Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#87985

przez ~MialamTuKontoAleZapomnialamHasla ·
| było | Do ulubionych
Pragnę dorzucić swoje cegiełki do ostatnich historii osób, ktore pisaly, że są grube i że maja dosyc wytykania tego na każdym kroku.

Chcę wytknąć dwie piekielnosci:
Po pierwsze:obie dziewczyny pisały, jak napisałam wyżej, że je wkurza wytykanie ich wagi. Co zrobiły osoby w komentarzach? Yess, zaczęły wytykać!
Wiecie co, po czymś takim to nawet jak ktoś chciałby schudnąć to by mu się odechciało...
Skupcie sie na temacie historii, a nie na "wymuszaniu" na kimś chudnięcia.

Po drugie:podejście społeczeństwa do bycia grubym...
Też mam problem z nadwagą, chociaż nie jest on tak duży, noszę rozmiar 42. Nie wpasowuję się w definicję osoby "szczupłej", ale sama nie uważam się za grubą. Nie będę się rozpisywać nt mojego stylu życia,ale uważam go za całkiem zdrowy, chociaż nie super fit jak Chodakowska czy Lewandowska;)
Dobrze się czuję ze swoim ciałem i nie chcę chudnąć.
Ale wszyscy na około najwyraźniej tego chcą. Kochana mamusia non stop biadoli, że muszę schudnąć. Teściowa in spe nie mówi mi tego wprost,ale próbuje namawiać swojego syna, by mnie wysłał do dietetyka.Życzliwe koleżanki z pracy też robią uwagi, jak przyniosę sobie na obiad schabowego zamiast sałatki.
A najpiekielniejsze w tym jest to, że mój chłop to 120kg wagi z brzuchem piwnym jak rasowy janusz, i krytyki zero*. ;)
Więc tak,ty kobieto musisz schudnąć jak nosisz XL, bo przecież "gruba" kobieta jest brzydka.
Ale facet im większy tym lepszy, a co!

*ja go próbuję namówić do popracowania nad sobą, ale nie będę do niczego zmuszać, bo to najgorsze co mogłabym zrobić

dieta

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (84)
poczekalnia

#87916

przez ~Poruszony ·
| było | Do ulubionych
Sytuacja rodem z wariatkowa. Poszedłem do pracy w Wojsku. W sztabie generalnym na ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Po ciężkim miesiącu pracy patrzę na stan konta a tam zamiast należnej wypłaty jest 150 zł. Tak, tak, 150 zł za cały miesiąc pracy. Poszedłem do pokoju w którym przebywała pani odpowiedzialna za zliczanie godzin. I grzecznie mówię że źle wypłacono wynagrodzenie i zamiast całości kwoty wpłyną ochłap w postaci 150 zł. Na co ona żebym.... spiepszał bo ona to liczyła 6 razy i komputery się nie mylą. Na co mówię że komputery i jej liczenie mnie nie interesuje natomiast interesuje mnie to co mam na koncie a błąd jest ewidentny. Na co ona z mordą żebym sperdalał z jej pokoju i przestał się droczyć i przekomarzać bo ona wie lepiej. Walka z nią trwała ponad TRZY godziny. Aż w końcu pokazałem jej wydruk z konta i moje wyliczenia. Ona otworzyła gębę i gapiła się jak idiotka.
Po czym gdzieś zadzwoniła żeby "wyjaśnić" sprawę. I mijają kolejne tygodnie a ja nie mam ani wypłaty ani informacji. Więc udałem się ponownie do jej pokoju i spytałem kiedy dostanę moją należną wpłatę bo zdycham z głodu a ona z twarzą bez wyrazu tępym pustym spojrzeniem wybełkotała "NIE WIEM". I to jest poziom ludzi z wojska. Kobieta ta była znana z tego że lubiła ciągle kupować wódę. Ciągle organizowała popijawy w pracy a to imieniny pułkownika a to urodziny majora. W kupowaniu wódy nie myliła się nigdy :). Zawsze kupowała więcej niż powinna.

To by było na tyle jeżeli chodzi o wojsko polskie :).

wojsko warszawa

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (118)
poczekalnia

#87914

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Tytułem wstępu.
Bohaterowie dramatu:
- [ja]
- [s]ąsiad
- Beat Saber na PSVR
- północ

Dla niewtajemniczonych wytłumaczę co to BeatSaber na PSVR.
To taka gra na konsolę Playstation, w której w wirtualnym świecie przecina się mieczem świetlnym klocki. Jak Jedi :)
Jako, że świat wirtualny wymaga świecących okularów i kontrolerów, to takie też w historii występują.

Gra jest dość dynamiczna, używam jej w rodzaju treningu kardio-fitness, 3h skakania potrafią wycisnąć 7 i 8 poty z człowieka.

Zaczynamy.

Jest lato, dość gorący wieczór, a właściwie to i prawie noc. Dla ułatwienia sobie wentylacji skaczę sobie w grze w samych gatkach.
Muzyka techno miło dudni z głośników a ja zadowolony tnę te klocki na plasterki tracąc kalorie. WTEM! przez dudniące dźwięki przebija się jakiś nieznany mi rytm, coś jak stukanie?, pukanie? DRZWI!!!

Ściszam trochę głośnik i podchodzę otworzyć drzwi.

Otwieram drzwi, za nimi nastawiony na awanturę [s]ąsiad, ale zanim powiedział choćby jedno słowo, powietrze z niego zeszło, skurczył się w sobie i wyszeptał:
[s] - czy... czy można trochę ciszej, północ jest?
[ja] - oczywiście, przepraszam, już ściszam
... i zamknąłem drzwi.

I wtedy do mnie dotarło co się tutaj odbyło - dlaczego z sąsiada zeszło powietrze (i dlaczego nie odzywa się do mnie od 2 lat). Z jego perspektywy sytuacja wyglądała następująco:
- żona suszy mu głowę, że hałas i "idź coś z tym zrób"
- idzie i puka do drzwi
- otwiera mu prawie nagi spory i spocony facet (którego nigdy nie widział na oczy)
- w świecącym (miga jak choinka!) hełmie
- z kontrolerami zwisającymi z rąk (które też migają i wyglądają jak dildosy)
- z tyłu za nim błyska TV
- a na dodatek dudni techno muzyka

Dla niego to było jak spotkanie z Porno Ufoludkiem. Bliskie spotkanie 3 stopnia, którego nie chciałby przeżyć.

Kawalerka

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (129)
poczekalnia

#87881

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
A to było kilka lat temu...
Czasy studiów, ja w wieku 21 lat, lato, upał ze 30 stopni. Wsiadłam po zajęciach do tramwaju i usiadłam wygodnie kierując się w stronę domu. Było dosyć sporo wolnych miejsc, a mimo to jakiś chłopak całą podróż stał nade mną. Początkowo się zaniepokoiłam, ale no cóż jego wybór, może woli postać. Po około 20 minutach podróży usłyszałam dźwięk aparatu dobiegającego z telefonu tego chłopaka. Odwróciłam się w jego kierunku, a on udawał, że nic sie nie stało i na najblizszym przystanku wysiadł. Jak to w lato miałam na sobie luźną bluzeczkę z dekoltem i dopiero w domu ogarnęłam, że ten gość zrobił mi zdjęcie cycków... Nigdy nie miałam dużego biustu i ratowałam sytuację usztywnianymi push-up'ami. Przejrzałam się w lustrze, zrobiłam sobie zdjęcie z jego perspektywy i zaniemówiłam. Mój stanik tak odstawał że patrząc z góry widać było mojego sutka. Całe lato, czy to w sklepie, czy na studiach chodziłam i świeciłam sutkami na prawo i lewo, a w dodatku jakiś gość ma moje zdjęcie.

Od tamtej pory kupuje tylko miękkie staniki.

Widział ktoś może podobną wpadkę czy tylko ja jestem taka wybitna?

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (117)
poczekalnia

#87878

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Byłam niedawno u psychologa. W toku rozmowy udało nam się dojść do jednej z wielu przyczyn moich ciągłych problemów ze sobą. Tę przyczynę wyparłam z siebie i zakopałam w najtajniejszym zakątku swej duszy. Teraz jednak leży znów na wierzchu i znów kłuje. Ale do rzeczy.

Rok 2003. Właśnie zdałam ostatni ustny egzamin w ramach matury. Mój wynik - czwórki od góry do dołu. Biorąc pod uwagę, ze skala ocen maturalnych kończyła się wtedy na piątce, a plusy i minusy nie były w użyciu - chyba zadowalający?

Wracam do domu, cała w skowronkach. Radośnie oznajmiam rodzinie, że poniżej czwórki nie zeszłam.

A moja babcia na to:

SĄ TACY, CO NA PIĄTKACH ZDAJĄ.

Nie pomogło tłumaczenie, że owszem, zdają, ale po pierwsze niewielu, a po drugie najczęściej są to osoby, którym rodzice wynajmują korepetytorów przygotowujących ich specjalnie do matury. Że ja nie brałam korepetycji, a wręcz ich udzielałam. Że to, co osiągnęłam, osiągnęłam własnymi siłami, w dodatku pomagając rodzeństwo w lekcjach. A wreszcie, ze są takie rodziny, które ucieszyłyby się gdyby ich dziecko zdało maturę W OGÓLE, a nie jeszcze krytykowali wynik.

Nie pomogło.

SĄ TACY, CO NA PIĄTKACH ZDAJĄ.

To do dziś boli, choć do tej pory nie zdawałam sobie z tego sprawy.

EDIT: Wychodzi na to, że ludzka pamięć jest mocno wybiórcza... Byłam przekonana, że ta 6 z matury była nieosiągalna. Okazuje się że się myliłam.

Nikt cię tak nie dobije jak własna rodzina

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (87)
poczekalnia

#87871

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Niektórzy czytelnicy Piekielnych lubią moje historyjki podróżnicze. Oto znowu ja, tym razem lotniczo. Wiadomo jak się przed pandemią latało. Wielkie samoloty, stewardessy, zapiąć pasy, majestatyczny start i lądowanie. Ale można inaczej.
Gdy mieszkałem w Budapeszcie pojechałem ze znajomą Polką do jej kumpla. Coś tam mówiła, że pasjonat lotnictwa i spadochroniarstwa, ale nie spodziewałem się tego, co było na miejscu. Gość oprócz wioski letniskowej miał na własność lotnisko! Co prawda z trawiastym pasem, ale sporo tam parkowało różnych fruwadeł. Pogadaliśmy chwilę i gość nagle mówi patrząc na szykującego się do startu Antka ze spadochroniarzami: "chcesz poskakać?" . I już wołał serwisanta, żeby mi dopasował sprzęt, ale się wykręciłem mówiąc, że to latające skrzydło (sorry, nie znam się), a ja nie jestem przyzwyczajony.
Na tej samej miejscówce, żebyśmy się nie nudzili dał nam samolot z pilotem (nieduży taki), żebyśmy obejrzeli Kecskemet z góry. Na tyle znałem już węgierski, żeby zrozumieć, że pilot ma "troszkę pofiglować". Kto tego nie przeżył, ten nie wie co to znaczy mieć żołądek wyżej niż płuca. W środku ewolucji pilot stwierdził widząc nasze zielone oblicza "toaleta nieczynna" i wręczył nam wielki słomkowy kapelusz.
Na Puerto Rico stwierdziliśmy, że zamiast płynąć kilka godzi promem możemy polecieć z mainlandu na wyspę Vieques samolotem. Spokojnie czekamy w porcie lotniczym (całkiem sporym), a tu do naszych krzesełek podchodzi nieco zaniedbany gość w brudnawej białe koszuli i informuje, że lecimy z nim. W samolociku (osiem miejsc) byliśmy sami. Nie było informacji przed lotem o ewakuacji itp. Zamiast tego gość mruknął: " lot potrwa 15 minut, torebki do rzygania są pod fotelem". Po czym przekręcił kluczyk w stacyjce, jak w samochodzie i do góry! Mijając jedną z najpiękniejszych plaż na świecie (Playa Flamenco) postawił samolot na skrzydle i z gracją wylądował obok terminalu wielkości kiosku Ruchu.
I skoro się rozpisałem, to jeszcze jedna historia już nie związania z lataniem.
Na Puerto Rico postanowiliśmy zwiedzić park narodowy typu dżungla. Pamiętaliśmy jak to wyglądało w Kolumbii w parku Sierra Nevada (błotniste ścieżki, błoto do pół uda, śliskie skałki), więc przygotowaliśmy się moralnie i sprzętowo. Widok na miejscu: asfaltowe szosy z zatoczkami do robienia zdjęć (Amerykanina trudno z autka wywabić), szlaki piesze krótkie, zniwelowane, utwardzone i wyposażone w poręcze!.
Gdzieś tam miał być fajny wodospad. Odległość 20 minut piechtą. Poszliśmy (niecałe 15 minut to trwało), wodospad, jak wodospad, nawet fajny z bardzo zimną wodą. Pomoczyliśmy kończyny w wodzie i powrót. W drodze powrotnej spotkaliśmy dość typowego trzydziestoletniego Amerykanina: hawajska koszula w palmy, szorty, buty silnie do taternictwa i obwód w pasie do mierzenia taśmą mierniczą. Zatrzymał nas i zapytał jak daleko do wodospadu. Odpowiedzieliśmy, że około 15 minut. Jesus Christ!!! zakrzyknął turysta spływając potem. Przypominam, że my byliśmy po sześćdziesiątce.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (86)
poczekalnia

#87850

przez ~Partyzant ·
| było | Do ulubionych
Opowiem wam bajeczkę. Będzie to bajeczka o mitycznym stworze, takim co nie istnieje, jak smoki, krasnoludki, czy książęta z bajek Disneya.

Będzie to bajka o Corporate Social Responsibility, czyli o tym jak wielkie, międzynarodowe, obracające miliardami korporacje troszczą się o cokolwiek innego niż własny interes.

Sorry, obawiam się, że ta bajeczka ma więcej wspólnego z Braćmi Grimm, niż bajkami Mamy Gąski...

Prolog, czyli o tym jak Gall Grubakiesa z dyskryminacją płciową w szkołach walczył

Otóż pewien duży, Francuski Bank, który posiada filie w wielu krajach na świecie, w tym w Polsce, postanowił na dzień kobiet zorganizować i wypromować akcję, która zwraca uwagę na fakt, że tylko 10% szkół ma za patronki kobiety, a 90% ma za patronów mężczyzn. Inicjatywa nie jest zła. Nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby więcej szkół nie miało za patronki kobiet. Wśród propozycji znajdują się takie evergreeny jak Konopnicka (notabene, w większości województw druga najpopularniejsza patronka po Janie Pawle II), Królowa Jadwiga, czy Maria Skłodowska-Curie. Jest też kilka innych znanych postaci, chociaż niektóre są bardziej nam współczesne, więc może po prostu jeszcze nikt nie wpadł na pomysł uczynienia patronką Wandy Rutkowskiej. Są też propozycje kandydatek zagranicznych, spośród których za szczególnie interesuące uznałem Adę Lovelace, Annę Frank, oraz Hypatię. Sam chętnie dopisałbym do tej listy kilka własnych propozycji.

Można sobie oczywiście zadać pytanie, czy patronka szkoły jest tym, co najbardziej będzie inspirować? Jeżeli mówimy o środowisku szkolnym, to chyba największymi autorytetami są nauczyciele, a zawód pedagoga jest silnie zdominowany przez kobiety. Mógłbym wśród moich osobistych autorytetów z czasów dzieciństwa wymienić wiele kobiet, właśnie nauczycielek, a do głowy przychodzi mi tylko jeden mężczyzna nauczyciel.

Post wywołał żywą reakcję. Niestety, ponad połowa reakcji to było srogie "LOL", a w komentarzach od razu wytkniętą Francuskiemu Bankowi, że promuje akcję mającą wyrównywać różnice między płciami, a w jego dziesięcioosobowym zarządzie zasiada tylko jedna kobieta. Jeżeli to cokolwiek znaczy, jest to jedna z czworga obcokrajowców, a więc najpewniej oddelegowana do zarządu przez centralę. Ktoś cyniczny mógłby powiedzieć, że być może za karę.

Kwestia odsetku kobiet na stanowiskach kierowniczych to osobna sprawa. Bank może próbować się tłumaczyć takimi przesłankami jak doświadczenie. Jest to argument, w którym może być racja, ale nie jest to argument, którego może użyć instytucja, w której zarządzie zasiada tylko 10% kobiet, a który uważa za problem, że tylko 10% szkół ma kobiety za patronki.

Innymi słowy, Francuski Bank pomyślał sobie, że może pokazać się jako "woke" i zaangażowany społecznie zerowym kosztem. Wszak zorganizowanie sondy na temat jakie kobiety zasługują na bycie patronkami szkół prawie nic ich nie kosztował.

Bajka właściwa, cz. I, czyli o tym jak Gall Grubakiesa próbował dostać coś za nic

Nienauczeni niczym geniusze od marketingu z naszego Francuskiego Banku postanowili dokładnie osiem dni później powtórzyć swój "sukces" z Dnia Kobiet (tak, smaczkowi wszystkiemu dodaje fakt, że poprzedni festiwal cringe'u zafundowali nam właśnie na Dzień Kobiet) i dorzucić swoje trzy grosze do tematu LGBT.

Ponieważ ONZ ogłasiła Plan Zrównoważonego Rozwoju, którego jednym z celów jest zmniejszanie nierówności, Francuski Bank ogłosił swoje oddziały "Strefą Otwartą Dla Każdego". Post został okraszony tęczowymi flagami oraz zdjęciem pary dwóch sympatycznie wyglądających dziewczyn.

Jest to kolejny dowód na to, że żeby dostać pracę w dziale marketingu banku wystarczy dać złapać się w siatkę z grupą innych ludzi z ulicy, a już szef działu marketingu wybierze sobie do pracy tego osobnika, któremu najbezmyślniej z oczu patrzy. Bo nie trzeba być jasnowidzem, żeby przewidzieć co nastąpi dalej.

Otóż komentarze zdecydowanie pozytywne można było policzyć na palcach.

Drugą najpopularniejszą kategorią komentarzy było stwierdzenie, że ktoś zrezygnuje w banku z konta, albo że się cieszy, że go u nich nie ma i tak już zostanie. Nie będę się bawił w zgadywanie motywacji tych ludzi, skoro sami nie wyrazili własnej motywacji; każdy może sobie je zgadywać sam, jeżeli chce.

Trzecią i najliczniejszą grupą komentarzy było prześmiewcze gratulowanie bankowi, że przestał dyskryminować osoby LGBT+, albo pytanie, czy do tej pory stosowali dyskryminację i teraz się chwalą, że przestali. Na pośpieszne zapewnienia banku, że nigdy nie stosowali żadnej dyskryminacji, większość odpowiedzi brzmiała: "to czym się niby chwalicie?" To zostało w większości bez odpowiedzi ze strony banku.

Za absolutne mistrzostwo uważam komentarz gościa, który napisał, że dalej czeka na odpowiedź na reklamację, bo chciał złożyć z partnerem wniosek o kredyt, ale kazali im się liczyć jako dwa gospodarstwa domowe, pomimo tego, że podobne obostrzenia nie tyczą się (przynajmniej wg tego co napisał) dwóch osób różnej płci tworzących razem nieformalny związek.

Sam też napisałem komentarz i skupiłem się na punkcie trzecim, ale też dorzuciłem przy okazji, że jako instytucja finansowa mogli by się skupić na wyrównywaniu nierówności w dostępach do kredytów, żeby zdesperowane finansowo osoby z uboższych sektorów społeczeństwa nie musiały padać ofiarą lichwiarzy z parabanków oferujących chwilówki. Ale byłem chyba pierwszą osobą, która zwróciła uwagę na fakt, że nasz Francuski Bank posługuje się do autopromocji sprawą społeczności LGBT, ale robi to w kraju gdzie chociaż temat rozgrzewa emocje do czerwoności, to jednocześnie nie prowadzi podobnej akcji w innych krajach, gdzie sytuacja tej społeczności jest o wiele gorsza, bo mogą trafić za swoją orientację czy przynależność płciową do więzienia.

Nie doczekałem się satysfakcjonującej odpowiedzi. Nie doczekałem się żadnej odpowiedzi. A nie lubię, kiedy się mnie ignoruje. Szczególnie jeżeli jakaś instytucja uważa, że może zbywać innych użytkowników przy pomocy jakichś głupkowatych odpowiedzi, ale kiedy ja coś napiszę, to mi nie odpowiedzą.

Bajka właściwa, cz. II, czyli o tym jak się wkurzyłem i na co nadmiar wolnego czasu poświęcić postanowiłem

Pierwsze co zrobiłem, to było zidentyfikowanie wsystkich krajów w których nasz Francuski Bank ma swoje filie, które mają własne strony na Facebooku, a w których to państwach homoseksualizm jest przestępstwem. Postanowiłem, że zostawię komentarz pod najnowszym postem na stronie każdego z tych banków, pytając, czy u nich też będą wprowadzać taką chwalebną inicjatywę. Było takich krajów łącznie pięć, wszystkie w północnej i zachodniej Afryce.

Zanim zdążyłem przejść od zamysłów do czynów, okazało się, że nasz Francuski Bank UKRYŁ swój post o "Strefach Otwartych dla Każdego", tak, że już nie wyświetlał się na ich wallu. Upewniłem się więc, że przy okazji zapytam zagranicznych kolegów naszego Francuskiego Banku o to, czy u nich był podobny post, ale ukryli go ze względu na wylew bigoterii w komentarzach.

Post dalej istniał, ale jedynym sposobem, żeby go zobaczyć było posiadanie do niego bezpośrednio linka. Poprosiłem znajomego o pomoc, wysłałem mu linka, a on zapytał, dlaczego post nie jest już widoczny bez linka bezpośrednio do posta. Odpowiedzią Francuskiego Banku było to, że post NIGDY nie był widoczny (że niby jest "dark", co nie wiem co miało by oznaczać - że masz do niego dostęp tylko przez TORa? - ja tam korzystam z Chrome'a), co moim zdaniem kwalifikuje się do nagrody na jedną znajgłupszych wymówek w historii. Jeżeli już naprawdę chcecie kłąmać, to kłamcie tak, żeby nie dało się was aż tak łatwo na tym kłamstwie przyłapać. To skąd się tu wszyscy wzięliśmy w tych komentarzach? Bocian przyniósł nas w kapuście?

Widząc, jak bardzo pozbawionymi kręgosłupa etycznego padalcami (co zresztą obraża padalce, bo one jednak mają kręgosłup) są nasi rozmówcy reprezentujący Francuski Bank, a jednocześnie zdając sobie sprawę, że ukrycie posta oznacza, że już nikt go nie zobaczy i nie będzie mógł się oburzyć, postanowiłem, że zacznę komentować pod postami innych użytkowników, którzy oburzyli się do tej pory i zwracać ich uwagę na fakt, że post został ukryty. A także tych nielicznych, wg których była to dobra inicjatywa.
Nie minęło 10 minut, a dostałem bana na komentowanie a wszystkie moje poprzednie komentarze zostały usunięte.

Epilog, czyli o tym, że nawet nie wiem jak mam to skomentować

Pozbawiwszy mnie możliwości komentowania oraz usuwając moje posty, polska filia naszego Francuskiego Banku wyrównała poziom do swoich kolegów z marokańskiej filii, ponieważ marokańska filia banku również skasowała mój komentarz i uniemożliwiła mi komentowanie. Pozostałe afrykańskie kraje kulturalnie mnie po prostu olały.

Morał, czyli o tym jak wielkie korporacje was w d*pie mają

Francuski Bank postanowił zrobić sobie reklamę, pokazując jak bardzo są "woke". Bank uznał, że zrobi sobie tę reklamę poprzez poparcie sprawy, która jest nośna. Ale zrobi to tylko w kraju, gdzie poparcie tej sprawy nic ich nie kosztuje. Poparcie LGBT+ nic ich nie kosztuje w Polsce, ale w takim na przykład Maroku to już nie są tacy odważni. A kiedy się okazało, że to co zrobili spotkało się z odporem i krytyką, zachowali się jak najgorsi tchórze i ukryli to, co opublikowali. Innymi słowy, przywłaszczyli sobie sprawę zmarginalizowanej grupy, wytarli nią sobie swoją tłustą, banksterką gębę, a potem, kiedy okazało się, że się im to jednak nie opłaca tak bardzo jak się spodziewali, to tą samą sprawą wytarli sobie inną częśc swojego obmierzłego cielska i cisnęli tę sprawę na stronę.

Wkurzyli mnie. Najbardziej wkurzyła mnie ich himlaiscznych rozmariów hipokryzja. I nawet jeżeli to czytacie, a nie lubicie LGBT, to powinniście się wkurzyć na to, jak promują sprawy które was mierżą, a jednocześnie cynicznie wykorzystują je po to, żeby się podeprzeć. Jeżeli wkurza was, kiedy wielka międzynarodowa korporacja obwiesza się w czerwcu (Pride Month) tęczowymi flagami, ale boi się zrobić to samo w krajach, gdzie mogło by ich to kosztować, na przykład na Bliskim Wschodzie, to chociaż w tej jednej kwestii wszyscy, niezależnie od tego gdzie jesteśmy na spektrum polityki czy orientacji, powinniśmy mieć jedno zdanie.

Jedno co mi sprawiło frajdę, to odkrycie, że od pojawienia się posta notowania Francuskiego Banku spadły o 15%. Nie wiem nawet, czy był tu jakiś związek, ale mam nadzieję, że tak.

A to, czy Francuski Bank był piekielny, bo tak cynicznie się zachował, czy ja byłem piekielny, bo kręcę g*wnoburzę o coś takiego, to już sami możecie zdecydować.

bank

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (159)
poczekalnia

#87811

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia Heavy https://piekielni.pl/20031, przypomniała mi podobną sytuację.

Skrótowo, koleżanka miała sobie mieszkanie w jednoklatkowym bloku, średnia wieku 65+. Wybywała na pół roku w delegację na drugi koniec świata, więc poprosiła mnie o tymczasowe zamieszkanie i pilnowanie chaty na czas jej nieobecności, tylko za płacenie rachunków. Zgodziłam się, bo ona mieszkała praktycznie pod moją pracą.

Ale nie o niej będzie, bo miało być piekielnie. Piekielna była sąsiadka z dołu, na oko 80letnia członkini klubu z Torunia, co niestety okazało się rzeczywistością. Skubana w każdym pomieszczeniu w domu miała radyjka nastawione na pełny regulator na jedyną słuszną stację. Niestety ona stawiała te radia na grzejnikach i przy rurach, dzięki czemu one wpadały mi w rezonans. Póki byłam w robocie, to mi nie wadziło. Nastąpił jednak tydzień home office i to już było za dużo. Ja tu tabelki i obliczenia robię na grube dziesiątki tysięcy, a grzejnik mi zawodzi kościelne pieśni i gada "żałuj za grzechy". Jeden dzień zignorowałam, drugi poszłam na dół i pukałam (bez reakcji). Trzeci i czwarty wyglądał podobnie, w dniu piątym zaczęłam już walić w drzwi, dalej bez reakcji. W dniu szóstym miałam jechać do wawki na szkolenie, także w piątek obmyśliłam niecny plan.

Nadeszła sobota. Punkt 6 rano blokiem zatrzęsła lista muzyczna wypełniona AC/DC, BEHEMOTEM, Sabatonem i innymi w tym gatunku. Żeby nie było, głośniki estradówki plus wzmacniacz pioniera zrobiły swoje.
Następuje godzina 21.55, ja do domu wracam ze szkolenia i wyłączam. Od tego momentu raz na zawsze skończyło się słuchanie sekty z Torunia inaczej jak na słuchawkach.

Wychodzi na to, że takich dziwnych sąsiadów trzeba pacyfikować z użyciem ich własnej broni, ale całkiem przeciwnego jej gatunku, bo inaczej nie rozumieją aluzji.

Blokowisko piekielni sąsiedzi

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (156)
poczekalnia

#87794

przez ~chojraczka ·
| było | Do ulubionych
Nie wiem, czy ten wpis się tu nadaje, ale zaryzykuję.

W związku z rzekomą pandemię straciłam pracę w gastronomii na jesień 2020. Pracowałam jako kelnerka w dość popularnej restauracji w centrum dużego miasta. Może powiem trzy słowa o sobie, bo może to mieć znaczenie w kontekście puenty tego wpisu.

Mam 25 lata, zrobioną maturę, skończone zaocznie studia z zarządania, do tego parę kursów z różnych branż, bo długo nie mogłam się zdecydować, co chcę w życiu robić. Po maturze od razu poszłam na swoje, zarabiałam na siebie. Wynajmuję malutkie mieszkanie, mam trochę oszczędności, nigdy nie bałam się dorywczych prac, aby zarobić kilka groszy. Pracy mi szkoda, bo bardzo ją lubiłam, właściciel lokalu to dusza człowiek, który w restaurację zainwestował spore pieniądze i był załamany koniecznością zamknięcia.
Ekipa też była fajna, w tym małżeństwo pracujące w kuchnii z dwójką dzieci na utrzymaniu, kolega kelner, który po śmierci ojca stał się głównym żywicielem rodziny, czyli matki i nastoletniej siostry, koleżanka kelnerka, mająca męża po wypadku na rencie inwalidzkiej i też cała masa po prostu młodych ludzi, studentów, którzy z trudem walczyli o utrzymanie się w dużym mieście, bo pochodzili z niezamożnych rodzin. Z tego co wiem, każda z tych osób, natychmiast rozpoczęła szukanie nowej pracy, nikt nie bał się zatrudnić się przy sprzątaniu, brać jakieś kilkudniowe fuchy, na szczęście wiem, że kilku osobom udało znaleźć się stałe zatrudnienie, tym mnie (w duchu dziękuję sobie za miliony "bzdurnych" kursów, które jednak okazały się przydatne)

Do brzegu. Jedna z koleżanek, Marlenka. 28 lat, wynajęte mieszkanie, za które płacili rodzice, bo okłamywała ich co do swoich zarobków (a jako kelnerzy naprawdę nie mieliśmy źle, szczególnie z napiwkami w sezonie turystycznym) i brała na litość. Marlenka, zawsze zrobiona od stóp do głów, paznokcie, rzęsy, zagęszczone włosy, wcale nie tanie ciuchy, kilka razy w roku zagraniczne wyjazdy (typu Tajlandia, Bali, Seszele...), jedzenie głównie na mieście. Nie piszę tego po to, aby odreagować ból tyłka.
Otóż rozmawiałam ostatnio z Marlenką. Powodem było to, że moja znajoma szukała osób do pracy jako hostessa, najpierw pojedyncze zlecenia, potem stała współpraca. Sama wyraziłam zainteresowania i koleżanka poprosiła o rozpytanie znajomych, czy ktoś byłby zainteresowany. Z twarzoksiążki i wpisów Marlenki wiedziałam, że nie ma pracy, więc zagadałam ją na ten temat. Marlenka najpierw wyraziła umiarkowane zainteresowanie, potem stwierdziła, że jednak nie, bo musiałaby rano wstawać, a nie potrafi, wiadomo, gastronomia do głównie praca wieczorem.
Pogadałyśmy trochę o tym, jak kto sobie radzi i dowiedziałam się, że:

- Marlenka zasadniczo od czasu zamknięcia naszej restauracji nigdzie nie szukała pracy, bo gastronomia jest zamknięta, więc nie ma gdzie
- Marlence kończą się pieniądze, już nawet paznokcie jej koleżanka musiała zrobić na krechę
- Trochę lipa, bo nie zapłaciła ostatniego czynszu, bo pieniądze od rodziców wydała na jedzenie
- Rodzicom ściemnia, że ma inną pracę, ale chyba będzie musiała się przyznać, bo może wróci do nich do rodzinnego miasteczka
- Ogólnie lipa, bo w tym roku raczej nie pojedzie na wakacje. Bynajmniej nie dlatego, że nie ma kasy, tylko dlatego, że na granicach i lotniskach są cyrki z testami i kwarantanną.
To wszystko było dla mnie trochę zabawne, gdyby nie podsumanie rozmowy:

- I ogólnie to widzę, że z nas wszystkich to tylko ja na tym wszystkim tak kiepsko wyszłam, wam wszystkim się tak udało spaść na 4 łapy po tym zamknięciu, tylko ja mam takiego pecha. A mnie zaraz z mieszkania wywalą, już nawet ostatnio mi na dostawę z maca zabrakło, taki wstyd!


Ciężko mi jej współczuć

gastronomia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (117)
poczekalnia

#87796

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Największa piekielność na chwilę obecną? Teleporada od lekarza.

Przypadek nr 1- dzwonię bo mam problemy z kręgosłupem. Myślałem, że to ważna sprawa i spokojnie zostanę przyjęty. Myliłem się.
Po ogólnym przedstawieniu problemów z którymi się zmagam, zostało mi od razu zaoferowane zwolnienie L4, tabletki i prześwietlenie. Bez żadnego sprawdzenia itp. Przecież równie dobrze mógłbym być człowiekiem, który ściemnia i tylko chce L4 by od pracy się migać.

Przypadek nr 2- praktycznie w tym samym momencie co ja, zachorowała córka. Kaszel taki, że płuca można wypluć i okrutny katar. Tutaj już serio myślałem, że konieczna będzie wizyta u pediatry. NOPE! Szybka teleporada, zapisanie standardowych lekarstw i informacja "gdyby córka gorączkowała, proszę dzwonić".

Teraz zastanawiam się, czy tylko w mojej przychodni tak jest czy wszędzie?

Jak już wspomniałem, dla mnie ogromna piekielność. A jak wy to widzicie?

teleporada lekarz

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (83)