Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#87155

~Hania ·
| było | Do ulubionych
Nigdy nie sądziłam, że spotka mnie coś tak piekielnego, żeby opisać na tej stronie, ale myślę, że ta historia się tu nada.

Mieszkam od kilku lat na Wyspach, mamy z narzeczonym 2-letnią córkę urodzoną tutaj. Mam kilka znajomych, głównie Brytyjek, również mam, w większości kobiety 30+, wykształcone, inteligentne, taka powiedzmy przeciętna klasa średnia. Spotykamy się czasem na spacery albo playdate.
Ostatnio podczas spotkania w parku biegając między dzieciakami gadałyśmy sobie o planach na przyszłość, w tym ewentualnym dalszym powiększaniu rodziny. Powiedziałam zgodznie z prawdą, że chcemy kolejne dziecko, ale jeszcze nie teraz, bo mała dopiero wychodzi z pieluch, zaczyna spokojnie przesypiać noce i dopiero od niedawna ze spokojem zostawiam ją czasem pod opieką nianii, bo wcześniej ciągle płakała, nie mogła spać i wracaliśmy w pośpiechu do domu z wieczornych wyjść. Konkluzja była tak, że obecnie chcemy się nacieszyć odrobiną luzu, wyspać się, a dopiero za jakiś czas pakować się z kolejnego niemowlaczka, który potrzebuje uwagi 24h. Dodałam, że zaczęło mi już brakować lampki wina wieczorem albo piwka w weekend, bo wiadomo najpierw ciąża, potem karmienie piersią i dopiero teraz wymieniamy się z tatą małej, tym, kto na imprezce rezygnuje z alko, żeby jedno z nas zawsze było trzeźwe po powrocie do domu. Na to jedna z koleżanek stwierdziła:
- Bez przesady, nie przejmuj się tak, jedno piwko czy winko od czasu do czasu w ciąży nikomu nie zaszkodzi. Przy karmieniu tak samo, jak wypijesz po karmieniu to za godzinę czy dwie spokojnie możesz znowu karmić.
Kolejna dodała:
- No właśnie, ja czasem piłam wino w ciąży, bo strasznie zestresowana byłam i lekarz mi zalecił.
Na chwilę zaniemówiłam, przekonana, że sobie ze mnie żartują, więc zaśmiałam się niepewnie. Trzecia dorzuciła:
- A bo kobietom to się wmawia takie głupoty, że w ciąży to nic nie wolno! A ja myślę, że wszystko wolno, tylko z umiarem
- Nie no, dziewczyny wkręcacie mnie, tak? - zapytałam już z lekką konsternacją
- Co? Dlaczego tak mówisz?
- No przecież nie wolno pić w ciąży!
- Ach, zawsze się znajdą tacy, co będą przesadzać, ale naprawdę jak się czasem napijesz, to nic się nie stanie! Ja czasem piłam do kolacji i popatrz jakie mam zdrowe dziecko!

Wieczorem podzieliłam się z narzeczonym tymi rewelacjami, nie mógł uwierzyć, że koleżanki mówiły to na poważnie. Zapytałam nawet mojej znajomej, która pracowała przez kilkanaście lat w szpitalu, czy to możliwe, że grupa niegłupich, dorosłych kobiet, żadnej patologii czy młodych siks, naprawdę uważa, że nie ma nic złego w piciu alkoholu w ciąży. Potwierdziła, że niestety Brytyjki mają dość luźne podejście do używek w ciąży i podczas karmienia piersią, często później nie widząc związku między piciem i paleniem w ciąży, a schorzeniami swoich dzieci.

zagranica

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (83)
poczekalnia

#87146

~Jednorazowa ·
| było | Do ulubionych
Zachorowałam, zdarza się, katar, kaszel, do pracy nie mogę iść ze względu na jej specyfikę. Postanowiłam udać się do lekarza po poradę i zwolnienie. A raczej zadzwonić, bo przychodnia pacjentów nie przyjmuje. Ośrodek jest czynny od 8 do 12, więc dzwoniłam nieustannie od samego otwarcia, oczywiście bezskutecznie. Po 11 zdenerwowałam się na tyle, że wsiadłam w samochód i pojechałam pod przychodnię. Kolejka na pięć osób, wszyscy w maseczkach i odstępach, lekarz stoi za drzwiami ze słuchawką przy uchu, po stronie zewnętrznej zamontowany głośnik. I tak się badamy - ludzie opisują objawy, lekarz odchodzi, przychodzi po chwili z numerem recepty, którą podaje z zachowaniem dużego dystansu, w maseczce, przyłbicy, rękawiczkach i fartuchu. Przychodzi moja kolej, opisuję objawy. Lekarz prosi mnie o szerokie otwarcie buzi. Zagłada mi do gardła. Przez drzwi. Ludzie w kolejce za mną wybuchają śmiechem. Dostaję zwolnienie i koniecznie antybiotyk, bo to gardło takie strasznie czerwone i podrażnione! Nie odezwałam się słowem, podziękowałam za L4, antybiotyku nie wykupiłam. Gardło mnie wcale nie boli.
Nie chcę już chorować, nie mam szans na diagnozę, normalną rozmowę z lekarzem, osłuchanie płuc. Bo nie mam koronawirusa.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (85)
poczekalnia

#87149

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu pojawiła się historia, w której autor opisywał perypetie związane z próbą umiejscowienia ślubu zawartego na Bali. No cóż, właśnie się przekonałam, że wcale nie trzeba latać na egzotyczną wyspę, żeby rozbić się o niekompatybilne procedury.

Kiedy podjęliśmy decyzję o zalegalizowaniu związku, też zamarzył nam się ślub na plaży, jednak ze względu na chęć spędzenia tego dnia w gronie bliskich nam osób oraz w celu uniknięcia potencjalnych komplikacji urzędowych zrezygnowaliśmy z równikowego słońca i ciepłego, turkusowego morza na rzecz białego piasku nad Bałtykiem i wybraliśmy rodzimy kraj męża. Wybór w dużej części podyktowany był też tym, że Szwecja nie wymaga jakiejś skomplikowanej papierologii. Aby wziąć tam ślub należy przedstawić dowód osobisty oraz jakikolwiek dokument potwierdzający wolny stan cywilny, co ważne, wystawiony przez kraj zamieszkania (nie kraj pochodzenia). W naszym wypadku wystarczyło zaświadczenie o zameldowaniu wystawione przez lokalny urząd meldunkowy, na którym był podany również stan cywilny. Koszt uzyskania dokumentu - 10eur za 2 sztuki, czas spędzony w urzędzie - 5 min, koszt ślubu cywilnego w Szwecji - okrągłe zero, kraj uznaje, że takie rzeczy należą się obywatelowi jak psu buda i nie pobiera żadnych opłat skarbowych.

Dla porównania, gdybyśmy zdecydowali się na Polskę lub Niemcy, sprawy byłyby bardziej skomplikowane. Wymagane byłoby wówczas zaświadczenie o zdolności prawnej (braku przeciwskazań) do wstąpienia w związek małżeński, wystawione przez USC w kraju pochodzenia każdego z nas (plus w Polsce byłoby dodatkowo konieczne angażowanie tłumacza przysięgłego na czas ceremonii). Problem polegałby na tym, że Szwecja nie wystawia takiego zaświadczenia obywatelom mieszkającym poza jej granicami. Mogłaby je wystawić tylko na podstawie identycznego zaświadczenia wystawionego przez urząd w kraju zamieszkania, którego Niemcy mu nie wystawią, gdyż nie jest ich obywatelem. To znaczy w ostateczności mogliby wystawić, ale tylko na podstawie identycznego zaświadczenia wystawionego przez urząd w kraju pochodzenia, czyli Szwecji (która go nie wystawi, bo on tam nie mieszka), a więc bujaj się chłopie od Annasza do Kajfasza, ale marne szanse, że ktoś zaproponuje wyście z impasu. Tak więc Szwecja była niejako oczywistym wyborem.

Procedura ze ślubem cywilnym wygląda tak. W Szwecji nie ma USC, organizacją papierów zajmuje się skarbówka (Skatteverket). Samego ślubu udziela prywatny Mistrz Ceremonii (przypomina to polski ślub humanistyczny, tyle że ma moc prawną). Mniej więcej 3-4 miesiące przed ślubem należy stawić się w skarbówce osobiście i przedstawić wymagane dokumenty (o których pisałam wyżej). Kilka tygodni później przychodzi tzw. licencja, ważna 4 miesiące, którą w dniu ślubu należy dać Mistrzowi Ceremonii, on ją później podpisuje i wysyła do Skatteverket (Mistrz Ceremonii ma bodajże status urzędnika, tylko nie jest formalnie zatrudniony przez żadną instytucję).

Ze względu na wybuch epidemii i związane z tym ograniczenia, naszą uroczystość musieliśmy przesunąć na przyszły rok (perypetie z tym związane opisałam już w innej historii). Żeby nie tracić jednak licencji i uniknąć korowodu związanego z wyrabianiem nowej, umówiliśmy się z Mistrzem Ceremonii (nazwę ją Ingrid), że przyjedziemy cichaczem w tym roku, podpiszemy papiery, a resztę ceremonii zrobimy w przyszłym roku. Tak też zrobiliśmy, dokumenty podpisane początkiem lipca, po czym nadszedł czas, żeby umiejscowić dokument w polskich księgach Stanu Cywilnego. I zaczęła się zabawa.

W konsulacie poinformowano mnie, jaki dokumenty będę musiała złożyć: odpis aktu ślubu, odpisy aktów urodzenia mój i męża, dowód opłaty skarbowej (50 euro, cenią się) i chyba kopie dowodów tożsamości. Pierwszy problem - Skatteverket nie wystawi odpisu aktu urodzenia oraz aktu ślubu, gdyż takie dokumenty w Szwecji nie istnieją. Jedyne, co mogą wystawić, to wyciąg z bazy danych dotyczący mojego męża, gdzie znajdą się jego dane osobowe, informacje na temat urodzenia, rodziców, oraz faktu, że wziął ślub. Jeśli chodzi o mnie, to będzie tam figurowało moje imię i nazwisko. I nic więcej, bo jako że nigdy nie mieszkałam w Szwecji, nie mam ich numeru podatkowego i nie figuruję w ich bazie danych. Nie mogą odnotować również faktu, biorąc ślub przyjęłam nazwisko męża. Wpiszą tylko dotychczasowe i już. Dobra wiadomość w tym wszystkim jest taka, że dokument mogą wystawić w wersji dwujęzycznej szwedzko-polskiej. Przynajmniej odpadnie problem z tłumaczeniem. Poprosiliśmy jeszcze o wersję szwedzko-niemiecką, żeby przedstawić w urzędzie meldunkowym w miejscu zamieszkania (jest to konieczne do zmiany klas podatkowych). Druga dobra wiadomość: koszt dokumentów - zero.

Kontaktuję się ponownie z konsulatem, tłumaczę, jak wygląda sytuacja i pytam, co teraz. Trafiłam na bardzo miłą i pomocną panią. Tak, ona wie, że w Szwecji nie ma takich dokumentów, niech przyślą, co mogą przysłać, ona prześle to do USC w moim mieście w Polsce i wytłumaczy, co i jak. Jeśli chodzi o zmianę nazwiska, to muszę tylko wypełnić załączony formularz z deklaracją, zapłacić drugie 50 euro (cenią się), wszystko zeskanować, wysłać jej mailem i chyba powinno być ok.

W połowie lipca przyszły dokumenty. Zeskanowałam, wysłałam pani w konsulacie i czekam na odpowiedź. Po jakichś 2 tygodniach dzwonię i pytam o status sprawy.
- No jak to jaki jest status? Na razie żaden, bo cały czas czekamy na oryginały dokumentów, które miała pani przysłać pocztą.
- Nikt nic o tym nie wspomniał. Mówiła pani tylko o skanach.
- A to widocznie zapomniałam. To proszę szybciutko dosłać oryginały.

Dosłałam szybko oryginały i czekam na rozwój wypadków. W połowie sierpnia dzwoni pani z konsulatu. Jest problem. A w zasadzie dwa problemy. USC w moim rodzinnym mieście odrzucił moje papiery z dwóch powodów. Raz, otrzymany wyciąg z bazy danych Skatteverket ma tytuł w stylu "w celu przedstawienia jako odpowiednik aktu ślubu", w związku z czym potrzebny będzie jeszcze jeden dokument, dokładnie ten sam wyciąg z tymi samymi informacjami, tylko z tytułem "w celu przedstawienia jako odpowiednik aktu urodzenia" (czyli Skatteverket musi nam przysłać jeszcze raz dokładnie to samo, tylko pod inną nazwą), a dwa, w dokumencie widnieje data ślubu, natomiast nie ma żadnej informacji na temat miejsca jego zawarcia. Muszą nam przysłać ten dokument jeszcze raz, uzupełniony o tę informację.

Telefon do Skatteverket - dokument pod innym tytułem przyślą nam od ręki, ale z tym drugim jest problem. Informacji o miejscu zawarcia ślubu nie zamieszcza się w szwedzkich dokumentach i nie mają możliwości prawnej zrobienia tego. Nie i już. Przysłali nam tę odpowiedź również mailem, po angielsku, żebyśmy mieli to na piśmie.

Ponowny kontakt z konsulatem, mówię, czego dowiedziałam się w Skateverket i pytam, co teraz. Oni mi nie pomogą. Musi być informacja na temat miejsca ślubu i już. Bez tego sprawa nie ruszy. Nieważne, że Skatteverket nie może wpisać tej informacji, mamy coś wykombinować i koniec (Annasz i Kajfasz pozdrawiają serdecznie). W tym momencie przyszło mi coś do głowy, pomyślałam o Ingrid. Pytam, czy zaakceptują informację na piśmie od urzędnika, który udzielał nam ślubu. Pani na to, że być może tak, proszę przysłać i oni zobaczą.

Telefon do Ingrid. Nie ma problemu, zaraz przyśle nam mail po angielsku z informacją, gdzie i kiedy odbył się ślub. Gdyby to nie wystarczyło, może nam wystawić taki symboliczny akt ślubu, mający wartość pamiątkową (dyplom, który wygląda jak te, które otrzymuje się na zakończenie przedszkola lub wygrawszy konkurs recytatorski), który również będzie zawierał te informacje, podpisy jej i świadków i tak dalej. Z tym że to dopiero we wrześniu, jak wróci z urlopu.

Wysłaliśmy brakujący dokument ze Skatteverket oraz mail od Ingrid do konsulatu, konsulat przesłał dalej. USC odmówił, gdyż mail nie jest dokumentem urzędowym i nie mogą go zaakceptować jako dowodu, gdzie odbył się ślub. Mamy przysłać ten dyplom, jego podobno mają zaakceptować. Dla mnie trochę absurdalne, że mail od urzędnika nie jest wystarczającym dowodem, a dyplomik zrobiony w Paincie jest, ale nie muszę wszystkiego rozumieć.

Dostaliśmy dyplom, dzisiaj go wysłałam, dołączając pismo, w którym bardzo grzecznie urzędowym językiem wytłumaczyłam, że choćbym się zes*ała, to nic innego już nie jestem w stanie im dostarczyć. I czekam na decyzję, bo na razie jestem żoną i nie jestem oraz nie wiem, jak się nazywam.

W międzyczasie mąż poszedł do lokalnego urzędu meldunkowego ze szwedzko-niemieckim dokumentem, żeby nas zarejestrować jako małżeństwo. Dokument został odrzucony w całości, gdyż nie spełnia niemieckich standardów. Niemiecki urząd nie akceptuje wyciągu z bazy danych, ma być klasyczny akt ślubu. A że Szwecja ich nie wystawia, to nie ich problem.

Tak śledzę, czym zajmuje się Parlament Europejski i rozumiem, że krzywizna bananów ważna rzecz, ale może by tak pomyśleć o jakimś ujednoliceniu przepisów i dokumentów USC w ramach Unii?

USC

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (117)
poczekalnia

#87148

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Grzybobranie i prawo własności

Czołem koleżanki i koledzy. Dawno mnie tu nie było, bo jakoś szczęśliwie omijały mnie piekielne sytuacje.
Do dzisiaj...

Pojechałem sobie na działkę skosić tam trawę.
Działka z domkiem letniskowym, garażem, szopami, ogrodzeniem - raczej proste do wyobrażenia.
Z zewnątrz wygląda na trochę zaniedbaną, bo szczerze mówiąc - jest. Nie mamy za dużo czasu w tygodniu pojechać tam chociaż na parę godzin - działka jest oddalona od mojego i rodziców domu o około 30-40 km.
Ważne dla historii - działka leży na obrzeżu bardzo dużego lasu.


Mniejsza o to.
Skończyłem kosić. Łażę sobie jeszcze oglądając, czy aby wszystko jest pozamykane, czy czegoś nie zostawiłem i widzę gościa, łażącego po sadzie. Obok niego gówniak lat około 10.

Cel wizyty widoczny na pierwszy rzut oka - wiaderka, nożyk, czujne rozglądanie się pod nogi.

Idę w ich kierunku zapytać się grzecznie, czego i po jaką cholerę łażą po moim. Patrzę jak dzielnie dzieciak przeskakuje przez ogrodzenie.

Wtedy gościa się pytam tak:
"Panie, jakby się pan czuł, jakbym tak panu wpieprzył się do mieszkania bez pytania i łaził jak po swoim?"
"Ale o co chodzi?"
"O to chodzi że łazi pan po cudzej własności. Mojej własności. Ogrodzenie nie jest do dekoracji"
I w tym momencie jego logika mnie po prostu rozje***ła:
"Ale ja nie wiem kim pan jest. Nie wiem czy pan jest właścicielem"
Noż kra mać. Gadam z idiotą.
"Czego pan łazisz po moim?!!!Wyp***alaj mi stąd!!"
No i polazł. Ale jeszcze było słychać,że pulta się pod nosem.

Dlatego miałbym prośbę do wszystkich grzybiarzy - ja rozumiem że bardzo chce się znaleźć wszystkie możliwe do zebrania grzyby, ale szanujmy przy tym podstawowe prawa własności.
Krótko mówiąc - Jeśli jest ogrodzone to nie właźcie na cudze.
Dziękuję.

AWOsms

działka dacza grzyby 2020

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (111)
poczekalnia

#87147

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Cóż, opiszę tu wrażenia z mojego drugiego pobytu na Słowacji dotyczące uniwersytetu, na którym byłem na wymianie.
Gwoli wyjaśnienia - na wymianę w ramach Erasmusa na moim uniwersytecie tworzy się tzw. Learning Agreement, i wybiera się na drugim uniwersytecie przedmioty, jakie się chce studiować. Teoretycznie można dowolne, ale dobrze by było, gdyby były choć z grubsza zbliżone do tych na ojczystym, no i żeby było 30 punktów.
Jako że to był mój drugi wyjazd na ten uniwersytet - spodobało mi się, tylko było kilka lekkich problemów z organizacją - postanowiłem wybrać sobie kilka przedmiotów które już ukończyłem przy poprzednim wyjeździe, żeby nieco odpocząć po stresującej sesji i żeby mieć czas na pisanie pracy licencjackiej. Dostałem informację, że przepisanie ocen jest możliwe i nie ma problemu żeby ponownie wybrać te przedmioty, o czym się jeszcze upewniłem dzień przed wyjazdem.
Dotarłem na Słowację, poszedłem do uniwersytetu, gdzie okazało się że były dość spore zmiany w kadrach, no i zaczął się cyrk...

Pierwszego dnia nie byli w stanie dać mi ani planu moich zajęć, ani nawet nazwisk wykładowców - sam nie mogłem znaleźć przedmiotów, bo wykładowcy też się pozmieniali a nie zaktualizowano katalogu przedmiotów, więc nie wiedziałem kto czego uczy. No ale dobrze, jeden dzień to mogli nie zdążyć. Upewniłem się przy okazji trzeci raz czy aby na pewno można powtarzać przedmioty - owszem, można. Chodziłem tak co 2 dni na uczelnię aby cokolwiek się dowiedzieć, ale nadal nie byli mi w stanie powiedzieć nawet nazwisk. Za to po ponad 2 tygodniach poinformowano mnie, że tylko 2 przedmioty da się przepisać, a na zastępstwo za inne trzeba znaleźć mi inne przedmioty, czym oni się zajmą.
Po miesiącu dostałem w końcu plan. Do dwóch przedmiotów. Po drodze jeszcze się okazało, że trzeba zmienić kolejny przedmiot bo nie zaktualizowano katalogu więc nie było informacji ze przeniesiono go z semestru letniego na zimowy. Nowych przedmiotów też jak nie było tak nie było pomimo moich ciągłych wizyt na uczelni i prób dowiedzenia się co i jak. Wykładowce jeszcze jednego przedmiotu zdołałem ustalić na własna rękę w kwietniu, co zresztą nie było łatwe bo przedmioty były rozsiane po kilku wydziałach. Znowu pojawił się problem, bo semestr praktycznie się skończył, a ja nie miałem nadal przedmiotów. Z pomocą przyszła koordynatorka z mojego rodzimego uniwersytetu, które mi pomogła i ustaliliśmy że część punktów ECTS z brakujących przedmiotów pokryją mi praktyki i seminarium dyplomowe.Po kilku mniejszych incydentach przyszedł w końcu czerwiec. Mieli mi przysłać zaświadczenie o ocenach, gdy tylko ostatni profesor wpisze ocenę. Kilka dni po terminie gdy profesor miał wpisać ocenę, skontaktowałem się z nimi bo zaświadczenie nadal nie przyszło. Powiedziano mi, że przecież mnie poinformowano że wyślą po wpisaniu oceny. Napisałem do profesora - ocenę wpisał w terminie kilka dni wcześniej. NIe sprawdzili nawet tego w systemie. Napisałem do nich maila, że taka niekompetencja jest wręcz rażąca, i obawiam się ze będę musiał wszystkie te problemy zgłosić, na co mi odpisano, że jestem dość niewdzięczny bo przecież poszli mi na rękę pomimo że nie chodziłem na zajęcia (do których nie miałem planu) i wybrałem przedmioty których nie można przepisać. Napisałem krótkie przeprosiny, aby mieć spokój bo nie chciałem się potem użerać z utrudnieniami i złośliwościami. W końcu postanowiłem odebrać zaświadczenie osobiście, gdy będę na Słowacji (wróciłem na chwilę do Polski na bierzmowanie brata ciotecznego). Gdy odbierałem zaświadczenie okazało się, że brakuje na nim 2 przedmiotów za 8 pkt ECTS z 30 - tych, które miano mi przepisać. Tłumacząc z uczelnianego na Polski: Jeden wykładowca się zwolnił a z drugim nie ma kontaktu i co nam pan zrobisz?
Koniec końców rezultatem tego było opóźnienie obrony o 3 miesiące i konieczność kucia przez wakacje, aby zaliczyć 3 dodatkowe przedmioty na rodzimym uniwersytecie. Przestroga z tego taka, że jeżeli jedziecie na wymianę na Słowację, a zwłaszcza do Trnavy, to wybierzcie sobie Uniwersytet Trnavski a nie UCM.

Trnava

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 16 (38)
poczekalnia

#87144

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam w UK. Jednym z 'uroków' mieszkania tu jest konieczność płacenia podatku od nieruchomości, tzw council tax.

Każdą przeprowadzkę należy w trybie natychmiastowym zgłosić w docelowej radzie miejskiej (council), gdzie zostanie naliczony podatek od nieruchomości w której mieszkasz.
Innymi słowy, jeśli ktoś przeprowadza się z miasta A do miasta B, to zgłasza w B, że mieszka pod takim a takim adresem, a w mieście A obowiązek ten należy do nowego lokatora lub właściciela lokalu.

Niestety mojego partnera spotkała tu przykra niespodzianka.
Jak co roku zapłacił w 2017 podatek (który jest naliczany od kwietnia do marca), a w lutym następnego roku sprzedał mieszkanie i o sprawie zapomniał. Zajęty innymi sprawami (między innymi zepsutym piecykiem w nowym domu) nie upominał się nawet o zwrot nadpłaty, co jak się okazało, było błędem...


Otóż nowy właściciel nigdy nie zarejestrował się w urzędzie miasta. Nie odsyłał listów, które przychodziły do mojego partnera, z dopiskiem "adresat nieznany", tylko je najprawdopodobniej wyrzucał.
W efekcie nikt nie zapłacił council tax w roku 2018-19, a urząd miasta, nie mogąc się z moim partnerem skontaktować, zaocznie podał go do sądu, sprawę wygrał, naliczył odsetki karne i odsprzedał dług komornikowi.


Komornik bez problemu zlokalizował dłużnika i wysłał wezwanie do zapłaty z doliczonymi opłatami za koszta administracyjne.
List doszedł wczoraj, a chłop mi przez niego o mało wylewu nie dostał, był tak zdenerwowany bo nie wiedział, za co go ścigają o taką kasę (a kasa spora, bo mniej więcej - moja miesięczna pensja, a ja całkiem uczciwie zarabiam).


Dziś zadzwonił do urzędu miejskiego w tamtym mieście, dowiedział się rewelacji o niezgłoszonym lokatorze i będzie próbował odkręcić sprawę.


A nauczka jest z tego prosta: nie polegajcie na innych, że załatwią wszystko z urzędami, tylko róbcie wszystko sami.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (60)
poczekalnia

#87143

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sąsiadka miała żelazne (i piekielne) stanowisko co do sposobów na tępienie szkodników poprzez trucie i topienie. Niestety szkodnikami były też dla niej najwyraźniej pupile jej sąsiadów.

Pierwszego kota nam otruła, drugiego naszpikowała śrutem z wiatrówki. Po zagrożeniu policją wiatrówki więcej nie użyła. Raz jakaś bezdomna kotka okociła się w jej składzie na drewno. Wrzuciła wszystkie kocięta do worka i utopiła. Gdy szczeniak sąsiadów przekopał się pod ogrodzeniem na jej posesję Piekielna wyprowadziła go w łąki po drugiej stronie ulicy i wypuściła. Nie zginął tylko dlatego że wszystko widziałam i po niego poszłam. Uprzedzając pytania - nie, nie mogła go pomylić z przybłędą, piesek był już u tych sąsiadów parę miesięcy w dodatku był to piesek rasowy i charakterystyczny. W przerwie od tępienia zwierząt prawie podpaliła dom innego sąsiada wypalając swoje nieużytki, oraz próbowała nas otruć wylewając chemikalia pod płot gdzie mieliśmy warzywnik. Opiekują się nią jej dorosłe już dzieci bo Piekielna z racji sędziwego wieku powoli traci kontakt z rzeczywistością.

Do wpisu skłoniła mnie zaś ostatnia sytuacja. Mam psinkę, Reksę, która jest cudownym stróżem. Ostatnio jednak wyszłam na chwilę z domu i słyszę gwizdanie. Reksa leci do ogrodzenia, ale nie szczeka. Myślę sobie "co do...?" i idę za nią sprawdzić. Złapałam Piekielną na gorącym uczynku jak karmiła Reksę jakimiś flaksami z obiadu. Jestem wściekła bo robi tak od jakiegoś czasu, a Reksa ma alergie pokarmowe, karmię ją tylko specjalną antyalergiczną karmą i mówiłam Piekielnej żeby albo żeby kupowała sobie mniej albo żeby wyrzucała resztki do kosza bo co to w ogóle za pomysł karmić cudze zwierzę. Niestety Piekielna albo udaje albo ma już postępującą demencję i nie łączy faktów. Ja jej o rachunkach za weterynarza a ta mi o nowym proboszczu w parafii. Ręce opadają, nie wiem co mam już robić. Ostatnio znów Reksa była u weterynarza bo źle się czuła, na szczęście brak śladów otrucia, tylko nietolerancja. Może to nagram, ale co mi z tego jeśli Piekielna z racji swojego niedomagania i tak za to nie odpowie?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (67)
poczekalnia

#87142

(PW) ·
| było | Do ulubionych
https://piekielni.pl/86948

Wygląda na to, że saga z tego wyszła, a ja naprawdę miałam nadzieję, że to już koniec... Niestety nie...

Do komornika jednak nie poszłam, głównie dlatego, że poszperałam, poczytałam i wyszło mi, że różnie to może być - skoro spłaca nawet po te 50 zł (a zaczął spłacać), komornik może uznać, że wywiązuje się ze spłaty zadłużenia na tyle, na ile jest w stanie, ogólnie uznałam, że więcej nerwów niż pożytku. Jednak idiota też poczytał co nieco (albo ktoś go uświadomił), i ze zdziwieniem odkrył, że rygor natychmiastowej wykonalności oznacza także to, iż od niespłaconej jeszcze kwoty rosną mu odsetki. Tak na marginesie - w życiu bym się nie upomniała o te odsetki, zresztą co, księgowego mam zatrudnić, żeby mi je wyliczył? No ale ponieważ "każdy sądzi według siebie", postanowił (idiota, nie hipotetyczny księgowy) wykonać mistrzowskie posunięcie.

Otóż złożył apelację. Cytuję: " Wnoszę, aby Sąd zmienił zaskarżony wyrok w ten sposób, aby rygor natychmiastowej wykonalności obejmował jedynie alimenty od daty ogłoszenia wyroku Sądu I instancji, natomiast abym wyrównanie zaległości od 15 lipca 2019r. do 30 czerwca 2020r. mógł spłacać na ręce matki dziecka w comiesięcznych ratach, po 50zł."

Czyli, ogólnie rzecz biorąc, chce, żeby Sąd "przyklepał" to, co ustaliliśmy, a w sumie raczej to, co mi wywrzeszczał przez telefon, a ja nie oponowałam i nie podjęłam żadnych kroków, aby to zmienić. Strzał w kolano tak piękny, że aż pokazowy. Już wyjaśniam dlaczego:

W uzasadnieniu jest przepiękne zdanie, które po prostu muszę zacytować: "Już po ogłoszeniu wyroku próbowałem ustalić z matką dziecka spłacanie powyższej zaległości w ratach, jednak moje próby nawiązania kontaktu pozostały bez odpowiedzi." No cóż, z dziką rozkoszą porobię screeny wszystkich moich wiadomości do niego, gdzie prosiłam o kontakt w celu ustalenia jakiegoś rozsądnego planu spłacania zaległości. Wiadomości konsekwentnie ignorowanych do czasu, aż padło magiczne słowo "komornik".

"Nie miałem również żadnego wpływu na długotrwałość postępowania w sprawie, a zatem na nawarstwianie się zaległości." Nie no, oczywiście, składanie odwołania na każdą decyzję Sądu absolutnie nie wpływa na długotrwałość postępowania. Nie wspomnę już o tym, że co prawda każdy liczy na jak najkorzystniejszy dla siebie wyrok Sądu (bo to moja racja, najmojejsza, jak Sąd może jej nie uznać?), ale realnie myślący człowiek powinien wziąć pod uwagę, że jednak może wyjść inaczej , i przygotować się na taka okoliczność.

Argumentów typowo „ z d*py” typu: „mam żonę na utrzymaniu” (ożenił się chyba ze trzy lata po naszym rozstaniu) nawet nie chce mi się komentować, bo kobieta nie jest ani chora, ani niepełnosprawna, po prostu wiecznie „szuka pracy”. No fajnie, abstrahując już od NASZEGO dziecka, to ja mam psa. Sunia starsza, schorowana, wymagająca dobrej (czytaj – drogiej) karmy i coraz częstszych wizyt u weterynarza. Weźmie to Sąd pod uwagę?

Ale generalnie rzecz biorąc, to zrobił rzecz genialną. Bo gdyby spłacał mi to zadłużenie po 50 zł, to nic bym nie mogła zrobić. Kwota nieco ponad 2 tys. zł, to dla komornika śmieszna kwota i śmieszny zarobek przy tym, nie chciałoby mu się z tym „bawić”, jeszcze w sytuacji, kiedy zadłużenie jest jednak spłacane. Żądając „przyklepania” tego przez Sąd, idiota spowodował, że:

- mogę się do tego ustosunkować – nie, nie zgadzam się na 50 zł/mies;
- jakąkolwiek decyzję Sąd podejmie, będzie ona miała też rygor natychmiastowej wykonalności – i z tym wyrokiem to już natychmiast wrednie lecę do komornika;

I nie, mimo wszystko nadal nie mam chęci typu: „zniszczę go”, „zapłaci mi za to”, „no teraz to ja mu pokażę!”. Ja po prostu chcę, żeby spłacił zadłużenie w alimentach w ROZSĄDNYCH ratach, i po to tylko pójdę do Sądu (moja obecność nie jest obowiązkowa).

Trzymajcie kciuki, aby nie było następnej części tej sagi...

sąd_rodzinny

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (90)
poczekalnia

#87136

~PinkMist ·
| było | Do ulubionych
Będzie covidowo. Tak - znowu. Bo mnie to wk...denerwuje znaczy się.

Najbardziej wkurzają mnie media. To one robią chaos i sieją panikę oraz niezrozumienie. Dziś czytałam kolejny artykuł, jak to chiński lekarz z Wuhan w wywiadzie stwierdził, że covid to jak połączenie SARS i HIV, że na długą metę uszkadza nieodwracalnie płuca i osłabia układ odpornościowy. Efekt artykułu: lekka panika i rosnący niepokój w związku z kolejną falą i krytyczną sytuacją w Indiach.

Poproszono i owego lekarza i szpital o wyjaśnienie sprawy: 'eeee...yyyyy....no my nic nie wiemy, bo żaden dziennikarz się nie zgłosił do nas, ale od marca takie fejk newsy się pojawiają i nie wiemy już jak z tym walczyć"

Kolejna sprawa to ci nasi specjaliści z Bożej łaski. Weźcie sprawdźcie najpierw jakie kto ma powiązania polityczne - czy był radnym, czy był posłem, bo nagle się okazuje, że to po prostu klakierzy, którzy chcą przypucować i liczą na wysokie stanowiska w związku zapowiadaną przebudową systemu opieki medycznej w Polsce. A tak - dobrze czytacie. PiS chce wszystko scentralizować.

Sama jestem medyczna i wam powiem tak: zalecenia odnośnie chorób przenoszonych drogą kropelkową nie zmieniły się od 50 lat: to dystans społeczny, higiena i zasłanianie usta i nosa. Co do zasady, to część zasad wryła się w kulturę - mycie się = czystość i zdrowie. Tak samo zasłanianie ust w czasie kichania, kaszlu i ziewania. A czymże innym jest uszanowanie cudzej przestrzeni osobistej? To jest proste abecadło zdrowotnościowe, które wryło się głęboko w kulturę i zasady dobrego zachowania. Ciężko to ogarnąć małym mózgom proepidemikom?

Nie wiem ile z was pamięta PRL? Pamiętacie epidemię grypy w pierwszej połowie lat 70tych? Myślicie, że umieszczenie sprzedawcy/kasjera za szybką to taka moda była?

TU SIĘ NIC NIE ZMIENIA, więc nie dajcie sobą manipulować mediom żyjącym informacją strachu.

pandemia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (69)
poczekalnia

#87140

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytam historię https://piekielni.pl/87123 - i tak sobie myślę… Klienci. Prywatne firmy. A co w sytuacji, kiedy własnym językiem nie potrafią się posługiwać urzędnicy państwowi?

Dostałem parę lat temu mandat za przekroczenie prędkości - zwykle jeżdżę bardzo spokojnie, ale zamyśliłem się i w miejscu gdzie byt ograniczenie do 90 km/h jechałem 99. I złapał mnie fotoradar.

Co, że takie małe przekroczenie? No właśnie: bo to było we Francji. I tam nie ma, że "małe": przekroczenia do 5 km/h odpuszczają, bo biorą poprawkę na "błąd pomiaru", ale COKOLWIEK wyżej - nie ma zmiłuj.

No więc po powrocie z wakacji dostałem mandat. Pocztą.

Zero zastrzeżeń do samego mandatu, żeby nie było: przekroczyłem, moja wina, grzecznie zapłaciłem.

Ale…

List, który dostałem (na oficjalnym papierze z francuską flagą etc.) składał się z 8 stron. Były tam wszelkie potrzebne informacje - gdzie przekroczyłem prędkość, o ile, zdjęcie mojego samochodu z opisem, dokładne wyjaśnienie jak można ten mandat zapłacić, gdzie można się odwoływać, jeśli się uzna, że mandat jest niesłuszny… I tak dalej, i tak dalej.

Osiem stron. PO POLSKU. I wszystko napisane poprawną, "gładką" polszczyzną. Bez błędów, bez literówek, bez niezręcznych konstrukcji gramatycznych. Takie zawodowe zboczenie (jestem tłumaczem i redaktorem, język to moja praca…): przeczytałem to wszystko trzy razy (!), dokładnie i powoli, starając się znaleźć jakiś błąd. Nic. Nawet przecinki były dokładnie tam, gdzie być powinny.

Co w tym piekielnego, zapytacie?

Weźcie do ręki dowolne, oficjalne pismo z polskiego urzędu. Z gminy, z Urzędu Skarbowego, z ZUS… Mnóstwo błędów, literówek, formy gramatyczne takie, że zęby bolą, o interpunkcji już nawet nie wspominam.

Jak to jest, że gdzieś za granicą mogą napisać do mnie urzędowy list poprawnie i bez błędów - a z polskiego urzędu wysyłają pisma, za które ich dzieci w szkołach podstawowych dostałyby jedynki za samą formę?…

urzędy

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (116)