Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85449

~MamaByc ·
| było | Do ulubionych
Historię zamieszczam anonimowo – wiem, że niektórzy moi znajomi czytają tu historię, a nie chcę by wiedzieli o mnie pewne rzeczy.

Chciałabym wam opowiedzieć o czymś, co dla mnie jest największą na świecie piekielnością. I nie chodzi mi to o konkretną osobę, czy osoby, które się piekielnie zachowały, ale o coś, na co nie mamy żadnego wpływu.

Wyobraźcie sobie młode małżeństwo – ona 24 lat, on 25. Poznali się 4 lata wcześniej na studiach i od razu się w sobie zakochali. Znajomi uważają ich za niezwykle dobraną parę, uzupełniają się kompletnie. Oboje mają też dobrze płatne posady, w końcu programiści mało nie zarabiają. Mają też mieszkanie, psa i zastanawiają się nad zakupem działki i budową domu. Co prawda funduszy na to odłożonych nie mają, ale zawsze jest kredyt. No a oni mażą o powiększeniu swojej rodziny, więc gdy dziecko się pojawi może być im ciasno w mieszkaniu.
Wygląda jak sielanka, co nie? Tylko tu zaczynają się problemy. Oboje niby zdrowi, ale ciąży ciągle brak. Mija miesiąc, dwa, trzy, pół roku. Ginekolodzy ich początkowo zbywają standardowym tekstem – są państwo młodzi proszę się dalej starać. Na szczęście, w końcu trafiają na odpowiedniego lekarza, który zleca dokładne badania. Niestety, wyniki są złe. Zaczyna się leczenie, wspomaganie cykli, pierwsze podejścia do inseminacji, a potem in-vitro.

Tuż przed jej 27 urodzinami podchodzą do in-vitro po raz pierwszy. Niedługo później po raz drugi i trzeci. Coraz ciężej jest jej pobrać krew – masa zrostów na żyłach łokciowych, ale zawsze zostają żyły na dłoni. Coraz ciężej jest jej podawać sobie zastrzyki – na brzuchu coraz więcej siniaków. Ale w końcu przy czwartym podejściu jest sukces – badanie krwi wykazuje ciążę. Niedługo potem na USG widać dwa zarodki. Niestety tę ogromną radość, przerywa krwawienie – następuje poronienie jednego z zarodków, a następnie walka o utrzymanie drugiego. 3 tygodnie leżenia plackiem, przyjmowania leków i wstawania tylko do toalety lub by do lekarza pojechać. Po 3 tygodniach serce drugiego zarodka przestaje bić…

Ale oni się nie poddają. Robią sobie kilku miesięczną przerwę, by dojść do siebie i podchodzą ponownie. Piąte i szóste podejście zakończone porażką. Rozszerzają badania – idą do genetyka i immunologa. Wyniki koszmarne. Ale jest nadzieja, nowa trochę eksperymentalna terapia. Co prawda ma masę skutków ubocznych, ale wielu kobietom z tym schorzeniem pomogła. Podejmują ryzyko i podchodzą po raz 7 oraz 8 do in-vitro. Niestety bezskutecznie.
Są zrezygnowani, ale jednocześnie zdeterminowani do zostaina rodzicami. Podejmują decyzję – idziemy do ośrodka adopcyjnego. I znowu zaczyna się czekanie. Najpierw na rozpoczęcie szkolenia – pół roku, bo tyle osób chętnych. Potem na zakończenie szkolenia – kolejne pół roku. A na szkoleniu wysłuchują strasznych historii tych biednych dzieci. Jest trzyletnia dziewczynka, której trzeba pilnować non stop, gdyż zjada wszystko, co znajdzie na ziemi, bo w rodzinnym domu ją głodzili. Jest półtoraroczny chłopczyk, który nie chodzi, nie mówi, a jak się zmoczy to nawet nie płacze, bo w rodzinnym domu nikt na jego płacz nie reagował. Jest też czteroletni chłopiec, który je tynk ze ściany z tego samego powodu, co wspomniana już dziewczynka. Jest cała masa upośledzonych dzieci, bo matka piła i paliła w ciąży… Oni zresztą też, raz wychodząc ze spotkania widzieli palącą kobietę w ciąży…

To jest moja piekielna historia. Są na tym świecie ludzie tacy jak ja, którzy latami bezskutecznie walczą o zostanie rodzicami. I są też ludzie, którzy rodzicami zostają chodź wcale nie powinni. W naszym przypadku walka trwa od 6 lat i potrwa jeszcze, co najmniej 3. Nie zostaniemy kandydatami na rodziców adopcyjnych, póki nie skończymy budowy domu. Dodatkowo, jest tyle chętnych na adopcję dzieci, że czas oczekiwania na w miarę zdrowe dziecko wynosi (w naszym województwie) około 2 lat. Powiecie, jak to możliwe, przecież tyle się słyszy o przepełnionych domach dziecka. Owszem, w takich domach jest dużo dzieci, ale zdecydowana większość nie może być adoptowana z powodu niejasnej sytuacji prawnej, bo rodzicie nie zrzekli się do nich praw.. I to w tym wszystkim jest chyba najbardziej piekielne.

adopca; in-vitro

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (128)
poczekalnia

#85453

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem rowerzystą. Takim dziwnym, bo znam przepisy i stosuję się do nich.

Jadę sobie rowerem na wycieczkę, już prawie wyjechałem z miasta. Dojeżdżam do skrzyżowania, na którym mam zamiar jechać prosto (druga możliwość to skręt w prawo). Nie sygnalizuję zamiaru skrętu i nagle na skrzyżowaniu wyprzedza mnie samochód, który wpycha się dosłownie przede mnie, hamuje i skręca w prawo. Gdyby nie mój refleks i dobre hamulce, byłaby kolizja. A tak to cóż, samochód pojechał, ja stanąłem i na kogo trąbili ci jadący za mną? A wystarczyło poczekać 1-2 sekundy aż przejadę.

Druga sytuacja. Jadę rowerem do pracy i jestem już bardzo blisko. Zbliżam się do skrętu na parking i zaczynam sygnalizować ręką, że będę skręcał (skręt w lewo z prawego pasa). W lusterku widzę, że jedzie samochód, ale jest dosyć daleko także nie będę go wstrzymywał. Dojeżdżam już do skrętu i zjeżdżam do środka jezdni, cały czas sygnalizując skręt. A co robi samochód za mną? Nagle przyspiesza i lewym pasem przejeżdża jak gdyby nigdy nic. Gdybym nie zahamował, byłaby kolizja. Podobnie jak w pierwszej historii - 1-2 sekundy wystarczyło poczekać. A gdyby samochód nagle nie przyspieszył, to w ogóle by nie musiał czekać, aż przejadę.

Trzecia akcja. Droga krajowa, bardzo ruchliwa. Ale jest jakieś pobocze, to się go trzymam. Osobówki mnie wyprzedzają bez problemu, nawet nie muszą czekać na brak ruchu z naprzeciwka, bo pas dosyć szeroki, a do tego jadę poboczem. Ale TIR-y w większości jadą tak, jakby mnie w ogóle na tym poboczu nie było. Nawet nie zjadą bliżej środka jezdni i nie zwolnią przy wyprzedzaniu. No i w końcu jeden z TIR-ów wyprzedzał mnie w tak bliskiej odległości, że prawie szorowałem ramieniem po pace. Efekt był taki, że zostałem zepchnięty do rowu i uratowała mnie tylko barierka żeby nie spaść dalej. Zanim się pozbierałem, to TIR-a już nawet nie było widać. Na szczęście tylko lekko sobie starłem skórę na ręce przy starciu z barierką. Gorzej gdyby barierki nie było - kilka metrów w dół.

Czarty przypadek. Dojeżdżam do ronda, jest pusto - wjeżdżam. Jestem na rondzie i widzę że do ronda dojechał samochód i się zatrzymał. Mam pierwszeństwo, to stoi. Tak myślałem, dopóki nagle nie ruszył. Myślał, że jednak zdąży przejechać... Gdyby nie mój refleks i hamulce - wbiłbym się kołem w lewe drzwi samochodu. A tak to "tylko" lekko uderzyłem w tylną część pojazdu. Samochód pojechał, a ja stanąłem na środku ronda. I na kogo znów trąbili?

To jest tylko mała część tego, co mi się przytrafiło na drodze jako rowerzyście. Wkrótce pewnie znowu coś opiszę.

droga

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (60)
poczekalnia

#85452

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wiele tu historii o piekielnych taksówkarzach, moja będzie o piekielnym panu z Ubera.
Ostania niedziela.
Syn został zaproszony na urodziny do pewnego miejsca rozrywki w Piasecznie. W tamtą stronę podwiózł znajomy, a w powrotną, jako że autko mam w naprawie, został Uber.
Zamawiam. Informacja, że kierowca przyjedzie za 8 minut. Dla mnie świetnie, ponieważ miałam do zrobienia pewną pracę i trochę się śpieszyłam.
Czekam, czekam...coś długo to trwa, więc sprawdzam. Widzę, że kierowca ominął skręt - zdarza się, miejsce nie jest dobrze oznakowane - i jedzie w stronę Warszawy. Nic to, myślę, na skrzyżowaniu zawróci i będzie ok. Nie zawraca. Ani na najbliższym, ani następnym. Aplikacja pokazuje coraz to inny czas: 10, 12, 15, 22 min. do przyjazdu kierowcy. Zaczynam się trochę niepokoić, bo czas ucieka, a bateria w telefonie na wyczerpaniu. Za chwilę dostaję wiadomość "odmovi zakaz". No nie, tak się bawić nie będziemy. "Jak nie może Pan przyjechać, proszę anulować przejazd" Chwila ciszy, patrzę na apkę, a Pan Uber już przy lotnisku! I za moment wiadomość w "ja ne mogu odmovi zakaz".
Zeźlił mnie, weszłam na Bolta (mając już 2% baterii), na szczęście tu dostałam info, że kierowca będzie za 3 minuty. I tak raczej było, bo chociaż godziny już nie mogłam sprawdzić (rozładowany telefon) to Bolt był za kilka chwil.
Po dojechaniu na miejsce podłączyłam telefon i zajęłam się pracą. Potem sprawdziłam - miałam 4 nieodebrane połączenia z nieznanego numeru, wszystkie w odstępie minuty. Domyśliłam się, że to Pan Uber, ale - szczerze - miałam to w nosie.
Dziś, zamawiając synowi Ubera, zajrzałam z ciekawości w swoje przejazdy i co widzę?
Wczorajszy przejazd anulowany, spoko. Ale zaraz....Jak byk stoi, że Pan Uber jechał/wiózł mnie z Dworcowej na Puławską? Zajęło mu to 17 minut?? i Naliczono mi 8 zł??!!
Szybka reklamacja i natychmiastowy powrót środków na konto (a raczej na apkę, do wykorzystania na następny przejazd) więc niby ok, ale tak się zastanawiam: jeśliby kierowca tylko anulował przejazd, to nie powinno mi ściągnąć kasy z karty. Skoro opłata się naliczyła, to zełgał, łobuz, że przyjechał, a mnie nie było. Nieładnie.

uber

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (53)
poczekalnia

#85451

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wracałam do domu drogą ekspresową.
Nie jechałam jakoś inaczej od innych, miałam około 115-120 km/h na liczniku. Było dość luźno, więc w większości jechałam prawym pasem, lewym tylko wyprzedzałam.
Dojechałam do prostego odcinka drogi "z górki" i zauważyłam kilka ciężarówek na "moim" prawym pasie. Lewym pasem jedzie jedno małe autko i powoli je wyprzedza. Gdy do nich dojechałam, zmieniłam pas na lewy i jechałam za tym małym autkiem.
Nic nie robiłam w stylu, że podjeżdżam blisko, migam mu światłami, czy trąbię. Po prostu za nim jechałam i nagle to małe autko zaczyna ostro hamować. Ja za nim też, bo nie widziałam, czy coś leży na drodze, czy coś się stało (musiałam dość mocno wcisnąć hamulec). Widzę, że kierowca małego autka wymachuje rękami i za chwilę zjeżdża na prawy pas. Gdy go mijałam, kierowca miał twarz prawie przyklejoną do szyby i wymachiwał tym razem jedną ręką. Z wyprostowanym środkowym palcem.
Nie wiem o co mu chodziło, bo jechałam w normalnej odległości od niego, nie siedziałam mu na zderzaku (wręcz nie lubię trzymać się blisko innego auta). Mąż stwierdził, że może słońce odbiło się od moich przednich lamp i może pomyślał (no chyba raczej nie myślał),że mu migam i go poganiam?
Takiej bezpodstawnej agresji jeszcze nie spotkałam, jak u niego.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (66)
poczekalnia

#85448

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jako że historia o Januszu (czy może raczej Johannesie) weselnego biznesu spotkała się z ciepłym przyjęciem, postanowiłam wrzucić kolejną. Również klimacie uczuciowo-finansowym, jednak w innym aspekcie. Mianowicie - kto płaci na randkach (czy ogólnie spotkaniach damsko-męskich we dwoje)? Temat nieco kontrowersyjny, ilu ludzi, tyle opinii. Jedni uważają, że ten, kto zaprasza, niezależnie od płci, inni, że mężczyzna, jeszcze inni, że oboje płacą po połowie, albo raz płaci jedno, raz drugie. Osobiście nie mam problemu z żadną z tych opcji. Oczywiście miło jest być gdzieś zaproszoną, ale chętnie płacę też za siebie lub zapraszam mojego towarzysza. Jest tylko jeden warunek - nie znoszę, kiedy ktoś robi cyrk wokół sytuacji z płaceniem. I tutaj chciałam przytoczyć kilka sytuacji (tych najbardziej ekstrealnych), które przydarzyły mi się na randkach, tudzież spotkaniach na przestrzeni kilkunastu lat. Będzie trochę długo, gdyż przy każdej chciałam napisać kilka słów wprowadzenia.

1. Młodziutka bardzo jeszcze byłam. Z domu pamiętam, że nawet jak rodzice mieli wspólny budżet, tata nigdy nie pozwalał mamie w restauracji wyjąć portfel. Przeczytałam jednak gdzieś, że mężczyźni często testują kobiety, sprawdzając, czy zaproponuje dołożenie się do rachunku. No to ok. Chłopak zaprosił mnie na randkę. Czasy studenckie, zamawiamy 2 piwa. Przychodzi kelnerka z rachunkiem, kolega wyciąga portfel, ja zgodnie z wyczytaną informacją proponuję pokrycie połowy rachunku. Kolega nie protestuje. Wracam do domu. Następnego dnia dostaję smsa, że jeszcze nikt go nigdy tak nie poniżył jako mężczyzny, czy mi się wydaje, że on jest aż takim nieudacznikiem, że go nie stać na głupie piwo, poza tym propozycja zapłacenia za siebie oznacza danie mężczyźnie kosza, co ja właśnie jego zdaniem zrobiłam, on jest mną totalnie rozczarowany i nie chce mnie więcej widzieć, moje tłumaczenia go nie interesują. No trudno. Lekcja na przyszłość - jeśli facet chce zapłacić, to lepiej mu pozwolić.

2. Już po studiach. Zaczynam pracę w kraju na peryferiach Europy. Poznaję faceta, spodobał mi się, ja jemu widocznie też, zaprasza mnie na randkę. Na pierwszej randce był spacer, na drugiej robimy sobie małą wycieczkę za miasto. W pewnym momencie on zaprasza na kawę i ciacho. Przyjmuję zaproszenie, zjadamy, kelnerka przynosi rachunek, on mówi, że zapłaci, ja pomna poprzednich doświadczeń, nie chcę, żeby pomyślał, że daję mu kosza, uśmiecham się do niego, dziękuję i mówię, że to bardzo miło z jego strony. Na trzeciej randce on się nie pojawia. Martwię się, czy coś się stało, dzwonię, nie odbiera telefonu. Po czym dostaję od niego wiadomość, która ścina mnie z nóg. Czytam, że mam sobie poszukać innego sponsora, bo on nie ma zamiaru marnować czasu na tanią dziwkę, dla której sensem życia jest znalezienie frajera, od którego będzie przez całe życie sępić kasę. Bardzo daleko idące wnioski, które jeszcze trzymałyby się jakoś kupy, gdybym to ja kazała mu się zaprosić na kolację za kilka stówek, ale cóż, widocznie ta kawa i ciastko, na które przyjęłam zaproszenie bardzo nadszarpnęły jego budżet...

3. Jakis rok, dwa później. Podczas pobytu w Polsce zgadałam się ze znajomym z czasów studenckich. Idziemy do baru. Wypijamy po drinku, gadka-szmatka. Czas na rachunek - wyciągam portfel i mówię, że ja oczywiście za siebie zapłacę. Na to on wygłasza tyradę przy kelnerce, że nigdy w życiu, on by tak nie mógł, on jest dżentelmenem, w życiu nie pozwoli, żeby kobieta przy nim płaciła, mam schować ten portfel i koniec. Ja na to, że bardzo to miłe, bardzo dziękuję, pozwolisz za to, że następnym razem się zrewanżuję itd. Wychodzimy z knajpy. Ledwo zamknęły się za nami drzwi, kolega wypala: „no dobra, oddawaj 8,50. Co się tak patrzysz? Kasę mi oddaj za twojego drinka. Nie będę jakiegoś pasożyta utrzymywał. Chciałyście równouprawnienia, to je macie. Wyskakuj z kasy”. Nie będę dyskutować, 8,50 nie jest warte afery. Oddaję koledze pieniądze i kończę znajomość.

Tutaj następuje przeskok w czasie o prawie 10 lat, w międzyczasie przeprowadziłam się do dużego miasta na południu Niemiec. W Niemczech kiedy kelner przynosi rachunek, z reguły od razu pyta gości, czy płacą razem, czy osobno. wtedy albo jedna z osób mówi że zaprasza, albo obydwoje mówią, że płacą osobno. Wówczas jednym słowem klaruje się sytuację i proces płacenia powinien przebiec bezstresowo. Powinien - słowo klucz.

4. A więc, następna sytuacja. Mężczyzna poznany na jakiejś grupie dyskusyjnej. Fajnie się rozmawia online, postanawiamy spotkać się i pogadać na żywo. Idziemy do jakiejś meksykańskiej knajpki. Rozmowa przebiega bardzo miło, nawet coś zaczyna iskrzyć. Zjedliśmy, kelnerka przynosi rachunek. Pyta: razem czy osobno? Na to kolega bez cienia zażenowania: „To jak, pójdziesz się teraz ze mną ruchać? Bo nie wiem, czy mi się opłaca inwestować, czy nie.” To nie był rubaszny żart, on tak serio. Nie wiem, kto był bardziej zakłopotany, kelnerka czy ja. Musiałyśmy dziwnie patrzeć, bo kolega powtórzył pytanie. Po otrząśnięciu się z szoku poinformowałam kolegę, że po takim tekście na pewno już nic nie ”zarucha”, dałam kelnerce pieniądze i wyszłam.

5. Randka z Tindera. Facet pisze głównie jakim to on jest dżentelmenem, jak dobrze traktuje kobiety, itd. Pamiętając słowa Margaret Thatcher o władzy i byciu damą, wiem już, że nie powinnam mieć zbyt wysokich oczekiwań, ale daję się zaprosić na drinka bardziej z niezdrowej ciekawości. I sama jestem sobie winna. W barze, mimo braku rezerwacji, pan dżentelmen żąda stolika zarezerwowanego dla innych ludzi i wścieka się, gdy go nie dostaje. Przez cały czas mówi wyłącznie o finasowym aspekcie swojej pracy, swoich pieniądzach, samochodzie, stylu życia. Nie pozwala mi zmienić tematu, nawet kiedy mówię mu wprost, że mnie jego kasa naprawdę nie interesuje i nie obchodzi mnie, czy dziennie zarabia tysiąc euro czy dwa, bo nie szukam sponsora, tylko chciałabym dowiedzieć się czegoś o nim jako człowieku. Nic z tego. „Jestem taki bogaty” na przemian z „jestem dżentelmenem i mam ogromną klasę”. Wytrzymuję godzinę, wypijam mojego drinka za 14 euro i oznajmiam, że na mnie już czas. Przychodzi kelnerka i wręcza nam rachunek. Łącznie 2 drinki, do zapłaty 28 euro. Pan dżentelmen deklarował, że mnie zaprasza, więc czekam, co zrobi. On nie robi nic. Bardzo powoli sięgam po torebkę, on nie reaguje, wyciągam portfel, on nie reaguje, otwieram portfel i wyjmuję pieniądze, on nie reaguje, wręczam kelnerce 15 euro i proszę bez reszty. On wówczas robi to samo (15 euro, reszty nie trzeba). Wychodzimy z baru. On zaczyna się awanturować. O co? Bo raz, że uraziłam jego męska dumę, nie pozwalając mu za mnie zapłacić, (No ale jak to nie próbował? Jego zdaniem próbował, ale ja nie dałam mu szansy, tylko agresywnie na siłę zapłaciłam za siebie), a dwa, że w perfidny sposób wmanipulowałam go w koszty i poniósł przeze mnie straty. Że niby jak? W momencie, kiedy dałam kelnerce 1 euro napiwku, wywarło to na nim presję psychiczną i postawiło przed koniecznością zrobienia tego samego. A on nie chciał dawać napiwku, bo nie był zadowolony z obslugi, bo przecież on chciał tamten inny stolik, a wredna kelnerka mu nie pozwoliła, bo ona chyba nie wie, kim on jest i że mu się po prostu należy. Więc on w tym momencie żąda ode mnie zwrotu poniesionej straty. Tak, zażądał zwrotu jednego euro za napiwek, który dał pod ta straszną presją.

6. Jakiś znajomy znajomych, kiedyś tam zetknęliśmy się zawodowo, kiedy robił praktyki w firmie, w której pracowałam. Odnowił sie kontakt, spotkajmy się na kawie. Idziemy do kawiarni, kolega zamawia 1 dzbanek herbaty dla nas obojga. Rozmawiamy, co u kogo słychać, chłopak kieruje rozmowę na temat sytuacji życiowej każdego z nas. Ja pracuję na etacie w pewnej firmie, dobre stanowisko, jestem zadowolona z warunków, wynajmuję całkiem spore mieszkanie na przedmieściach. Kolega opowiada, że on po skończeniu praktyk założył własna firmę, przecież nie będzie pracował u kogoś jak jakiś najgorszy plebs, trzeba podejmować ryzyko, być swoim własnym szefem. Firmę prowadzi z partnerem biznesowym, no i w sumie to nie on założył tę firmę, tylko właśnie ten partner, a on teraz z nim pracuje, ale przynajmniej jest człowiekiem sukcesu i nie tyra u kogoś jak plebs. I w dodatku częściowo przez firmę ma mieszkanie w centrum miasta, co prawda 17 m2, ale za to firma opłaca, więc nie musi mieszkać na przedmieściach jak plebs (co on ma z tym plebsem? Kompleksy jakies leczy?). Średnio mi się chce spędzać więcej czasu z kolesiem, który znajduje przyjemnośc w poniżaniu rozmówcy, dopijam herbatkę i będę się zbierać. Od niechcenia pytam jeszcze, kto jest tym partnerem biznesowym. Jego ojciec. „Aha, czyli tatuś zatrudnił Cię u siebie i opłaca Ci mieszkanko. Ale dlaczego tylko 17 metrów, taki człowiek sukcesu musi się gnieżdzić w takiej klitce? Jak jakis plebs?” (nie mogłam się powstrzymać) Obraził się. Czas zakończyć spotkanie. Przychodzi kelnerka z rachunkiem. Jeden dzbanek herbaty – 4 euro. Człowiek sukcesu prosi o przyniesienie dwóch osobnych rachunków. Kelnerka tłumaczy, że jest to niemożliwe, bo na zamówieniu jest tylko jedna pozycja, a poza tym 4 jest bardzo łatwo podzielić na pół – wychodzi 2 na głowę. On sie kłóci, kategorycznie żąda dwóch rachunków, bo nie wie, czy nie próbujemy go oszukać. Wstyd jak nie wiem. Daję kelnerce 5 euro, mówię, że reszty nie trzeba i że zapłacę również za kolegę, bo tatuś mu chyba słabo płaci. Gdyby wzrok mógł zabijać ;)

7. Ostatnia sytuacja. Również randka z Tindera. Facet proponuje kolację w jednej z droższych restauracji w mieście. Restauracja ma świetne opinie, ale nawet na monachijskie warunki jest naprawdę drogo. Tłumaczę mu, że owszem kojarzę miejsce, ale niestety nie stać mnie na kolację (zwłaszcza spontaniczną) w tym miejscu, więc wybierzmy inny lokal. On na to, że mam się nie przejmować, bo on zaprasza. Tłumaczę, że ja tak nie moge, że głupio tak, nie będę go narażać na takie koszty, a już zwłaszcza na pierwszym spotkaniu, kiedy się przecież kompletnie nie znamy i nie wiemy, czy coś z tego będzie. On się uparł, ma być tam i już. On stawia i bez dyskusji. No cóż, skoro nalega... Spotykamy się w restauracji. On składa zamówienie, przystawka i danie główne, również za mnie. Nie pytając mnie nawet, co lubię, na co mam ochotę, a czego nie jem. Komentuje, że on zaprasza, więc on decyduje. No dobrze, dam się zaskoczyć. Zamawia butelkę wina, z której ja, ponieważ przyjechałam samochodem, wypijam dwa łyki, on resztę. Kończymy danie główne, on stwierdza, że się nie najadł, zamawia dla siebie jeszcze jedną porcję. Ok, kto bogatemu zabroni ;) Rozmowa się klei, jest bardzo miło, wiele wspólnych tematów, z ulgą stwierdzam, że chyba nie będzie powtórki z rozrywki z panem dżentelmenem ani człowiekiem sukcesu. Pora na deser, ja dziękuję, kolega zamawia dla siebie, do tego jeszcze espresso i lampkę koniaku. Pogdaliśmy jeszcze, on koniecznie chce się spotkać na kolejna randkę. Konsumpcja zakończona, robi się późno, czas się zbierać. Kelnerka przynosi rachunek – 380 euro. Sporo, naprawdę sporo... Kolega wstaje, wyciąga portfel, wyjmuje z niego 150 euro i się żegna. Kelnerka cały czas przy nas stoi. Ja mówię, że chwileczkę, co to ma być. Już pomijając to, że bardzo wyraźnie deklarował, że on zaprasza i bierze rachunek na siebie, do tego narzuca mi wybór potraw, to kwota, którą położył na stole nie pokrywa nawet połowy rachunku, którego co najmniej 2/3 stanowi wyłącznie jego konsumpcja. Kolega się uśmiecha i mówi: „już nie bądź taka drobiazgowa, a, i nie zapomnij zostawić napiwku. Niezostawianie napiwków jest bardzo niegrzeczne i świadczy o złych manierach”. Po czym odwraca się i wychodzi. Kilka dni później dostaję od niego wiadomość, jakie mam plany na następną sobotę, bo zna super knajpę, do której chciałby mnie zaprosić na kolację. Odpowiedziałam, że przykro mi ziomuś, ale niestety nie stać mnie na przyjmowanie zaproszeń w twoim wydaniu.

Nie wiem, czy opisane przeze mnie sytuacje wskazuja na jakis szerszy trend, czy raczej na problemy z deklem u tych osób, ale zastanawiam się, jaki to problem, powiedzieć do kogoś „podzielmy się rachunkiem”, tak po prostu. Po co robić tak żenujące sceny?

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (137)
poczekalnia

#85442

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nasz narodowy bank uraczył mnie właśnie pokazem swojej "logiki".

Jeden z kodów o który zostałem dzisiaj poproszony nie był do końca czytelny. Drogą dedukcji wyszły mi 3 cyfry, które powinny pasować w tym miejscu. Skorzystałem więc z 3 prób i okazało się, że nie trafiłem. Skoro karta przestała być aktywna zadzwoniłem na infolinię celem jej odblokowania. A teraz co ciekawego się działo:

1. Na początku zostałem poproszony o całą sekwencję danych sensytywnych celem weryfikacji.
2. Konsultant poinformował mnie, że po drugiej próbie powinienem zadzwonić na infolinię i poprosić o zablokowanie tego kodu.
3. Odblokowanie karty nie jest możliwe przez telefon za wyjątkiem kontaktu z infolinią poprzez skorzystania z uwierzytelniania w serwisie telefonicznym. By nadać hasło oczywiście potrzebna jest zdrapka.
4. Muszę wybrać się do oddziału by to odblokować - ta informacja spowodowała, że para poszła mi uszami.

Co jest nie tak z tą logiką?
1. Bank wie o mnie wszystko włącznie z numerem buta, telefonem do psa sąsiadów i poborem prądu w piwnicy ale nie jest w stanie w rozmowie stwierdzić mojej tożsamości.
2. Trzy razy wpisałeś zły kod? Masz przechlapane, jakbyś zrobił to dwa razy to na pewno nie jesteś złodziejem i możesz spokojnie zadzwonić do nas to zmienimy ci na inny kod.
3. Mamy dostęp do profilu zaufanego, ale z niego nie skorzystamy. Miałbyś za łatwo a tak to przynajmniej zadbamy o twoją kondycję fundując Ci wycieczkę do oddziału.

Cóż, jak mi tego jutro nie odblokują zdalnie to przyjdzie pora rozejrzeć się za innym bankiem, bez żalu z mojej strony.

Infolinia PKOBP

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (50)
poczekalnia

#85434

~fokker ·
| było | Do ulubionych
Ludzie, którzy rozmawiając z kimś podchodzą tak blisko, że prawie na niego włażą. Cofam się, a ten od razu krok i znowu jest blisko. Kolejny raz, następny, w końcu mu mówię, żeby się odsunął to jest zdziwiony, ale się odsuwa. Mija minuta albo dwie i znowu na mnie włazi.

Znacie takich? Czy to jest jakieś zaburzenie psychiczne? Z tego co zaobserwowałem to robią to całkowicie nieświadomie.

ludzie

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (85)
poczekalnia

#85433

~Undecim ·
| było | Do ulubionych
Będzie krótko.

Mój ojciec umiera na raka którego nabył najprawdopodobniej przez wieloletnie obcowanie z kancerogenami w pracy (głównie tlenki azotu i wszelkiej maści rozpuszczalniki) na swój własny, dobrowolny rachunek.

W garażu wbudowanym w dom doszło to rozlania dużej ilości (liczone w litrach) oleju napędowego, który jest kancerogenem oraz jest po prostu toksyczny.

Oto piekielności z tym związane:

1.Chcę wywietrzyć dom bo opary przenikają przez ściany do sąsiedniego pokoju.

(O): Chyba oszalałeś, co będziesz chłodzić dom. Zostaw to, da się żyć

2. Chcę zostawić otwarty garaż by opary mogły uchodzić z pomieszczenia.

(O): Zgłupiałeś, tylko straszysz sąsiadów, zamykaj to natychmiast.

3.Biorę się za czyszczenie oleju, wyposażam się w rękawice, maskę, izopropanol i okulary.

(O): Gogle do nurkowania se do tego załóż jeszcze. Przesadzasz. Weź starą szmatę, zetrzyj i będzie dobrze.

Niektórzy jak widać nawet po szkodzie nie są mądrzy…


Dla zainteresowanych karta charakterystyki: https://www.google.com/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=1&ved=2ahUKEwi6ta6t5ZblAhXpoosKHRw1ApUQFjAAegQIBRAC&url=https%3A%2F%2Fwww.orlen.pl%2FPL%2FDlaBiznesu%2FPaliwa%2FOlejeNapedowe%2FDocuments%2FOLEJ_NAPEDOWY_karta_charakterystyki.pdf&usg=AOvVaw37IzKIyJeBzl4Fvzhy7kd2

rak ojciec nowotwór olej napędowy kancerogen

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 7 (43)
poczekalnia

#85429

~Mama33 ·
| było | Do ulubionych
Dwa tygodnie temu urodziłam córeczkę. Jak przystało na przeciętną kobietę (nie żonę piłkarza czy księżną) w połogu dochodzę do siebie, a zmiany w organizmie wywołane ciążą powoli cofają się. Ogólnie czuję się dobrze, na brzuchu jest trochę luźniejszej skóry, a do wagi sprzed ciąży zostały mi do zrzucenia całe 2 kg.

Wczoraj odwiedziła nas teściowa. W obecności mojego męża wytknęła mi, że "brzuch mi został, wygląda to tak, jakbym jeszcze jedno dziecko w nim miała, coś z tym brzuchem muszę zrobić". Zatkało mnie. Zdąrzyłam tylko stwierdzić, że przecież dwa tygodnie temu przeszłam poród, mam jeszcze dużo czasu, żeby się zregenerować (połóg trwa 6 tygodni).

Najlepsze, że moja teściowa ma 40 kilogramową nadwagę.

Kielce

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (71)
poczekalnia

#85446

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Rodzinka...
Jest dziewczyna , całe życie miała pod górę. Zwłaszcza od rodziny. Dwa razy żegnała się z życiem, ale udało się. Niedługo może dobije do 40ki. Może...
Niedawno okazało sie, że ma białaczkę. Rozpacz, łzy, załamanie. Tym bardziej, że od niedawna w końcu zaczęło się w życiu układać.
Przy diagnozie lekarz chciał wystawić receptę na dość skuteczny lek. Cena za miesiąc leczenia ok. 25 tys zł . Astronomiczna kwota, nie? Odmówiła. Nie stac jej. A NFZ nie refunduje.
Ludzie jej życzliwi zorganizowali zbiórkę na znanym portalu od pomagania. Trwała ledwie kilka dni.
Dlaczego? Otóż rodzinka ( najbliższa) zaczęła jej dowalać. Że kasa nie na zbiórkę, tylko na świeżo otwarty własny , wymarzony interes (kiedy otwierała firmę nie wiedziała nic o chorobie. Potem myślała, że zle samopoczucie to kwestia stresu i przemęczenia, bo pracuje nawet po 14h, 7 dni w tygodniu ) ), który zaczął już przynosić niewielki, ale zawsze dochod. Potem poszły w ślad plotki na ten temat... Zbiórki kasy już nie ma. Wykończona psychicznie zażądała usunięcia. Wszystkim darczyńcom pieniądze zostały zwrócone. Lekarz daje jej max 10lat. Przeszczep? Cóż, ma bardzo rzadką grupę krwi. ( 0Rh- może ktoś akurat jest w DKMS?).
Dzięki "rodzince" a i naszemu rządowi podjęła decyzję i zaprzestaniu walki o życie. Pierwszy raz się poddała.
Puenta? Nie ma. Czekamy.

Pomorze.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (73)