Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#82894

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zacznijmy od tego, że mam 21 lat i lubię dzieci - dzieci, a nie niewychowane bachory, a to spora różnica.
Mieszkam w bloku na parterze, obok jest plac zabaw. Wiadomo, że w wakacje dzieci się tam bawią, krzyczą, hałasują, ale to mi nie przeszkadza, bo po to jest plac zabaw.
Piekielność zaczyna się, gdy grają w piłkę. Przed każdym blokiem jest tabliczka z zakazem gry, a 2 minuty od mojego bloku jest boisko, zbudowane kilka lat temu, z bramkami itp.
Wiele razy już krzyknęłam na dzieci, które grały centralnie pod moim oknem w piłkę. W bloku okna nie są ani bardzo nisko, ani też zbyt wysoko, więc da się w nie kopnąć piłką. Podejrzewam, że gdyby któreś z nich zbiło szybę to mamusia by powiedziała "ojej, to tylko dziecko".
Ale ostatnio wracałam z pracy, wykończona po 10h i jeszcze miałam okres. I pod moją klatką dzieciak tak kopnął piłkę, że uderzyła mnie w brzuch. Wiele kobiet pewnie aż zabolało po przeczytaniu tego, bo wiedzą, że jak ma się okres to ból brzucha jest często tak silny, że trzeba jechać do szpitala.
Zje*ałam dzieciaka, wkurzona niesamowicie i obolała poszłam do domu. Nie minęło 10 minut i przyszła do mnie jego matka, że co ja sobie wyobrażam, że ja na jej niuniusia (!) nie będę się darła.
Spytałam jej się, czy jej "niuniuś" się pochwalił, co zrobił. Odpowiedziała, że tak, ale to tylko dziecko i piłka. Wkur*iona już niemiłosiernie rzuciłam w nią piłką mojego psa. Z tonu "niuniuś" przeszła na "Ty głupia szmato, co robisz!". Odpowiedziałam jej, że to przecież tylko piłka, więc po co drze mordę.
Od tamtej pory dzieciaki już nauczyły się, gdzie jest boisko.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (144)
poczekalnia

#82896

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Od kilku lat pracuję jako niania. Zazwyczaj opiekuję się jednym dzieckiem (lub rodzeństwem) na cały etat, jeśli mam czas i siłę, to zajmuję się jeszcze dodatkowo jakimś maluchem. Przy pełnoetatowej opiece staram się zawsze mieć podpisaną umowę, szczególnie że do niedawna umowy dla niań były współfinansowane przez państwo. Rodzice wypłacali tylko pensję dla niani, niania odprowadzała podatek, wszystkie składki były płacone z budżetu państwa (teraz działa to na innych warunkach).

W swojej pracy zazwyczaj trafiam na bardzo miłych ludzi, opiekuję się dzieckiem przez rok/dwa – do czasu pójścia malucha do przedszkola. Chcę Wam jednak opowiedzieć o pewnej rodzinie, u której wytrzymałam tylko 1,5 miesiąca, a z perspektywy czasu sama się sobie dziwię, że dałam radę tak długo znosić to, co tam się działo.

Bohaterami historii są Piekielna Mamusia [PM], jej mąż i ich synek – mały miał wtedy 2 lata. Opiekowałam się nim od początku lipca do połowy sierpnia.

Na rozmowie kwalifikacyjnej wszystko było dobrze, podobnie na kilku spotkaniach w czerwcu, kiedy to mieliśmy sprawdzić, czy się dogadujemy (ja z rodzicami i ja z dzieckiem). Piekielności pojawiły się dopiero, kiedy zaczęłam tam pracę na dobre.

1. Umowa. Od początku mówiłam, że chce podpisać umowę, bo zależy mi na składkach, na ubezpieczeniu itp. W czerwcu widzieliśmy się kilka razy, decyzja o zatrudnieniu miała dopiero zapaść, więc nie ponaglałam. Ale w lipcu przypominałam już codziennie, że pora podpisać umowę. PM najpierw mnie trochę zbywała, bo ona musi poczytać jak ta umowa działa (wyjaśniałam jej to wcześniej dokładnie już kilka razy), musi zobaczyć, kiedy będzie miała czas jechać do ZUS-u zawieźć dokumenty (wymagało to jednej wizyty, a przez pierwsze dni PM codziennie „pracowała z domu” - przynajmniej połowę czasu spędzała na zakupach/zabawie z dzieckiem/wypytywaniu mnie o moje życie prywatne). Ostatecznie PM zebrała się na odwagę i powiedziała mi, że jej się ten cały pomysł z umową nie podoba, no bo po co mi ona? Na pewno jak tylko podpiszemy umowę, to ja pójdę na zwolnienie i tyle mnie będą widzieć. Powinnam założyć własną działalność, przez pierwsze dwa lata jest niski ZUS, to i ubezpieczenie będę miała! Aha. Ostatecznie umowę z bólem serca ze mną podpisała, w zasadzie nawet nie ona, tylko jej mąż.

2. Posiłki dla dziecka. Wyobraźcie sobie, że dwuletnie dziecko nie było nauczone gryźć jedzenia (nawet kilkumiesięczne niemowlę gryzie biszkopty, banana, jabłuszko). Mały dostawał wszystko zblendowane, chociaż miał komplet zębów, a gryźć ogólnie umiał, bo gryzł zabawki, mnie też mu się zdarzyło „kąsać”. Odpowiedzialność za nauczenie dziecka jedzenia pokarmów stałych została przerzucona na mnie (efekty moich starań były marne, bo skoro mały nigdy gryźć nie musiał, to w wieku dwóch lat nie zamierzał się nagle uczyć czegoś, co było dla niego mniej wygodne niż jedzenie papek). W kwestii jedzenia przerażające było dla mnie też to, że mały musiał dostawać posiłek co około godzinę, „bo będzie głodny”. Oczywiście dziecko najedzone po śniadaniu nie chciało godzinę później jeść kisielu, ale poleceniem od PM było, żeby „jakoś go przekonać”, a jak nie chce, to zmusić, żeby zjadł chociaż trochę. To że dziecko pluło, uciekało, a czasem nawet zaczynało płakać nie miało znaczenia... Godziny posiłków i ilość tego, co mały zjadł musiały być zapisane w kalendarzu.

3. Spacery. Był ciepły lipiec, temperatura około 8.00 rano wynosiła jakieś 21-22 stopnie, oczywiście z upływem dnia było coraz cieplej. Mały miał zawsze chodzić w chustce pod szyją, a jeśli wiało (ciepły letni wiatr), to dodatkowo w bluzie/kurtce. Zawsze w długich spodniach (może dwa razy mogłam mu założyć krótkie spodenki na dwór). Inna sprawa, że na podwórko nie wychodziliśmy zbyt często, bo zawsze było za ciepło/za zimno/za słonecznie/za wietrznie. Pewnie siedzieliśmy wtedy w domu? Ależ skąd! Dziecko musi chodzić na spacery, bo to zdrowe, więc rowerek biegowy pod pachę i na spacer prosto do garażu podziemnego! Długość spaceru musiała być zapisywana w kalendarzu.

4. Rozwój mowy. Kiedy zaczęłam pracę u tej rodziny, chłopiec znał może ze trzy słowa, na pewno było to „mama” i jeszcze dwa inne. PM pewnego dnia wymyśliła, że jako niania mam obowiązek nauczyć jej dziecko mówić! Okej, dużo do niego mówię, pokazuję mu różne rzeczy, w końcu załapie i zacznie mówić, jakieś nieśmiałe próby już były. Ale nie! Bo tak to nie ma prawa zadziałać! Mam uczyć małego dokładnie pięciu nowych słów dziennie! Po powrocie PM z pracy była odpytka i oczywiście mały nie uczył się słów tak szybko jak PM by sobie życzyła, za co ochrzan zbierałam ja (dzisiaj wiem, że jeśli dziecko nie gryzie i nie żuje pokarmu, to zazwyczaj prowadzi to do problemów z rozwojem mowy, ale wtedy nie łączyłam tych dwóch faktów).

5. Zaufanie do niani. Większość dzieci płacze, kiedy rodzice wychodzą do pracy, a one muszą zostać z nianią (nawet jeśli swoją nianię lubią). Z doświadczenia wiem, że trwa to czasem kilka dni, czasem kilka tygodni, ale mija. Ale żeby minęło, podejście rodziców musi być zdrowe. Tymczasem PM codziennie przed wyjściem żegnała się z synkiem tak, jakby miała go nie widzieć przez miesiąc (to jeszcze jestem w stanie zrozumieć, chociaż tłumaczyłam jej, że szybkie pożegnania sprawdzą się lepiej). Ale nie wiecie jak wkurzające i bolesne jest, kiedy codziennie dziecko zaczyna płakać, bo wie, że mama wychodzi na wiele godzin, a matka zaczyna go wypytywać o to, czy niania je bije, czy na nie krzyczy itp. PM wymagała świadomej odpowiedzi od dwulatka, który potrafił tylko losowo kiwnąć głową. Jak czasem kiwnął twierdząco na jej pytania o bicie i krzyczenie, to dostawałam ochrzan, że ona przeze mnie nie może iść do pracy, bo musi mnie pilnować (często zostawała w takich sytuacjach w domu i pracowała z sypialni).

6. Rozpraszanie dziecka. Kiedy PM zostawała w domu, ciągle przeszkadzała nam w zabawie. Mały chciał budować z klocków? No to budowaliśmy. Chciał robić coś innego? To robiliśmy to. Nie wiedział czego chce? Podsuwałam mu pomysły, aż coś mu się spodobało. Kiedy dziecko się czymś zainteresuje, potrafi się bawić przez dłuższy czas. Uczy się skupienia na danej czynności i tak dalej. Ale PM potrafiła co 10-15 minut przychodzić do nas i sprzątać małemu sprzed nosa to, czym właśnie się zajmował i zmuszała go, żeby zajął się czymś innym, bo ona chce, żeby jej syn był wszechstronnie uzdolniony! No i oczywiście ochrzan dla mnie, że źle się zajmuję dzieckiem. Był taki czas, że małemu spodobało się rysowanie, więc spędziliśmy jakieś trzy czy cztery dni z rzędu na rysowaniu (nie całe, po prostu co jakiś czas mały wracał do kredek, rysował kilka minut i zajmował się czymś innym). Mama dostała obrazki, wszystko super. Pewnego dnia mały pokazuje na kartki, bo chce malować, ale nie ma kredek. Szukamy, szukamy. No nie ma. Okazało się, że PM je schowała, bo mały za bardzo polubił rysowanie i nie rozwija się w innych dziedzinach.

7. Czas pracy. Byłyśmy umówione, że generalnie moje godziny pracy to 7.00-17.00, ale może się zdarzyć przesunięcie o godzinę, wtedy PM da mi znać wcześniej. Okazało się, że w praktyce oznacza to tyle, że o pierwszej w nocy budzi mnie SMS od PM, że mam być godzinę wcześniej w pracy (coś takiego zdarzało się czasem nawet dwa razy w tygodniu). Ale i tak hitem jest dla mnie taka sytuacja: jestem po 10 godzinach pracy, zbieram się do wyjścia, a PM pyta, czy przyjdę za godzinę i zostanę z małym jeszcze na cztery godziny, bo ona się z kimś umówiła. Była oburzona, że się nie zgodziłam, poszła do drugiego pokoju do męża i mówi do niego „nie możemy iść razem, bo Rudut się nie zgadza zostać z małym. I co my mamy teraz zrobić?! Powiedziała, że jak ma pracować czternaście godzin, to mogłam ją chociaż uprzedzić!”. No tak, niewdzięczna ja popsułam jej plany na wieczór... A wyjście z pracy wcale nie oznaczało końca pracy! Telefony przestałam odbierać jak zobaczyłam, z jakimi bzdurami PM do mnie wydzwania, ale potrafiła bombardować mnie SMS-ami w stylu „nie ma nożyczek, gdzie je dałaś?”, „mały ma bąbel od ugryzienia komara, czemu go nie pilnowałaś?” itp. Zostałam nawet oskarżona o przywłaszczenie takiego elementu z rzepem, który przyczepia się do kasku rowerowego. Jasne, kolekcjonuję takie rzeczy... Rzep znalazł się kilka dni później u męża PM w kieszeni, bo odpiął małemu jak byli na spacerze i o tym zapomniał.

Mąż PM był raczej biernym obserwatorem tego wszystkiego. Jemu też się obrywało, nieraz mnie przepraszał za zachowanie PM. Tylko dziecka mi w tym wszystkim szkoda. Sytuacje, które opisałam, to kropla w morzu (a przypominam, że pracowałam tam tylko przez 1,5 miesiąca). Jeśli będziecie chcieli więcej, to chętnie opiszę.

niania

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (154)
poczekalnia

#82897

~Gp2013 ·
| było | Do ulubionych
Będzie krótko.
Mieszkam w dużym mieście, wiadomo jak to jest o 16 korki utrudniające powrót do domu , dodatkowo pracuje w budynku, który ma podziemny parking ale nie dla typowych korpo szczurków. Dostałam więc rower i to nim pomykam do pracy. Tyle na wstępie...

Droge mam wręcz idealną około 3.5 km z czego 2 km drogi rowerowej. Jako, że sama jestem kierowcą staram się nie utrudniać i jeżdże jak najmniej po ulicach a jak musze już jechać to nie jadę po środku. Czytam tu wiele historii jacy rowerzyści są beee, prawo nie pozwala jeździć rowerem po chodniku więc mały wybór niestety, a dla swojego bezpieczeństwa wolałabym jeździć chodnikiem, dlaczego? Bo kierowcy to święte krowy (nie wszyscy) droga wąska na przeciwległym pasie jedzie jedno auto, powtórzę Jedno za nim długo nic, ale po co poczekać i bezpiecznie wyprzedzić rowerzyste? Lepiej wyprzedzić na styk lusterkiem prawie zahaczyć o kierownice... Nie przesadzam niestety zdarza sięvto często i ze strony kobiet i mężczyzn, kierowców małych punciaków jak i autobusów. Jakie mam szanse jak nagle strace panowanie nad rowerem bo wpadnę do dziury? Sami sobie odpowiedzcie.
Jeżdżę rowerem do pracy od 3 miesięcy i coraz bardziej się tego obawiam...

Silesia

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 16 (44)
poczekalnia

#82905

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytelnikiem Piekielnych jestem od dawien dawna, konto założyłem dopiero teraz, gdyż na szczęście piekielności występowały dosyć rzadko, ale musi być ten pierwszy raz :) Będzie nieco długo, jeśli Wam się spodoba dodam kolejną część, która
zdarzyła się kilka dni temu.

Piątek, 29 czerwca, 16:00
Koniec pracy, zamykam drzwi do punktu ksero, wracając do domu otrzymuję telefon on Babci [B, mama taty]:
[B] Cześć Karu, co tam u Ciebie, bla, bla, bla... i czy będziesz miał jutro czas?
[J] Niestety nie, muszę się uczyć do egzaminu w poniedziałek, plus jeszcze inne zajęcia, a co?
[B] A bo wiesz, chciałyśmy z Piekielną Ciotką [PC, siostra taty] wpaść do Lublina, czy pokazałbyś nam atrakcje, bla bla bla...
Dzwonili jeszcze parę razy, odmówiłem jeszcze parę razy...

Około godziny 17 odwiozłem kolegę do siostry, wszystko pozaliczane (idziemy teraz na II rok studiów), więc już na wakacje wraca. Byłem tam około 2 godziny, pogadaliśmy, graliśmy w planszówki, koniec końców szwagier kolegi pyta, czy może samochód pożyczyć, bo ich odmówił posłuszeństwa, ale tylko na powrót. Ja oczywiście, nie ma sprawy, nie będę musiał się z nim męczyć, odstawią do domu (ja i kolega mieszkamy dosłownie przez płot), kontrakt zatwierdzony bezalkoholowym.

W drodze do domu sprawdzam telefon - 24 połączenia nieodebrane, na zmianę od B i PC...

Sobota, 11:00
Kochana ciocia [KC, siostra mamy] podrzuca mi kuzyna do niańczenia, Pawła, po czym odjeżdża ze swoim starszym, co by sobie kupił coś za pieniążki z komunii.

11:40
Paweł jęczy, że głodny. Szybkie rozeznanie po lodówce - no pustki. Wyruszamy zatem do sklepu, jakieś 5 minut drogi. W sklepie natrafiamy na moją Ukochaną [U], po czym we trójkę wracamy do mieszkania.

Dochodzimy do bloku i dostrzegam dość sporą kompanię kręcącą się pod moim blokiem. Przyjechała cała ferajna - B, PC i jej dwójka dzieci, 4 i 9 lat. I mówią, że oni tylko na chwilę, tylko żeby mieszkanie obejrzeć jak sobie mieszkam. No dobra, idziemy.

Po 15 minutowym zaglądaniu w każdy kąt mieszkania i oceniania U mają zamiar wychodzić, wtem PC wpada na genialny pomysł. Czy może zajmę się i jej dziećmi, one z babcią by sobie po sklepach pochodziły, pozwiedzały. Stanowczo mówię, że nie, że muszę się uczyć do egzaminu. To ona, że mam telewizor, że bajki im włączę, że będą grzeczne. W dalszym ciągu odmawiam. To ona, że KC dziecka to mogę pilnować, ale jej nie (foch).

Tak... Paweł ma 5 lat, ale dziecko jest diabelnie inteligentne plus nad wyraz spokojne - Jeżeli coś chce, grzecznie podejdzie, zapyta, ogólnie sam sobie czas bez problemu zajmuje, a to rysowaniem, a to literowaniem książek. Zaś dzieci PC to huragany, które w dodatku nikogo nie słuchają, zaś każdą odmowę kwitują piskiem, bo tego płaczem się nazwać nie da. No i jeżeli chodzi o opiekę Pawła, to się umawialiśmy jakiś tydzień temu, KC pytała, czy nie będzie mi przeszkadzać od tej pory niemal codziennie.

Ogólnie to foch, zabrały dzieci, gdzieś poszły.

17:20
Tłukę kolejną kartkę teorii architektury komputerów, U poświęca całą swoją uwagę kolejnemu odcinkowi My Little Pony, Paweł po zjedzeniu miski spaghetti śpi w okolicach U, spokój, sielanka.

Za około pół godziny wyruszamy na rendezvous z KC oddać jej syna, więc powoli zaczynamy się zbierać, budzić małego, etc. W tym momencie - dzwonek do drzwi.

Ferajna powróciła, foch przeszedł, pytają, czy już skończyłem. Ja na to, iż wyruszamy do Felicity, oddać Pawła i zakupy na wieczór zrobić. Nagle świeczki w oczach -
[PC] To jak jedziesz to nas też w samochód weźmiesz, jeszcze sobie do kina wszyscy pójdziemy, hihi.
[J] Nie wezmę, bo nie mam samochodu, a nawet jeśli bym miał to 7 osób się nie zmieści.
[PC] Ale jak to nie masz? Toż pod blokiem widziałam.

To, że sąsiad z góry na taki sam samochód to inna sprawa. I ona mi nie wierzy. To ja szybko telefon do mamy, puszczam na głośnik, mama potwierdza, że wczoraj wieczorem kolega przyprowadził i stoi sobie samochodzik w garażu. Foch numer 2, poszli w nieokreślonym kierunku.

19:40
Oddaliśmy małego, zrobiliśmy zakupy, wyruszamy w stronę wyjścia, gdy nagle, usz urwa, widzimy po raz kolejny naszą ferajnę! I od razu do nas, jak to dobrze, że nad widzą, że oni się nie spodziewali (serio?), i słodzą, i Karu, czy mógłbyś nas przenocować? (Faktycznie, 2 pokoje wolne, bo koledzy już pojechali, ale bałbym się w jakim stanie bym je zastał, gdybym pozwolił ferajnie zostać).
[J] Przykro mi, ale dzisiaj będę siedział do późna, zakuwał (tu już ściemniałem jak mogłem) i bla bla bla...
Wtem nagle B dostrzega w torcie na zakupy butelkę whisky... I jak się nie zacznie wywód, że mi nie wolno pić alkoholu, że nieletni (mam 20 lat), że mamie się poskarży! Machnąłem ręką, wyruszyliśmy z U na przystanek.

Niedziela, 8:30

Dochodzę do wniosku, że uszycie sobie czarnych rolet to najlepszy pomysł jaki miałem do tej pory :), przekręcam się na łóżku, wtulam w U śpiącą obok, no marzenie...

A takiego! Dzwonek do drzwi. W myślach tylko, proszę, byle nie oni...

Oni.

Dowiedziałem się że przenocowali u siostry B, foch numer 3 przeszedł, i babcia do mnie słodzi:
[B] Chodź Karusiu, ubieraj się, do kościoła pójdziemy, potem nam coś ładnego jeszcze pokażesz na mieście, bla bla bla...
[J] Przykro mi, ale po ciężkim tygodniu w pracy i na studiach też chcę mieć dzień wolny do odpoczynku. A po za tym jestem apostatą, cała rodzina wie, babcia nie?
[B] *chwila konsternacji, PC tłumaczy co to apostata, po czym z krzykiem* To co, ty w Boga nie wierzysz?
[J] No, nie, moja droga z kościołem na dobre się rozeszła jakieś 2 lata temu...

I zaczęło się... I ona woła o pomstę do nieba, i że czy rodzice wiedzą, i woła do góry, żebym jeszcze się nawrócił... Na tyle głośno, żeby U się obudziła i zaczęła że wszystkiego śmiać (nie dziwię się :).

I PC, i B to usłyszały, i dawaj przepychać się w drzwi do mnie (mimo, że rozespany, byłem nieugięty, nie wpuściłem), i jeszcze głośniejszy lament, teraz obie, że ja SEKS PRZEDMAŁŻEŃSKI praktykuję (jakby PC się nie przespała z niemal każdym facetem z rodzimej wioski), że rodzice się moi o wszystkim dowiedzą (jakby o tym dawno nie wiedzieli), że one im tak powiedzą, że mnie zaraz w domu usadzą, nici ze studiów... Na szczęście zaraz przyszedł sąsiad zwabiony krzykami i obie panie bardzo ugrzeczniając wyprosił.

Ach, rodzina...

Rodzinka

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (97)
poczekalnia

#82904

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wiem, że ta historia zostanie na zawsze w poczekalni, albo zarchiwizuje się z 3/4 pozytywnych ocen, jak to robiły wcześniejsze moje historie, ale i tak dodam.

Kilka miesięcy temu dostałem smsa. Pani Iksińska podała mój numer przy okazji zakładania konta w banku i dostałem od nich powiadomienie, że jest debet na złotówkę z groszami. Przez następne tygodnie co jakiś czas dostawałem raporty z rozwoju długu do zawrotnego 2,50zł. Nic z tym nie robiłem, bo smsy nie były częste, a kwota mała.
Potem jednak, z jakiegoś powodu, długi gwałtownie się powiększyły. z tego, co zdradzili mi(osobie postronnej!) pracownicy banku, to zrozumiałem, że Iksińska wzięła kredyt. Pracownicy... jak już wspomniałem poza smsami zaczęły się rozmowy z pracownikami, a więc telefony.
Najpierw zgłosiła się do mnie firma ściągająca zadłużenie. Po otrzymaniu smsa z informacją, że przejmują sprawę, odpisałem, że podany numer telefonu to pomyłka.
Potem dostałem kolejny sms i telefon od windykatorów. Wytłumaczyłem im, że nie znam Pani Iksińskiej i mój numer podany jest przez pomyłkę.
O dziwo wystarczyło- więcej nie sprawiali problemów.
Po pewnym czasie za to odezwał się sam bank. Tu tłumaczenia, że Pani Iksińskiej nie znam i to na pewno nie jej numer skutkowały czasowo. Po kilku-kilkunastu dniach nowy telefon z banku. Zdarzało się zwykłe pytania, czy to Pani Iksińska, po zaprzeczeniu grzecznie się rozłączano. Raz nawet uradowany pracownik banku zaczął od "Dzień dobry Pani Iksińska! z tej strony XXX YYY z Idea Banku, dzwonię, bo mam pomysł na poradzenie sobie z zadłużeniem na Pani koncie!" Zanim dał mi dojść do głosu, przedstawił połowę oferty kredytu konsolidacyjnego.
Jednak problem się zaczął, gdy do długu dołączyła się jakaś trzecia instytucja (inna firma windykacyjna?). Oni już pierwszego dnia zadzwonili 2 razy. Po pierwszym wytłumaczeniu, że jej nie znam i zasypaniu masą pytań (bo pewnie ją znam, ale nie wiem, że ona to ona), drugi raz upewniali się od nowa. Po dwóch dniach przerwy, gdy zaprzeczałem, żegnali mnie słowami "proszę w takim razie przekazać Pani Iksińskiej..." Niedawno z kolei zadzwonili znowu. Gdy zaprzeczyłem, jakobym ją znał,facet po 2 stronie powiedział, żebym przestał sobie robić jaja, bo to, że telefon odbiera ktoś inny nic jej nie da. Rozłączyłem się, nie słuchając dalszej części monologu. Niedawno dzwonili po raz kolejny. Połączenie odrzuciłem i czekam na ciąg dalszy. Jeśli nie przestaną, powiem, że zgłoszę nękanie, a jeśli i to wyśmieją, rzeczywiście ich zgłoszę, bo gadki w stylu "dobra dobra, proszę dać Iksińską" wkurzyły mnie dostatecznie.
Ps. nie mogę ich zablokować, bo dzwonią z różnych numerów.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (106)
poczekalnia

#82900

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O pracownikach i pracodawcach.

Kolega, właściciel firmy z uwagi na dynamiczny rozwój wybudował w pewnym regionie kraju magazyny i ...

Lokalne władze szczęśliwe wszak kasa z podatków wpłynie i bezrobocie spadnie. Tutaj pełna współpraca z gminą i koncertowo z małym wyjątkiem, ale o tym na końcu.

Ksiądz lokalnej parafii. Wniebowzięty i gotowy święcić za opłatą każdą śrubkę, ale niestety. Pierwszy zgrzyt.

Pracownicy.
Oferta: Umowa o pracę, pensje w zależności od stanowiska na rękę (2600-4000), pakiet socjalny, dodatki, szkolenia.

Wymagania: Praca Pn-Pt plus zmianowo weekendy, trzy zmiany.
I ważne KONTROLE trzeźwości, osobiste na kradzieże.

No i co się dzieje.
Miejscowy PUP nie jest w stanie dać pracowników.
Proboszcz jęczy z ambony. Bo jak to? Właściciel jeździ nowym Land/Range Roverem, a ksiądz kilkuletnią Mazdą. No i nie daje na budowę kościoła. ( budowany od 30 lat kolejność dom kościelny, szkoła prywatna, ranczo.) A kościół to ciągle barak.
Pracownicy.
Jak to bez małpeczki na wejściu??? Jak to kontrola co mam w torbie/bagażniku i wynosić nie wolno??? Toż to bezprawie.

Zatrudnia już głównie Ukraińców.

praca

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (106)
poczekalnia

#82899

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Biurokracja bawi i "óczy".

Zachciało nam się agroturystyki i sprawiliśmy sobie stadko kóz. Wszystko porejestrowane, zakolczykowane, jak ustawa przewiduje.

Wkrótce, za sprawą obrotnego capka, stadko powiększyło się, szczęśliwie gładko i bez problemów, o młodzież. Zgłosiliśmy do rejestru, przysłali nam kolczyki, kilka niezadowolonych meknięć przy zakładaniu i zdaje się, że sprawa załatwiona, a my możemy trwać w poczuciu obywatelskiej praworządności.

Ale nie! Po jakimś czasie przychodzi tajemnicze i nerwowe w tonie wezwanie z ARiMR (dla niezorientowanych: urząd od między innymi dopłat rolniczych i rejestracji zwierząt). Mamy natychmiast jechać do biura powiatowego i składać wyjaśnienia, nie wiadomo w sumie w jakiej sprawie, bo jak nie, to nieprzyjemne konsekwencje z artykułu tego i tamtego i jeszcze nieprzyjemniejsze z owego.

Pojechaliśmy, a na miejscu sytuacja patowa. Zestresowana pani przed komputerem nie może części naszej młodzieży wprowadzić do systemu. Według ustawy koza może urodzić w wieku 13 miesięcy, a nasza miała 12 i 20 dni. System wywalał błąd i nie wiadomo, co robić.

Pani udało się wytłumaczyć, że u gatunku ludzkiego niepełnoletnie osobniki płci żeńskiej również rodzą (tu na szczęście odpowiedniej ustawy nie przewidziano), i dlaczego u kozy czy innej krowy ma być inaczej. Zresztą u nas pełna i czysta natura - koza biegała luzem z kolegą całą jesień i poczuła do niego sympatię widać w złym momencie, niechcący generując systemowi za kilka milionów zapewne obstrukcję nie do przejścia. Chociaż pani sama się śmiała z tego absurdu, bezduszny system praw natury nie zrozumiał. Jedynym sposobem było wpisanie młodzieży późniejszej niż naprawdę daty urodzenia.

Wolimy nie myśleć, co będzie na przyszły sezon, kiedy młodzież sama będzie się kocić. Nawet jeśli będą miały, jak ustawa przewiduje, 13 miesięcy, to w systemie są młodsze.

Nie dziwię się, że wielu hodowców prawo omija i trzyma nierejestrowane...

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (125)
poczekalnia

#82895

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mój operator komórkowy znany jako Virgin Mobile postanowił uatrakcyjnić mi noc i poinformować mnie o zmianach w punktach dostępu APN i tym podobnych czarach. Jest to przemiłe z jego strony, nie chciałbym bez netu pozostać. Poinformował mnie o tym o 3:03, 3:45, 3:56, 4:10, 4:20, 4:37, 5:28, 6:20. Noż lewa jego mać! Nie mnie dochodzić czy osoby za to odpowiedzialne były kiedyś bite czymś ciężkim po głowie, czy cytując Cezarego P. "z własnym k**tasem na łby zamienili". Takiego trollingu to mi komornik, CBŚ, kominiarz i obwoźny sprzedawca ziemniaków razem wzięci nie zrobili. Brawa za inwencję... Postanowiłem dowiedzieć się u źródła. Niestety CMOK czyli Centrum Miłej Obsługi Klienta mogłem cmok'nąć. Pracują od 8:00 Ja już od 3:02 nie śpię mójże ty roztomiły operatorze. Od czego FB? Wysmarowałem posta, licząc choć na zwykłe - sorki brachu ale taki mamy klimat w sieci - albo cokolwiek. Post jak to post, chwilę powisiał, potem go ewaporyzowało. No bo po co negatywna opinia na ich stronie? Po co się odnieść merytorycznie do napierdzielania smsami od 3 w nocy?
Dzwonię do CMOKa już po 9 więc prawdopodobnie coś się dowiem... - numer aktualnie jest zajęty. Mamy godzinę 13:00 wciąż zajęte.

Więc dziele się moją radością w Wami, skoro z VM nie mogę.


Add: jednak nie Ewaporyzowało posta - mój błąd za który przepraszam. Za to odpowiedź szablonowa i cudownie rozjaśniająca mi w głowie :

"Cześć, są to wiadomości z nową konfiguracją, którą należy wprowadzić. Jeśli po wprowadzeniu konfiguracji nadal je dostajesz, to wyjmij na ok. 10 minut kartę sim, a następnie ręcznie zaloguj się do sieci Play. Spróbuj też zalogować się w ramach roamingu krajowego do zasięgu innych sieci (Plus i T-Mobile). Jeśli to nie pomoże, prosimy o zgłoszenie problemu pod adres ok@virginmobile.pl"

Normalnie o niczym innym nie marzyłem o 3 w nocy jak wydłubywać kartę sim z telefonu. :D

uslugi

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (84)
poczekalnia

#82889

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Co pacjent potrafi przynieść ze sobą do apteki, żeby pokazać farmaceucie?

Nasz stały pacjent, przesympatyczny starszy pan, okazał się być również bardzo dociekliwym starszym panem i przyniósł koleżance wydaloną przez siebie resztkę tabletki (tzw. tabletki szkieletowej, gdzie substancja się wchłania, a sam szkielet jest wydalany z kałem). Dziadek był bardzo zmartwiony tym faktem i, stojąc z dowodem rzeczowym przy okienku, żądał wyjaśnień, czemu jego tabletka się nie wchłonęła. Po ich otrzymaniu, zadowolony wyszedł z apteki.

Wrócił następnego dnia. Tym razem przyszedł do mnie, z zawiniątkiem z papieru toaletowego w ręku. Myślę sobie: o nie, znowu, dlaczego ja itd. Na szczęście tym razem była to jedynie tubka po maści na hemoroidy.

P.S. Kiedyś jedna pani pokazała mi na środku apteki swój wrzód. Na tyłku. Przy innych ludziach.

P.S.2 Współpracownica miała gorzej, bo na jej zmianie pacjentka zrobiła kupę na środku apteki. Również przy innych ludziach.

apteka

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (102)
poczekalnia

#82888

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia sprzed kilku lat, kiedy z moją kumpelką musiałyśmy odrobić pańszczyznę w postaci stażu w aptece. Była to apteka przyszpitalna, stąd często sprzedawanym towarem były pieluchomajtki, czyli pieluchy dla ludzi dorosłych. Ponieważ towar był sprzedawany w czterech różnych rozmiarach, od S do XL, należało zawsze ustalić, jaki rozmiar jest potrzebny. Kupujący często mieli problem z określeniem, jaki obwód talii ma babcia czy dziadek. Jeden pan zapytany przez moją kumpelkę o to odparł, że nie wie, a po chwili dodał: "O, tak jak na Panią!" Jednak kiedy koleżanka schyliła się, żeby podać mu towar, tak że wypięła pupę, szybko krzyknął: "Nie, jednak mniejsze poproszę!"

Pan nie chciał być piekielny, tak jakoś wyszło ;)

apteka

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (90)