Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85650

~fdassdf ·
| było | Do ulubionych
Uwaga, jeżeli zaginę w tajemniczych okolicznościach to wiedzcie, że to nie był przypadek :)

A tak na serio, trochę się boję.
Otóż zamieściłam na gumowym drzewie ogłoszenie o szukaniu przede mnie pokoju. Tak wiem, sama też szukam, dzwonię, wypytuję, piszę do ludzi. Po prostu czasem ktoś szuka lokatora na swoje miejsce, bo w umowie ma zawarte, że jeśli chce wcześniej wypowiedzieć umowę (bo wyjeżdża, znalazł pracę na drugim końcu miasta itd) musi kogoś na swoje miejsce znaleźć.
No o napisało do mnie kilka osób, w tym jakiś facet na whatsapp, który powiedział że ma raka złośliwego, został mu miesiąc i przepisze na mnie mieszkanie, bo widzi że jestem potrzebująca. Oczywiście nie chciał podać swojego imienia, nazwiska ani adresu tegoż mieszkania, więc zapewne to troll. No ale nie o nim tu mowa...
Napisał facet że ma mieszkanie, podał tylko wymiary pokoju, odpisałam więc, że proszę o szczegóły. Po chwili mam wiadomość że w mieszkaniu jest też kuchnia, szybki internet i łazienka... A jak się dogadamy, to opłaty obniży do zera.
Zapytał też o mój wiek i zdjęcie. Zirytowało mnie to, bo już zdarzało się że jakiś idiota szukał panienki do seksu w zamian za możliwość mieszkania za free. Opisałam więc coś w stylu "proszę iść na dz*wki, a nie składać takich propozycji porządnym kobietom, żegnam).
Pan się wkurzył, bo po minucie odpisał "uważaj na słowa, chyba nie wiesz z kim rozmawiasz". Ja jak to ja, napisałam "I vice versa, takie propozycje podpadają zapewne pod jakiś paragraf, proszę dać mi spokój". Dopiero później mnie oświeciło, by wpisać jego imię i nazwisko oraz miejscowość w której prawdopodobnie mieszka (a przynajmniej tam wynajmuje pokój) w wujka google. Jeśli się nie pomyliłam, facet jest członkiem Izby Radców Prawnych.
Czy mam się już pakować i jechać pod zmienionymi personaliami na Kubę? ;)

miasto spotkań

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (75)
poczekalnia

#85654

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Trochę o specyficznych pracownikach ochrony z obiektu, na którym pracowałam.

Dzisiaj o przypadku najcięższym – Michasiu.

Michaś przyszedł do nas na początku wakacji – dorabiał jako student, wysoki, blondyn, nie rzucał się od początku szczególnie w oczy, ale już po kilku dniach pokazał pazury.

Michaś studiował. Co? Zależy kogo spytać, wersje były różne w zależności kto pytał - filozofia, filologia, socjologia, psychologia… Przez to, że studiował, a większość chłopaków z ochrony nie (większość nie miała skończonych szkół, ale byli to ludzie do rany przyłóż, z którymi się miło pracowało) czuł się lepszy od wszystkich. Używał „trudnych słów”, by pokazać swoją wyższość nad nami. Tylko miał pecha, bo ja też znałam te trudne słowa i kilka razy przyłapałam go na używaniu ich źle (typu bynajmniej użyte jako przynajmniej). Zostałam jego najmniej lubianą koleżanką, co prowadzi nas do dalszej części.

Chłopak po pierwszej rozmowie wściekał się, bo zbijałam wszystkie argumenty w jego jakieś dyspucie filozoficznej na temat codziennego życia. Siedzieliśmy razem na takim bocznym posterunku, więc żeby zabić czas zazwyczaj się gadało o wszystkim i niczym. Nie z nim. Jak rozmowa to tylko z super głębią, a przemyślenia miał jak mały chłopiec, który pierwszy raz przestał się trzymać maminej spódnicy. W konsekwencji spytałam ile ma lat, bo brzmiał jak taki nieopierzony 18-latek. Obraził się.

Michaś miał bardzo dziwny stosunek do pracy. Uważał, że nikt nie ma prawa mu mówić jak ma pracować i co ma kiedy robić. Niestety w ochronie to tak nie działa. Mamy swoje schematy postępowania, zasady i procedury, których należy bezwzględnie przestrzegać. I tak – ten boczny posterunek nie miał prawa stać sam, ale Michaś potrzebował pilnie kawy, kiedy na głównej recepcji był Armagedon i dziewczyny z tego posterunku nie było, reszta chłopaków była w rozbiegach na obiekcie, więc nikt nie mógł go zastąpić. Szef ochrony powiedział że ma siedzieć i czekać. Ale Michasiowi nikt nie będzie mówił co ma robić. Poszedł sobie po kawkę, akurat kiedy wchodziła góra. Oberwało się całej ochronie, więc u chłopaków Michaś miał WIELKIEGO minusa.
Wtedy też sprawy zaczęły się komplikować.

Michaś większość czasu na początku pracy wykonywał taką prace, że stał przy jednych drzwiach i sprawdzał, czy przechodzą przez te drzwi tylko uprawione osoby. Drzwi te znajdowały się już wewnątrz „strefy chronionej”, ale przez błąd projektantów można się do nich było dostać z zewnątrz. Góra bardzo pilnowała, żebyśmy my tych drzwi pilnowali. Michaś jednak stał przy tych drzwiach i każdej kolejnej osobie je otwierał. Na moje pytanie, czy powstrzymałby od przejścia kogoś, kto nie ma uprawnień nimi przejść odparł po prostu „nie”. Szef jak to usłyszał, to natychmiastowa rozmowa dyscyplinująca, która zahaczyła jeszcze o kolejną skargę na rower przypięty na drodze ewakuacyjnej wewnątrz budynku, gdzie na obchodzie był 10 minut wcześniej Michaś. Twierdzi że nie widział. Na nagraniu z kamer natomiast doskonale widać, że zaglądał tam, gdzie ten rower był przypięty (akurat ktoś go tak nieszczęśliwie przypiął, że na kamerze nie było widać, ale za drzwiami na klatkę już nie dało się go przegapić).

I tak dotarliśmy do największego grzechu Michasia. Higieny. Chłopak chwalił się, że chodzi co dwa tygodnie do kosmetyczki. Fajnie, tylko… Po jego pierwszej nocce w pracy na tym bocznym posterunku siedziałam ja. Wchodzę rano, coś jakoś śmierdzi. Przejrzałam szafki, czy coś nie zostało i nie spleśniało, nawet do śmietnika zajrzałam i wtedy przyszedł szef z odświeżaczem powietrza. Okazało się, że Michaś miał tak śmierdzące stopy, że gdy te nieobute położył na dywanie ten prześmierdnął… Możecie sobie wyobrazić, jak mocno musiał śmierdzieć. Podkreślę tylko, że na budynku były dostępne prysznice, z których panowie zawsze korzystali przy 24h służbach. Okazało się, że Michaś od miesiąca (lipiec) ani razu nie wyprał ani nie zmienił koszuli, która była dosłownie czarna. W szatni chłopaków unosił się zapach męskiego potu i brudu, więc panowie zaczęli odmawiać przebierania się tam. Szef zwrócił chłopakowi uwagę, a ten zapytał dwóch dziewczyn, które pracowały od 3 dni, czy on śmierdzi. Po pierwsze żadna nie była w stanie tego stwierdzić jeszcze, a po drugie kto byłby na tyle szczery, żeby od razu walnąć nowo poznanej osobie „no w sumie, to trochę cię czuć…”.
Brak poprawy w higienie po zwróceniu uwagi nasilał konflikt z Michasiem. Bo Michaś po jakimś czasie nie tylko uważał, że jest lepszy od nas wszystkich, ale też od naszego szefa, zaczął kwestionować jego decyzje, kłócić się o każde polecenie, odmawiać wykonania pracy. Plus przestał być po prostu człowiekiem. U nas normą było, że jak ktoś idzie po kawę, to pyta czy ktoś chce. Jak szło się do toalety, to się oznajmiało, żeby nikt się nie martwił, że poszedłeś w cholerę i wrócisz za 5 minut, albo godzinę, a tobie ciśnie na pęcherz. Normalne i ludzkie. Ale nie Michaś! On potrafił zniknąć bez słowa i nie wracać długo. A stanowiska opuścić nie wolno. Dodatkowo chłopaki czasami zamieniali się grafikami, bo coś komuś wypadło, coś się nagle podziało i potrzebował więcej wolnego. Wszystko w ramach koleżeńskiej współpracy. I o ile zamieniać się na swoją korzyść Michaś lubił o tyle w drugą stronę już nie bardzo. Raz kolegę potrącił samochód na parkingu (nic groźnego, ale miał złamaną rękę) i nagle wypadł z grafiku. Michaś miał wtedy tydzień urlopu, jednak szef zadzwonił zapytać czy nie przyjdzie chociaż na jeden dzień, bo jeszcze nie znaleźli nikogo, kto by na stałe na kilka miesięcy za tego kolegę przyszedł. Nie, oczywiście, bo Michaś się zamknął na tydzień ze swoją dziewczyną w mieszkaniu i nie zamierza wychodzić. Tak, miał urlop, miał prawo odmówić, ale szef mu zaproponował, że po urlopie da mu jeszcze dwa dni wolne, bo do tego czasu ma być ktoś nowy. Nie i nie.

I tak narosły złe nastroje, że dyrektor postanowił chłopaka przenieść, ale zanim go przeniósł zlecił mu jedną dodatkową fuchę. Spłonął jakiś budynek i właściciel chciał ochrony, żeby nikt nie wyniósł tego, co zostało ani sobie tam krzywdy nie zrobił. Michaś dostał dokładną instrukcję – masz robić A i B, jeśli stanie się C to masz zrobić D. A poza tym masz tu siedzieć na d… i się nie ruszać. Nawet go szef tam zawiózł rano i miał wieczorem odebrać. Jednak gdy go odebrał, to Michaś opieprzył szefa, bo akurat zdarzyło się C, a on nie zrobił D, tylko coś z de i dostał za to porządny opr od interwencji, która przyjechała dotrzymać mu towarzystwa. Szef się też dowiedział, że Michaś nie zrobił ani A, ani B, ani nie siedział na miejscu.
I tak go pożegnaliśmy… Nikt nie tęsknił, tylko tę czarną, kiedyś białą koszulę musieliśmy zutylizować jako odpady skażone.

ochrona ludzie uslugi

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (86)
poczekalnia

#85651

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak z frajera, którego nikt nie lubi stać się jeszcze większym frajerem, którego tym bardziej nikt nie lubi.

Mieliśmy w ekipie takiego kolegę, który wszystkich wokół denerwował swoim wywyższaniem się, krytykowaniem wszystkich za wszystko i gadaniem, że on by to (znaczy wszystko, cokolwiek) zrobił lepiej, bajkopisarstwem (czego to on nie robił) i obgadywaniem każdego za plecami. Słowem - frajer. Tak też będę go nazywał w dalszej części tej historii.

Został więc frajer z ekipy wydalony i poddany ostracyzmowi, czyli nikt nie odbierał od niego telefonów, nikt do niego nie dzwonił, nikt go nigdzie nie zapraszał. Ja niestety musiałem spędzać z nim czas, bo pracowaliśmy razem.

Pewnego razu inny kolega z ekipy miał urodziny i robił imprezę. Niestety, na drugi dzień musiałem iść do pracy, dlatego wypiłem tylko cztery piwa i zawinąłem się wcześnie. Frajer oczywiście nie został zaproszony.

Wchodzę nazajutrz do pracy i pierwsze co widzę to kierownika, który mnie zaprasza do siebie. Wchodzę do pokoju, a ten mi daje alkomat. Dmucham bez stresu i wychodzi oczywiście 00. Błyskawiczna analiza w głowie i wszystko już wiem.

Otóż frajer, wiedząc że jest impreza i na pewno na niej będę, a jego nie zaproszono, chciał mi zrobić na złość i doniósł szefostwu, że przyjdę do pracy pijany.
Nie omieszkałem opowiedzieć o tym WSZYSTKIM w zakładzie, co do osoby (co nie było trudne, bo zakład niewielki i wszyscy się znali, kilkanaście osób), z kierownikiem włącznie, który wprawdzie potwierdzić nie mógł, ale nie próbował nawet zaprzeczać jak mu powiedziałem, że wiem kto na mnie doniósł.

Efekt - stosunek innych pracowników do frajera zmienił się z neutralnego na wysoce negatywny. Ten oczywiście twierdził, że to nieprawda, że zmyśliłem sobie, ale oczywiście nikt mu nie uwierzył, bo do tego czasu ludzie zdążyli się na nim poznać, a sytuacja ta tylko utwierdziła ich w przekonaniu kim jest - frajerem.

Nikt nie lubi złośliwych mend.

frajerstwo

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (140)
poczekalnia

#85649

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jetem kierowcą tzw. "tira".

Dziś kolejne patologiczne sytuacje z naszych autostrad zaobserwowane podczas wojaży prywatną osobówką.

1. Autostrada A1, kierunek Łódź na odcinku Toruń-Włocławek. Jechałem na mecz koszykówki do Włocławka. Maksymalnie jadę na autostradzie 120 km/h i jest podyktowane zużyciem paliwa (ok. 10 l/100 km). Wyprzedzam sznur ciężarówek, między którymi odstęp wynosi maksymalnie 200 m. Wtedy pojawia się on- szarżuje w terenowym BMW, podjeżdża mi pod sam zderzak. Delikatnie wciskam hamulec, żeby dać mu do zrozumienia, że jest za blisko. Niestety, nie zdaje do egzaminu tak samo jak włączenie tylnego światła przeciwmgłowego.

2. Autostrada A1, ten sam odcinek, bo również jadę na mecz. Tym razem wyprzedzam sznur osobowych, kiedy na ogonie siada mi Mercedes, którego kierowca również nie reaguje na sygnalizację, żeby zwiększył odstęp. Tym razem kierowca nie wytrzymał i kiedy znalazł większą lukę, zjechał na prawy i rozpoczął manewr wyprzedzania. Niestety źle obliczył odległość i wracając na lewy pas wymusił mi pierwszeństwo zjeżdżając na centymetry. W ruch poszły hamulce i klakson. W szoku jestem, na struś pędziwiatr nie ukarał mnie hamowaniem.

3. Autostrada A2, kierunek Świecko, rozbudowywany odcinek obwodnicy Poznania. Jadę lewym pasem z innymi pojazdami, wszyscy poruszamy się ok. 110-120 km/h. Na prawym pasie ciężarówki. Z tyłu dojeżdża do mnie Fabia, której kierowca standardowo przykleja się do zderzaka i zaczyna poganiać światłami. Jestem w trakcie manewrów wyprzedzania, dlatego olewam gościa. Mruganie się powtarza, a następnie kierowca wyprzedza mnie prawym i również zajeżdża drogę zmieniając pas na styk. Nie wiem co nim kierowało, bo nic tym manewrem nie zyskał oprócz ewentualnego mandatu, bo nagranie z jego wyczynem trafiło na policję.

Czy my to kiedyś wyeliminujemy? Czy będzie kiedyś dzień, w którym będziemy mogli wsiąść za kierownicę i nie bać się, że przez debilizm innych zginiemy? Co niektórymi kieruje, żeby siedzieć na zderzaku i poganiać światłami? Ego i przeświadczenie o własnych umiejętnościach czy ocena statusu majątkowego przez markę auta? Ludzie, opamiętajcie się!

Autostrada A1 A2 Poznań chamstwo drogowe.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (68)
poczekalnia

#85646

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Podobno wynajmowanie mieszkania ze swoim przyjacielem pokazuje czy wasza przyjaźń przetrwa wszystko. Przynajmniej tak słyszałam.

1 rok studiów. Wynajęłam mieszkanie wraz z moją przyjaciółką załóżmy, że Iloną i jej przyjaciółką Zosią, której nie znałam zbyt dobrze.

Już na początku w wyborze mieszkania był delikatny zgrzyt. Miałyśmy szukać go wspólnie, ale gdy pytałam, kiedy się za to zabieramy, było tylko "no poczekajmy jeszcze aż ceny spadną".

No to dobra. W międzyczasie na wakacjach wyjechałam na krótko, gdzie nie miałam po prostu wolnego czasu, bo się opiekowałam dziećmi.

Dziewczyny wtedy się obudziły, zaczęły szukać mieszkania i bombardować ilością ogłoszeń na wspólnej grupie. Z racji, że byłam zajęta cały dzień, zanim odczytałam wszystkie te wiadomości, dostałam informację od Ilonki, że "Zosia szukała ogłoszeń, ja dzwoniłam do właścicieli, więc jak coś to ty będziesz mieć najgorszy pokój np. przechodni, bo nic nie robiłaś".

Myślę sobie, że to chyba jakiś żart. Skończyło się na tym, że Ilonka powiedziała, że no będziemy oczywiście szukać 3 nieprzechodnich pokoi. Trochę się uspokoiłam, ufałam jej, chociaż już wtedy powinna była mi się zapalić jakaś lampka ostrzegawcza w głowie.

Ustaliłyśmy, że jedziemy zaraz jak wrócę z wyjazdu i w ogóle, że mama Zosi nas zabierze swoim autem i wszystko fajnie itd.

Oczywiście nie było. Te mieszkania, które dziewczyny wybrały były w 90% 2 pokoje nieprzechodnie, 1 przechodni i oczywiście miałam być w nim ja z racji mojego nicnierobienia. Mówię, że się nie zgadzam i szukamy dalej.

W końcu znalazłyśmy fajne mieszkanie 3 pokoje nieprzechodnie, tylko że jeden pokój był dosłownie gigantyczny z balkonem, drugi taki normalny (10-12m2) a trzeci no znacznie mniejszy. Ilona uparła się na największy, Zosia na średni. Ja już ze zmęczenia po całym dniu się zgodziłam, chciałam mieć po prostu zamykany pokój i święty spokój. Zresztą Ilona przekonywała że jej gigapokój będzie dla nas przez większość czasu otwarty jako taki też salon i w ogóle, że balkon też i ogólnie będzie superowo etc, a poza tym ona zapłaci załóżmy 900 za pokoj, Zosia 800, ja 700, a nie że równo po 800.

Nie było tak, ja głupia nie znałam się zbytnio na umowie, podpisałyśmy, że każda 800 i wierzyłam na słowo Ilonie, że po prostu będę płacił mniej. Wróciłyśmy do domu. Następnego dnia jej rodzice jednak w ryk, że to nie w porządku, że wynajmujemy razem, że jak ja jestem roszczeniowa taka, to niech ja idę do dużego pokoju i płacę 1000, a Ilonka 600, bo oni nie zapłacą więcej niż 800. Umowa jest podpisana na 800, więc koniec kropka płacimy tyle samo.

Nie mogłam nic zrobić, bo niestety podpisałam umowę na tę kwotę. Trudno, przeżyje, byleby żyć w zgodzie. Mnie nie przeszkadza jakoś rozmiar tego pokoju, no tylko kwota średnia, ale już trudno. Mój brak asertywności wygrał wtedy no i też głupota, którą popełniłam wcześniej.

Wprowadziłyśmy się, było ok na początku. Potem doszły zgrzyty...:

1) Notoryczne niewynoszenie śmieci przez I i Z.
2) Przy zwróceniu uwagi dawały je na balkon, gdzie potrafiły gnić miesiąc jak nie dłużej (Edit: był to czas listopad-styczeń, więc mróz neutralizował zapachy, a koło nas nikt nie mieszkał, w dodatku mieszkanie było na ostatnim 4. piętrze)
3) W kółko zostawianie syfu na blatach w kuchni
4) Zapychanie całego zlewu naczyniami i zostawianie je na 2-3 dni.
Najgorsze w tym było, że miałyśmy 3-4 garnki i dwie patelnie i potrafiły być wszystkie w zlewie, a ja nie zamierzałam za nie myć, ale też chciałam coś ugotować (zwłaszcza, że była tam moja patelnia, która miała być wspólna). Bawiło mnie też ich zdziwienie gdy zostawiały mokrą drewnianą deskę na taki czas w zlewie i dziwiły się że się powyginała i spleśniała - dalej jej jednak używały.
5) Krytykowanie mojego chłopaka w niedorzeczny sposób: za głośno chodzi, "wszedł pod prysznic i się mył długo (15min maks.) a ja sobie zaplanowałam [w głowie], że teraz chcę iść pod prysznic" (Edit: Co do komentujących - 15 minut to naprawdę niedużo, zwłaszcza, że jak Ilonka weszła do łazienki, to wychodziła po 1,5-2h), " użył tostera, a ja właśnie chciałam go użyć" itd.
6) Miałam zapowiadać, kiedy przyjedzie chłopak (mieszkał 150km dalej wtedy). No ok, nie ma problemu. Jednakże czasem był akurat w mieście, bo miał załatwienia i został na noc - "Jak mogłam nie powiedzieć że będzie?!" (edit: chłopak przyjechał późno ok. 23:00 i tylko nocował, nie planował, że zostanie, a ja nie zamierzałam specjalnie ich budzić, żeby ich o tym powiedzieć, zwłaszcza że pojechał zaraz z rana i tylko przy wyjściu zobaczyła go Ilonka) lub jak był wyjątkowo 3 dni to za długo i Ilonka nie może swobodnie wychodzić z pokoju... Bo np. my jesteśmy w kuchni, a ona nam nie chce przeszkadzać, ale ona jest głodna i to nasza wina. Co z tego, że większość czasu spędzaliśmy poza mieszkaniem. Jak jej chłopak był to nie było takiego problemu...
7) Ilonka miała czasem fazy sprzątania wszystkiego przez jeden dzień, gdy wcześniej opierniczała się przez tydzień i nagle pretensje, że "tylko ona sprząta w tym mieszkaniu a ja nawet nie chcę zetrzeć blatu". Nieważne, że blat był brudny przez Zośkę. To moja wina
8) Ich wspólna koalicja. Trzymanie się razem, siedzenie wspólnie w pokoju i zamykanie drzwi, jak przyszłam do nich do kuchni, to milkły i nagle gadały o czymś innym. Wszystko było moją winą, one wzajemnie się chroniły.
9) Zapychanie całej zamrażarki przez rzeczy od ich rodziców, których i tak nie jadły poza filetem. Był straszny problem, żeby dostać tam choć kawałek miejsca.
10) Zostawianie owoców aż zaczną gnić, pleśnieć i latać nad nimi muszki.
11) Krytykowanie mojego zachowania, gdy ja zostawiłam talerz i kubek na pół dnia w zlewie od rana, bo spieszyłam się na uczelnię.
12) Mycie się 3 godzinne przez Ilonkę rano czy wieczorem. Na głupie siku nie chciała cię nawet wpuścić.
13) Pretensje do mnie, że o 9 rano w sobotę rozmawiam z chłopakiem w kuchni, bo to jest wcześnie rano i je budzę.
14) Mówienie mi w kółko, że jest moja kolej na kupienie czegoś np. papieru toaletowego już natychmiast, bo się skończył. Wczoraj było 6 rolek. "A bo zrobiliśmy imprezę i poszło tyle i co z tego, że jest niedziela niehandlowa, masz iść". Nie poszłam, więc się obraziła.
15) Błyskawiczne kończenie się papieru toaletowego - okazało się że Ilonka używa go jako chusteczek czy ręczników papierowych.
16) Gdy się skończyło coś i była ich kolej nie popędzały się i czasem nie było czegoś przez tydzien, ale jak była moja to już natychmiast mimo, że mówiłam że idę np. po uczelni do sklepu czyli za jakieś 2h i bez ręczników papierowych przeżyją.
17) Ciągłe zapychanie pralki swoimi brudnymi ubraniami i niepranie ich. Albo pranie i niewyciąganie ich przez cały dzień przez co się zaśmierdziały i pranie ich od nowa. Dodatkowo zajmowanie dwóch suszarek przez kilka dni jednym czy dwoma praniami i nie zdejmowanie go nawet jak wyschło tylko trzeba było w kółko o to prosić.
18) Kilkukrotne robienie nagle o 23-24 karaoke, gdzie Zośka i Ilonka wybudzały mnie często i musiałam chodzić prosić, żeby się uciszały, co robiły z kwaśną miną.
19) Raz sobie Ilonka ubzdurała, że tylko ona wynosi śmieci, mimo że głownie ja je wynosiłam i stwierdziła, że nagle jest moja kolej przy jej znajomych i wyciągnęła worek i dała mi je pod drzwi pokoju, mówiąc że mam je wynieść i dlaczego się buntuje a jak tego nie zrobię to mi je rozsypie po pokoju. Wyszłam z mieszkania wściekła mówiąc wprost co o tym myślę i zamykając uprzednio pokój na klucz. Ilonka przestała się do mnie całkowicie odzywać.

Po ostatnim incydencie stwierdziłam, że nie daję rady i się wyprowadzam. Poinformowałam je o tym, że wypowiedziałam umowę i wróciłam na ferie do domu rodzinnego. Miałam tylko wrócić potem po rzeczy. Już Następnego dnia zaczęły mi grozić sądem, że w jakiej ja je stawiam sytuacji, że właściciel powiedział, że będą płacić teraz więcej czyli po 1200zl i że nie mam prawa wyprowadzić się nie znajdując osoby za mnie. W umowie tego nie było. One mówiły, że jakieś umowy słowne były gdzieś w lecie przy wynajmowaniu, że mają świadka w postaci mamy Zośki, i że pójdą z tym do sądu. Oczywiście zwyklinały mnie przy okazji. Starałam się nie przejmować, ale dość mocno to przeżyłam.

Na szczęście właściciel okazał się być bardzo spoko w stosunku do mnie i wyprowadziłam się bez problemu, ale grożącą mi "przyjaciółkę" i jej wspólniczkę musiałam zablokować, bo nie przestawały grozić. Z tego co wiem, finalnie nie został im podwyższony czynsz, bo wtedy nie wiem co by się wtedy działo.


Edit: Niektórzy w komentarzach zarzucają mi, że mój chłopak był co weekend(?) Nigdzie takiego czegoś nie wspomniałam, był zwykle raz na miesiąc na 2 dni, co zawsze było zapowiadane wcześniej i większość czasu spędzaliśmy nie w mieszkaniu tylko gdzieś na mieście. Ilonka nie przepadała za nim, więc go unikała, jej chłopak był znacznie częściej w mieszkaniu i nie było nigdy problemu z tym, że on nagle wpada. Zresztą potem mieszkałam z innymi dziewczynami, gdzie nie było problemu z tym, że ktoś przyjeżdża do mnie czy do nich i chyba że jest to faktycznie na 3 dni lub więcej, to wtedy mówimy o tym i nigdy nie było żadnych wątów.

Współlokatorki

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 63 (103)
poczekalnia

#85644

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Chce sprzedac samochod.
Dalem ogloszenie na "gumowymdrzewku"
Jako kontakt podalem nowy nigdy nie uzywany numer telefonu.
W ciagu kilku nastepnych godzin odebralek kilkanascie telefonow od firm ubezpieczeniowych i naciagaczy na niby wypadek samochodowy.

Dzis ponowilem ogloszenie, tym razem byli szybcy jak nigdy.
Pierwszy telefon odebralem w 5 sekund po klepnieciu entera.
A potem juz poszla lawina.

Brak telefonow od kupcow, ale to juz wina co i za ile chce sprzedac.

edit:
Poddalem sie, zostawilem kontakt via email tylko.
potencjalni kupcy zadaja pytania ta droga.
ps. zawsze w szufladzie mam kilka zapasowych numerow, za grosze.
Na "wyspach" nie trzeba rejestrowac numerow.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (56)
poczekalnia

#85640

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Uwielbiam uczyć złych ludzi pokory i szacunku.

Dzisiaj będzie popularny temat, czyli o wojującej feministce.

Historia dość stara, bo ze studiów. Otóż mieliśmy w grupie taką świrniętą laskę. Uroda 6/10, intelekt 0/10, kultura osobista 0/10. Wojująca feministka, lewaczka i zatwardziała mizoandryczka, co na każdym kroku podkreślała. Uczelnia z tych "otwartych i tolerancyjnych" toteż wykładowcom nie przeszkadzały potoki jadu jakie z siebie wylewała w kierunku mężczyzn i każdej kobiety, która się z nią nie zgadzała. Potrafiła przejąć wykład i nadawać swoje farmazony, a prowadzący nie śmiał jej przerwać.

Któregoś dnia zimą (wtedy jeszcze były w Polsce zimy) wychodzę po zajęciach, godzina 17 i ciemno, a tu na parkingu stoi cała moja grupa. Podchodzę, a to naszej ulubionej koleżance auto padło, a konkretnie akumulator, bo nie zgasiła świateł. Auto na tyle nowe by odpalanie z pychu nie pomogło i na tyle stare by nie było jeszcze pikacza, który informuje o niezgaszonych światłach. Kilku kolegów z grupy zgodnie z prawdą stwierdziło, że jedyne co może pomóc to kable rozruchowe, których niestety nikt przy sobie nie miał.

Wiedziałem, że teraz będzie ubaw.

Poszedłem do swojego auta, wyciągnąłem kable z bagażnika, pokazuję i pytam, choć wiem:
- Czy chodzi może o takie kable?
- Tak - mówi ktoś.
- Daj - mówi feministka.
- Daj to był chiński sprzedawca jaj - mówię ja.
Widzę zdziwienie i oburzenie na jej twarzy i po chwili słyszę:
- No daj bo muszę do domu jechać.
- Od początku roku [to był pierwszy rok na uczelni] mnie obrażasz, a teraz oczekujesz, że ci pomogę?
Chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała co. Włączyła się koleżanka:
- No nie bądź taki, daj jej te kable.
No to mówię:
- Przecież wiele razy mówiła, że mężczyźni są bezużyteczni i niepotrzebni, więc gdyby nas nie było to i tak nikt jej by tych kabli nie dał i musiałaby sobie jakoś poradzić. No to niech sobie radzi, a przede wszystkim niech nauczy się popierać swoje słowa czynami.
Po grupie przeszedł pomruk "mmmhm" co znaczyło mniej-więcej, że przyznają mi rację. W jednym koledze tylko odezwał się białorycerz:
- Dobra, nie p****l tylko daj te kable.
- Mowy nie ma, to będzie dla niej dobra lekcja szacunku do innych ludzi.
- Dawaj te kable albo sam je wezmę.
- Spróbuj - prychnąłem srogo, bo jego też systematycznie obrażała, a teraz on był gotów bić dla niej człowieka i łamać prawo. Białorycerz jednak wypękał i nie próbował zabrać mi kabli ani nic już nie powiedział. Patrzę na feministkę i widzę zaszklone oczy, a na twarzy wyraz totalnej bezsilności. Czas na ostatni akt tego dramatu. Mówię więc:
- Dobra, bo późno się robi, ciemno, zimno, jadę do domu - po czym dodałem z dobrodusznym uśmiechem - podrzucić kogoś gdzieś?

Wsiadłem do auta i odjechałem, z poczuciem spełnionego obowiązku.

Epilog.
Co się dowiedziałem nazajutrz. Feministka przez jakiś czas jeszcze zaczepiała ludzi na uczelni i pytała czy ktoś ma kable. Nikt nie miał. W końcu pojechała do domu komunikacją, a potem ktoś tam od niej z rodziny przyjechał z kablami i ogarnął auto. Niestety, ale niczego się nie nauczyła, bo zachowania swojego nie zmieniła.

PS: Tak, wiem, feministki i białorycerze napiszą, że fejk. To się nazywa wyparcie.

feministki lewactwo

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (230)
poczekalnia

#85637

~Waciaq ·
| było | Do ulubionych
Zaczynam się bać rodziny, i to tej najbliższej: Wujka google i jego androidowego potomstwa.

Przywykłem do tego że jeśli rozmawiam ze znajomym o HI-Fi audio albo o np. mikroskopach mając telefon w kieszeni to google zacznie pokazywać mi reklamy takiego sprzętu. Nie powiem że rozumiem bo trochę to nieludzkie, ale na 100% poza systemem i tak nikt nie będzie.

Tylko nie wiem czemu android zaczynał mi pokazywać reklamy portali randkowych na kilka tygodni zanim rozstałem się ze swoją kobietą? Telefon nie miał prawa usłyszeć że "chciałbym kogoś nowego" czy coś bo nie mówiłem nic takiego, do samego końca miałem nadzieję że jeszcze uda się wszystko wyklepać. Prawdę mówiąc nawet ze znajomymi/rodziną nie poruszałem tematu że coś jest nie tak. Swoje sprawy trzymam przy sobie.

Telefon podsłuchiwał jak się kłóciliśmy? Zauważył że nie sypiamy ze sobą? Bo reklamy pojawiły się jak tylko zaczęło się coś między nami psuć.

Puenta? wygoogluj sobie...

internet

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (108)
poczekalnia

#85617

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Siedzę na L4, wszystkie okna w domu uchylone. Na wprost okien plac zabaw i ''siłownia''. Słyszę cienkie głosiki drących się dzieci. Norma. Tyle że po wsłuchaniu się w te głosiki słyszę nagle ''POJE*AŁO CIĘ?!?!?!'' Wyjrzałam zaciekawiona, a tam na siłowni 3 chłopaków lat maksymalnie 10 buja się na sprzętach na zasadzie ''kto mocniej/wyżej''. Dzieci z plecakami, w wieku wczesnoszkolnym drą się na środku osiedla używając wulgaryzmów.
Moja wiara w dzisiejsze pokolenie spada, tyle że to nie wina samych dzieci, a wychowania. Rodzice, litości!

wychowanie

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (70)
poczekalnia

#85611

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Znowu wracam do szkoły w pojunkierskim pałacyku nad jeziorem. Szkoła istniała zaledwie dwa lata, mój poprzednik oddalił się w nieznaną dal przed końcem roku szkolnego, a ja byłem młody i ambitny. Po uporządkowaniu zaszłości typu kreda, żarówki i węgiel zaksięgowanych jako środki trwałe i, na żądanie statystyki, policzeniu zbiorów jabłek w przyszkolnym sadzie w rozbiciu na gatunki i sposób wykorzystania, postanowiłem szkołę osadzić historycznie w istniejącym kontekście. W tym celu zwołałem Komitet Rodzicielski.
Historia pierwsza (uwaga, może być nieco ... mało śmieszna jako całość). Zapytałem szanownych rodziców, czy w bliskiej okolicy nie ma jakichś pomniczków z przeszłości, kamieni pamiątkowych itp. Padła odpowiedź: "No tam za polem ...... jest taki pomniczek. Tam, wiedzą panie, jak ruskie przyszły, to tam młodą dziewczynę od tych tam, za drugim jeziorkiem, złapały i zamolestowały. To tam i pomniczek stoi". No nie były to jeszcze czasy na głośne wspominanie o takich tragediach. Co by na to gminny komitet przewodniej siły powiedział...
Historia druga. Szkoła była młoda, a ja ambitny i zamarzył mi się patron dla placówki. Informuję o tym komitet rodzicielski i silnie starszy gość (więc mógł pamiętać, co trzeba) mówi: "A derektorze, a tu, w lecie zwłaszcza, to przed wojną takie małe hitlersyny, znaczy gówniarze takie w sraczkowatych bluzkach przyjeżdzały. To dla nich taka szkoła chyba była. A ona podobnież admirała Canarisa (mówione przez C) była, to i po co zmieniać. A i niech zostanie jak było". Tu opuściłem na chwilę szanowne zgromadzenie, bo nie mogłem pokazać, że łzy mi się z oczu sypią jak grochy. Ze śmiechu oczywiście. A komitet miałem fajny. Pomost nad jeziorem zbudowali i dzieciaki miały WF z pływaniem (już to widzę w dzisiejszych czasach) i rzepak uprawili na gruntach szkolnych (sprzedało się to potem i było trochę kasy dla szkoły). Ech, było i nie wróci...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (98)