Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
W historii https://piekielni.pl/83841 przedstawiłem postać M., poniżej kilka innych jego piekielnych zachowań.

M. po awansie na menadżera pokazywał, że ma władzę, regulował co się dało, choć te rzeczy od dawna działały. Do tego mój były szef to osoba uwielbiająca wszelkie tabelki, raporciki, prezentacje, a najgorsze jest to, że bardzo czepiał się ich formy i przykładał do niej większą wagę niż do treści. Te wszystkie cechy doprowadziły do kilku sytuacji, które z zewnątrz mogą brzmieć śmiesznie, a nie strasznie, ale nasz zespół wkurzały bardzo.

1) Pracy w nadgodzinach jest u nas dużo, w zasadzie jest elementem krajobrazu. Jako kierownik M. nie widział problemu w tym, żeby nadgodziny zgłaszać mu w systemie do raportowania czasu pracy dzień po ich przepracowaniu. Jako menedżer ustalił zasady dotyczące nadgodzin w zależności od powodu i jego (nie)dostępności w celu zgłoszenia ich, np.:
-jak jest ktoś pisze lub dzwoni, że coś jest pilne, to jak on jest dostępny to mamy ustalić, czy to jest pilne i czy robimy nadgodziny, a jak go nie ma, to sami możemy ocenić.
-jak ktoś z zagranicy, z innej strefy czasowej ustawi nam spotkanie po godzinach, to wystarczy zgłosić w systemie dzień po.
-jak jest dużo pracy, to mamy ustalić z nim DZIEŃ WCZEŚNIEJ, że chcemy robić nadgodziny.

To ostatnie to jakiś absurd rodem z Dilberta, czy "Paragrafu 22". U nas wnioski spływały z dnia na dzień, z innej strefy czasowej i bywało, że wychodząc zostawiałem 3 niezaczęte sprawy, a następnego dnia rano było 33, gdzie przerobić mogłem 8. Tak więc umawianie się dzień wcześniej było totalną abstrakcją.

Do tego M. nie pozwalał wykonywać zadań pobocznych w nadgodzinach, a jednocześnie na spotkaniach dziennych jak ktoś chciał ustawić taką rzecz jako jeden z dziennych priorytetów, to się nie zgadzał. Ale oczywiście domagał się wypełniania tych pobocznych zadań (np. wypełnianie raportów, aktualizacja procedur, nauka nowego systemu). Tak więc jak z jakichś powodów go nie było, to cały zespół robił te dodatkowe rzeczy, żeby nie mógł nam kazać robić czegoś innego, żeby potem opieprzyć za niezrobienie tego dodatkowego szajsu.

2) M. stworzył instrukcję do pisania instrukcji. Dokument ten opisywał cechy, które spełniać mają instrukcje wewnętrzne w zespole. Generalnie nasze główne zadania były opisane w różnych instrukcjach, zawierających nawet screen shoty z różnych systemów, te obrazki miały zaznaczone istotne fragmenty - to jest bardzo pożyteczne i pomocne, dzięki takim instrukcjom nowi pracownicy są w stanie sami robić standardowe zadania, a podpytywać tylko o te niestandardowe. Dodatkowo łatwiej jest o wymienność przy chorobach czy urlopach. Nawet jak ktoś nie wykonuje jakiejś działki lub nie działa w jakimś systemie, to po wejściu w instrukcję, powoli, krok po kroku jest w stanie wykonać zadanie.

Problem w tym, że instrukcja do pisania instrukcji skupiała się na formie, nie treści. Mówiła, jakiej szerokości mają być screeny, jaką czcionką ma być pisana, jakie mają być odstępy, że ważne rzeczy mają być w ramkach (czerwonych, 2 1/4 piksela grubości) itp.

Część osób dostała w celach rocznych aktualizację instrukcji w kwestiach merytorycznych (co popieram, dla mnie to bardzo ważne, żeby takie rzeczy były aktualne, w poprzedniej pracy wiecznie nie były i mnie to strasznie irytowało) oraz dostosowanie istniejących instrukcji do wymogów z tego tworu, co już dla mnie jest bzdurą. I parę osób robiło od nowa po 100 screenów, żeby miały właściwą szerokość, zmieniało czcionki i ramki, zamiast procesować zgłoszenia. A robota stała. Ale ja ich nie winiłem, wręcz przeciwnie, sam mówiłem koledze, żeby robił screeny, a nie wnioski, bo jak wnioski będą leżeć, to opieprz dostaniemy wszyscy, a jak nie będzie ramek i screenów, to tylko on.

Korpo

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (61)
poczekalnia
Swego rodzaju prequel do historii https://piekielni.pl/83842 w sumie powinienem to opisać najpierw.

Już pół roku przed terminem ślubu informowałem szefa, że takowe wydarzenie będzie i że będę chciał w czwartek i piątek wziąć urlop okolicznościowy, a możliwe, że jeszcze jakiś dzień wolny wezmę wcześniej.

Organizacja szła całkiem sprawnie, ale ostatecznie w poniedziałek zorientowaliśmy się, że trochę rzeczy zostało nam do zrobienia (np. wożenie wódki i napojów na salę, ustawianie winietek, dokończenie prezentacji na podziękowania dla rodziców) i sam czwartek (ślub był w piątek) nam nie wystarczy, przyda się jeszcze środa. Poszedłem więc we wtorek do szefa, wspominanego również w poprzednich historiach M. z prośbą o dzień wolny w środę. Dialog wyglądał tak:

[J]a: cześć, mam sprawę. Nie wyrobiliśmy się z przygotowaniami do ślubu, potrzebuję jutro wolne.
M.: NIE! (takim chamskim tonem)
[J]a: To ważna dla mnie sprawa, w piątek biorę ślub.
M.: Nie! Jest dużo pracy, sezon urlopowy, to zdezorganizuje pracę.

Potem się zorientował, że z tym tonem to przesadził (i przede wszystkim ludzie to mogli słyszeć, a on wszelkie takie akcje starał się załatwiać w salkach konferencyjnych) i mnie za formę odpowiedzi przeprosił, ale decyzji nie zmienił. Powiedział, że jak chcę, to mogę sobie wziąć urlop na żądanie.

To było koło 8 rano. O 14 na telekonferencji zadeklarował, że do końca dnia następnego skończę jakieś dodatkowe zadanie. Zostałem tego dnia do 20, a następny dzień wziąłem na żądanie. Prawdopodobnie gdyby szef M. był wtedy w pracy, to bym poszedł do niego na skargę, ale miał akurat urlop.
Dodam, że byłem jedną z najlepiej traktowanych osób.

Korpo

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (69)
poczekalnia
Historia z pracy w korpo, o moim byłym szefie, nazwijmy go M. Na początek trochę wprowadzenia, bo planuję o nim kilka historii...

Gdy ja przyszedłem do firmy, M już tam był, pracował jako specjalista. Chwilę pracowaliśmy razem w zespole, ten się rozrósł i M po roku awansował na kierownika zespołu. W sumie tego się spodziewałem - on był wyciągnięty do tego projektu z wewnątrz firmy, więc pewnie dostał jakąś mniej lub bardziej mglistą obietnicę, że jak projekt wypali i zespół się rozrośnie, to zostanie jego kierownikiem. Należy też mu oddać, że ciężko na ten awans pracował. Czasem moim zdaniem nie do końca fair - zaraz po nim do zespołu trafiły 2 osoby z zewnątrz (jedna to ja), ale nie mieliśmy nad sobą kierownika, jako dział pilotażowy podlegaliśmy bezpośrednio dyrektorowi jednostki, w ramach której stworzono ten zespół i to M. jako osoba obeznana z firmą i ludźmi komunikował się z dyrektorem, odcinając mnie i kolegę od możliwości wzięcia ambitniejszych zadań, czy ogólnie pokazania się. Ale należy mu też oddać, że w swój awans włożył sporo pracy, harówki w nadgodzinach, delegacje, to co dostał z takich ambitniejszych zadań - zrobił dobrze. Zespół się rozrósł, przestaliśmy być tylko projektem, zostaliśmy przeniesieni w struktury istniejącego działu, żebyśmy raportowali do kogoś niższego stanowiskiem, kwestia kierownika też była kwestią czasu i wiadomo było, że to M. na 99% to stanowisko dostanie.

Na początku miałem wrażenie, że uderzyła mu lekka sodówka do głowy, nawet raz mu na to zwróciłem uwagę, ale potem już nie było raczej problemów czy scysji, więc myślałem, że nabrał doświadczenia w zarządzaniu ludźmi i nauczył się na błędach. Przez 2 lata M. był kierownikiem i nad sobą miał menadżera, nazwijmy go W, wspaniałego człowieka, za którego jego podwładni daliby się pociąć. Jednak dla niego nasz zespół był taką jakby doczepką, dodatkiem do zespołów zajmujących się czym innym. Nie zawsze miał dla nas tyle czasu, ile by chciał, więc bardzo polegał na M., który jako cwany korpo-gracz umiał się dobrze kryć ze swoją piekielnością i swoje zadania wypełniał dobrze. Dlatego też dyrekcja wydzieliła nasz zespół spod W. i awansowała M. na menadżera.

Szybko okazało się niestety, że M. dobrze się krył ze swoją piekielnością lub po prostu W. hamował jego zapędy do zarządzania zespołem z perspektywy wieżyczki strażniczej w obozie pracy. W. wychodził z założenia, że szef ma wspierać, pomagać, służyć radą. M., że wymagać, pilnować, stać z batem. Zaczęło się od zebrania zespołu 3 dni po ogłoszeniu awansu, jeszcze przed jego wejściem w życie.

M. oznajmił nam, że z zespołu odchodzi K., całkiem doświadczona koleżanka, robiąca dobrą robotę i nikogo za nią nie dostaniemy, więc czeka nas ciężka praca. W. w takiej sytuacji zdjąłby z nas część biurokracji, natomiast M. postanowił dołożyć nam kilka dodatkowych raporcików do wypełniania, gdyż chciał móc mierzyć naszą wydajność. Do tego wprowadził spotkanie dzienne zespołu, na którym każdy miał mówić, co będzie robił (3 priorytety na dzień), w ten sposób traciliśmy 15 minut dziennie (razy 13 osób) na gadanie o tym, co będziemy robić, gdy tak naprawdę każdy wiedział, co ma robić. Jakby tego było mało, zaczął wzywanie nielubianych (a przede wszystkim tych słabych mentalnie, psychicznie) podwładnych do salki, gdzie ich opieprzał za różne pierdoły - jedna koleżanka wyszła 2 minuty za wcześnie, kolega też miał w systemie jakieś niedoczasy w 3 dniach miesiąca (łącznie 4 minuty), ale za to w inne dni był po 5-10 minut dłużej. Generalnie osoby przez niego upatrzone miały ciężko.

Jednej dziewczynie dorzucił w zasadzie cały etat K. i powiedział jej, że to dla niej szansa na rozwój. Szczytem były jednak 2 inne rzeczy, które chciałbym opisać:

1) wyżej wymieniona koleżanka w ramach zadań odziedziczonych po K. obsługiwała placówkę w USA, było to coś trochę innego niż robiła reszta zespołu. W ramach tego procesu przygotowane przez nią dokumenty musiał podpisać dyrektor w Stanach (ręcznie, potem skanował i odsyłał do niej). Ponieważ było to upierdliwe dla obu stron, postanowiono zmienić to na podpis elektroniczny, w systemie. No ale dyrektor w USA miał problem z obsłużeniem systemu, zainstalowaniem go itp., sprawa się przeciągała. M oznajmił koleżance, że nie da jej urlopu póki ten gość w USA nie zacznie klepać w systemie, a nie ręcznie.

2) Wyżej wspomniane spotkania dzienne mieliśmy około 9.15 rano. Przed spotkaniami, koło 8.45-9.00 chodziliśmy po herbatę/kawę, całym zespołem. Faktycznie jednego dnia zasiedzieliśmy się tam dość mocno, ale na spotkaniu dziennym M. nie zwrócił nam na to uwagi. Po spotkaniu wezwał 3 osoby z zespołu do salki (pojedynczo) i opieprzył je za zbyt długie przebywanie w kuchni. W gronie wezwanych była koleżanka z punktu 1., ta dziewczyna, która raz wyszła 2 minuty za wcześnie oraz kolega, który dodatkowo dostał opieprz za to, że w czasie, gdy włączał mu się komputer gadał z w/w 2 osobami nie o pracy.

Najlepsze było to, że dzień później po przyjściu do pracy ja i drugi kolega gadaliśmy o meczu przy M. i ten słowa nam nie powiedział, co więcej, pół godziny później mieliśmy we 3 spotkanie z dyrektorem działu i ten zaczął rozmowę od meczu właśnie.

Na razie puenty, zakończenia nie będzie, dodam je w ostatniej z planowanych historii z tym bohaterem.

Korpo

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (78)
poczekalnia

#83834

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jescze mnie nosi
Mieszkam za granicą, w Polsce moja siostra z mężem i dziećmi.
Szwagier to alkoholik i mamisynuś, zawsze się źle dzialo ale ostatnio doszło do tego że zaczął grozić nożem, i zupełnie odciąl od rodziny i znajomych nawet nie mogła wyjsc z psem. Staralśmy sie ją wyciągnąć z tego bagna ale strach byl silniejszy. W święta kiedy nawet nie odebrał telefonu od mojej mamy, postanowilśmy zadzwonić na policje i poprosić o interwencję. Fakt dzwoniłam z zagranicy ale to nieusprawiedliwia tego co zrobiła policja, bo jedynie co zrobili to przejechali samochodem obok bloku siostry, wiemy od sąsiadki. W czwartek poszlo zgłoszenie do MOPS,a od piątku siostra z dziecmi jest bezpieczna, z dala od tyrana. Tylko jak wyjść z takiego kregu jeśli nie ma sie wsparcia, a policja olewa wezwania do przemocy domowej

Chichros

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (101)
poczekalnia

#83820

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja psica, Kruszyna, ma bardzo specyficzne upodobania żywieniowe. Otóż nie cierpi dobrej karmy, uwielbia za to "marketowe świństwo" (jak ja nazywam wszystko od najtańszej karmy z Biedronki aż po Chappi i Pedigree). Czegóż to ja nie robiłam, aby temu zapobiec... od kupowania co chwilę innej karmy po zamawianie "spersonalizowanego żarcia" (podajesz wiek, wagę psa, typ sylwetki, aktywność itp.), no niestety, nic nie działa. Dobra, wartościowa karma "leżakuje" w misce, a psica chodzi i piszczy, że głodna, ale jej nie ruszy. No wiem, pewnie powinnam być bardziej konsekwentna, bo jak porządnie zgłodnieje, to zje, ale po max dwóch dniach wpadam w panikę, że pies nie je i daję jej "marketowe świństwo" (przypadkiem się okazało, że to lubi, a nawet uwielbia). To znaczy nie, nie daję, wpadłam na pomysł, żeby jej to mieszać. Tak gdzieś w proporcji - dwie garści dobrej karmy + jedna garść Pedigree czy czegoś tam ( w innej proporcji też już nie zje...).

Robiłam dzisiaj zakupy w Żabce (jedyny otwarty sklep) i podczas kiedy szwendałam się między półkami, zadzwonił mój telefon. Ponieważ nie planowałam w przeciągu najbliższych minut udać się do kasy, odebrałam i zaczęłam rozmawiać z moją przyjaciółką. Rozmowa nie była konkretna, raczej tak "o wszystkim i o niczym", w pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się głośno, co też ja jeszcze potrzebuję kupić.

Ja:

- Czekaj, bo jeszcze żarcie dla psa... Cholera, tu nie ma Pedigree, jest tylko Chappi, nie wiem czy ona to będzie chciała. Nie no, muszę tu kupić, bo w domu już nic nie mam, przecież pies nie może być głodny! Nie, nie mogę jutro w Biedronce, bo jutro pracuję, będę w domu po 18-tej. Dobra, niech będzie to Chappi...

W tym momencie chciałabym serdecznie pozdrowić panią, która zrobiła mi koszmarną awanturę za karmienie psa najgorszym, najtańszym żarciem. Awantura była bardzo konkretna i żywiołowa, pani tak się zbulwersowała, że wyszła ze sklepu trzaskając drzwiami (no dobra, próbowała trzasnąć, sprężyny w drzwiach średnio na to pozwalają) i rezygnując z zakupów.

Szanowna Pani! Rozumiem troskę o dobro psa, ale proszę nie oceniać po pozorach. Naprawdę dbam o psa. Naprawdę kupuję jej jak najlepszą karmę. Tylko że ona jej nie chce...

Kruszyna jest psem wziętym ze schroniska. Jest psem starszym (ok. 10-cio letnim), który ma już pewne nawyki - w tym, niestety, również żywieniowe. Nie, nie była (chyba...) psem zaniedbanym - pod żadnym względem. Nie boi się ludzi, ani dorosłych, ani dzieci. Do wszystkich żywych stworzeń podchodzi życzliwie i bez lęku, nie widać po niej jakiejś "traumatycznej" przeszłości. Do tego stopnia, że aż się zastanawiałam, w jaki sposób znalazła się w schronisku, bo naprawdę musiała chyba przebywać w kochającym domu...

Jedzenie dla psa ZAWSZE mam w zapasie (to już prędzej pieczywa na śniadanie zabraknie dla mnie i dla Młodej). Zabrakło mi tylko "marketowego świństwa", bez którego Kruszyna żarcia nie ruszy... Ech, no ale inni wiedzą lepiej. Nie dbam o psa i tyle.

sklepy

Skomentuj (80) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (128)
poczekalnia

#83819

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Trzy lata temu rozstałam się z moim byłym chłopakiem. Nie powiem, że poszło lekko i przyjemnie, bo przez półtora roku nie mogłam się pozbierać i nie potrafiłam przyjąć do wiadomości tego, że kiedyś w moim życiu może pojawić się jakiś inny facet i "zająć miejsce" byłego.
Jednak te półtora roku temu stwierdziłam, że przeszłam swoje i jestem gotowa na nowe znajomości. Niezbyt lubię chodzić do klubów, barów, na imprezy itp, więc mój wybór padł na internet.
Gdyby poszło łatwo, prosto i przyjemnie nie pisałabym teraz tego.

1. Zalogowałam się na czat, weszłam na pokój adekwatny do mojego miejsca zamieszkania. Nie miałam żadnego "odważnego" nicku, tylko taki zawierający moje imię i wiek. Jak byk wpisałam, że mam 21 lat. Nie przeszkadzało to panom po 40-stce czy 50-tce do mnie pisać. I nie, nie pisali o pogodzie, ale to w następnym punkcie.

2. Proponowanie seksu
Wiedziałam, że takie "oferty nie do odrzucenia" się trafią, ale nie wiedziałam, że będzie ich aż tyle. 1000zł za noc? Masz na sprzedaż majteczki? A może rajstopy?
Najlepsze jest w tym to, że jak odmawiałam to byłam wyzywana od dz*wek, k*rew i innych "lekkich" pań. No tak, to logiczne - skoro dziewczyna odmawia seksu, to takie określenie na pewno do niej pasuje.

3. Pisałam dłuższy czas z jednym chłopakiem, wymienialiśmy także SMS-y, bo wiadomo, że to łatwiej, niż złapać się na czacie. Pewnego dnia postanowiliśmy się spotkać. Na początku było miło, ale gdy poszliśmy na kawę zaczął sunąć swoją ręką powyżej mojego kolana. Zwróciłam mu uwagę trzy razy. Za czwartym wyszłam bez słowa. Napisał do mnie SMS-a z pretensjami, że go olałam. Ciekawe czemu, nie?

Mam więcej takich historii związanych ze znajomościami zawartymi przez internet, więc w kolejnej "części" mogę je opisać :)

internet

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (113)
poczekalnia

#83813

~abd ·
| było | Do ulubionych
Strzelanie petardami dla uczczenia jakiegoś wydarzenia jest praktyką ogólnoświatową, sięgającą czasów starożytnych. Dopiero kilka lat temu pojawiły się osoby, którym nagle zaczęło to przeszkadzać i próbują różnymi sposobami wymusić na innych, by strzelania na sylwestra zaprzestali.

Od kiedy nie jestem dzieckiem, strzelanie mnie nie kręciło, zawsze wychodziłem popatrzeć, ale sam nie strzelałem. Jednak w tym roku będzie inaczej. Zakupiłem już fajerwerki za około 500 zł i będę strzelał właśnie dlatego, że pojawili się ludzie, którzy chcą mi tego zabronić.

Na hasło "uga buga, tyle piniondzów w powietrze wyszczelyć!" odpowiadam: To moje pieniądze i wydam je na co zechcę, a ty pilnuj swojego nosa. Może gdybyś pilnował swoich pieniędzy, zamiast cudzych, to stać by cię było żeby "puścić z dymem" pół tysiąca.

Dodatkową radość z hucznego powitania nowego roku sprawi mi świadomość, jaki ból pewnej części ciała to wywołuje u ludzi, którzy chcieliby wszystkim wszystkiego zabraniać i kontrolować każdy aspekt życia innych.

Nie ma to zgody i nigdy nie będzie.

sylwester petardy fajerwerki

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (230)
poczekalnia
Koleżanka poprosiła mnie (wybłagała), żebym poszła na przedstawienie bożonarodzeniowe w przedszkolu jej córeczki, bo ona nie może niestety. Z Małą mam dobry kontakt, sytuacja przyjęta całkiem dobrze. A zatem pięciolatka ma zakodowane, że będzie ciocia. Uprzedzając pytanie: tak, jej mama naprawdę nie mogła przyjść, ale jest wspaniałym rodzicem i naprawdę super wytłumaczyła córce, że te jasełka to nie koniec świata ;)

Przedstawienie trwa w najlepsze, ale mniej więcej po 20-stu minutach następuje coś, co zaskoczyło wszystkich: dzieci ustawiają się na środku sceny i zaczynają śpiewać kolędę "Jezus malusieńki". Sytuacja dziwna, bo zupełnie odbiega od całości przedstawienia, ale widać, że było to zamierzone.

I tak śpiewają i śpiewają, przygrywa im pani na pianinie, kiedy nagle dzieci zaczynają płakać. Jeden za drugim, niczym domino, przestają śpiewać, po czym kilkoro zaczyna biec do swoich rodziców na widownię. "Moja" dodatkowo w emocjach zapomniała, że nie ma jej mamy i nie poznała mnie, mimo że do niej wołałam, żeby przytulić.

Przedstawienie przerwano zupełnie.

Małe wyjaśnienie, bo może niektórzy nie wiedzą: "Jezus malusieńki" to kolęda wyjątkowo "smutna" w molowej tonacji i wolnym tempem oraz z przykrym tekstem, który może wywołać współczucie u dzieci.

Sytuacja nie dzieje się w Polsce (nie mieszkam w Polsce), ale przedszkole jest polskie i nauczycielka, chcąc dać dzieciom kawałek tradycji, uparła się na tę właśnie kolędę. Na próbach dzieci nie płakały, bo ten fragment był podobno często pomijany, na zasadzie "i tutaj teraz będziemy śpiewać "Jezus malusieńki", a teraz ćwiczymy swoje role.

Pani wychowawczyni stanęła murem w obronie swojego scenariusza zarzucając dzieciom "zbytnią wrażliwość" (!). Dzieci były w wieku od czterech do sześciu lat.

Uważam osobiście, że wywoływanie uczucia empatii u dzieci jest jak najbardziej potrzebne, nie mniej jednak tekst wychowawczyni do nas rodziców: "gówniarze niech przestaną beczeć i wracają na scenę bo popsują mi przedstawienie" był jak najbardziej piekielny. Na szczęście interweniowała dyrekcja placówki.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (127)
poczekalnia

#83811

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia ode mnie ze wsi, chociaż średnio tu pasująca. Chyba, że za piekielne uznamy roztargnienie głównego bohatera lub Jego zamiłowanie do Mody na Sukces... Dla ścisłości, było to co najmniej 7-8 lat temu.

Moja wieś jest w typie galicyjskim, zunifikowanym. Czyli małe gospodarstwa, cienkie długie pola, a na dodatek od wyludnienia ratują nas ludzie przeprowadzający się z miasta i szukający spokoju. (kiedyś o nich pisałem, ale to gdzie indziej)

Jak to na małych wsiach na wschodzie wciąż mamy zamiłowanie do starych ciągników i improwizowanych wynalazków, takich jak sprężarka do pompowania kół z lodówki. I to właśnie w takim spotkaniu Ursusa C-330 z Sprężarką... Wygrała Lodówka...

Zaczęło się niewinnie. Właściciel ciągnika chciał dopompować koła, więc podpiął sprężarkę i pompował. Lodówka nie ma jakiejś specjalnej wydajności, ale ciśnienie daje konkretne. Więc nasz Bohater poszedł "Na Chwilę" do domu. W między czasie odpalił TV i prawdopodobnie przy wspomnianym serialu zapomniał o Bożym Świecie... Po pewnym czasie jednak sobie przypomniał, wyszedł na podwórko i zamarł. Ciągnik już leżał na boku bez tylnej ćwiartki w kałuży krw... Oleju. Sprężarka nadal niewzruszona tłoczyła zabójcze powietrze...

Ciśnienie zamiast zerwać wężyk z wentyla, rozerwało dętkę. Dalej poszło w felgę, zdematerializowało zwolnice, uszkodziło tylny most, a nawet przekładnie główną. Spodziewał bym się raczej, że pójdzie w oponę, ale to tylko dla ciągnika "Bezpieczniejsze".
Schemat na zobrazowanie: http://www.retrotraktor.pl/artykuly/c328/1.jpg
18 Koła
Z25 i Z26 Koła zębate zwolnicy, w obrysie kół.
16 i 17 Dyferencjał i półosie, czyli tylny most.
Od 6 do 16 Przekładnia główna, większość rysunku.

Wracając do historii, na szczęście nikogo tam wtedy nie było. Nie chciał bym oberwać w zęby czy to kawałkiem felgi, czy częścią z ciągnika. Nawet jakbym oberwał kawałkiem opony ciężko bym miał się podrapać po łysinie czy poczuć wiatr we włosach. Zastanawiam się czemu nie usłyszał huku. Przecież to musiało konkretnie j3bnąć...

Wieś

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (106)
poczekalnia

#83805

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O rowerzystach jadących przez krzyżówkę na czerwonym już pisałem. Jednak to co się wydarzyło dzisiaj (tj. 23.12.2018) wieczorem to już przechodzi totalnie pojęcie.

Jadę sobie samochodem jednopasmową ulicą. Ruch jak to w niedzielę wieczorem niewielki. Dojeżdżam do jednej z głównych dwupasmówek w moim mieście i zatrzymuję się bo czerwone na sygnalizatorze. Z naprzeciwka również stoi samochód tak jak ja. Gdy zmienia się światło na zielone ruszam sobie spokojnie gdy nagle z mojej prawej przecina mi drogę czerwony pojazd starszego typu (marki nie jestem w stanie określić) i to na palącym się już jakiś czas czerwony,. Szczęście, że ja byłem jeszcze na wysokości pasa gdzie z mojej lewej nadjeżdżały auta a ten z naprzeciwka miał zielone opóźnione o 2 sekundy w porównaniu do mnie bo byłby dzwon jak nic (często tam jeżdżę więc znam układ świateł bardzo dobrze).

kierowcy

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 12 (54)