Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85445

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Duże miasto w PL, powiedzmy, że GW na zachodzie i nie chodzi o gazetę :). Idę sobię z kochanką legalnie po ulicy i widzimy dość ciekawą sytuację. Pod żabą leży sobie pan żul menel, leży i dycha, osikany, orzygany kolory na sobie miał no różniste. W koło niego Paniusia z kilkoma przechodniami. Co robią? No zgodnie z prawem powinni zadzwonić po pomoc albo w jakikolwiek inny sposób..., no właśnie pomóc. Dzwonią. Po kilku minutach pojawia się karetka (nówka sztuka, dopiero co kupiona), policja i straż miejska. Gremium stwierdza, że żul ogólnie znany w okolicy, to, że go zabiorą nic nie zmieni, po wzroku widać, że najchętniej widzieli by go 3m pod ziemią. Ale nie, przechodnie zgłaszają interwencję, zresztą sami ratownicy muszą, policja też...

Koszty ratowania życia żula menela:
- karetka o wartości 400-500k PLN - wyłączona z użytku na 24h (pan żul menel puścił pawia w trakcie transportu) Odkażanie dezynfekcja... a nóż-a-widelec pojedzie za chwilę po kobietę w ciąży albo dziecko?
- koszt interwencji dwóch służb, kilka stówek co najmniej
- żul menel w szpitalu jest umyty, zaopatrzony w jedzonko, nowe ciuchy, posiedzi 3 dni, odpocznie od ciężkiego życia na ulicy
- badania w szpitalu wartości kilku tysięcy na koszt podatnika, wszystkie, łączenie z nówka sztuką tomografem za kilka baniek bo śmieć ludzki mógł sobie coś zrobić.

Zyski:
- podniesienie umiejętności sprzątających załogi "r"ki,
- czysty chodnik na 3 dni
- spada zużycie odświeżacza powietrza w żabce
- menel żul w żabce czy też innym sklepie nie obłapia towarów paluchami, może w tym tygodniu kliencie nie będziesz mieć sraczki i rzyganka.
- odnotowana interwencja

Na interwencji był dalszy znajomy, ze studiów. Oficjalne stanowisko, pomagamy bo musimy, to nasza służba, jestem z tego dumny. Nieoficjalne stanowisko: znamy pesel tego pana na pamięć, z tego nic nie będzie, zostawić na pastwę losu, niech padnie, zutylizować, zakopać. Karetka mogła w tym czasie być potrzebna praworządnemu obywatelowi, który płaci podatki i potrzebuje pomocy bo te podatki przestanie płacić jak mu się coś poważnego stanie ale nie, musimy pomagać na siłę, mimo, że jednostka nie wnosi nic do społeczeństwa a jeszcze stanowi zagrożenie.

Twardo, ale będę piekielnym: ścisła weryfikacja oferowanej pomocy, 3-5 razy pomagamy, jak za 6 razem widzimy alkusa ubranego w śmieci, który za 7-9 razem zachowa się tak samo - zrobić notatkę w dokumentach, odjechać bez udzialania pomocy, ewentualnie zepchnąć gdzieś do rowu, żeby nie zawadzał. Ratować dzieci, ludzi, którzy choćby się starają, pracują, pomagają, robią cokolwiek. Priorytet powinny mieć właśnie dzieci i osoby, które płacą podatki lub objęte zasadną pomocą społeczną.

Kto popiera daje mocne.
Kto lubi pomagać ze swoich pieniędzy redystrybuowanych przez rząd (podatki, rząd nie posiada swoich pieniędzy a za redystrybucję pobiera opłaty w postaci wynagrodzeń urzędników, za które Ci też płacą podatki :-D) - daje minus.

policja karetka pomoc

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (232)
poczekalnia

#85443

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pytanie na dziś. Skoro mamy tak niskie bezrobocie to po co utrzymujemy Urzędy Pracy?

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (126)
poczekalnia

#85440

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Żeby się władować pod pociąg towarowy na teoretycznie zamkniętej trasie...

Linia kolejowa w okolicy jest remontowana, zbliżają się podobno do końca, ale ruch wciąż wstrzymany. Jedna jedyna nitka jest otwarta, ponieważ wożone nią jest zaopatrzenie, przeważnie węgiel, do miejscowych zakładów chemicznych (producent głównie nawozów sztucznych). Bez tego zaopatrzenia fabryka mogłaby się na dwa lata zamknąć, więc nie ma się czemu dziwić.

Na tejże trasie jest przejazd kolejowy. Przejeżdża tamtędy dosłownie kilka pociągów dziennie.

Nie jestem pewna, czy jest tam sygnalizacja (może być zdjęta z powodu remontu), ale jest stosowne oznaczenie - znak (nie pamiętam numerka) ostrzegający o przejeździe niestrzeżonym, do tego zakaz wyprzedzania i informacja o robotach drogowych. Widoczność jest wspaniała, a pociągi powolne. Widać je na długo zanim osiągną ten punkt, za którym już niebezpiecznie jest wchodzić na tory.

Do przejazdu podjeżdża samochód. Kierowca widzi nadjeżdżający pociąg, więc zatrzymuje pojazd. Pan jadący za nim oplem jednak ignoruje i zakaz wyprzedzania i znaki ostrzegawcze, omija stojące auto i ładuje się po pociąg.

Nikomu nic się nie stało tylko dlatego, że pociąg jechał powoli (był pełny, a miał już niedaleko do stacji końcowej). Obaj panowie - i kierowca i maszynista - byli trzeźwi.

Dlaczego wsiadając do samochodu powinniśmy się upewnić, że mamy ze sobą mózg...

polskie_drogi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (77)
poczekalnia

#85432

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z czasów, kiedy pracowałam w firmie produkującej opakowania. Mój pracodawca wynajął firmę sprzątającą do utrzymania czystości w całym naszym zakładzie. Piekielności? Kilka było...
Najpierw firma sprzątająca zaczęła przysyłać nam młode dziewczyny, które dorabiały sobie na studiach. Panie miały do dyspozycji szatnię, ale nie wiedzieć czemu wolały przebierać się w sprężarkowni. Sprężarkownia, to było małe pomieszczenie, do którego wchodziło się bezpośrednio z hali produkcyjnej, w którym stała wielka, przemysłowa sprężarka. Generowała ona tak dużo ciepła, że kierownik postanowił wystawić drzwi od tego pomieszczenia- gdyby były zamknięte, to sprężarka mogłaby się przegrzać, a samo otwieranie drzwi na oścież nic nie dawało, bo zawsze znalazł się ktoś, kto te drzwi zamykał (trzymaliśmy tam też środki czystości oraz wzory naszych produktów). I mimo wystawionych drzwi dziewczyny nadal wolały przebierać się tam, niż w szatni. Tak- rozbierały się do bielizny i zakładały ciuchy, w których sprzątały. Tak- pół produkcji mogło sobie oglądać, jak to robią.
Sama technika sprzątania też nie była dla nas do końca zrozumiała- standardem było, że 4 dziewczyny "sprzątały" jeden korytarz jednocześnie. To znaczy: jedna zamiatała, druga stała na końcu korytarza z szufelką i czekała na pierwszą, trzecia stała z drugą miotłą (chyba zapasową, bo nie zamiatała w tym czasie), a czwarta czekała z wiadrem z wodą i mopem. Sprzętu było więcej, więc mogły tak się podzielić zadaniami, żeby każda miała co robić.
Dziewczęta skupiały się bardzo na tym, żeby dobrze wyglądać i niezależnie od temperatury zawsze sprzątały w krótkich spodenkach. Bardzo krótkich spodenkach- takich, które nie zakrywają całych pośladków. Niektóre nosiły także bardzo głębokie dekolty- do tego jeszcze wrócę. Dziewczyny zawsze bardzo skupiały się też na tym, żeby odpowiednio prezentować sylwetkę- wyginały się i prężyły i widać było, że czasem bardziej skupiają się na odpowiednim kątem nachylenia i wypięcia niż na samym sprzątaniu. Może by to nikomu nie przeszkadzało, gdyby nie to, że część pracowników autentycznie nie mogła się skupić na pracy kiedy sprzątaczki wchodziły do danego pomieszczenia. Czarę goryczy przelała sytuacja, w której jedna z dziewczyn o bardzo obfitym, ale bardzo oszczędnie zakrytym, biuście nachyliła się nad biurkiem kierowniczki działu handlowego, żeby podnieść jej kosz na śmieci celem wymiany worka i... biust jej "wypadł" z dekoltu.
Po interwencji kierowniczki działu handlowego firma sprzątająca zaczęła przysyłać panie w wieku przedemerytalnym.
Nowa załoga ubierała i zachowywała się przyzwoicie, sprzątała też bardzo dobrze. Ogólnie wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni i bardzo się z nowymi paniami polubiliśmy. Któregoś dnia koleżanka opowiedziała nam jednak czego była świadkiem dzień prędzej. Jeśli jecie, to albo przestańcie czytać, albo jeść. Otóż, po skończonej pracy poszła do kuchni umyć kubek. Akurat przy zlewie stała pani sprzątaczka i płukała ścierkę, którą zwykle myła blaty w kuchni (wiemy, bo do każdego zastosowania używały innych kolorów ścierek)- kiedy zorientowała się, że Marlena czeka aż zwolni zlew, wyrwała jej kubek z ręki i mówi "Daj pani, ja umyję." i wstawiła go do zlewu. Marlena chciała się "wykłócać", że nie trzeba, że sama po sobie pozmywa, bo sprzątaczki i tak mają masę pracy, ale nie zdążyła się odezwać, a potem już nie była w stanie, bo sprzątaczka jak tylko wstawiła ten kubek do zlewu, zdjęła swojego klapka i zaczęła go myć. W tym zlewie. Nad tym kubkiem. Przecierając tą ścierką.
Marlena następnego dnia przyniosła sobie nowy kubek, bo starego brzydziła się mimo wyparzenia.

sprzątanie

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 16 (78)
poczekalnia

#85428

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jadę sobie ze szkoły mojej córki do pobliskiego miasta, na zakupy. Wypadło mi akurat jechać kawałek za autobusem komunikacji miejskiej (które w tym regionie zwane są "emkami" i tegoż regionalizmu będę dalej używała). Wiadomo - wielkie toto, widoczność zasłania, a przyspieszenie ma jak nie przymierzając hipopotam.

Lekko się zdziwiłam, gdy w autobusie zapaliły się światła stopu, bo nie miał się po co zatrzymywać, ale przyuważyłam że po prostu wypuszcza kogoś z podporządkowanej. OK, chce być miły, sama bym kolesia wpuściła.

Zanim się autobusik rozpędził (a ja za nim) dojechaliśmy do wjazdu na obwodnicę. I emka i ja, by wjechać na wjazd musieliśmy skręcić w prawo. Natomiast dla tych jadących z przeciwka jest wydzielony lewoskręt.

Co robi kierowca emki dojechawszy do wjazdu?

Ano zatrzymuje się i wpuszcza tych z lewoskrętu... Z całkowitym ignorowaniem przepisów, które to nam dają pierwszeństwo. Z całkowitym olaniem kierowców za nim, którzy musieli czekać cierpliwie, aż wszystkie auta z lewoskrętu wjadą, bo wiadomo że jak jedno ruszyło, to reszta za nim.

A najgorsze było to, że autobus potrzebował potem sporo czasu, by rozwinąć jakąś normalną prędkość, więc wturlał się na pas rozbiegowy jadąc jakieś 30 km/h. A za nim ja, niewiele szybciej. Za mną inne samochody, z podobną prędkością.

Na szczęście akurat na tym odcinku było pusto, więc wskakując z taką prędkością na prawy pas nie stworzyłam zagrożenia, a miałam przynajmniej gdzie się rozpędzić w granicach rozsądku...

Rozwalają mnie ludzie, którzy koniecznie chcą być uprzejmi, kosztem innych, a nawet wbrew przepisom...

polskie_drogi

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 12 (72)
poczekalnia

#85424

~Kochamkoty ·
| było | Do ulubionych
Aż chce się płakać...
Rok temu z moim mężczyzną postanowiliśmy wyjechać z Polski na Wyspy. Moja siostra tam mieszka, namawiała nas od jakiegoś czasu, Nas w PL nic -prawie- nie trzymało.
Pomoc siostry bezcenna, ale niestety, w Polsce zostaje nasz ukochany kot, Futro. Z bólem serca, ale na tamtą chwilę tylko takie rozwiązanie wchodziło w rachubę. Raz,ze korzystamy z pokoju u siostry, która zwyczajnie zwierząt(i dzieci) nie lubi i nie akceptuje w swoim otoczeniu. A pomoc w postaci mieszkania za niemal darmo to naprawdę coś. Dwa, pójdziemy na swoje, jednak znalezienie domu, gdzie akceptuje się zwierzaki nie jest w UK taka prostą sprawą.
Futro poszło więc na czas nieokreślony do rodziców mojego Lubego. Dom z ogrodem, drugi kot, myszki w trawie- koci raj. Nam tez jakoś lżej.
Telefony od rodziców , kot cudowny,raz na kilka dni zdjęcia, filmiki, wypaśne poduszeczki pod kaloryferem( spał w domu), jedzenie z górnej półki, cud, miód i orzeszki.
Mam na FB znajomą z miasta, która czynnie wspiera schronisko, co chwilę na tapecie ląduje jakieś zwierzątko z prośbą o adopcję, znalezione, porzucone.
I patrzę- mój kot, no na bank mój, ma charakterystyczne kolory.
Opis: potrącony przez auto, od kliku dni przebywa u weterynarza, po leczeniu do adopcji.
Szlag mnie trafił, telefony do rodziców i co w odpowiedzi:
'no bo on gdzieś poszedł, no nie wraca piąty dzień, no nie wpadli na pomysł by zadzwonić do schroniska, przecież to kot- wróci, no w czym problem?'
Ano taki by zadzwonili do weterynarza, wyślemy kasę za leczenie i niech wraca do domu, my go wkrótce zabieramy do nas.
Kontakt ze znajomą był porażką. Po wiadomości 'Słuchaj to mój kot i opisie sytuacji' odpisała tylko: 'Ja tylko zdjęcia daję, nie pośredniczę' i koniec kontaktu. Acha.
Kilka dni bez kontaktu i kolejny raz dowiaduję się ,że koleżanka 'sukces' odniosła, kot na rehabilitację już w nowej rodzinie.
Zagotować się ze wściekłości to mało, telefony aż do skutku. Odebrali. I?
Ano poszli weta, ale on kazał 1000 zł zapłacić, a to za dużo ich zdaniem, to nic ,że MY mieliśmy kasę im wysłać. Więc Janusz z Grażyną wymyślili,że jak kot pójdzie do adopcji to go wezmą za kilka złotych. Oczywiście nim się o adopcji dowiedzieli to kot już przez innych zabrany( naprawdę ładny kocur, więc nie dziwota).

I już nie mam kota, za tydzień się wprowadzamy do domu z ogrodem i zgodą na futrzaka- większa kaucja załatwiła sprawę.
Naprawdę mi przykro.

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (94)
poczekalnia

#85425

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tak mi się przypomniało, jak dostałem kiedyś pracę na okres próbny.
A było to drogie dziatki w okresie kryzysu finansowego, więc generalnie robotę się szanowało, zwłaszcza jeśli było się tak jak ja, nieopierzonym gówniarzem na studiach.

Pracowałem wtedy na słuchawce już od miesiąca i byłem bliski palnięcia sobie w łeb od dzwonienia i wciskania ludziom kitu, gdy zadzwoniła pani rekruterka z jednej z rozmów i powiedziała, że jeśli mnie nadal interesuje praca w firmie X, to zaprasza mnie na rozmowę, najchętniej jeszcze w tym tygodniu z dyrektorem, a jak się spodobam mogę zaczynać. Spodobałem się i w poniedziałek pojawiłem się w pracy.
Okazało się, że moja miejsce zwolniło się, ponieważ dziewczyna, która pracowała na nim wcześniej nie przyszła do pracy, bez żadnego uprzedzenia ani nic. A czemu? Na telefon wściekłej szefowej nie zareagowała, tylko odpisała smsa, że musiała się opiekować chorym kotem...

PS 1. Zapomniałem dodać, że dziewczyna była tak samo jak ja na okresie próbnym i nie przyszła po 3 dniach.

PS 2. z perspektywy czasu - żałuję, że nie miałem chorego kota, ale to na inną historię.

praca

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (74)
poczekalnia

#85420

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ubezpieczenie samochodu. Kto nie wie - jest obowiązkowe.

Żeby nie zostać z ręką w nocniku, tematem ofert zająłem się miesiąc przed końcem obecnego - może konkurencja ma lepsze warunki. A że niedawno niedaleko domu otworzyła się nowa agencja - postanowiłem sprawdzić, jak się sprawy mają.

Poszukali, podumali, werdykt - "Najtaniej, to będzie nieco drożej niż rok temu, podwyżki, te sprawy, 1200 zł za cały rok". Co ciekawe, w "mojej" ubezpieczalni również. Podpytałem więc o to, że na przedłużeniu powinno być taniej, bo zniżki się naliczają etc. "Nie ma możliwości przedłużenia, trzeba obecną polisę wypowiedzieć i wykupić nową". Coś mi nie zagrało, skonsultowałem się ze znajomym agentem (nie mój rejon, dlatego nie wykupiłem od niego), doszliśmy do wniosku, że jakiś dziwny szwindel by wyszedł. Zadzwoniłem więc prosto do "swojego" ubezpieczyciela wyjaśnić, o co chodzi i czy mają ofertę na przedłużenie. "Ofertę już wystawiliśmy, 700 zł za rok, zgadza się pan?". Zgodziłem, bo konkurencja nawet się nie zbliżyła do takiej ceny. Pytanie brzmi - co w tej nowej agencji chcieli osiągnąć?

I co się stanie w tym roku, jak znów będę szukał ubezpieczenia?

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (57)
poczekalnia

#85407

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytając inną historię skojarzyła mi się dotychczasowa sytuacja w pracy. Może być przydługo i raczej nie mam lekkiego pióra do opisywania.

Na początku tego roku uznałam, że czas na zmianę pracodawcy. Miałam dość pracy w sektorze handlu z powodu klientów, pracy w niedzielę i święta (stacja paliw) oraz głównie ciężkiej atmosfery wśród pracowników. Znalazłam firmę, która oferowała mi zatrudnienie zgodnie z wyuczonym zawodem, z lepszą pensją i trybem pracy jednozmianowym od poniedziałku do piątku.

Wdrożenie się zajęło mi miesiąc, gdzie nie miałam nikogo kto mógłby mnie przeszkolić, ponieważ stanowisko utworzono z moim zatrudnieniem. Raz jedynie na moją prośbę przysłali do mnie firmę odpowiedzialną za system na którym pracowałam, by do końca zrozumieć wszystkie funkcje oferowane przez program. Resztę spraw nie związanych z komputerem musiałam uczyć się sama na własnych błędach oraz posiłkować się zdobyta wiedzą w szkole.

W końcu po podpisaniu umowy na czas określony (wcześniej była próbna) zaczęłam wdrażać nowe rozwiązania, które ułatwiały mi oraz innym pracownikom pracę, jednak nie wszystko doszło do skutku przez zwlekanie zarządu. W tym samym czasie upomniałam się o jeszcze jednego pracownika bo nie wszystko jest w moich obowiązkach. Odpowiedzią było, że wystawili ogłoszenie ale nikt się nie odzywa. Więc prosiłam by chociaż kogoś przeszkolić z minimum mojej pracy na wypadek choroby bądź urlopu. Niestety nie dostałam odpowiedzi, za to dowiedziałam się że w innej fili firmy moją pracę wykonują trzy osoby. Nie trudno się domyślić, że podniosło mi to ciśnienie i zaprzestałam robienie tego co nie jest moimi obowiązkami, a wszyscy udawali, że nic się nie dzieje.

W końcu zdążyło się i zachorowałam, nie było mnie w pracy tylko przez tydzień, a jak wróciłam to miałam ochotę strzelić sobie w głowę. Nic nie było ruszone z mojej pracy, musiałam wszystko nadrabiać siedząc po godzinach, które na szczęście były płatne. Byłam tak zmęczona psychicznie, że poszłam do kierownika by zaplanować urlop i pojawił się pierwszy zgrzyt. W sezonie wakacyjnym nie wolno brać urlopu, z wyjątkiem dla tych, którzy mają dzieci. Mówiłam, że nie jest to zbyt zgodne z prawem bo owszem pierwszeństwo mają osoby z dziećmi ale urlop dwutygodniowy mam prawo wsiąć. Jednak po namowach i uzgodnieniu z chłopakiem odnośnie wczasów odpuściłam.

W międzyczasie zmarła mi bliska osoba, ale nie aż tak by przysługiwał mi urlop okolicznościowy. Ponownie idę do kierownika i mówię, że potrzebuje w dany dzień wolne. Okazało się, że jest wtedy dużo pracy i nie może mi dać. Więc informuje, że biorę urlop na żądanie, jednak szef odbija piłeczkę i mówi, że drugi UŻ powoduje zwolnienie dyscyplinarne. Na pytanie po co są w takim razie cztery urlopy na żądanie w roku, wzruszył ramionami. Poszłam na pogrzeb a po nim miałam wrócić do pracy, ale z powodu zdrowotnych przedstawiłam L4 ze szpitala.

Jednak nie chciałam odpuścić urlopu i w następnym miesiącu przedstawiam wniosek urlopowy na październik. Szef oburzył się widząc termin pokrywający się z końcem miesiąca - bo za dużo pracy wypada, z papierów się nie odkopie do wyznaczonego terminu i mi go nie udzieli. Przestałam być potulna i poinformowałam go, że moim psim obowiązkiem jest wziąć pełny urlop dwutygodniowy w roku kalendarzowym, mam wystarczająco lat pracy by posiadać pełna liczbę godzin, a od poprzedniego pracodawcy odeszłam za porozumieniem stron. Brak drugiego przeszkolonego pracownika nie jest moją winą tylko olewczym podejściem kadry kierowniczej, a na dowód mam kilkanaście maili z prośbą o rozwiązanie tego problemu.

Urlop dostałam z wielkim fochem, dalej tam pracuje ale już nie pozwalam sobie na takie traktowanie.

Praca

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (82)
poczekalnia

#85418

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wzdłuż jednej z dróg powiatowych w mojej okolicy wybudowano w tym roku ścieżkę pieszo-rowerową (to zresztą jedna z kilku tegorocznych inwestycji tego typu, prawdziwy wysyp). Ścieżka odpowiada chyba wszystkim postulatom jej potencjalnych użytkowników. Ma nawierzchnię bitumiczną (tzw. asfalt) zamiast wyklinanej, szczególnie przez rolkarzy, kostki brukowej. Teren na jej trasie jest w miarę płaski, więc i nowa ścieżka jest równa - bez znienawidzonych przez rowerzystów obniżonych i podniesionych wjazdów do posesji. Można powiedzieć: ideał.
Najwyraźniej nie dla jednego jaśnie pana pedalarza, który mając tuż obok piękną, niemal dwumetrową i gładziutką, bo przecież nową, drogę pieszo-rowerową, wybrał jazdę po koszmarnie dziurawej na tym odcinku jezdni. Godzina tuż po 14:00, więc ruch spory, mimo że droga lokalna - miasteczko małe, ale ma kilka zakładów, w których w sumie pracuje ok. 600-800 osób na każdej zmianie, a na pierwszej - która właśnie się skończyła - nawet więcej. Poza tym kiedy na równoległej krajówce ustawia się ITD, ruch ciężarówek na powiatówce robi się gigantyczny jak na możliwości tej lokalnej i w tragicznym stanie drogi. I tak sobie jedzie kolumna samochodów za jaśnie panem pedalarzem, bo wyprzedzić nie ma jak (ruch z przeciwka).
Kiedy już nadarzyła się okazja wyprzedzenia idioty, zrównałem się z nim, otworzyłem prawą szybę i grzecznie zapytałem, dlaczego, do ku*wy nędzy, jedzie po drodze, a nie po porządnej ścieżce obok. Odpowiedź mnie zabiła: otóż pan debil pedalarz nie jeździ ścieżką rowerową, bo kiedyś przebił sobie na niej koło w rowerze...
Pytanie brzmi: czy jak ja kiedyś złapię "kapcia" w samochodzie albo uszkodzę koło na dziurze w jezdni, to mam zacząć jeździć po chodnikach i drogach dla rowerów? Prosta analogia...

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (83)