Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#86792

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historii o sąsiadach było już mnóstwo, ale pożalę się jeszcze ja, może ktoś doradzi, co z tym można zrobić, bo wszystkim już puszczają nerwy.

Parę lat temu moi rodzice wybudowali sobie dom pod Krakowem. Z sąsiadami z jednej strony były problemy od początku (próbowali m.in. uniemożliwić budowę), ale w erze dbania o ekologię jestem w ciężkim szoku, że wciąż można odwalać takie rzeczy.

Otóż pan sąsiad jest bardzo biedny (zaledwie dwa samochody na podjeździe jego sporego domu) i nie stać go na opał, więc żeby ogrzać dom (zimą) i wodę (cały rok) pali czym popadnie. Oczywiście śmieciami (jakoś dziwnym trafem jego worki z recyclingiem są zawsze maleńkie, chociaż mają większą rodzinę od mojej, a śmieci zabiera się u nas od wszystkich równie często). Jak skończą się śmieci, to pan zwozi sobie rzeczy, które można spalić - na przykład stare palety czy meble ze sklejki, które potem rąbie na kawałki we własnym ogródku i wrzuca do pieca. Jeszcze zimą pół biedy, bo i tak nie otwiera się okien zbyt często, ale latem nie dało się wysiedzieć.

Oczywiście rozmowy guzik dają, a jak tata poszedł do sąsiada z wydrukiem ustawy to pan był bardzo zdziwiony, że w Małopolsce coś takiego obowiązuje, uważał że tylko Kraków ma takie przepisy. Za to córeczka pana zwyzywała moich rodziców od konfidentów (i nie tylko), bo w pewnym momencie po prostu zadzwonili na policję i zgłosili palenie śmieciami. Nie żeby to coś dało, policjanci tylko przyjechali, poklepali pana po plecach, powiedzieli kto go podkablował i pojechali. Moja mama próbowała ich też zgłaszać do jakiejś eko - interwencji oraz bezpośrednio do gminy, rezultatu zero. Nikt tego nie kontroluje.

Z ciekawostek mogę też dodać, że nad naszym ogrodem wiszą gałęzie wielkiego drzewa rosnącego u sąsiadów i z tym też nie da się nic zrobić, bo jest za wysoko, żeby dało się to uciąć. Z ich ogrodu co roku lecą to nas tony liści, których u nich nikt nie sprząta, bo po co, jak wiatr je zepchnie do nas. A parę dni temu na ich działce pojawiła się sadzonka dębu umiejscowiona jakieś 30 - 40 cm od płotu. Na razie drzewo jest malutkie, ale jak urośnie to będzie do połowy wystawać na naszą działkę.

No i co z takimi można zrobić bez naruszenia prawa? Problem smrodu trochę się zmniejszył, rodzice chyba ich nastraszyli, ale wczoraj do sąsiadów ktoś przywiózł ogromną ilość desek (było słychać jak tym rzucają) i wieczorem śmierdziało znowu, za to dzisiaj przyjechało coś, co zdaniem mojej mamy wygląda na podkłady kolejowe, sąsiad właśnie je z synem przenosi... Pokojowe metody nic nie dają, policja ma gdzieś, gmina nie reaguje, a wszyscy dookoła wdychają ten syf. Nikt się nie chce wdawać z nimi w wojnę, no ale ile można?

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (65)
poczekalnia

#86789

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Razem z bratem jesteśmy właścicielami domu, w którym mieszkaliśmy od dzieciństwa. Ja mieszkam tam nadal, a brat lata temu wyjechał. Na ogół nie interesuje tym co się dzieje w domu i z domem i jak sam twierdził, nie jest do niego przywiązany.

Podatek od nieruchomości, rachunki za wodę, prąd, śmieci, itd. płacę tylko ja, wszystko w domu robię ja, brat ma w to totalnie wbite, ale jak przychodzi do jakiegoś remontu albo większego zakupu to zawsze chce decydować co i jak ma być zrobione.

Wymieniałem meble na nowe, brat się pojawił i zaczął rządzić. Próbował mi dyktować jakie mam wybrać meble do domu, w którym nie mieszka i za który nie płaci. Oczywiście do mebli też nie zamierzał się dorzucić.

Robiłem remont. Brat przyszedł i wielce chciał nadzorować i poprawiać, mówić co i jak ma być zrobione, bo on ma do tego prawo. W domu, w którym od lat nie mieszka i jak deklaruje nie zamierza wracać, a jedyne co go z domem łączy to papierek. Oczywiście za remont w 100% zapłaciłem ja.

Tak też niemieszkający ze mną brat wywiera istotny wpływ na każdą decyzję dotyczącą domu, który jest w stu procentach na moim utrzymaniu i które to decyzje są realizowane wyłącznie za moje pieniądze. Z efektami tych decyzji, na które wpływa brat, muszę sobie radzić tylko ja, bo brat mieszka gdzie indziej. Wszystko w majestacie prawa.

Mój brat, którego wymyśliłem na potrzeby tej historii jest alegorią Polaków, którzy mieszkają na stałe za granicą, tam pracują, tam płacą podatki, a chcą głosować w wyborach w Polsce, czyli w kraju, z którym jedyne co ich łączy to posiadanie obywatelstwa. Z efektami ich wyborów musimy sobie radzić tylko my, bo oni mieszkają za granicą i mają to gdzieś.

wybory

Skomentuj (111) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (193)
poczekalnia

#86788

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak prawie każdej kobiecie zależy mi na urodzie, więc cenię sobie dobrych fryzjerów, czy kosmetyczki, do niektórych chodziłam więc przez lata i nie miałam problemów z dopasowaniem terminów, jak i z komunikacją z nimi. Uważam, że te zawody wymagają dość dużej wiedzy i fachowości, więc je cenię. Ale..
Od niedawna mieszkam jednak w nowym mieście i tym samym musiałam poszukać innych specjalistów.
Ja rozumiem, że każdy dobry fryzjer, czy kosmetyczka mają dość napięty grafik i niepojawienie się na wizycie bez zapowiedzi, czy notoryczne ich odwoływanie byłoby nie fair.
Już dwa razy spotkała mnie podobna sytuacja, w stylu, że chcę się zapisać do fryzjera załóżmy po godzinach mojej pracy, albo w sobotę. Pani mówi, że nie absolutnie, oni nie mają takich terminów- tonem jakby proponowanie terminu na popołudnie ,albo w sobotę byłoby jakimś nietaktem z mojej strony.
Proponuje mi dzień powszedni, na hasło, że dam znać tego samego dnia, bo nie wiem czy uda mi się urwać z pracy, pojawia się foch, że jak to, przecież mogłabym wziąć urlop i ona może zaproponować inny dzień powszedni. Mówię, że tego dnia muzę być w pracy. Pani już mniej miłym tonem mówi, że może zaproponować wolne terminy dopiero za miesiąc- mimo, że wcześniej mogła mnie zapisać na termin za 2 dni, więc choć nie powiedziałam tego głośno, przyszło mi do głowy, że obruszyła się i zrobiła to specjalnie.
A już nie daj Boże gdyby mi coś wypadło w dniu wizyty i ze względu na pracę nie mogła na nią przyjść. Mimo, że byłoby to ode mnie niezależne.
Rozumiem, że dobry fryzjer czy kosmetyczka są na wagę złota i terminy są u nich trochę mniej dostepne, ale oczekiwanie, że będę brała dla nich specjalnie urlopy i wizyta u nich będzie ważniejsza od mojej pracy, to uważam przesada.
W końcu idę do salonu o trochę mniejszej renomie, ale za to z takim terminem, który mi odpowiada.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (72)
poczekalnia

#86783

~Wynajmowicz ·
| było | Do ulubionych
Krótko o dzisiejszej piekielności wynajmu mieszkania.

Jeżeli natraficie na olx ofertę wynajmu mieszkania w Bydgoszczy na ulicy Narutowicza 5/12 to odradzam. Facet umawia się na konkretną godzinę, podkreśla, że ma tylko 10 minut i prosi o punktualność, ponieważ ma tylu potencjalnych klientów. Oczywiście gdy już przybyliśmy (2-3 minuty przed czasem) pod kamienicę (a dodam, że musieliśmy przyjść z niemowlakiem i jak na złość padało) nikt nie odbierał domofonu, telefonu tak samo pomimo dzwonienia z dwóch różnych numerów.

Tak więc odradzam tamto mieszkanie, no chyba, że ktoś lubi sobie postać pod drzwiami.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (63)
poczekalnia

#86781

~tapeciara ·
| było | Do ulubionych
Historia #86755 użytkowniczki Surinam przypomniała mi sytuację sprzed kilku lat, kiedy byłam na urlopie macierzyńskim.

Pracowałam przed porodem hotelu na recepcji. Gdy mój szkrab miał jakieś 4 miesiące zadzwoniła do mnie szefowa, nie pamiętam o co dokładnie chodziło, ale musiałam podpisać jakieś papiery i chciała omówić kwestię mojego powrotu do pracy. Strasznie jej się spieszyło i zapytała czy mogę przyjść w ten sam dzień, najlepiej w ciągu 2 godzin, bo potem idzie do domu. I tak miałam iść z małym na spacer, a hotel miałam stosunkowo niedaleko, więc postanowiłam, że podejdę. Pamiętam jak dziś, że było dość gorąco. Przyszłam i od progu usłyszałam od koleżanek z recepcji:

- Matko jedyna, jak ty przytyłaś! - no fakt, nie zrzuciłam jeszcze dodatkowych kilogramów po ciąży, zostało mi wtedy jakieś dodatkowe 5kg, łącznie 10kg nadwagi, bo przed ciążą byłam grubawa. Popytałam koleżanek, co tam słychać w pracy, chcąc zmienić temat, no bo wiedziałam, że mam spory balast, ale po co o tym gadać? Niestety, rozmowa dalej kręciła się wokół tego, że jestem gruba, dlaczego jeszcze nie schudłam, dlaczego nie pójdę na siłownię lub nie zastosuję jakiejś diety cud. Nawet mi się nie chciało komentować, więc poszłam do gabinetu szefowej. Ta na dzień dobry:

- O, cześć! Ojej, ale kulka z ciebie!
- Ok, co pani ode mnie potrzebuje?
- No, no, spokojnie... nie obrażaj się... a słuchaj, ty taka spocona to zawsze chodzisz?
- Nie, tylko jak jest taki upał na dworze.
- O, jaka dowcipna... włosy też widzę nieumyte!
- Umyte, umyte, spociła mi się głowa
- I odrost masz...
- Mam, bo włosy mi zmarniały po porodzie, nie chcę na razie niszczyć farbą.
- A ty zawsze taka elegancka byłaś, a tu taka sukienka jakaś workowata
- Upał jest...
- No, upał upałem, ale popatrz, ja jestem elegancko ubrana
- Mam z dzieckiem na spacer chodzić w garsonce?
- Jeszcze się przyzwyczaisz i będziesz tak do pracy przychodzić!

Podpisałam, papiery, wyszłam i prawie się popłakałam. Wiem, że po ciąży nie wyglądałam jak milion dolarów, ale ubierałam się schludnie i kobieco, nigdy nie chodziłam brudna, zawsze miałam lekki makijaż i nie nigdy nie używałam małego dziecka, jako wymówki dla zaniedbania. Nie wiedziałam, po co te docinki, nie przyszłam do pracy, tylko w wolnym czasie, a rozliczano mnie z każdemu mankamentu urody.
Po powrocie do pracy koleżanka opowiedziała mi, że jeszcze następnego dnia personel żył tym, że jestem gruba i przyszłam w brudnych włosach. I dodała:

- Żebyś ty widziała jaką one miały satysfakcję, jak to opowiadały... śmiały się, że już taka ładna nie będziesz po tej ciąży.

Nie wiem, co to miało być? Zazdrość? Zawiść? Bezinteresowna złośliwość?

hotel

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (99)
poczekalnia
Witajcie przyszła i pora na mnie by wyrzucić z siebie co nieco. Tak sobie siedzę i czytam dziś na lokalnym portalu że pewien starszy mężczyzna zmarł tuż obok przystanku autobusowego bo nikt mu nie pomógł. I winna tej znieczulicy jest corona! A guzki prawda to wina znieczulicy ludzkiej która towarzyszy nam od dawna.
Przykład 1 rok 2006,spore śląskie miasto, niedziela, zima koniec grudnia lub styczeń, dużo śniegu było bo zaspy przy ulicy spore. Z moim wtedy jeszcze narzeczonym idziemy późnym popołudniem do Tesco przy okazji odhaczyć spacer z psem bo drogi ok 30 minut w jedna stronę. Przeszliśmy przez pasy na skrzyżowaniu dwóch sporych ulic, mimo niedzieli ruch spory bo ludzie idą do kościoła na osiedle obok. Na zaspie tuż przy pasach leży człowiek obok przez pasy przechodzi spora grupa ludzi, rzucają tylko spojrzenie jakiś komentarz i idą dalej. Zatrzymujemy się zagadujemy zero reakcji, szturchamy gościa ale nie reaguje, na śniegu widać krew. Telefon pogotowie i policja w drodze, gościu się ocknął. Rozmawiamy do przyjazdu policji, wracał od córki i chciał przejść przez przejście ale jakiś samochód jechał bardzo szybko wiec odskoczył w tył, poślizgnął się i upadł. Gość leżał tam ponad pół godziny zanim ktokolwiek się nim zainteresował a mróz był spory wiec jak by się to skończyło? Ale to nie koniec:
Przykład 2
Rok 2010 stara trasa Rybnik- Katowice ( nie pamietam jak ta droga się nazywa), zwykła dwupasmówka. Jedziemy sobie spokojnie w kierunku Rybnika ruch bardzo spory wiec prędkość niska. Ja jako pasażer z daleka widzę człowieka w rowie, mijamy go i zatrzymujemy się ok 100 metrów dalej w wjeździe do lasu. Cofamy się pieszo no i jesteśmy obok faceta z rowerem leżącego w rowie. Telefon karetka i policja już jadą. Facet przytomny, trzeźwy rozwalona głowa, złamana noga Tir zdmuchnął go z drogi leży już ok godzinę ( nosz ku.....a!!)
Ale najlepsze na koniec
Przykład 3
11 lipiec 2003 godzina ok 7:10 duże śląskie miasto, obrzeża, deptak bardzo mocno uczęszczany przez ludzi dochodzących z lub na przystanek autobusowy oraz na pobliski targ i do marketu oraz przez psiarzy idących na pobliską łąkę. Tuż obok ławki leży facet ok 45lat ubrany normalnie, mieszkaniec pobliskiego osiedla. Leży od pół godziny, przechodzi masa ludzi przejeżdża masa aut i tabun rowerzystów a nikt nie reaguje. 7:40 kierowca autobusu odstawił autobus na parking i wraca do domu a ten człowiek którego widzaial o 7:10 dalej tam leży!! Telefon karetka dojeżdża w kilka minut. Czas zgonu 8:02 pomimo reanimacji umiera.
I tak kochani to był mój tata żaden żul, normalny człowiek, cukrzyk który wyszedł z psem i już nie wrócił. Który zmarł na ulicy jak pies bo ludzie nie chcieli pomóc. Może dlatego zawsze gdy widzę ze ktoś leży nawet jak to jest typowy żul co zalał się do nieprzytomności to i tak się zatrzymam i sprawdzę.
I tak ludzie umierają na ulicy od zawsze przez naszą znieczulicę a nie przez coronę!

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (77)
poczekalnia

#86775

~anonimowyanonim2 ·
| było | Do ulubionych
Podjeżdżam pod urząd miasta załatwić jedną sprawę z wychowankami, których miałem pod swoja opieką. Szukam miejsca parkingowego, a że był to parking płatny, miejsc nie brakowało. Parkuję na pierwszym lepszym, już chce wysiadać, kiedy wychowankowie zwracają mi uwagę na starszego Pana, coś koło 80 lat, który krzyczy coś w samochodzie z naprzeciwka. Parking był pustym placem, linie samochodów były oddzielone wyłącznie namalowanymi pasami. Pan- prawie 30C na dworze, ale koszula, marynarka, samochód seicento czerwone- tak dla zobrazowania antagonisty tej opowieści. W tym wszystkim ogień w oczach, i gestykuluje jak Hitler podczas przemówienia, wrzeszcząc coś. Obok niego na siedzeniu coraz bardziej aktywna małżonka, równie leciwa, która w końcu wstaje otwiera drzwi i podniesionym głosem krzyczy- "Czy mógłby Pan przejechać!?". Szybka ocena sytuacji- stoję prawidłowo na miejscu parkingowym, Pan ma najwidoczniej problem z wycofaniem i wyjechaniem swoim pasem ruchu, chce przejechać przez moje miejsce parkingowe... Zamiast normalnie poprosić zachowuje się tak jakby nie rozumiał sytuacji i miał zaawansowaną demencję. Myślę, że nie będę robił problemów, dam przykład dzieciakom, że można kulturalnie zareagować na takie zachowanie. Przeparkowałem samochód, pod nosem powiedziałem tylko w trakcie wychowawczo, że z głupotą nie ma co walczyć i sobie nerwów psuć. Sprawę w urzędzie załatwiliśmy w 20 min, wsiadamy w samochód, jedziemy drogą, zupełnie już nie pamiętając o parkingu, kiedy nagle...Z naprzeciwka czerwone seicento z leciwą parką o hitlerowskich korzeniach wyprzedza rowerzystę, wjeżdżają na nasz pas ruchu, ja po hamulcach, odbijam w prawo, najeżdżam oponą na krawężnik. Dzieciaki wystraszone.Reakcji u starych grzybów żadnej. Dużo się mówi o testach na możliwość prowadzenia samochodu, naprawdę by się przydały.

komunikacja_miejska

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (88)
poczekalnia

#86773

~s1prawa ·
| było | Do ulubionych
Sytuacja, która przydarza się wielokrotnie, tu przytoczę przykładowo wydarzenie, które miało miejsce w styczniu/lutym.


Jestem z koleżankami [K1, K2 i K3] w klubie. Siadamy koło barku i zaczynamy rozmowę z jakąś Dziewczyną. Przebiegała ona przyjemnie. W pewnym momencie zostałyśmy zapytane, co studiujemy:

K1: Ja studiuję pedagogikę
D: Ooo, super! Moja kuzynka też!
K2: Ja jestem na medycynie
D: [zachwyt]
K3: Ja uczę się na AWF
D: [zachwyt]
J: Studiuję prawo
D: (...)
D: *przewraca oczami z poirytowaniem*
D: No tak, przecież musicie zawsze się tym chwalić! W końcu po czym poznać studenta prawa?-sam ci o tym powie! Moglibyście czasami odpuścić, bo to serio wkurzające.

Aha?

uniwersytet

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 24 (92)
poczekalnia

#86776

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tym razem to ja byłem piekielnym. Przed skrzyżowaniem, z ostrym łukiem, na obwodnicy pewnego miasta jechały sobie spokojnie dwa zestawy, jeden za drugim w pewnej odległości. Ruch spory, udało mi się przeskoczyć jeden i nie ryzykowałem próby wyprzedzania drugiego pomimo sporego zapasu mocy (motocykl). Na dwóch kołach kierunkowskaz nie odbija jak w samochodzie, więc zjeżdżając z tego skrzyżowania musiałem go pyknąć. Gruba rękawica plus klakson umiejscowiony przy kierunkowskazie i wyszedłem na poganiacza, nerwusa, frustrata. Przepraszam i dziękuję za zrobienie miejsca do wyprzedzania.

gdzieś na drodze

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (41)
poczekalnia

#86774

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O tym jak najprostsze rozwiązania bywają skuteczne.

Sytuacja działa się w szkole. Byliśmy zgraną klasą bez konfliktów. Po podstawówce poszliśmy wszyscy razem do gimnazjum jako ta sama klasa, ponieważ obie szkoły znajdowały się w jednym budynku. Dodatkowo do naszej klasy doszło kilka nowych osób z zewnątrz i to będzie historia o jednej z nich.

Przyszedł chłopak. Widać było, że patus. Jego ulubioną zabawą było dręczenie innych. Zabierał nam różne rzeczy (długopis, piórnik, cały plecak) tylko po to, by wyrzucić do śmietnika robiąc danej osobie na złość. Podkładał nogi, zaczepiał, pluł, a jego popisową akcją było podbieganie do niczego nieświadomej osoby od tyłu i kopanie w dupę. Zaczepki słowne i wyzwiska były normą. Gdy ktoś próbował się bronić, patus leciał do pani z krzykiem, że tamten go bije.

Nauczyciele z wychowawczynią na czele najpierw próbowali go naprostować, ale gdy w dzienniku brakowało mu już miejsca na uwagi, wszelkiego rodzaju apele, upomnienia, nagany i prośby do rodziców ze strony nauczycieli nic nie pomogły, a on siedział więcej czasu u szkolnej pedagog na pogadankach niż na lekcjach, nauczyciele odpuścili. Mówili nam tylko, że musimy jakoś to znosić, bo on jest chory. Nie mam pojęcia na co, chyba na patologię.

Pod koniec pierwszej klasy, razem z trzema kolegami uznaliśmy, że trzeba coś z tym zrobić, bo inaczej przez kolejne dwa lata będziemy musieli to znosić. Przydybaliśmy go więc w ubikacji, dostał kilka cepów na twarz, po czym zrobiliśmy mu tak zwanego szuwara, czyli wsadziliśmy głowę do muszli klozetowej i spuściliśmy wodę. Na odchodne dostał kopa w dupę, takiego jakie on przez prawie cały rok szkolny serwował nam. Konsekwencji się nie obawialiśmy, bo nie było żadnych świadków, a patus zalazł za skórę wszystkim, więc praktycznie każdy mógł to zrobić. W słowa patusa natomiast nie wierzył już nikt.

Po tej akcji mieliśmy spokój już do końca szkoły. My czterej mieliśmy spokój, bo pozostałych dalej zaczepiał, a z roku na rok świrował pawiana coraz bardziej.

Ciekawe co teraz robi. Może siedzi w więzieniu.

szkoła zachowanie

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (108)