Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85700

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kurier pocztowy.

Zamówiłem kilka pierdół, łącznie nieco ponad 100 zł, więc nie majątek. Mała, czarna paczuszka...

… znaleziona wczoraj przez moją małżonkę po powrocie z pracy i ćwiczeń pod drzwiami domu. Furtkę zostawiliśmy otwartą, więc kurier wszedł, rzucił i poszedł.

Ma skubany szczęście, że po pierwsze mieszkamy w naprawdę spokojnej okolicy i nasi sąsiedzi nie są złodziejami, po drugie my jesteśmy uczciwi i nie postanowiłem odzyskać tej stówki za paczkę, zgłaszając zaginięcie.

kurierzy

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (58)
poczekalnia

#85695

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam.
Czytam od dawna a dziś postanowiłem popełnić teks by inni mogli poczytać.
A chyba będzie o czym bo będzie o pracownikach. Nowych a nawet takich niedoszłych.
Pracuję w zakładzie produkcyjnym i od kilku lat jestem tam mistrzem a od kilku miesięcy mam w obowiązkach przyjmowanie pracowników do pracy tzn. rozmowy kwalifikacyjne i po przejściu takiej rozmowy i podpisaniu umowy z pracownikiem, wdrożenie go w pracę.
Powiem szczerze mam już tego po woli dość.
Pracownicy ci dzielą się na kilka grup:
-wygórowane wymagania- wiem, że u nas kokosów nie oferują, ale gdy przychodzi facet, o wykształceniu piekarza, z żadną wiedzą w zakresie przyszłej pracy (podstawowa znajomość rysunku technicznego, znajomość przyrządów pomiarowych) i informuje nas, że jego warunkiem jest zarobek minimum 3,5 tys na rękę na okresie próbnym to nie wiem śmiać się czy płakać.
-pracownik widmo - wysyła CV, umawia się na spotkanie i nie przychodzi. Często dzwoni, że coś tam coś tam i jutro on będzie na pewno. Przychodzi jutro, ale kandydat już nie.
-pracownicy krótkoterminowi- ci mnie najbardziej wk....ją. Kandydat prześwietlony, zapoznany z miejscem pracy i warunkami kierowany jest na badania wstępne. Pierwszy dzień w pracy szkolenie jakościowe i BHP razem około 4 godzin, potem pobiera odzież roboczą, dostaje szafkę i do zobaczenia następnego dnia. Następnego dnia przejmuje go ja, instruktaż stanowiskowy, przydzielenie opiekuna/nauczyciela, wydanie środków czystości, pobranie narzędzi i do roboty.
Niestety pracowników, którzy dotrwali do końca okresu próbnego od momentu gdy zacząłem się tym zajmować jest 1, słownie jeden na kilkunastu, którzy byli zatrudnieni. Główne powody, że już nie pracują to w ciągu trzech miesięcy trzy razy na zwolnieniu lekarskim ( młode chłopaki po 20 lat). Kolejni znikają na kilka dni nawet tydzień i potem przychodzi taki i mówi, że on odrobi. Są też tacy, którzy sami rezygnują bo znaleźli lepszą pracę (tylko jeden na kilku, od razu poinformował, że gdy dostanie się do wojska od nas odejdzie).
Ewenementem było dwóch takich. Jeden zakończył u nas pracę na pobraniu odzieży. Następnego dnia już się nie pojawił.
Drugi z kolei, zaczął pracę na maszynie, popracował jeden dzień, następnego dnia zadzwonił i poinformował, że praca mu się podoba, nie przeszkadzają mu warunki pracy ale jakoś nie widzi się tu za 25 lat i dziękuje.
Ja też wszystkim takim dziękuję.
Edyta: dodam bo widzę pytania, praca jako operator maszyn, 5 dni po 8 godzin. Kandydaci wiedzą na czym będzie polegała ich praca i jakie będą otrzymywać wynagrodzenie i wyrażają na to zgodę. Brak przekroczeń NDN i NDS.

zakład produkcyjny

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (63)
poczekalnia

#85693

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem gejem i chciałbym zabrać głos w sprawie ideologii LGBT.

Na początku muszę napisać trochę o sobie. Jestem normalnym facetem, orientacja nie jest sensem mojego życia, tylko moją cechą. Nie obnoszę się z tym, nie chodzę na parady przebrany za kobietę czy obwieszony dildosami, nie noszę transparentów z Matką Boską przerobioną na waginę i nie domagam się od nikogo specjalnego traktowania. Moi rodzice są katolikami, ja jestem katolikiem tak zwanym WWW - Wigilia, Wielkanoc, Wszystkich Świętych. Rodzice nigdy nie mieli problemu z moją orientacją. Znajomi również. Nigdy nikt mnie nie dyskryminował, nie atakował ani nic z tych rzeczy. Na imprezy i inne spotkania, gdzie wszyscy przychodzą w parach, ja przychodzę ze swoim facetem i nikt nigdy nie miał z tym żadnego problemu. Zachowujemy się normalnie, nie gzimy się przy ludziach, co zresztą uważam za obrzydliwe i niegrzeczne niezależnie od orientacji.

Nigdy z powodu swojej orientacji nie miałem żadnych problemów ani nieprzyjemności, ale obawiam się, że niedługo się to zmieni, a to za sprawą ruchu LGBT, który rzekomo walczy o tolerancję i nastawia całą Polskę przeciwko nam, homoseksualistom.

Walka o tolerancję w wykonaniu LGBT polega na obrażaniu, opluwaniu i atakowaniu wszystkich, którzy nie są homo i nie podzielają tej ideologii. Atakowani są nawet biseksualiści, bo też nie są homo, tylko bi. Walka o tolerancję w wykonaniu LGBT polega na bezczeszczeniu polskiej flagi, bezczeszczeniu symboli religijnych katolików oraz na galopującej agresji, nienawiści i pogardzie do innych ludzi, co można zaobserwować bez trudu w przestrzeni publicznej, zwłaszcza podczas parad równości - choćby słynne nagranie jak osobnik z tęczową flagą na twarzy nazywa ludzi o innych poglądach "starymi k***ami" i życzy im śmierci. Walka o tolerancję w wykonaniu LGBT polega na szerzeniu nienawiści do wszystkich, którzy mają inne poglądy. LGBT to najbardziej nietolerancyjni ludzie jakich widziałem...

Ludzie ci oddają homoseksualistom niedźwiedzią przysługę. Nie chodzi im o żadną tolerancję, chodzi im o władzę i pieniądze. Homoseksualistów wykorzystują jako pretekst do terroryzowania społeczeństwa i wymuszania na władzy różnych rzeczy. Geje tacy jak ja są w ich rękach tylko i wyłącznie narzędziami, środkiem do osiągnięcia celu.

Nigdy nie było żadnych problemów i konfliktów na linii homo-hetero dopóki nie pojawiła się ideologia LGBT.
Homoseksualizm =/= LGBT
Homoseksualizm to orientacja, nie ideologia.

Nie dziwię się społeczeństwu, że ma dość ideologii wciskanej im siłą i terrorem. Sam mam dość.

Dlatego proszę, w imieniu swoim i wszystkich normalnych gejów, nie utożsamiajcie każdego nas z tymi terrorystami.

lgbt

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (310)
poczekalnia
Kurierzy, kurierzy… Sytuacja przypomniała mi się po przeczytaniu wczorajszej historii Pedrillo.

Ludzie denerwują się, kiedy kurier zamiast dostarczyć przesyłkę zostawia awizo. W mojej okolicy występuje jakby odwrotny proceder, równie, jeśli nie bardziej irytujący. DHL, będący częścią niemieckiej poczty, płaci kurierom od dostarczonej przesyłki (tak przynajmniej słyszałam od pracownicy poczty). Paczka musi być dostarczona odbiorcy lub, w przypadku jego nieobecności, zostawiona u sąsiadów. Czyli jeśli kurier nie zastanie odbiorcy i zostawi awizo, a paczkę odstawi z powrotem na pocztę, nic z tego nie ma poza straconym czasem. Eliminuje to, co prawda, problem zostawiania awiz bez sprawdzania, czy odbiorca jest w domu, ale prowadzi niestety do patologii w drugą stronę. W przypadku niezastania adresata, kurier pokwitowanie odbioru podpisuje sam (nazwiskiem własnym lub adresata), a paczkę zostawia pod drzwiami. W domkach pewnie się to sprawdza, w blokach już nie koniecznie. Bo jeszcze pół biedy, jeśli kurier zada sobie trud, wyniesie paczke na twoje piętro i zostawi ci ją pod drzwiami do mieszkania, wówczas masz szansę, że kiedy wrócisz do domu, twoja paczka jeszcze tam będzie. Gorzej, jeśli kurier zostawi ją na ulicy przed drzwiami wejściowymi do budynku (bo tak robią, sama niejednokrotnie wnosiłam z ulicy do budynku paczki adresowane do sąsiadów), a ty po powrocie do domu już jej nie zastaniesz, bo się akurat jakiemuś przechodniowi spodobała. Śledzenie przesyłki online pokazuje, że doręczona do rąk własnych z pokwitowaniem odbioru i weź się teraz człowieku z nimi chandrycz i udowadniaj, że to nie twój podpis i że paczki naprawdę nie masz.

Taka sytuacja przydarzyła mi się kilka miesięcy po przeprowadzce do NIemiec. Razem z byłym coś zamówiliśmy, nie pamiętam już co. Widzę na stronie DHLu, że paczka dostarczona, ale ponieważ nie było nikogo w domu, zostawiona u sąsiadów. Tylko że nazwisko tego sąsiada nic mi nie mówiło. Po powrocie z pracy "przelecieliśmy" cały budynek, ale nigdzie nie widniało takie nazwisko (w Niemczech nie ma numerów mieszkań, nazwiska lokatorów sa na domofonie). Sprawdzamy w pobliskich punktach usługowych, paczki nigdzie nie ma. Idziemy na pocztę i zgłaszamy sytuację, Pracownica opowiedziała nam wówczas o "manewrze" z samodzielnym podpisywaniem pokwitowań, tłumacząc, że kurierzy słabo zarabiaja, są przepracowani i tak dalej. Rozumiemy, ale nie zmienia to sytuacji, że miała nam być dostarczona paczka i jej nie ma. Wypełniliśmy formularz, złóżyliśmy skargę. Po kilku miesiącach bezowocnego dopytywania o status reklamacji, w końcu machnęliśmy ręką i zapomnieliśmy o sprawie. Od tej pory wszystkie zakupy online robiłam z wysyłką do pracy.

Na przełomie 2016 i 2017, przez kilka miesięcy pracowałam w firmie, gdzie otrzymywanie prywatnych przesyłek na służbowy adres było zabronione, trzeba więc było zamawiać na domowy. Akurat tak się stało, że musiałam coś sobie zamówić (jakiś kosmetyk, bo mi się właśnie się kończył), a nie miałam w tym czasie możliwości pracy z domu. Ale nie ma przecież problemu, odbiorę sobie od sąsiadów czy z poczty. W piątek pojawia się informacja na stronie DHLu, że przesyłka dostarczona i zostawiona u sasiadów. Podpisano: Backstuber. Nie mam takiego sąsiada, więc domyślam się, co się stało. Wracam do domu, paczki oczywiście nie ma. Idę na poczte i proszę o nazwisko kuriera, który dzisiaj obsługiwał ten rejon. Pan Backstuber. Mówię pani, że zgodnie z podpisanym kwitem odbioru, Pan Backstuber jest w posiadaniu mojej przesyłki i ja bardzo stanowczo domagam się od niego jej zwrotu w ciągu najbliższych 24 godzin. Proszę mu przekazać, że w przeciwnym razie, jako że składanie skarg u nich nie daje rezultatu, będę zmuszona zgłosić na policji kradzież/ przywłaszczenie (nie wiem pod jaki paragraf to podpada). Pani na to, że oczywiście, przekaże mu. Na pewno ktoś się będzie kontaktował.

W drodze do domu spotkałam moją polską sąsiadkę, która razem ze swoim partnerem przez kilka lat pracowała w DHL jako kurier. Opowiadam jej sytuację, ona na to, że tak, to samodzielne podpisywanie i rzucanie paczek gdzie bądź to jest plaga, jest to nielegalne, firma z tym walczy, ale kurierzy i tak to robią, bo nie chcą być stratni odnosząc niedostarczone paczki na pocztę. Składanie skarg na poczcie jest bez sensu, bo nikt nic z nimi nie robi, ona mi radzi coś innego. Takim "szefem wszystkich szefów" dla kurierów z naszego rejonu jest niejaki pan Brzozowski. Nie jestem pewna, ale chyba nawet Polak z pochodzenia. Straszny uj i postach firmy. Ona mi da jego bezpośredni numer i jeśli chcę, żeby kuriera wylali z roboty, mogę do niego zadzwonić.

Następnego dnia obudził mnie dzwonek do drzwi. Otwieram, odwiedził mnie pan Backstuber z pytaniem, co ja za dziwne akcje odstawiam z jakąś paczką, którą on mi wczoraj osobiście zostawił przed domem. Ja na to, że już pomijając fakt, że nie miał prawa czegoś takiego zrobić, to są tyko jego słowa, według pokwitowania odbioru paczkę ma on i ja proszę o zwrot. Jeśli faktycznie gdzieś ją zostawił, to mógł mi ją chociaż pod drzwi zanieść, a nie zostawiać na ulicy. On najpierw zacząl się tłumaczyć, że dzwonił domofonem do różnych sąsiadów, nikt go rzekomo nie chciał wpuścić do budynku, to co on miał biedny zrobić. Hmmm… Może na przykład zanieść na pocztę zgodnie z procedurą? On dalej, że na pocztę nie chciał nosić, bo raz, że nic by z tego nie miał, a dwa, potem na pewno miałabym do niego pretensje, że musze po paczkę chodzić na pocztę. Mówię, że nie miałabym pretensji o konieczność chodzenia na pocztę, bo przebywaja poza domem, liczę się z tym, że przesyłkę trzeba będzie stamtąd odebrać, natomiast, mam owszem pretensje i to chyba calkiem uzasadnione, że mojej paczki nie ma. Pan zrobił się dośc agresywny, zaczął na mnie krzyczeć i wyzywać od oszustek i złodziejek, twierdząc, że paczkę na pewno mam, a teraz próbuję wyłudzić od niego jego ciężko zarobione pieniądze. Przerwałam mu, mówiąc, że tym tonem nie będziemy rozmawiać i jeżeli mnie natychmiast nie przeprosi i nie zaproponuje rozwiązania sytuacji, nie tylko zgłaszam na policji kradzież mojej własności, ale również dzwonię do Brzozowskiego i składam na niego skargę. Na dźwięk nazwiska Brzozowski, pan przestał krzyczeć i spytał, skąd go znam. Odpowiedziałam, że to moja sprawa i ponowiłam pytanie, co proponuje w temacie mojej przesyłki. On spytał, ile kosztowała. Mówię, że akurat niedużo, około 30 euro, ale jako że nie jest to pierwsza taka sytuacja, tym razem nie odpuszczę, choćby dla zasady. Pan wyjął z portfela 30 euro, rzucił we mnie banknotami, burknął, że ma nadzieję, że jestem zadowolona i poszedł. Do Brzozowskiego nie dzwoniłam, nie będę chłopu niszczyć kariery, może jak wyskoczył z kasy, czegoś się nauczył.

Towar zamówiłam jeszcze raz, z dostawa w kolejny piątek. Tym razem byłam w domu i czekałam na przesyłkę. Czekam, czekam, kuriera nie ma. Schodzę po coś na dół, widzę, że przed blokiem leży moja paczka. Zanoszę ją do domu i sprawdzam śledzenie online. "Zostawione u sąsiadów", podpisano: Backstuber.

Żeby nie było. W pełni rozumiem, ze kurierzy pracują za minimalna stawkę, że maja normy niemożliwe do wyrobienia i że praca jest ciężka i niewdzięczna. Bardzo serdecznie im współczuję i nie zamieniłabym się z nimi nawet na 5 minut. Ale z drugiej strony... Po pierwsze, ja te 30 euro, czy ile tam kosztowała przesylka też muszę zarobić, samo mi z nieba nie spadło i nie widze powodu, dla którego mam ponieść stratę, bo ktoś postanowił ułatwić sobie pracę idąc na skróty. Po drugie, wynagrodzenie i warunki pracy są sprawą między pracownikiem i pracodawcą. Pracownik zgodził się na nie, podpisując umowę o pracę. Nie sa one winą klienta, który zapłacił za usługę wg obowiązującego taryfikatora, ani nie powinny być jego problemem. I po trzecie, może jest to tendencyjny argument, ale naprawdę czasy robót przymusowych dawno się skończyły, nikt nie ma obowiązku pracować w konkretnym miejscu na kokretnym stanowisku, można poszukać pracy gdzie indziej. A może wówczas faktycznie, gdyby np. wszyscy pracownicy zagrozili odejściem z pracy, pracodawca wyciągnąłby wnioski.

P.S. Gdyby był tu ktoś z Monachium, kto miałby problemy z DHLem i chciał numer do tego "szefa", mogę podać jego prawdziwe nazwisko i nr telefonu na priv. Sama z nim co prawda nigdy nie rozmawiałam, ale skoro samo wspomnienie jego nazwiska przyniosło efekt, może się komuś przyda.

kurierzy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (84)
poczekalnia

#85689

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiaj króciutko w związku z moim etatem nr 1.
Otóż pracuję sobie w/dla fioletowej sieci, w dziale sprzedaży, jak zawsze w firmie zewnętrznej, oczywiście na śmieciówie typu zlecenie (jak się nie ma co się lubi, to się bierze to, co jest).
Wczoraj poszło zapytanie na korpoforum pt. "Co by was zmotywowało do efektywniejszej pracy?" I co Nikusia palnęła? Cyt. "UMOWA O PRACĘ". Tak, że ten...

call_center

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (83)
poczekalnia

#85688

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jest afera. Naprawdę piekielna. Dlaczego dotąd nie "wybuchła" z wielkim hukiem stanowi dla mnie tajemnicę.

Czy ktoś z was korzysta z serwisu Zalukaj.com? (Zalukaj.tv? Zalukaj.cc?)

Ja korzystałam przez kilka ładnych lat. Początkowo można było oglądać tam filmy nawet nie posiadając konta. Później należało się jednak zarejestrować. Można było wtedy coś tam obejrzeć, ale późno w nocy, kiedy to "serwery nie były przeciążone". Po jakimś czasie dostęp do filmów mieli wyłącznie posiadacze konta VIP. A konto VIP, oczywiście, było płatne.

I wszystko sprawnie działało, serwis umożliwiał różne formy płatności, na przykład można było zapłacić doładowaniem z telefonu na kartę, co było łatwe i wygodne. Później tę możliwość zablokowano.

Zaś ostatnimi czasy płatności można było dokonać na dwa sposoby. Przelewem z konta, poprzez Dotpay, lub kryptowalutą Bitcoin, którą należało najpierw zakupić gdzieś tam. Osobiście wybrałam tę pierwszą możliwość i nie ja jedna, zapewne. Większość obywateli zgłębianie ekonomii bitcoinowej ma gdzieś.

Jednakże serwis Zalukaj najwyraźniej nie miał gdzieś, ponieważ opcję płatności w złotówkach CAŁKOWICIE wycofał. Ktoś, kto chciał opłacić VIP - mógł to zrobić wyłącznie bitcoinami. W tej sytuacji uznałam, że serwis Zalukaj JA mam gdzieś, nikt mnie nie będzie zmuszał do zakupu kryptowaluty. Gdybym chciała, zrobiłabym to już dawno temu, gdyż bezustannie jestem bombardowania na poczcie elektronicznej dziesiątkami takich propozycji.

Niemniej, postanowiłam sprawdzić, co inni użytkownicy serwisu mają na ten temat do powiedzenia. Poszukałam, pogrzebałam i wyczaiłam taką oto stronkę.

https://jakoscobslugi.pl/profil-firmy/18325-zalukaj-tv?str


Oto kilka losowo wybranych wpisów z ostatnich miesięcy.


"Zakupiłem konto VIP , zero kodu aktywującego , zero odpowiedzi na maile... złodzieje"

"Pieniądze wpłacone zero kodu na pakiet 30 dni zero odzewu kontakt nie ważny"

"Kolejne konto do tego Vip w połowie okresu ważności konta wyskakuje mi komunikat że błędne hasło lub login."

"Witam zapłaciłam 15 zl za 30 dni VIP,kodu nie otrzymałam.Zaplacilam drugi raz 30 zl za 60 dni,otrzymałam kod który nie istnieje"

"Zapłacilam za te smieszne bitcoiny i vipa nie mam do dziś...."

"nie ma mozliwosci zakupu konta vip bez kupienia bitcoin, a kiedy już wykupisz bitcoin jesteś w plecy z kasą, bo konto nie wymienia się na vip. aktualnie jestem 30 zł w plecy, żenada.... żadnego kontaktu z firmą, nic."

"Niestety wiele lat korzystałem z serwisu ale moja obecna opinia to nieuczciwa firma 02.10.2019 zapłaciłem za VIP i do tej pory brak kasy i brak VIP. Jak przypuszczam nie jestem odosobnionym przypadkiem wiec w grę może chodzić nawet całkiem spora kasa"

"Po zakupie konta VIP za bitkojny konto przepada nie można się zalogować. Pojawia się napis błędny login lub hasło A opcja przypomnienia hasła nie działa. Jednym słowem wał."

"Wykupiłem VIP za bitcoinsy ani VIP i każdy film niedostępny . Zero odpowiedzi na próbę skontaktowania się ."

"Mam tam konto VIP od kilku lat. Opłacane na początku SMSami później voucherami teraz zrobili tylko Bitcoiny, ale opłaciłem. Teraz jak chcę oglądać to owszem jestem na koncie VIP ale Film jest niedostępny."

"Żenada. Zapłaciłem za bitcoin I tylko kasa przepadla"

"Zlikwidowano możliwość płacenia przelewem, nie można również wymienić punktów na konto VIP. Można płacić tylko bitcoinem, a to chyba o czymś świadczy. Bitcoin jest trudniej namierzyć, co może oznaczać lewiznę. Kontakt z adminem to fikcja, jest po prostu niemożliwy. Mam konto od długiego czasu, a jeszcze nigdy nie dostałem odpowiedzi od adminów na zadane pytania."

"Coś mi się wydaje, że dill z kryptowalutą nie wyszedł. Gdzie nie wiadomo o co chodzi - zwykle chodzi o kasę. Ale raczej nie uda się zmusić tysięcy użytkowników do zajęcia się handelkiem bitcoinami. Może, gdyby zorganizowano to w uczciwy sposób? Ale czytam, że to kasa wyrzucona w błoto, ani konta, ani pieniędzy. Jest jeszcze opcja, że Zalukaj pali się koło tyłka, chcą jeszcze zgarnąć jak najwięcej kasy i zniknąć..."

"chciałem wymienić punkty na konto vip lecz przerzuca mnie automatycznie na wykupienie przez bitcoiny o co chodzi"

"Konto VIP wykupione a brak dostępu. Błędny login lub hasło, a do podstrony "przypomnij hasło, pomoc" czy też "kontakt" magicznie trzeba mieć dostęp do vipa. Nie za taką obsługę się płaci."

"Wykupilem bitcoin za 30 zl i nie przyznali mi dostepu."

"Witam zapłaciłam 30 zl za bitcoiny . Mam potwierdzenie z 4coiens.pl mamy potwierdzenie. A konta Vip nie ma ."

"Cały czas przekierowuje na płatności, wykupiłem bitkoiny i nie mam konta VIP. Jakaś porażka...."

"Wykupiono BitCoiny za 30 PLN konto dalej darmowe."

"Dlaczego konto VIP mozna wykupic tylko Bitcoinami???? Po wykupieniu bitcoinow za 30 pln brak aktywacji VIP. Gdzie te Wasze "okolo 15 minut""

"Jak wszyscy tu widzę dzisiaj kupiłam bitcoiny i nadal nie mam vipa. Zauważyłam, że poszły automatycznie na inny adres, który był już wstawiony jak kupowałam bitcoiny. Serwis odpowiedział, że nic już nie mogą zrobić. A automatycznie wstawiać błędny adres to potrafią???"

"Wykupiony Vip a od 2 dni nie można się zalogować po wpisaniu loginu i hasła nic się nie dzieje"

"Witam, posiadam konto VIP. Wczoraj przedłużyłam konto z punktów, niestety po wylogowaniu w celach aktualizacji konta (zalecane), nie mogę się ponownie zalogować."

"MAM VIPA KUPIONEGO ZA BITCOINY I NIE DA SIE ZALOGOWAĆ !"


Takich i podobnych wpisów są setki. Orżniętych na bezczela klientów, prawdopodobnie, tysiące. Mnie, przypadkiem, udało się nic nie stracić. Zdążyłam jeszcze wykorzystać do końca VIP, a także wymienić zgromadzone punkty. Na tym koniec.

Bo, faktycznie, od kilku dni nie można się zalogować do konta. I nawet nie "wyskakują" żadne komunikaty. Być może, de facto, Zalukaj już nie istnieje? Właściciele zgarnęli na "do widzenia" tyle kasy ile się dało i ulotnili po cichu tylnymi drzwiami?

No i ciekawe, co teraz? Myślę, że - skoro zdecydowali się na taki kozacki numer - doskonale wiedzieli, że można im, co najwyżej, naskoczyć na pukiel. Na zasadzie "nie mamy pańskiego płaszcza..."

ZALUKAJ

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (105)
poczekalnia

#85687

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Coś o tak zwanym bezstresowym wychowaniu i jego efektach.

Zostałem przez rodziców wychowany tradycyjnie. Niczego mi nie brakowało w życiu, ale jak coś grubszego odwaliłem to byłem należycie - z perspektywy czasu sam tak stwierdzam - karany. Nie byłem, jak twierdzą niektórzy śmieszni ludzie, bity i katowany za to, że dostałem w szkole 5+ zamiast 6 albo urwałem się z ostatniej lekcji. Dostałem dosłownie kilka razy w życiu, gdy naprawdę przegiąłem pałę. Raz na przykład jak miałem 12 lat i wszystkie dzieciaki z osiedla jeździły na rowerach składakach, jednemu rodzice kupili górala. Kolega wyśmiewał się ze mnie, że mam składaka, bo rodziców nie stać na górala. No to ja, niewiele myśląc, wziąłem patyka, zdzieliłem kilka razy kolegę, zabrałem jego rower, pojechałem za blok nad rzekę i urządziłem mu wodowanie. Potem wszystko potoczyło się szybko. Kolega do rodziców, jego rodzice do moich, oni do mnie z pytaniem czy to prawda, a ja że tak. Dostałem od ojca takie manto kablem, że mało nie zemdlałem. Po wszystkim przyszła mama, przytuliła mnie i wytłumaczyła mi na spokojnie dlaczego nie wolno nikogo bić w innych okolicznościach niż samoobrona i dlaczego należy szanować cudzą własność. Zapamiętałem sobie na całe życie. Cudzą własność szanuję bardziej niż swoją, a konfliktów unikam, choć potrafię się bronić, bo trenuję sztuki walki. Rodziców kocham i nie żywię żadnych negatywnych uczuć.

Mam też o 10 lat młodszego brata. Został wychowany nowocześnie i bezstresowo, bo rodzice naoglądali, naczytali i nasłuchali się jakichś kocopołów. Nigdy nawet na niego nie krzyknęli. Moja akcja z rowerem to był pikuś przy jego wyczynach. Pierwszy raz naćpany dopalaczami przyszedł do domu w wieku 14 lat. Twierdził że koledzy w szkole mu dali. Rodzice urządzili z nim pogadankę. Wpuścił jednym uchem, wypuścił drugim. Kary nie dostał żadnej. Pierwszy konflikt z prawem zaliczył w tym samym roku, policja go do domu przyprowadziła. Znów pogadanka, która odniosła oczywiście zerowy skutek. Pogadankami zajmowała się głównie mama. W moim przypadku odnosiły one skutek, gdyż były poprzedzone laniem od ojca, którego to lania w przypadku brata zabrakło. Rodzice w akcie desperacji i bezsilności gdy brat znowu coś odwalał (ot, urwał z kopa lusterko w samochodzie sąsiada, bo kolega się z nim założył, że tego nie zrobi) zwracali się do mnie z prośbą:
- Jesteś starszy, mądrzejszy, wpłyń jakoś na brata!
Ja im na to:
- Pamiętasz, tato, co zrobiłeś jak wrzuciłem rower do rzeki? Pomogło? Pomogło!
W odpowiedzi słyszałem: "Oj tam, wtedy były inne czasy."
Nawet mi się nie chciało wdawać w polemikę, bo to jak grochem o ścianę.

Obecnie brat ma 21 lat, wykształcenie podstawowe, wyrok w zawieszeniu i dozór policyjny, a jedyna praca jaką wykonywał to praca społeczna, która była częścią wyroku. Mieszka póki co z rodzicami, choć jak tak dalej pójdzie to Ministerstwo Sprawiedliwości załatwi mu bezpłatny hotel z kratami w oknach na kilka lat.

Cóż, przynajmniej został wychowany nowocześnie i bezstresowo, bez bicia. Bo bicie dzieci jest złe!

bezstresowe wychowanie

Skomentuj (73) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (189)
poczekalnia

#85673

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miałam jakieś 3 latka. Na spacerze z rodzicami wyrwałam się na ulicę. Jak tata mnie dorwał to przyrżnął kilka solidnych klapsów na tyłek. To chyba pierwsze wspomnienie z dzieciństwa jakie mam.

Miałam z 5 lat. Posprzeczałam się w przedszkolu z kolegą, podrapałam mu buzię. Tata stwierdził, że w domu zrobi ze mną porządek. Zdjął majtki, przełożył przez kolano i wlał drewnianą łyżką tak, że potem gołą, czerwoną pupę przykładałam do zimnych kafli w łazience.

Miałam koło 10 lat. Straciłam rachubę czasu, zamiast wrócić do domu na obiad wróciłam późnym popołudniem. Tata wystawił taboret, kazał z gołym tyłkiem się przełożyć. Świst pasa i ostre, piekące uderzenia do dziś pamiętam.

Miałam z 12 lat, gdy oceny z matematyki i angielskiego poleciały na łeb. Lanie pasem, później codzienne sprawdzanie zeszytów i odpytywanie wieczorem. Tata rozpoczynał kontrolę od zdjęcia paska i wysunięcia krzesła na wypadek, jakbym nie była nauczona. Oceny bardzo szybko poprawiły się.

Miałam z 14 lat, gdy wróciłam do domu po wypiciu połowy piwa. Ślady od kabla od magnetofonu schodziły dobry tydzień.

Takich lań pamiętam jeszcze o wiele więcej. Ręka, pasek, drewniana łyżka, kabel, kiedyś nawet witki brzozowe (pięknie rozcinają skórę). Czasem ubrany tyłek, częściej goły. Sama musiałam się kłaść i z pokorą znieść karę. Mogłam płakać, ale nie za głośno. Tylko o co mam pretensję? Takie były czasy, prawie każdy dostawał w tyłek.

Dziś jestem dorosła. Piekielność polega na tym, że nie dostanę orgazmu i nie będę mieć satysfakcji w sexie, jeśli mój partner nie zbije mi pupy w trakcie gry wstępnej. Klapsy, pasek, różne pejczyki. Nie lubię lania, na samą myśl o tym czuję strach. Ale bez tego nie jestem w stanie osiągnąć satysfakcji seksualnej. Już jako dziecko myśląc o laniu czułam, że coś się między nogami dzieje. Jako nastolatka, jak już skończyłam płakać, masturbowałam się. Nienawidziłam tego napięcia po laniu i musiałam je rozładować. Myślałam, że jestem nienormalna i brzydziłam się sobą.

Na szczęście trafiłam na mężczyznę, który ma taki sam fetysz i nie ma oporów, by zlać mi tyłek. On też dostawał lanie.

A można było dawać inne kary...

Dom rodzinny

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (166)
poczekalnia

#85671

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Widział ktoś bezwłosą odmianę świnki morskiej?
Jakiś czas temu sklep w którym pracuję sprowadził parkę takich (bez)futrzaków jako pierwszy zoologiczny w mieście. Maluchy chrupią marchewkę w klatce a klienci podziwiają nietypowe stworzonko. Nagle dziewczyna, na oko licealistka, przekrzykuje gwar w sklepie: "A co to za dziwadła?!" Kolega niewiele myśląc wypala - "Hipcie karłowate!"... Świadkowie nie wiedzieli czy śmiać się z żartu kolegi, czy z faktu, że dziewczyna przyjrzała się dokładniej, po czym wyjęła telefon i można było usłyszeć: "Tyyyy nie uwierzysz co mają w tym sklepie! Karłowate hipcie!"

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (91)
poczekalnia

#85667

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O locie samolotem i słynnym niemieckim Ordnungu. Po różnych toksycznych relacjach zmiana tematu. Historia dość stara, przypominała mi się przy okazji opisywania związku z toksycznym misiem. Wspomniałam tam, że Hansowi zamarzył się bajkowy ślub. Jako że z pierwszym mężem wzięłam ślub kościelny w katedrze, on nie chciał być gorszy i nie chciał zadowolić się urzędem i "babą z łańcuchem na szyi". Wymyślił sobie rejs po Morzu Śródziemnym razem z naszymi rodzicami i ceremonię ślubną na statku. Udało mu się mnie przekonać, brzmiało to bardzo atrakcyjnie, cenowo wyszło też do przeżycia (na pewno mniej niż organizacja wesela), zapadła decyzja, że jedziemy. Rodzice też zachwyceni pomysłem. Jego rodzice co prawda po początkowym entuzjazmie jednak zrezygnowali z wyjazdu ze względu na stan zdrowia mamy, ale moi chętnie się wybrali. Ponieważ statek miał wypływać z Barcelony, kupiliśmy również stosowne bilety na samolot.

Lecieliśmy wszyscy razem z monachijskiego lotniska. Wylot w jakąś sobotę o 9:30 rano. Planowy przylot do Barcelony około 11:30, okrętować można było się od 12:00 do 15:30, o 17 statek wypływa. Czyli wszystko na spokojnie, mamy mnóstwo czasu. Jedziemy skoro świt na lotnisko (rodzice się stresowali podróżą i chcieli być jak najwcześniej), idziemy zdać bagaże. I tu mały zonk. Dotychczas w przypadku podróży na jednym numerze rezerwacji obowiązywał limit sumy bagażu, czyli podrózując w 4 osoby, mogliśmy zabrać ze sobą łącznie 80kg bagażu rejestrowanego w dowolnej konfiguracji (z zastrzeżeniem, że walizka nie może być cięższa niż 32kg). I tak się też spakowaliśmy. Teraz okazało się jednak, że przepisy właśnie się zmieniły i żadna walizka nie może przekroczyć 20 kg (nasze miały 18, 19, 21 i 22). I nie było dyskusji, trzeba było przepakować (później chyba wrócili do pierwotnych przepisów, bo już nigdy więcej mnie taka sytuacja nie spotkała).

Zdaliśmy bagaże, sprawdzamy bramkę - dajmy na to G20. Mimo że do wylotu pozostały jeszcze prawie 2 godziny, rodzice bardzo chcieli już tam czekać "żeby nam samolot nie uciekł". Siadamy przy gejcie, po jakimś czasie wyświetlono nasz samolot z informacją "oczekiwanie na boarding". I tak sobie siedzimy. Zbierają się kolejni ludzie, jest nas około 20-30 osób. Chcieliśmy się z Hansem przejść do Duty Free, ale rodzice panikowali, że na pewno w tym czasie zacznie się boarding, oni nie będą wiedzieli, gdzie nas szukać i samolot nam ucieknie. To siedzimy. Nadeszła godzina, kiedy miał się zacząć boarding, ale informacja na ekranie nadal wskazuje, że trzeba czekać. W międzyczasie zapowiadane są przez głośniki loty do innych miejsc. O naszym cisza. Nadeszła godzina wylotu, nadal nic. Proponuję, że może się przejdę i zapytam gdzieś o status. Nie, siedź, samolot ci ucieknie, nie będziemy cię szukać. To siedzimy, inni pasażerowie również siedzą.

Minęło kolejnych kilkanaście minut, po czym Barcelona zniknęła z ekranu i pojawił się inny lot. Trochę nas zmroziło. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam szukać jakiegoś pracownika. Złapałam jakąś panią przy najbliższej bramce i pytam, co z naszym lotem. Pani mówi, że no jak to. Właśnie odleciał. Ale jak to odleciał? Normalnie, z innej bramki, bo bramkę zmienili. Dlaczego nie było informacji? Ona nie wie, ona tu nie jest od tego. A co z naszymi bagażami? Poleciały bez nas. Na pewno? Przecież to jest wbrew procedurom. Ona nie wie, ona tu nie jest od tego. Mamy iść do jakiejś innej Frau i się dowiadywać. Wracam pod bramkę, zgarniam towarzystwo, mówie co się stało. Inni pasażerowie też zrywają się z miejsc i wszyscy idą do tej Frau. Znajdujemy ją i pytamy o co chodzi, jak to się mogło stać, że samolot odleciał, pozostawiono około 30 odprawionych pasażerów i pies z kulawą nogą nie zainteresował się, co się z nimi stało. Oraz gdzie są teraz nasze bagaże. Pani mówi, że godzinę przed odlotem zmieniono bramkę, co jest przecież normalną sprawą, zdarza się cały czas i mogliśmy sobie pilnować, a bagaże wyładowano z samolotu, przez to musieli opóźnić lot, same problemy przez nas mieli, i są do odebrania w hali przylotów. Dlaczego nie wyświetlono zmiany bramki? Ależ wyświetlono, na ogólnym ekranie znajdującym się kikaset metrów dalej, przy bramkach security. Mogliśmy sobie pójść sprawdzić, sami jesteśmy sobie winni. Dlaczego wyświetlono błędną informację na ekranie przy bramce? Ona nie wie, pewnie jakiś błąd techniczny. Dlaczego w ogóle nie zapowiedziano tego lotu? (Przeniesiono go 3 bramki dalej, słyszelibyśmy) Bo ponoć nie mają takiego obowiązku (sprawdziłam później, owszem mają). Dlaczego ktoś zadał sobie trud, żeby opóźnić lot i wyładować bagaże brakującej grupy, zamiast ich po prostu wywołać? Ona nie wie, to nie jej problem. Co możemy zrobić teraz? Iść do ticket desku i przebukować bilety, najbliższy lot do Barcelony będzie o 12:20.

Wysłaliśmy rodziców po bagaże, a sami szybko pobiegliśmy do ticket desku, żeby być pierwsi w kolejce. Mówimy jaka sytuacja i że chcemy przebukować bilety na ten lot o 12:20. Pani mówi, że owszem, jest jeszcze kilka biletów. Przebukowanie będzie nas kosztowało 470 euro: po stówce za różnicę w cenie każdego biletu plus 70 opłaty za zmianę rezerwacji. Hans z nią dyskutuje, że on nic nie będzie płacił, samolot nam uciekł przez szereg błędów linii lotniczej, zmiana rezerwacji powinna nastąpić bezkosztowo. Ludzie w kolejce mu wtórują, bo co to ma być. Pani za ladą niewzruszona, taka procedura, sami jesteśmy sobie winni, mogliśmy się dowiadywać. Ona jedyne co może, to nam opuścić te 70 euro opłaty dodatkowej, bierzemy czy nie. Jak mamy problem, możemy iść do sądu. Ponieważ bardziej niż na "maniu racji", zależy nam na tym, żeby polecieć, bierzemy.

Na statek zdążyliśmy. Po powrocie, napisaliśmy skargę do Lufthansy, opisując sytuację i zachowanie pracowników, i prosząc o zwrot pieniędzy za nowe bilety. Po jakimś miesiącu przyszła odpowiedź. Przyznali nam rację, błąd po ich stronie, taka sytuacja nie powinna była się wydarzyć. Jako rekompensatę proponują nam swoje najszczersze przeprosiny. Pieniędzy nie oddadzą, "bo procedury". Jak chcemy, możemy iść do sądu. Oczywiście doskonale zdawali sobie sprawę, że o taką kwotę nikt do sądu nie pójdzie (żaden adwokat nie podejmie się pracy za 40 euro, a z kolei płacenie stawki godzinowej przekroczyłoby wartość sporu).

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (94)