślała że ta nagroda poszła na spłate kolejnego zajęcia od komornika. Jej firma wysyła pieniądze na zajęcia egzekucyjne 15ego każdego miesiąca. Więc dzwoni po tym czasie do komornika, zapytać ile zostało do spłaty, licząc ile potrącono jej nagrody i wypłaty. Jakie było jej zaskoczenie, kiedy komornik powiedział że dostał jedynie potrącenie z wypłaty i tyle. I zaczyna się niekończąca się telekonfernecja. Dzwoni do pracy, tam dowiaduje się że nagroda poszła do ZUS. Ale jak to? Tu czeka na zwrot nadpłaty, a tu jej potrącili? Umówiła e-wizytę w ZUS. Wyłuszcza sprawę, że 30.03 złożyła wniosek o zwrot nadpłaty, a w tym samym dniu miała potrącenie na ZUS, 15.04 firma przekazała pieniądze, a ona 21.04 dostała tyle zwrotu ile widziała w momencie składania wniosku o zwrot. Pani poleciła złozyć kolejny wniosek o rozliczenie konta płatnika. Złozyła, czeka. Znajoma dawno temu otworzyła konto dziecku, do którego automatycznie zostało otwrate jej konto. Loguje się tam, i znowu zaskoczenie, bo w blokadach widzi zajęcie z urzędu skarbowego, ZUS i coś jeszcze. Telefon w dłoń i dzwoni do US, bo wie o co chodzi, ale wie też że tego zajęcia nie ma prawa być, bo tu chodziło o źle złożony PIT za 2015. Pan w urzędzie mówi że on nic nie ma na nią, ale wyśle do banku umorzenie (zajęcia dokonał I US, a znajoma rozliczała się w II US). Ok, załatwione. Znajoma musi złożyć wniosek do ZUS o zdjęcie zajęcia z konta, za egzekucję z 2016r. Po kolejnej e-wizycie pani szybko to załatwiła.
Co ważne, na to konto trafił zwrot nadpłaty z ZUS i z racji zajęć, zostało jej zablokowane wszystko. Dzwoni do banku, żeby poprosić o wstrzymanie z wysyłką pieniędzy, bo ona jest w trakcie wyjaśniania, i ściągania blokad. Miła pani w banku powiedziała że oni te pieniądze tylko blokują, ale nic z nimi nie mogą zrobić, bo zbieg egzekucyjny nie jest rozstrzygnięty. Znaczy to tyle, że jeśli na koncie jest więcej niż jeden komornik, to wszyscy muszą się dogadać między sobą, do którego mają być przekazywane pieniądze i oni dalej się rozliczają. Tutaj tego nie było, więc kasa jest zawieszona. Cycki już opadły, ale nie poddajemy się. Na koncie było zajęcie od komornika z miasta X,z miasta Y i miasta Z. Znajomoa dwzoni do komornika z miasta X, bo już kilka razy z nim rozmawiała i jest to facet z którym można się dogadać. Wyłuszcza mu sprawę, prosi żeby on jakoś z tamtymi komornikami się dogadał bo inaczej będzie czekać dość długo. Tutaj wyjaśnię, że komornik z miasta X dostawał pieniądze z wypłaty, była spłacona połowa, więc facet wiedział że pieniądze odzyska. Pan X stwierdził że zanim on wezwie tamtych komorników, zanim oni odpowiedzą, to będzie trwać nie wiadomo ile, i w sumie to on ściągnie zajęcie z konta, niech to się rozlicza. W końcu i tak dostanie kasę od pracodawcy więc jemu to lotto. I faktycznie, w momencie kiedy pan X zdjął zajęcie, dwa poprzednie zajęcia bank szybko rozliczył i odblokował pieniądze. Koniec? Nie koniecznie. Znajoma czeka na zwrot nadplaty podatku. Przezornie postanawia zadzwonić do US zapytać czy coś tam jest z zajęć, bo według jej wiedzy, wszystko zostało spłacone i nic nie powinno być. Ale jest. Zajęcie od dwóch komorników których dawno spłaciła i...ZUS! Oczywiście żeby tego się dowiedzieć musiała obdzwonić 3 pokoje. Szybko zadzwoniła do komorników, i poprosiła żeby jednak zdjęli jej egzekucję z US. Oni zdziwieni, bo przecież dawno umorzone. No popatrzcie, tak wam się zapomniało pozamykać sprawy od A do Z. Dzwoni następnie bezpośrednio do dzialu egzekucji US. Pan jej mówi że tu przecież nie ma zadnego komornika procz ZUSu. Ale, żeby było zabawniej, były dwa zajęcia z ZUS, jedno z 2016 r, i drugie z 2019r. ZUS wyprostował sprawę z 2019r, a o tej z 2016r chyba im się zapomniało, i sobie wisi. Znajoma już nie dzwoni, wysyła po prostu kolejny wniosek o zdjęcie zajęcia egzekucyjnego i czeka. W międzyczasie dostaje informację z ZUS, że to potrącenie z 30.03 zostalo rozliczone na jej koncie, i widnieje jako nadpłata. Kolejny wniosek o zwrot. Dziewczyna jest już ekspertem w dziedzinie egzekucji ZUS. Na plus dla nich, że rozliczyli składki na korzyść znajomej, bo w sumie mogli powiedzieć bujaj się. Ale cała zabawa z wnioskami, dzwonieniem i szukaniem gdzie oni jeszcze mogą siedzieć, przyprawia o migrenę.

ZUS komornik

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 13 (69)
poczekalnia

#88122

przez ~saszetka ·
| było | Do ulubionych
Historia nieco piekielnia i nieco zabawna.
Pochodzę z małej wsi, która jest niedaleko dużego miasta.
Brakuje czasu i pięniędzy na częste podróże do miasta, więc pielęgnuje się bardziej relacje. Najchętniej z przyjaciółmi, rodziną, przy dobrym jedzeniu. Do większego sklepu daleko, więc żeby było co z gośćmi zjeść, trzeba zrobić duże zakupy, a potem wszystko przygotować. Ciasto upiec, mięso ugrilować i stertę picia zabezpieczyć. Domownik robi to co wymaga pieczenia, gotowania, goście przynoszą sałatki i napoje itd. Myślę, że wiecie o co chodzi. Stół się może nie ugina, ale na ząb jest co wziąć.
I ja w takiej wiejskiej gościnności się wychowywałam. Może to i męczące, ale mi sprawiało i sprawia do dziś przyjemnośc zjedzenie czegoś dobrego w gronie życzliwych ludzi czy pochwalenie się nowym przepisem itd.

W podstawówce i w liceum równieśnicy funkcjonowali podobnie.

Dopiero na studiach zetknęłam się z... No w sumie nie bardzo wiem z czym, ale chyba ze skąpstwem i to takim najgorszym, bo dla samego siebie.

Nasz rocznik od początku do końca był z drobnymi wyjątkami podzielony na osoby ze wsi i innych miast Polski oraz na tych z dużego miasta gdzie jest uniwersytet. Ja nazywam dziś w myślach tych drugich resortowymi dziećmi (po części chyba nimi byli, choc pewnie nie wszyscy, ale pozwolę sobie używać tego określenia na wszystkich z wielkiego miasta- jako takiego skrótu myślowego).

Zdumienie pierwsze
Domówki praktycznie nie istniały, co nieco mnie dziwiło, ale rozumiałam, małe mieszkania, potem bałagan itd.
Koleżanka zaprasza na imieniny. Idziemy do klubu. Ja kupuję prezent za ok. 50 zł (stawki podaję sprzed wielu lat) i podążam pod klub. Koleżanka płaci 10 zł za moje wejście i colę, bo nie piję alkoholu. Sączę więc szklaneczkę coli tak długo jak umiem, ale wiadomo na długo to nie starcza, tym bardziej, że się tańczy. Mam świadomość, że gdybym piła alkohol, to bez jedzenia nie dałabym rady. Wracam do domu zmęczona, głodna, spragniona i bez uciułanej studenckiej kasy, która poszła na napoje.

Zdumienie drugie
Wyjeżdżamy na wycieczke zagraniczną, ale co istotne na Wschód.
Uczelnia płaci za autokar i bilety, my za jedzenie. Wiadomo, że będziemy zatrzymywac się w różnych miejscach, ale czasem to będą miejsca dość dzikie. Ja drobna, ale mój plecak ze stelażem, które się wtedy nosiło był obładowany zupkami, konserwami itp. Tak żeby było wygodnie i nie trzeba było szukać sklepu na wsiach.
Więcej niż połowa ekipy zgrała się i postanowiła jeść śniadania i kolacje razem. Bo weselej i łatwiej, nie ma problemu z napoczętą konserwą.
Po kilku dniach okazało się, że jest problem. Resortowe dzieci, owszem przychodzą na śniadania i kolacje, ale głównie pobrzdąkując łyżką w pustym emaliowanym kubeczku. Konserwy schodzą, zupki schodzą, za chlebem nie nadążamy niemal biegać.
Po tygodniu koleżanka nie zdzierżyła i wygarnęła bardziej opornym co o tym myśli. Następnego dnia resortowa koleżanka kupiła 1 chlebek na 15 osób. Brawo!

Zdumienie trzecie
Owczesny resortowy chłopak zaprasza mnie do swojej matki, żeby mnie przedstawić. Wizyta zapowiedziana. Ja w stresie, wiadomo, chcę dobrze wypaść. Przychodzimy w porze późnego obiadu. Na małym stoliku przed telewizorem 3 kanapki z szynką i pomidorem. I herbatka. Telewizor włączony cały czas, oglądamy teleturniej. Jakoś tak po tej wizycie czułam, że nic z naszego związku nie będzie.

Zdumienie czwarte

Koleżanka ma wieczór panieński w mieszkaniu swojej siostry, która jest jednocześnie świadkową. Jedzenie składkowe.

Przed przyjściem wzięłam głęboki oddech, powiedziałam sobie "dość", przyniosę tyle co inni resortowi przynoszą. Kupiłam kilka soków i chipsy.
Świadkowa dla ok. 10 osób miała przygotowany jeden sok i wino. Inna koleżanka przyniosła ciasto. Po godzinie nie było co jeść. Siedziałam i śmiałam się w duchu z tego.

Gdy studia skończyłam, pracując z ludźmi z całej Polski przekonałam się, że bardziej powszechne jest jednak moje rodzinne podejście, a to na studiach, to było jednak coś dziwnego.

No cóż, jestem chyba wieśniaczką, która lubi celebrować jedzenie.

P.S. Chciałam wyjaśnić, że jak zostawałam na imprezie na głodniaka to nie znaczy, że liczyłam w głowie ile mnie to kosztowało i miałam zły humor. Traktowałam to raczej jako poznawanie dziwnych zwyczajów "dzikich ludów". Jeśli zaś chodzi o kanapki u niedoszłej teściowej, to po prostu uważam, że na takim posiłku powinno być coś co podkreśla okoliczność i daje do zrozumienia gościowi, że jest dla domownika ważny. Np. budyń czy pięknie pokrojone pomarańcze. Nie oczekiwałam obiadu z 3 dań. Włączony i oglądany telewizor tylko podkreślił, że i tak niedoszła teściowa miała mnie w głębokim poważaniu.

gościnność

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (100)
poczekalnia

#88115

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie o wrednych babach i prawdziwych facetach.


EPIZOD PIERWSZY

Poznali się, pokochali i pobrali. Żyli zgodnie i szczęśliwie, przynajmniej tak się zdawało. Po jakimś czasie żona oświadczyła, że jest w ciąży. Mąż lekko spanikował, bo na dziecko nie był gotów. W sumie jednak pogodził się z faktem, powtarzał tylko, że jeśli już - niech to będzie dziewczynka.

Urodziła się dziewczynka i facet z miejsca stracił dla niej głowę. Robił wszystko przy małej, wyręczał żonę w czym się dało, najchętniej zabrałby jej cycki, żeby sam mógł karmić. W tej sytuacji żona coraz częściej "usuwała się w cień", czyli wychodziła z domu. Tatusia niezbyt to obchodziło. Miał swoją małą księżniczkę i kochał ją nad życie.

Gdy mała skończyła trzy lata, żona niespodziewanie oświadczyła, że odchodzi. Mąż na to, że bardzo proszę, ale dziecko zostaje z nim. Na co ona, że to nie będzie takie proste, bo to NIE JEST JEGO DZIECKO. Po pierwszym szoku on oświadczył, że ma to w dupie, córkę uważa za swoją i w sądzie będzie o nią walczył jak lew.

Niestety, niczego nie wywalczył. Po rozwodzie matka wraz z córką wyjechała, nie wiadomo dokąd. Od tamtej pory ten facet jest już innym człowiekiem.


EPIZOD DRUGI

Mąż, żona, dwoje dzieci. Dziewczynka lat 12 i chłopiec lat 9. Zgodna, kochająca się, szczęśliwa rodzina. Do czasu.

Dziewczynka zaczyna chorować. Okazuje się, że jest to niewydolność nerek. Po jakimś czasie niezbędne stają się częste dializy. Wobec tego lekarze proponują przeszczep rodzinny.

Okazało się jednak, że matka nie może być dawcą. Przebadano zatem ojca. No i tu wyszło na jaw, że dziewczynka nie jest jego córką. Zrobiło się całkiem beznadziejnie, bo przeszczep był pilny, a na odpowiedniego dawcę można długo czekać.

W tej sytuacji mąż odbył z żoną poważną rozmowę. Przyznała, że trzynaście lat temu, gdy w ich związku gorzej się układało, miała krótki romans z pewnym mężczyzną. W tym czasie zaszła w ciążę, ale miała nadzieję, że sprawcą ciąży jest mąż, bo było to równie prawdopodobne.

Mąż, zamiast lać żonę i patrzeć czy równo puchnie, postanowił - z jej pomocą - odnaleźć byłego kochanka. Okazało się to możliwe i w krótkim czasie już wiedział, gdzie facet pracuje.

Wybrał się do niego sam. Powiedział kim jest, uświadomił facetowi, że spłodził on córkę, opisał całą sytuację i... zapytał, czy nie byłby skłonny uratować życia JEGO córce i oddać jej swojej nerki? I wiecie co? Ten facet się na to zgodził.

Z tego co wiem - operacja się odbyła, a małżeństwo przetrwało. Dalszych szczegółów już, niestety, nie znam.


EPIZOD TRZECI

Przeciętne, wieloletnie małżeństwo, ani lepsze, ani gorsze niż inne. Oboje pracują, on jest policjantem.

Wychowują jedno dziecko - ośmioletniego syna. Choć właściwie wychowuje głównie ona. Tatuś nie bardzo ma czas, wcześnie wychodzi, późno wraca. Dzieckiem interesuje się o tyle o ile.

Za to mały wpatrzony w ojca jak w obraz święty. Tata jest najważniejszy, tata jest najmądrzejszy, wszystko wie najlepiej, na wszystkim się zna. Ojciec mu imponuje.

Facet nabrał podejrzeń, iż syn może nie być jego, gdy ktoś ze znajomych wspomniał (żartem), że "dziwna rzecz, ojciec i matka mają oczy niebieskie, a dziecko zielone". Podobno, zaś, z niebieskookich rodziców ma prawo "wyjść" tylko niebieskookie dziecko.

Zatem zaniepokojony małżonek zrobił po cichu testy DNA. No cóż, podejrzenia się potwierdziły, syn nie był jego.

Z wynikami testów w ręku wpadł do mieszkania i najpierw dał żonie parę razy po buzi. Awantura była ciężka i głośna. On głównie wrzeszczał, ona głównie chlipała. Ryczało też dziecko, które nie wiedziało o co właściwie chodzi.

Następnie facet trzasnął drzwiami. Nie było go trzy dni, po czym wrócił już spokojny i zaczął się pakować. Synowi wyjaśnił, że matka go oszukała, nie jest on jego prawdziwym ojcem, wobec tego już dłużej nie będzie go wychowywał i na niego łożył.

Jeszcze tego samego dnia przeprowadził się do tajnej kochanki, która - w tej sytuacji - przestała być tajna. W sądzie złożył pozew o rozwód i wniosek do prokuratury o zaprzeczenie ojcostwa.

A po wszystkim zniknął z horyzontu, jak by go nigdy nie było.


EPIZOD CZWARTY ( cokolwiek nieprzystający)

Mąż po kilku latach wychowywania córki dowiaduje się, że nie jest jej biologicznym ojcem. Fakt ten wychodzi na jaw przy okazji jakichś tam badań szpitalnych.

Pierwsza rzecz, którą mąż robi - to katuje żonę do nieprzytomności. Mimo, że kobieta na kolanach przysięga, że nigdy go nie zdradziła, on nie daje temu wiary. Zaczyna pić i po każdym "większym pijaku" leci z łapami do żony. Co prawda nie chce rozwodu, ale przeboleć zdrady nie może. Życie małżonki zmieniło się w piekło.

Jednakże wie doskonale, że dziecko musi być męża, więc - sądząc, że nastąpiła pomyłka w badaniach - udaje się do szpitala z nadzieją wyjaśnienia sprawy. Tu dowiaduje się, że żadnej pomyłki nie ma, córka, faktycznie, nie jest spokrewniona z mężem.

Zagadkę genetyczną rozwiązuje lekarz, który wpada na pomysł, by testy DNA zrobić również kobiecie. I tu wychodzi na jaw, że także ona nie jest biologiczną matką dziewczynki. Zatem wygląda na to, że dziecko zamieniono na położniczym.

Tym razem o rozwód wystąpiła żona, srodze zawiedziona postawą małżonka, a przede wszystkim - całkowitym brakiem zaufania i kompletną niewiarą w jej słowa. Rozwód otrzymała.

przypadki małżeńskie

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (147)
poczekalnia

#88095

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Sprawa "w toku".
W czwartek po 22 wywaliło nam prąd. Bywa.
Szukam przyczyny. Przez drzwi hydroforni wali woda i wszystko jasne. Padł włącznik pompy. Stało się.
W piątek rano kupuję włącznik LCA 2 (bo taki mam, konsultuję to z firmą w której był kupiony zestaw hydroforowy) mimo, że w sklepie polecają LCA 1.
Ściągam fachowca. W trakcie okazuje się, że padł nie tylko włącznik, ale ułamał się fragment czegoś, co nazywa się "wyjście hydroforu 5 drożne". I tu zaczyna się jazda. Fachowcowi wydawało się, że kupi w hurtowni, ale przywiózł nie taki. Potrzebujemy 1 1/4 cala...
Dzwonię do firmy "od zakupu zestawu hydroforowego", wysyłam zdjęcie, co padło. Jest po 17, nic nie zrobią, bo późno, ale obiecują od poniedziałku rano pomóc, bo mamy zwierzęta, a bez wody to jakoś do bani i we wtorek część będzie...
Sobota - jeździmy po firmach i hurtowniach - do 1 cala jest, a 1 1/4 nie ma.
Poniedziałek. Dzwonię do w/w firmy, ustalamy co trzeba, na wszelki wypadek zamawiam drugi komplet.
Wtorek. "Coś mnie tknęło". W poniedziałek nie dostałam nr listu przewozowego i "w nerwach" (od piątku bez czystej wody, bo jedziemy na deszczówce, tylko pisklętom, psom, kotom i sobie wozimy od znajomych) zapomniałam dopytać o adres wysyłki (mam kilka) i kuriera...
I co się okazuje? Przesyłka utknęła i nie ma szans, aby doszła na wtorek (wczoraj), poza tym idzie na adres sąsiada, bo tak kiedyś szły części, jak byłam w pracy. Przepraszają, "no ale pani wie WSZYSCY, co u nas zamawiają mają jakąś awarię". Odwołuję fachowca.
Zamawiam ten "dinks" przez allegro. Już mam informację, że dziś będzie kurier...
I teraz zastanawiam się, co robić. Z firmy "od hydroforu", bądź ich kuriera nie mam informacji o przesyłce. Jestem "spokojny człowiek", ale poczułam się zlekceważona, aby nie pisać inaczej.
Uważam, że firma jest piekielna. Mam ochotę też być piekielna - nie odbierać przesyłki (obie za pobraniem, a część mam z allegro), chociaż części na zapas by się przydały...

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (48)
poczekalnia

#88092

przez Konto usunięte ·
| było | Do ulubionych
Historia #88074 zainspirowała mnie do opisania pewnego zjawiska, nie umiem ocenić, kto jest w tym przypadku piekielny, ale sama sytuacja na pewno jako taka się kwalifikuje. Chodzi mianowicie o wpływ pandemii na dzieciaki. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z negatywnego wpływu pandemii na ich rozwój społeczny, czy na obniżenie jakości nauki w zajęciach zdalnych. Mnie jednak najbardziej przeraża ich własne podejście i poziom lęku. Wyobraźcie sobie 6-latków składających sobie życzenia urodzinowe - wśród życzeń np. nowej konsoli czy wszystkich broni w Minecrafcie- żebyś nie umarł na koronawirusa. Albo na podwórku przedszkolnym - kłótnie, że nie będą się bawić z dziećmi z innych grup, bo mogą ich zarazić i pytanie czy huśtawka była dezynfekowana. Albo batalie o zakładanie maseczki- próbuję im tłumaczyć, że na placu zabaw nie potrzebują masek- nie oni i tak założą, bo jest zaraza i trzeba. Potem podbiegają zziajani i twierdzą, że nie mogą oddychać, bo np. grali w piłkę albo w berka z maseczkami na buziach. U niektórych dzieci lęk ten doszedł do takiego etapu, że potrafią wpaść w histerię, bo inne dziecko za blisko podeszło albo odmawiają udziału w zabawach/zajęciach na dywanie, bo jak Pani może kazać nam siedzieć obok siebie i jeszcze np. trzymać się za ręce. Rozmawiałam na ten temat wielokrotnie z rodzicami- większość wcale nie "zaraziła" dzieci tym lękiem, często sami nie wiedzą, skąd takie przesadzone reakcje się wzięły. Zrzucają winę na telewizję/ dziadków/ w czasie pierwszego lockdownu faktycznie się tak pilnowaliśmy, to dzieciaki się wkręciły. U niektórych dzieci nawet tłumaczenia moje, innych nauczycielek i rodziców nie skutkują. Jest zaraza, oni nie chcą umrzeć (autentyczne stwierdzenie z ust 7-latka), oni się muszą chronić maseczkami i płynem do dezynfekcji i proszę stać ode mnie na odległość 2 metrów. A mi jest po prostu przykro, gdy widzę, jak ta pandemia zrujnowała im dzieciństwo.

przedszkole

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (82)
poczekalnia

#88080

przez ~Prith ·
| było | Do ulubionych
No to tak, będzie o piekielnym bracie, może taki swoisty rodzaj deja (patrz: punkt 1. poniżej)...
Jakiś zarys sytuacyjny: mieszkamy w 4 osoby, opisywany brat ma 23 lata (mentalnie dałabym sporo mniej...) i pracuje, dokłada jakieś marne 300 zł do czynszu (ceny pokoi w naszym mieście są chyba od 500 zł + trzeba oczywiście jakoś się wyżywić czy kupić środki higieny osobistej)

Piekielność nr 1: przekonanie, że koleżkowie są ważniejsi od rodziny i olewcze podejście do spraw domowych
Nie ma jakiegoś poczucia, żeby pomagać rodzinie choćby w obowiązkach domowych (chyba, że ktoś poprosi, ale nieraz wtedy marudzi). Jest święcie przekonany, że jak dokłada 300 zł, to ma tu hotel i nic nie musi robić. Gdy miałam matury i nie mogłam gotować, a on miał popołudniową zmianę, to wielce mu przeszkadzała konieczność ugotowania czegoś. Ostatnio twierdzi, że może mnie podwieźć na działkę na prośbę rodziców tylko, jeśli mu zapłacę, "bo nie jest taksówkarzem". Jednocześnie nie poczuwa się do tego, by płacić np. rodzicom za sprzątanie czy gotowanie. Za to koleżkowie - o, ledwo ktoś zadzwoni, to od razu leci pomagać! Podjedzie nawet pod sam dom, jadąc po nocy. Nieraz jeździ do jakichś swoich znajomych na przykład w niedzielę o siódmej, a reaguje marudzeniem na prośbę mamy o zawiezienie babci do szpitala. Jak coś zużyje i trzeba kupić nowe, to sam nie powie. Posprząta tylko, gdy ktoś mu każe, bo "jemu to nie przeszkadza". Do sklepu pojedzie tylko, gdy sobie chce kupić jakieś sosy do zapiekanek czy chipsy. Ostatnio musiałam z ranną nogą i ogólnie chorymi kolanami dźwigać dwie torby zakupów, w tym kocią karmę, bo królewicz oczywiście nie powiedział, że wysypał ostatnią. W sumie strach mu dawać listę zakupów - i tak połowy nie kupi, bo nie chce mu się szukać, także to ja łażę z ciężkimi torbami (choć w sumie to okazja do dotlenienia organizmu).

Piekielność nr 2: jego hipokryzja i podejście do ludzi. Krytykuje ludzi z różnych powodów, a jak sam robi później to samo, to "zmienia zdanie". Mnie, wtedy dwunastolatkę (aktualnie mam 20 lat), wyzywał za oglądanie bajek "bo jestem za duża", a sam nawet dość niedawno takowe oglądał. Gdy byłam w związku na odległość, to twierdził, że "związek na odległość to nie związek", a gdy sam w taki wszedł parę lat później, to też "zmienił zdanie". Takich przykładów jest znacznie więcej. A podejście do ludzi - choćby dziewczyny traktuje przedmiotowo, ma strasznie infantylne podejście do jakichkolwiek relacji ("jak nie ty to sobie znajdę inną"), rodziców traktuje jak zło konieczne, a mnie jak śmiecia, który "tylko umie pyskować do starszych" i służy do gotowania mu obiadków.

Ja mam go dość, ale i tak się we wrześniu wyprowadzam, więc to nie ja zostanę z tym wszystkim. Rodzice również mają go dość i tylko czekają, aż się wyprowadzi. Tylko, że on nie poczuwa się do tego, by się usamodzielnić, bo najzwyczajniej mu wygodnie - ma ugotowane, posprzątane, żarcie w lodówce, internet i telefon też rodzice opłacają. Po prostu mu się nie opłaca. Chciałam sugerować mamie terapię szokową, by się ogarnął. Sama nie mam jakiegoś większego wpływu na sytuację domową, wciąż jestem poniekąd dzieckiem na utrzymaniu rodziców. Kiedyś, gdy mnie porządnie zdenerwował, przestałam robić mu obiady - wytrzymał tydzień tylko dlatego, bo mama kazała mu się ogarnąć. Ktoś też może miał do czynienia z takim "dorosłym dzieckiem" i jakoś poradził sobie z takim pasożytem? Nie rajcuje mnie świadomość, że po moim odejściu rodzice będą musieli się z nim sami męczyć.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (77)
poczekalnia

#88060

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Losowałem i wypadła mi ta oto historia, z 2011.
Wrzucam raczej w ramach przypomnienia, tym bardziej kontrastując z obecną sytuacją. Oceny uważajcie za wyłączone

https://piekielni.pl/19073?fbclid=IwAR3OR1jpfBgcG_yoofCu0uereE9_36Ee3Yd77v3dq216YeP4Rd6znzftVXI

Niby historia a jednak współczesność

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (44)
poczekalnia

#88007

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
W nawiązaniu do historii #88006.

Córka wzięła kota z fundacji, takiego młodego zwykłego dachowca. Starała się go wychowywać wyłącznie w domu, miał zabawki, drapaki i inne cuda.
Dorósł do dwóch lat w zamknięciu. I nie dało się dalej. Niszczył, obsikiwał, był nie do zniesienia.
Zdarzyło się że córka musiała wyjechać na dwa tygodnie więc kot trafił do nas na wieś. Dom z działką, ogrodzony, trawka, krzaczki, drzewka. Nastąpił okresie adaptacji, do bólu śmieszny bo kot nie znając nic oprócz dywanu i twardej podłogi śmiesznie reagował na trawę, muchy, ptaszki, na wszystko. Czołgał się zamiast chodzić, wszystko mu się ruszało, przesadnie reagował.
Po jakimś miesiącu poznał otoczenie, kolegów, bo mamy trzy starsze kastrowane koty i psa. I co? Zupełnie się zmienił. Stał się statecznym kocurem patrolującym otoczenie, z kolegami czasem się bawi, czasem wyjaśniają sobie jakieś nieporozumienia, niczego w domu nie zniszczył, nie nasikał gdzie nie powinien, normalnie wzór. Jak chce wyjść to drze mordę, jak chce wrócić skacze na klamkę.
Wnioskiem moim jest to że kot musi mieć bodźce. Różne, urozmaicone, musi mieć dokąd pójść, czasem mysz czy nornicę złapać. A że upoluje? Gdyby nie miał polować to czym by się żywił w stanie dzikim?
Owszem, bezplanowe rozmnażanie kotów jest złe, nasze są wszystkie kastrowane, ale koty być muszą. W Niemczech swego czasu przesadzili i mieli plagę szczurów.
Dla mnie to kolejny durny temat, piekielny sam w sobie.

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (153)
poczekalnia

#88006

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnimi czasy zauważyłem, że spora część piekielnych reaguje negatywnie na sugestie, że powinni swoje koty trzymać zamknięte w domu. Nie wiem, czy wynika to z (błednego) przekonania, że kotek, który nie obcuje z przyrodą, cierpi jakieś katusze, czy z mylnego postrzegania tego jak działa przyroda (no bo przecież kotek to zwierzę, zwierzę jest naturalne, czyli nie szkodzi naturze, a to, że ma wsparcie logistyczne człowieka, to już takim osobom umyka), czy swojskiego "nie będzie mi jakiś człowiek z internetu mówił jak mam swojego kotka traktować", ale chciałem Wam przekleić tekst, który się ze wszelkimi mitami odnośnie kotów wychodzących rozprawia.

A tu cały tekst:

O dziesięciu SZKODLIWYCH, KOCICH MITACH
Niestety moja praca często z happy endem ma niewiele wspólnego. Zwłaszcza gdy pojawia się sezon na ptaki pogryzione przez koty. Nie lubię robić o tym postów, bo same te zdarzenia są dla mnie wystarczająco przygnębiające, a dyskusje z właścicielami bywają bardzo męczące i stresujące. Jednak po entym przypadku, rok w rok, nie można już wysłuchiwać szkodliwych mitów z przymrużeniem oka. Mogłabym o tym dla świętego spokoju nie pisać. Tylko kto ma wziąć stronę poszkodowanych, jeśli nie ktoś kto próbuje ratować im życie? Za każdym razem mam nadzieję, że tego typu obrazki wywołają chociaż jakieś refleksje...
Ten sam apel tyczy się puszczanych wolno PSÓW, ale powiedzmy sobie szczerze - w przypadku śmiertelności ptaków, koty wiodą prym.
Okres lęgowy to jedyny czas w roku kiedy ptaki mogą się rozmnożyć. Jest to też coroczna ptasia rzeź. Łupem padają zalatane i zajęte rodzicielstwem dorosłe ptaki i niepotrafiące dobrze latać podloty lub bezbronne pisklęta w gniazdach. Praktycznie wszystkie ptaki rozmnażające się w naszym kraju, objęte są ochroną gatunkową.
NAJGORSZE SĄ POWTARZANE MITY:
MIT nr 1
,,Kot przyniósł ptaszka, wypuściliśmy go i odleciał. Pewnie żyje”. Niekoniecznie. Kontakt ptaka ze śliną kota jest śmiertelny w skutkach. Jeśli ptak nie zginie wcześniej w wyniku obrażeń mechanicznych, umiera wśród objawów wstrząsowych wywołanych posocznicą. Może to trwać kilka dni w zależności od wielkości rany i gabarytów samego ptaka. Śmiercią kończy się nawet niewielkie i niewidoczne zadrapanie. Zwierzę bardzo cierpi. Pomoc lekarsko - weterynaryjna jest często bezskuteczna. Odpowiadają za to bakterie beztlenowe obecne w jamie ustnej kota.
MIT nr 2
Jak widać na załączonym obrazku, nie jest prawdą, że ,,koty polują głównie na gryzonie”. Każdego roku z powodu kotów puszczanych samopas na całym świecie ginie niezliczona ilość ssaków, ptaków, gadów, płazów i owadów. W samej Polsce ponad 600 mln ssaków rocznie (gryzonie (w tym wiewiórki, susły, chomiki), ryjówkowate, łasice, nietoperze, zające), czy ponad 100 mln ptaków rocznie. Wiele z nich (w tym też niektóre gryzonie) to gatunki chronione prawem, ginące. Cyfry niewiarygodne? W naszym kraju żyje około 6 mln kotów, zdecydowana większość wychodzi, a jeden kot zabija co najmniej kilkadziesiąt zwierząt rocznie.
MIT nr 3
,,Koty są częścią dzikiej natury, nie wpływają na nią negatywnie. Od wieków były wypuszczane”. Tak, właśnie dlatego niektóre gatunki dzikich zwierząt wyginęły, lub są na skraju zagłady. Dziś mamy już na ten temat wiedzę. W różnych krajach świata koty wychodzące doprowadziły do eksterminacji wielu gatunków dzikich zwierząt, w Europie przyczyniły się do zaniku np. żbika (w wyniku krzyżowania się z nim), zmniejszania populacji głuszca czy zająca. Kot i pies to zwierzęta udomowione przez człowieka, utraciły wiele cech swoich dzikich przodków i są przez nas wspierane, ma to niewiele wspólnego z naturą.
MIT nr 4
,,Kot nie został do końca udomowiony”. Idąc tym tokiem myślenia można to samo powiedzieć o koniach czy psach, które też mogą dziczeć i tworzyć dzikie stada. Uznawane są wtedy jednak za gatunek nienaturalnie występujący w przyrodzie. Inwazyjny.
MIT nr 5
,,Koty prowadzą selekcję naturalną”. Koty w środowisku naturalnym nie zachowują się jak dzikie kotowate Europy. Te mają swoje duże rewiry, gdzie żyją w pojedynkę i nie przebywają w tak ogromnym zagęszczeniu jak kot domowy, a populacja ofiar może się wtedy odradzać na danym terenie. Przy dużym zagęszczeniu kotów domowych ofiary mają małe szanse na przetrwanie. Dlatego w przypadku domowych pupili nie można mówić o selekcji naturalnej.
MIT nr 6
,,Bez kotów wolnościowych zjedzą nas myszy”. Koty nie są naszymi jedynymi sprzymierzeńcami w walce z gryzoniami. O wiele lepiej potrafią sobie z tym poradzić dzikie drapieżniki takie jak łasice, kuny, lisy czy ptaki drapieżne. Jeśli damy im taką szansę.
MIT nr 7
,,Koty puszczane samopas nie są tak szkodliwe dla środowiska jak psy”. Są szkodliwe tak samo. Psy polują po prostu na zwierzęta większych gabarytów, to jedyna różnica. Nietoperze, czy ptaki (najczęstsze ofiary kotów) są tak samo chronione prawem jak np. jeże (najczęstsze ofiary psów).
MIT nr 8
,,Trzymanie kota w domu jest niehumanitarne”. Można poświęcić swojemu pupilowi odpowiednią ilość czasu i uwagi zamiast puszczać go bez kontroli. Puszczając swojego kota samopas narażasz go na możliwość utraty życia lub zdrowia (śmiertelne choroby zakaźne, pasożyty, wypadki komunikacyjne, zatrucia, wnyki).
MIT nr 9
,,Wystarczy obróżka z dzwoneczkiem”. Podloty, które opuszczają gniazdo by uczyć się życia nie potrafią latać, przemieszczają się podskakując, sygnał dźwiękowy nie działa na nie ostrzegawczo. Siedzą w bezruchu czekając na rodziców. Są łatwym łupem, również dla kota z dzwonkiem.
Obróżki z dzwonkami nie są też dobrym wyborem dla samego pupila. Mogą prowadzić do wypadków i zaburzeń psychicznych.
MIT nr 10
,,To nie wina kota, taki jest instynkt”. Dokładnie! Jako właściciel to Ty, jesteś odpowiedzialny za poczynania swojego pupila. Rada: zawsze możesz zacząć wychodzić ze swoim kotem pod kontrolą na spacer, spędzając miło czas.
To co z kotami bezdomnymi spytacie? Ostatnio miałam okazję ,,rozmawiać” z osobą niosącą ,,pomoc” takim zwierzętom, która głosi przekonanie, że kastracja i sterylizacja jest złem i należy pozwalać kotom się mnożyć. Chyba żaden lekarz weterynarii się z tym nie zgodzi. Mam nadzieję, że każdy rozsądnie myślący człowiek wie, że zabiegi te są najskuteczniejszą formą walki z bezdomnością zwierząt, a tym samym walki z ich cierpieniem i problemami dzikiej przyrody.

koty_wychodzace

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (113)