Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85125

~Grubasek ·
| było | Do ulubionych
To, że ludzie to debile wiedziałem już wcześniej a moja praca tylko mnie w tym utwierdza.
Pracuję sezonowo nad morzem w fotopamiątkach, ludzie mogą kupić u mnie kubki, widokówki i inne tego typu rzeczy z ich zdjęciem. Zdjęcia robię im na miejscu lub przynoszą swoje na telefonach, aparatach jak tam mają.
1. "Głusi"
Zdjęcia zrzucam z telefonów za pomocą bluetooth, zawsze proszę ludzi aby wysłali mi zdjęcia ale bez parowania urządzeń bo po każdym sparowaniu bluetooth w moim laptopie po prostu się wiesza, nie wiem czemu tak jest.
90% ludzi pyta o nazwę urządzenia i paruje je zamiast wysłać mi zdjęcie.
2. "Nie wiem co wysyłam"
Gdy zdjęcie zostanie już przeniesione na laptopa niektórzy pytają " co ono takie ciemne/jasne/blade/rozmyte". Na ekranie telefonu wygląda identycznie, hitem była babka, która była zdziwiona, że jej wnuczek jest smutny na zdjęciu.
3. "Będzie rabacik"
Pytanie o rabat rozumiem przy większych zamówieniach ale zamawianie dwóch kartek za 6zł łącznie to lekka przesada.
4. "Jeszcze to"
Drukując niektóre pamiątki oszczędzam papier, drukując kilka na jednej kartce, dlatego zawsze pytam "czy to wszystko, czy może jeszcze jeden magnes na lodówkę/breloczek do kluczy/inny bajer?" Gdy usłyszę "To wszystko" to drukuję te rzeczy ale nagminnie zdarza się, że ktoś chce mi wysłać inne zdjęcie i zrobić coś jeszcze. Nie jest to przypomnienie sobie o czymś tylko celowe działanie.
5. Brak kultury
Zapominanie takich słów jak dzień dobry, proszę czy dziękuję lub zwracanie się do mnie na ty jest na porządku dziennym.
6. Pytania bez sensu
Przynajmniej jedna dwie osoby dziennie zadadzą mi pytanie:
"A kubek/widokówka/wstaw cokolwiek?". Na moją odpowiedź "tak" lub pytanie "le co kubek" nie reagują lub zadają je ponownie.
7. Brak wyobraźni
Czasem jestem proszony o niestandardowe zamówienia, zwykle je realizuję ale czasem ludzie mnie nimi dobijają, prosząc o przykładowo kubek z trzema zdjęciami i marudząc, że tła zdjęć im się nie podobają, powtórzę tła ICH własnych zdjęć.
Jak na razie to by było na tyle jak coś jeszcze ciekawego będę miał to opiszę.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 10 (50)
poczekalnia

#85121

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Część trzecia piekielności w pracy opiekunki, czyli "ja wiem lepiej".

Drogie rodziny moich drogich podopiecznych! Ja wiem, że to wy znacie najlepiej mamę/ciocię/babcię, wiecie jakie ma potrzeby, nawyki, przyzwyczajenia itp. I dlatego wysłuchuję was uważnie, stosuję się do waszych wskazówek i w ogóle staram się, aby nasza współpraca przebiegała jak najlepiej i z jak najlepszym efektem dla seniora. Ale to ja mam wiedzę i umiejętności, za które mi zresztą płacicie, więc uszanujcie jeśli już nie mnie i nie mamę/ciocię/babcię, to przynajmniej te pieniądze, które na to poświęcacie.

W opiece nad osobą starszą ważne jest utrzymanie jej jak najdłużej w sprawności fizycznej. I potrzeba tu naprawdę sporo wyczucia, żeby określić, co podopieczny ma robić sam (bo jest w stanie, mimo że czasem nie chce), w czym pomóc, a w czym wyręczyć. "Przegięcie" w każdą stronę jest niewskazane, bo wyręczanie podopiecznego we wszystkim skutkuje bardzo szybką utratą tej reszty sprawności, która mu pozostała, ale upieranie się, że "mamusia sobie z tym radzi" niestety nie przywróci utraconej umiejętności...

Sytuacja nr 1 - pani po wylewie, leżąca, do kompleksowej opieki, ale lewa ręka sprawna. Oprócz normalnej toalety (zmiana pampersa, umycie) podaję jej również posiłki. No właśnie - podaję, nie karmię. Bo pani (powiedzmy) Maria tą lewą ręką sięgnie sobie jedzenie z talerza, zje spokojnie, w swoim tempie i tyle ile chce. Przychodzi jakaś kuzynka (potem mi zostało wyjaśnione, że "to taka daleka rodzina, co blisko mieszka"), przysuwa sobie krzesełko, siada koło pani Marii i ładuje jej te kawałki kanapek do ust... Na moją delikatną uwagę, że pani Maria umie sama jeść, dostaję odpowiedź: "No ale ta bidulka tak się z tym męczy, ja pomogę". Męczyła się raczej z przełknięciem tego wszystkiego, co jej kuzynka ładowała do ust, no ale ugryzłam się w język, kuzynka na szczęście więcej nie przyszła - w sensie wtedy, gdy ja tam byłam.

Tak, wiem, chciała dobrze. Biedna, schorowana pani Maria i ta niedobra opiekunka, której się pewnie pracować nie chce, więc każe jej samej jeść, zamiast ją nakarmić. Tylko że jeśli takiej osobie przestaniemy dostarczać bodźców, to bardzo szybko zamieni się w roślinkę. Ona leży całe dnie w jednej pozycji, obracana na boki tylko podczas mycia/zmiany pampersa, w pokoju cichutko gra radio i tyle. Kiedy przychodzę, rozmawiam z nią (a raczej mówię do niej) i tak, motywuję ją do tego, żeby jadła sama, skoro rękę ma sprawną.

Sytuacja nr 2, dokładnie odwrotna - pani ma coraz większe problemy z utrzymaniem moczu, to nie jest już "popuszczanie" paru kropli, potrafi oddać mocz w dowolnym momencie i nie zauważyć tego. "Ale mamusia nie potrzebuje pampersów, ona sobie radzi z chodzeniem do toalety! Jak popuszcza, to wystarczą wkładki/podpaski". Przepraszam bardzo, ale mamusia nie "popuszcza", mamusia już niestety sika w majtki nie zdając sobie z tego sprawy. "Jak mamusia była u mnie miesiąc temu, to przecież widziałam, że nie ma żadnych problemów z kontrolowaniem moczu". Miesiąc to bardzo dużo w przypadku starszej osoby, a regres jest nieunikniony. Pewne zmiany można powstrzymać, spowolnić, ale kiedy już nastąpią, nie da się ich odwrócić. Mamusia nie zacznie nagle z powrotem chodzić na ubikację tylko dlatego, że x razy posikała się w majtki i jest jej mokro. Nie, ona tego albo nie zauważy, albo nie skojarzy jednego z drugim.

A mnie szlag trafia, bo tu już nie chodzi o moją tzw. "robotę głupiego" - bo na dwie godziny spędzone u pani przebieram ją z mokrych ciuchów kilka razy, a kilkanaście dopytuję się, czy na pewno nie chce iść do toalety. Nie, ja skończę pracę i wyjdę, a pani zostanie z wkładką w majtkach i za chwilę będzie mokra. Jaki w tym sens?

Naprawdę, byłoby miło, gdyby rodziny podopiecznych rozumiały, że to co im sugeruję odnośnie mamy/cioci/babci jest podyktowane zarówno moim doświadczeniem, jak i po prostu troską o podopiecznego. Lubię moją pracę i lubię moich podopiecznych, naprawdę chcę dla nich jak najlepiej i dlatego z lekka absurdalne wydaje mi się, że o to "jak najlepiej" muszę się niemal wykłócać z rodzinami. "Bo ja wiem lepiej!".

opieka

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (77)
poczekalnia

#85119

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnie dwa lata spędziłem w zagranicznym ośrodku naukowym. Przygodę w tamtym miejscu mam już na szczęście za sobą, za to wróciłem z całym naręczem piekielnych historii, które w 99% dotyczą mojego szefa (zwany dalej MPSH - Mój Poj*bany Szef Hindus). Wstawię jedną na próbę, zobaczymy czy się przyjmą.

Gwoli wyjaśnienia podejrzewam, że większość piekielności szefa nie wynikała z, powiedzmy, wrodzonego popieprzenia a raczej ze specyficznej kultury, ponieważ podobne cechy oraz stosunek do pracy wykazywali inni hindusi, których spotkałem na swojej drodze.

Pierwszą, bodaj najbardziej irytującą mnie piekielnością był totalny brak zaufania do pracownika i wynikające z tego kłamstwa. Co istotne, ten brak zaufania nie zmieniał się z czasem, był tak samo silny na początku mojej pracy, jak i na jej końcu.

Otóż MPSH był święcie przekonany, że jak nie patrzy, to pracownicy nie pracują. Zazwyczaj wiązało się to z ciągłym kontrolowaniem każdego naszego kroku i mikromanagementem, co samo w sobie było irytujące i męczące (bo jak spokojnie planować i wykonywać eksperymenty, jeśli cały czas czuje się oddech szefa na karku?), jednak najzabawniejsze (a czasem i najbardziej irytujące) były kłamstwa.

Bo specyfika pracy kierownika grupy badawczej wymaga ciągłych wyjazdów a to na konferencje, a to by udzielić gościnnych wykładów, etc. Ale to oznacza, że nie będzie go w laboratorium, a więc pracownicy nie będą pracować! Wyjście jest jedno: skłamać. Tak więc ilekroć MPSH miało nie być, wymyślał na poczekaniu jakieś kłamstweko. Oczywiście wewnątrz zespołu niemal natychmiast go rozgryźliśmy i stworzyliśmy słownik terminów:
"Wrócę za godzinę." - "Nie będzie mnie do końca dnia."
"Przyjdę po południu." - "Nie będzie mnie cały dzień."
"Wyjeżdżam np. w środę" - "Nie będzie mnie też we wtorek."
"Wyjeżdżam na tydzień" - "Tak naprawdę to wyjeżdżam na dwa."
Sprawdzało się to w 99% przypadków.
Ciężko powiedzieć, czy te kłamstwa weszły MPSH w krew, czy może cały czas był przekonany, że mu wierzymy. Na pierwszy rzut oka wygląda to mało piekielnie, jednak nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim zachowaniem, a wręcz trudo mi było uwierzyć, że tak można się zachowywać. Rzutowało to na mój szacunek do MPSH (bo jak można szanować kogoś, kto zachowuje się jak dziecko).

Szczytem tej formy piekilności MPSH była sytuacja, gdy miałem zaplanowany eksperyment (na piątek), do którego potrzebowałem specyfików, które mógł mi wydać tylko MPSH i tylko tuż przed użyciem, a MPSH wyjechał bez słowa w środę rano i nie było go przez tydzień. Nadmienię, że MPSH był w pełni świadom moich zamiarów, ponieważ eksperyment wymagał z mojej strony długich przygotowań i dogadywania się z wieloma ludźmi jednocześnie. Ale priorytetem było, by pracownik nie wiedział, że MPSH wyjeżdża.
Koniec końców udało mi się uzbierać wystarczającą ilość specyfików z resztek w labie (totalnie olewanie regulaminów to temat na inną historię), ale co się naprzeklinałem, to moje.

zagranica

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (113)
poczekalnia

#85095

~kotekBonifacy ·
| było | Do ulubionych
Byłam na basenie.

Celem zrelaksowania się udałam się do basenu z leżankami masującymi. Bardzo się ucieszyłam, gdy zauważyłam, że kilka leżanek jest wolnych, ponieważ jest to bardzo oblegana atrakcja. Niestety moja radość nie trwała długo. Zaraz po mnie do basenu wpłynęła grupa dzieci w wieku 9 - 10 lat pod opieką dwóch czy trzech dorosłych. Dzieci urządziły konkurs chlapania na otoczenie i co chwila wiszczały (bo krzykiem tego nie nazwę) nawołując się wzajemnie.

Ja wiem, że to są tylko dzieci.

Ale może w takim razie powinny siedzieć w megawypasionym brodziku z sześcioma zjeżdżalniami i innymi atrakcjami wodnymi?

Ja wiem, że rodzice też chcą się zrelaksować.

Ale może w takim razie zrelaksują się w jacuzzi, które znajduje się tuż obok brodzika?

Ja wiem, że rodzice też mają prawo skorzystać z leżanek.

Ale może mogliby to robić naprzemiennie (jedno pilnuje dzieci w brodzku, drugie siedzi na leżance, po kilku seriach zamiana)?

Ja wiem, że rodzice chcą posiedzieć na leżankach RAZEM.

Ale może w takim razie pójdą na basen we dwoje, zostawiając dziecko pod opieką cioci/babci/sąsiadki/niani (ewentualnie, jeśli dziecko jest w miarę ogarnięte, to może zostać samo w domu)?

Ja rozumiem, że nie każdy chce/ma z kim zostawić dziecko.

Ale jeśli jesteś rodzicem to twoim psim obowiązkiem jest pilnowanie dziecka i/lub nauczenie go, jak ma się zachowywać, żeby nie przeszkadzać innym. Ja nikomu nie kazałam się rozmnażać.

I żeby było jasne - nie przeszkadzała mi obecność dzieci w basenie z leżankami, tylko ich zachowanie.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (90)
poczekalnia

#85098

~kuzyn ·
| było | Do ulubionych
Każdy dobry uczynek musi zostać ukarany. Zwłaszcza jeśli chodzi o rodzinę i pieniądze.
Ok. 3 miesięcy temu zmarła moja babcia. Mieszkała z nami w jednym domu. Jakoś miesiąc po jej śmierci mama postanowiła zacząć robić porządki z jej rzeczami. Natrafiła podczas nich na umowę z banku na zawarcie lokaty, do której ja miałem upoważnienie na wypadek śmierci babci. Przyszła z tym do mnie i potwierdziłem, że faktycznie coś takiego miało miejsce, i że po śmierci babci przypomniałem sobie o tym, ale póki co nie miałem głowy, żeby wybrać się tym zająć. Wziąłem te dokumenty od mamy, akt zgonu i wybrałem się do banku. Okazało się, że razem z odsetkami jest to dokładnie kwota 24 138 pln. Mama zapytała mnie, co zamierzam zrobić z tymi pieniędzmi, czy może zmienię samochód, czy też wpłacę na konto. Ja postanowiłem, że podzielę te kwotę na równe 5 części (tyle jest nas, wnucząt- ja, 3 kuzynów i kuzynka) i przekażę pozostałym mówiąc co i jak. Mama się zdziwiła, że nie zostawię tych pieniędzy sobie, bo z racji tego, że mieszkałem z babcią, to ja najbardziej odczułem jej problemy ze zdrowiem, w tym psychicznym, w ostatnich latach jej życia. Ja jednak żartobliwie odpowiedziałem, że boję się, że babcia po nocach będzie mnie prześladować, jeśli nie podzielę się z pozostałymi wnuczkami. Z resztą sprawa mogłaby się wydać za jakiś czas, i byłaby z tego tylko niepotrzebna draka. Akurat nadarzyła się impreza rodzinna, na której była cała piątka. Zawołałem ich do swojego samochodu, powiedziałem co i jak, skąd te pieniądze, pokazałem wydruk z banku jaka to dokładnie kwota, żeby nie było wątpliwości. Następnie wręczyłem każdemu po kopercie w której było po 4800. Zapytałem, czy chcą też tą końcówkę, 138 zł., dzielić, czy też może mam w naszym imieniu kupić babci jakiś ładny wieniec. Wszyscy zgodnie odpowiedzieli, żebym kupił wieniec. Każdy ucieszył się z takiego niespodziewanego zastrzyku gotówki i w miłej atmosferze się rozeszliśmy. No ale gdyby to był koniec, to nie byłoby tej historii tutaj.
Gdzieś po tygodniu wujek z ciocią (rodzice najstarszego kuzyna) przyjechali "na kawę". Siedzą, rozmawiają i widać, że chcą zacząć jakiś temat, ale nie wiedzą jak. Odważył się w końcu wujek. Chodziło o te pieniądze. Zanim babcia wpłaciła na konto, do którego byłem upoważniony, upoważnienie tego typu, tylko w innym banku, miał ten wujek. W tamtym banku jednak babcię namówiono na jakąś lokatę inwestycyjną, na której straciła kilkaset złotych, więc obraziła się na tamten bank, zabrała pieniądze. Akurat ja ją wtedy podwoziłem, i zapytała mnie gdzie polecam jej teraz ulokować te pieniądze. Poleciłem jej bank, w którym sam miałem lokatę, i z usług którego byłem zadowolony. Zawiozłem ją, i ona od razu mnie z sobą zawołała, żeby napisać tym razem na mnie takie upoważnienie na wypadek śmierci.
Wujek przypomniał sobie, że na tej lokacie było jakoś ponad 30 tysięcy, kojarzyła mu się suma 36 tysięcy. Popatrzyli na mnie z ciocią w stylu "No i gdzie jest reszta tych pieniędzy?". Odpowiedziałem, że może i tak było, ale przecież w międzyczasie babcia postawiła nagrobek, miała wesele wnuka, komunię prawnuka, wnukowi i wnuczce dała "prezencik" na nowe mieszkania. Tu przeszli do ofensywy, że przecież cały czas pobierała emeryturę, więc kapitał powinien jej się uzupełniać. No cóż, emeryturę pobierała, nie była ona może głodowa, ale też nie były to kokosy, a babcia nie tuchliła każdego grosza. Jak przyjeżdżali prawnukowie, to zawsze wcisnęła "obrazek" (50-100 pln). Urodziny, imieniny dzieci wnuków, Boże Narodzenie- zawsze każdy dostał "kopertkę". Miała trochę oszczędności, o których wszystkie dzieci wiedziały, i wiedziały gdzie są. Opłacali z nich stypę, księdza, grabarza itp. Ciocia z wujkiem jednak nie ustępowali i dalej wysnuwali podejrzenia, że część tych pieniędzy zachowałem dla siebie, a tylko częścią się podzieliłem z pozostałymi. Przyniosłem im wydruk z banku (ten sam, który pokazywałem kuzynom), to stwierdzili, że na pewno podrobiłem go. Tu już nie wytrzymałem i po prostu wyprosiłem ich z domu, bo nie pozwolę, żeby mnie ktoś tak bezczelnie oskarżał pod moim dachem. Jak się okazało z tą samą sprawą wylądowali pozostałej dwójki rodzeństwa ( w sumie babcia miała 4 dzieci- moja mama, 2 ciocie i 1 wujek). Ciocia powiedziała, że nie wierzy w to, że ja bym coś takiego zrobił, i odesłała ich z kwitkiem. Wujek może zrobiłby podobnie, ale wtrąciła się jego żona, a moja ciocia, która podłapała temat, i dołączyła do grupy oskarżającej mnie o przywłaszczenie sobie gotówki po zmarłej babci. Ta sama ciocia poruszyła też w mojej obecności temat tych 138 złotych, za które mam kupić wieniec, i powiedziała coś w stylu "No ciekawe czy tak zrobisz...". Jako że już byłem mocno wnerwiony całą sytuacją, to odpowiedziałem w przypływie złości "Wezmę za niego paragon i w zęby wetknę cioci tak głęboko, że d**ą wyjdzie!". Po tych słowach ciocia obrażona wyszła.
Najsmutniejsze jest to, że gdybym te pieniądze zostawił dla siebie, to najprawdopodobniej nie byłoby całej afery i kłótni.

rodzina

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (164)
poczekalnia

#85114

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Często trafiałam tutaj na historie o piekielnych kierownikach. Teraz przyszła moja kolej....
Otóż od bardzo dawna szukałam jakieś pracy. Jestem po liceum i zrezygnowałam ze studiów, ale to historia na inny czas. Szukałam ponad rok jakieś pracy, ponieważ nikt nie chciał mnie zatrudnić ze względu na to, że miałam wypadek i jestem lekko niepełnosprawna. Nikt nie chciał takiego problemu mieć na głowie. Rozdawałam wszędzie swoje CV, chodziłam na masę rozmów kwalifikacyjnych. Obiecali, że zadzwonią. Ale nic z tego, cisza....No nic, nie poddawałam się. Miałam już wyrobić książeczkę sanepidowską i wstąpić do sklepu spożywczego, a tu nagle telefon. Odebrałam i mówią, że się dostałam. Uszczęśliwiona poszłam zrobić odpowiednie badania, podpisać papiery i po tygodniu czasu poszłam do pracy na pół etatu, czyli pracowałam po 4 godziny. Mało, ale zawsze to coś niż siedzenie na tyłku. Poszłam pełna zapały do pracy pełna optymizmu. Koleżanki bardzo miłe i dużo mi pomagały. Po 2 dniach nauczyłam się obsługiwać kasę fiskalną, przyjmować zamówienia. Wszystko pięknie, aż do momentu, kiedy nie przyszła ona, Piekielna Szefowa (zapomniałam wspomnieć, że rozmowę miałam innym sklepie tej samej marki i w tym samym mieście). Była na urlopie i wiedziała, że jestem już pracy. Kiedy ona przyszła, chciałam się pokazać od jak najlepszej strony, więc zaczęłam obsługiwać klientów. Ona stała za mną i patrzyła na moje ręce i czułam jej oddech na karku. Myślałam, że tak ma być, ale nie. Od tamtego czasu praca tam stała się koszmarem...Cały czas na mnie warczała, krytykowała i wtrącała się w moje życie prywatne. Kiedy widziałam w grafiku, że tego i następnego dnia mam mieć z nią zmianę, to od razu zaczął brzuch mnie boleć. Koleżanki mówią, żebym się nie przejmowała, że jej to przejdzie. Minęły 3 miesiące i dalej bez zmian. Dzisiaj było gorzej....
Miałam rankę, więc wszystko ładnie posprzątałyśmy i przygotowałyśmy. Nastąpiła odpowiednia godzina i klienci zaczęli przychodzić do sklepu. Podeszła do nas pani i poprosiła o zmianę jakieś sukienki na większą. Więc zaczęłam przyszykowywać papiery, by je wypełnić i nadeszła Piekielna. Zaczęła mi "delikatnie" mówić, że wszystko robię źle, że jestem beznadziejna i do niczego się nie nadaję. To mówiła przy klientce i koleżance. Koleżanka głowę zwiesiła i nic nie powiedziała, klientka zrobiła duże oczy ze zdumienia, a ja....po prostu się popłakałam. Po prostu nerwy mi nie wytrzymały. Możecie się śmiać, ale jestem delikatną osobą i przyjmuję każdą mocną krytykę mocno do serca i myślę cały czas o niej. W końcu klientka nie wytrzymała i powiedziała, że Kierowniczka jest niemiła. Wielka Pani się zdumiała i powiedziała, że "robi to dla mojego własnego dobra". I wtedy padło to zdanie, które od samego rana chodzi mi po głowie:
- Ona jest ślepa i pracuje tu 3 miesiące. Jeszcze się nie nauczyła porządnie składać ciuchów, a bierze się za obsługę komputera.
I zaśmiała się na końcu, jakby powiedziała jakiś kawał. Cholernie śmieszny. Ja nie wytrzymałam psychicznie, rzuciłam wszystko na biurko i wybiegłam z miejsca pracy do toalety. Płakałam bite pół godziny, dopóki koleżanka z wielką łaską przyszła i powiedziała, że nie mam się niczym przejmować.
Dowiedziałam się, że nie chce przedłużyć mi umowy. I bardzo dobrze. Chcę się skupić na operacji i moim zdrowiu psychicznym.
Tą klientkę, co stanęła w mojej obronie, to szefowa innego sklepu, do którego składałam CV. Powiedziała, że jak tylko wydobrzeję po operacji i psychicznie, to chętnie mnie przyjmie.
Wiem, że to nie jest takie piekielne, ale musiałam się komuś wypisać. Po prostu ta dzisiejsza sytuacja bardzo mną wstrząsnęła.

sklepy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (84)
poczekalnia

#85118

~rebekq ·
| było | Do ulubionych
Najbardziej piekielne jest Polskie prawo..
Od urodzenia mieszkam z dziadkami, matka narkomanka uciekła zaraz po porodzie. Ojciec nie lepszy, bo alkoholik na rencie.
Dziadkowie zastąpili mi rodziców i naprawdę o mnie dbali.
Kiedy wystąpili o prawa do opieki nade mną, urzędniczka groziła im, że mnie zabiorą do sierocińca. Wtedy nie mieliśmy bieżącej wody.
To podobno nie były dobre warunki mieszkalne dla dziecka.
Babcia poprosiła o pomoc, chodziła od jednej placówki do drugiej i nikt nam nie pomógł. Żyliśmy w biedzie i każdy grosz odkładaliśmy na remont domu, po za darami nie dostawaliśmy żadnego dofinansowania.
W pewnym momencie dziadkowie bali się o cokolwiek starać, bo pracownicy opieki często sugerowali, że przy dalszych próbach co najwyżej mogą im mnie odebrać. Było ciężko.
Dorosłam, poszłam do pracy i nasza sytuacja się znacznie poprawiła.
Żyliśmy w dostatku, szczęśliwi.
Cztery lata temu dziadkowie zaczęli chorować. Nie są w stanie samodzielnie funkcjonować. Babcia odeszła nie dawno, dziadek kompletnie się załamał. Do tego dochodzi demencja starcza, ogólnie nie jestem w stanie iść do pracy na 8 godzin i zostawić go samego w domu. Musiałam zrezygnować z pracy, bo nie znalazłam żadnej opiekunki, która chciałaby dojeżdżać tak daleko.
Pani w urzędzie pracy zaproponowała mi zasiłek opiekuńczy, który załatwia się w ośrodku pomocy społecznej.
Kiedy tam poszłam poczułam się jak szmata.
Na początku pracownica (i druga w tym samym pokoju)zniechęcały mnie to tego, żebym starała się o ten zasiłek.
Potem usilnie swoimi pytaniami próbowały udowodnić mi, że dziadek wcale nie potrzebuje opieki. Argumentując każde schorzenie w chamski sposób. Typu:
PANI: No ale dziadek może chodzić, to może iść pani normalnie do pracy.
Ja: Chodzi i odkręca gaz w kuchence, wychodzi na ulicę i zapomina gdzie miał iść, nie jest w stanie trafić sam do toalety...
PANI: Ludzie sobie w gorszych sytuacjach radzą.

Byłam nie ugięta, więc zaczęły skanować naszą sytuacje rodziną.
W końcu trafiły na punkt zaczepienia. Ja jestem wnuczką nie córką. A więc mi żadna pomoc się nie należy i dowodzenia.
To nic, że dziadek nie ma z dwójką swoich dzieci kontaktu od wielu lat. Córka narkomanka, nie wiadomo gdzie jest i czy jeszcze żyje. Syn od lat alkoholik wraz z swoją żoną prowadzą melinę w wiosce obok. Nikt nie opiekował się dziadkami, nie odwiedzał, nie pomagał. Wszystkim zajmowałam się sama i sama z tym zostałam.
Kiedy wytłumaczyłam urzędniczkom jak sprawa wygląda usłyszałam, że TAKIE PRAWO i nic zrobić się nie da.
A więc o pomoc dla dziadków mogą ubiegać się tylko dzieci jeśli żyją, bez znaczenia czy mieszkają w innym kraju, na drugim końcu Polski i czy mają z osobami potrzebującymi kontakt.
O opiekunkę również nie mogę się starać, ponieważ powinny to robić dzieci.
Urzędniczki powiedziały mi, od razu że zostanę odrzucona, bo nie jestem córką dziadka i nie ma innej możliwości.
Cholernie mi żal, bo przez lata płaciłam podatki, nie narzekałam kiedy weszło 500+ i ogólnie nigdy nie korzystałam z pomocy państwa. A kiedy jej potrzebuje to mam zapomnieć, przez chore zasady.

prawo opieka

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (82)
poczekalnia

#85117

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historii o złym NFZ było już od groma. Więc ja go dla odmiany pochwalę.

Otóż, podjęliśmy z Partnerem starania o dziecko. Udane, 18 tydzień ;)

Oczywiście jestem pod opieką lekarską (przychodnia prywatna współpracująca z NFZ), wczoraj miałam robione USG. Nie do końca wszystko OK - serce i płuca za małe, płyn w klatce piersiowej, zalecono dalszą diagnostykę w ciągu dwóch tygodni. Lekarz zapisał mi nazwisko pewnego doktora, który przyjmuje prywatnie, najlepiej do niego.

Dzwonię.

Prywatnie to prywatnie, życie mojego dziecka jest warte wielokrotnie więcej niż te 130 zł za wizytę. Trzeba jechać 50 km? I to przeboleję, Partner mnie zawiezie i będzie wspierał (pojechałabym sama, ale mnie przecież nie puści, nie teraz, gdy go potrzebuję). Wizyta o 17:30? Trudno, choć generalnie wolę rano. USG nie zrobią w ramach wizyty, trzeba się zapisywać (i jechać) osobno? Życie dziecka ważniejsze.

Ale najbliższy wolny termin jest 3 września. PRYWATNIE!!!

Miało być dwa tygodnie, to szukam dalej. Znalazłam nr telefonu do małej, miejscowej przychodni, polecanej przez "tubylców". W sumie to już się tam zapisałam, byłam raz u internisty, u pediatry i mam wizytę u endokrynologa zapisaną (w ciąży zaczęła mi świrować tarczyca) i zamierzałam przejść całkiem na ich opiekę, bo podobno mają krótsze terminy, a i specjaliści są przyzwoici, pracują również w miejscowym szpitalu (byłam tam w zeszłym roku po poronieniu, złego słowa nie mogę powiedzieć).

Dzwonię, w końcu nie mam nic do stracenia.

Najbliższy wolny termin do ginekologa, mającego doświadczenie z patologią płodów, jest dostępny aż...

No niestety, dopiero 21 SIERPNIA (czyli za tydzień!), bo dziś niestety doktora nie ma (!!!).

Na NFZ.

USG mają. Zrobią od ręki.

No czy nie cyrk?

PS: A na tę prywatną możliwe że i tak pojadę. Zobaczę co się okaże 21.

prywatna służba zdrowia...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 13 (49)
poczekalnia

#85116

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kurier się spieszy, kurier ma masę paczek do doręczenia w krótkim czasie. Często kurier zostawia paczkę i "podpisu nie trzeba". Jeden z pewnej dość dobrej firmy też tak robił. Aż do dnia kiedy doszło do uszkodzenia paczki. W paczce była elektronika, warta grube tysiące. Człowiek uświadomiony sytuacji, jak gruby jest problem jakoś tak pobladł i przestał się spieszyć, a nawet poczekał na porządne sprawdzenie zawartości. Cóż, chociaż nauczył się brać podpisy, a nie "robić" na paczki o większej wartości. Stres miał w gratisie (po sprawdzeniu ładunek okazał się być nienaruszony, zniszczeniu uległy 2 z 3 warstw ochronnych).

kurierzy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (47)
poczekalnia
Dobra. Od dłuższego czasu umilam sobie czas czytając piekielnych, ale i na mnie nadeszła kolej. Od razu mówię, że może być przydługo!

Pracuję w muzeum, chociaż nie takim standardowym, bo znajdującym się na statku. Pozwalamy ludziom na dużo, jednak wciąż pamiętając, że obiekty na wystawach to eksponaty. Muszę też zaznaczyć, że wyróżniam się nieco wyglądem (krótkie, kolorowe włosy). Tyle tematem wstępu, bo przez same wakacje zaczęłam dostrzegać pewne powtarzające się przypadki.

1. Przewodnicy
Jestem w stanie zrozumieć, że przeciętny człowiek nie zawsze zna historię danego obiektu, czy tym bardziej specjalistycznego nazewnictwa (żeglarstwo), ale kiedy jest się przewodnikiem, to chyba jednak wypadałoby znać chociażby podstawowe informacje? Nagminnie zdarza się, że z koleżankami słyszymy totalne bzdury, przekazywane nieświadomym ludziom. Mylenie nazw, dat czy nawet dopowiadanie sobie historii do eksponatów. O zwracaniu uwagi nawet nie ma co myśleć, bo przecież oni wiedzą lepiej.

2. Grupy
Niektóre są naprawdę przyjemne i ciekawe tego, co się do nich mówi. Z drugiej jednak strony są też te pełne rozwydrzonych dzieci, robiących to tylko im się podoba. A co na to opiekuni zapytacie? Cóż, najlepiej udawać, że wcale się nie jest z tą grupą.

3. Ignoranci
Ludzie kupujący bilety tak naprawdę nie wiedząc na co. Ostatnio podeszła do mnie starsza pani z wnuczką, pytając o której wypływamy. Na odpowiedź, że raczej nigdy, bo ten statek stoi tu od prawie czterdziestu lat nie zareagowała zbytnim entuzjazmem.

4. Janusze
Lato w pełni, upały nad morzem co drugi dzień są. Aż chce się rozłożyć na plaży, prawda? No oczywiście. Ale błagam, odwiedzanie muzeum na samych gaciach naprawdę nie jest niezbędne. Już parę razy miałam na sali starszych facetów bez koszulki, a nawet bez spodni. To jest naprawdę niesmaczne. Chociaż tutaj wina też leży po stronie załogi, wpuszczającej takich przyjemniaczków pod pokład. To też ten typ ludzi, który najczęściej rzuca tekstami typu "oho, pani kapitan siedzi". No szczyt komedii. Parę razy mi się też zdarzyło, że robili mi zdjęcia, nawet się z tym nie kryjąc.

5. Madki i Tateły, a jakże.
No tutaj to już w ogóle jest zabawa na całego.
Dzieci biegające po statku bez opieki? Norma. A potem jest panika i szukanie Karolka co drugi dzień, bo się gdzieś zawieruszył.
"Przecież jak chwilę posiedzi, to się tej ławce nic nie stanie". No. Super. Jak będę tak pozwalała siadać każdemu na stuletnie ławki, to z pewnością długo wytrzymają.

Hitem była rodzinka, która rozłożyła się w kącie na podłodze i zaczęła przewijać bombelka.

A dzisiaj zostałam także zwyzywana od klaunów i niewykształconych głupków. O co poszło? Otóż zwróciłam uwagę chłopakowi, który zrzucił kartkę z napisem, żeby nie siadać Na eksponatach I a jakże - usiadł sobie na ławce.
Ojciec od razu zaczął bronić syna wybitnymi argumentami pokroju "to po podłodze też chodzić nie mogę?"
Oraz zabójczym "kartka stała na stole, a nie na ławce, więc w czym problem". No tak, każdy logicznie myślący człowiek widząc napis "prosimy nie siadać Na eksponatach" wie, że odnosi się on do stołu, a nie ławki. Przynajmniej było śmiesznie.

To chyba tyle na dzisiaj. Może jeszcze kiedyś coś dorzucę, jeśli się oczywiście spodoba.

Muzeum

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (72)