Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#87137

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Myślałem, że niewiele może mnie zadziwić - myliłem się.

W weekend włamano się do kiosku w okolicy.
Wczoraj - poniedziałek - kiosk był przez cały dzień czynny.
Dziś rano widziałem, jak technik policyjny zbiera odciski palców Z DRZWI.

Zrozumiałbym, jakby zbierał je z szuflady kasowej, albo z szuflad dostępnych tylko dla sprzedawców.

Ale na Boginię? Z drzwi? Po tym, jak w poniedziałek pewnie z 500 osób weszło i wyszło?

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (72)
poczekalnia

#87134

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pochodzę z niewielkiej miejscowości, gdzie uczęszczałam do liceum. Szkoła jak to typowa szkoła w małym mieście, niby najlepsza w okolicy, ale wynik liczony na dwóch placówkach więc nie ma czym się chwalić.

Gdy byłam na początku swojej licealnej przygody wymyśliłam sobie dodatkowe lekcje rysunku i malarstwa. Zawsze lubiłam to robić, rodzice nie protestowali, nawet przeciwnie, chwalili wybór i wspierali. Po pewnym czasie stwierdziłam, że może jednak w życiu mogłabym robić coś z tą sztuką. Wybrałam kierunek studiów, stwierdziłam, że pójdę do Akademii Sztuk Pięknych. Jeździłam na dodatkowe, dodatkowo płatne zajęcia, po lekcjach, aby przygotować prace do teczki. Maturę musiałam zdać, nie ważny był wynik, tylko miałam mieć ją zdaną. Przy rekrutacji na studia liczyła się teczka z pracami i wiedza o sztuce. Wiadomo, nie olewałam szkoły, ale jednak nie mogła mi zapewnić odpowiedniego przygotowania na moje studia.

Szkołę skończyłam, na studia się dostałam, jedne, drugie, znalazłam pracę w znanej firmie medialnej. Mam zapisane na portalu społecznościowym gdzie pracuję.

A teraz, w końcu, piekielna sytuacja.

Ostatnio napisał do mnie nauczyciel języka polskiego ze starego liceum. Zaprosił mnie na jedne zajęcia, abym opowiedziała licealnej młodzieży (profil humanistyczny) czym się zajmuję, jakie studia skończyłam i jak bardzo pomogła mi w osiągnięciu tego szkoła.

Zrezygnowałam. Wątpię, aby i nauczyciel i dyrekcja byli zadowoleni, gdybym na spotkaniu powiedziała, że do wszystkiego doszłam sama, jeżdżąc na zajęcia po lekcjach, gdy szkoła nie przyłożyła nawet palca do moich osiągnięć.

Wiem, że nie do wszystkich studiów może przygotować liceum ogólnokształcące. Dlatego właśnie na własną rękę uczyłam się rysunku i czytałam o sztuce. Jednak nie rozumiem chwalenia się absolwentami, jakby to była zasługa liceum, że osiągnęli to, co osiągnęli.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (76)
poczekalnia

#87133

~soczystymelon ·
| było | Do ulubionych
Mam do opisania dwie historie, jedną sprzed kilku lat, w której również ja byłam piekielna i drugą sprzed kilku dni. Historie poniekąd łączą się ze sobą.
Za czasów studenckich często bywałam w pewnym sklepie z odzieżą używaną, głównie gdy raz na kilka tygodni robili wyprzedaż i wszystko kosztowało 1zł. Dla ubogiej studentki nie lada gratka ;)
W sklepie obsługiwała okropna, stara baba, potwornie niemiła i opryskliwa, a jej koleżanki robiły tam za dekoracje, przesiadywały całe dnie, zagadywały klientów i wygłaszały niemiłe komentarze. Na wyprzedaż przyhodzili różni ludzie, pewnie nie zaskoczę Was mówiąc, że wielu z nich wyglądało bardzo ubogo.
Tego dnia grzebałam sobie w ciuszkach i zauważyłam pana... wróć, poczułam pana... Pana, który wionął strzasznie alkoholem. Wyglądał jednak na czystego, zachowywał się spokojnie, jak wszyscy inni przeglądał ciuchy na wieszakach. Ekspedientka patrzyła na niego czujnie, kilka razy upomniała, aby nie grzebał AŻ TAK w rzeczach. Pan wyraźnie nie rozumiał w czym problem, ale nie wdawał się w dyskusję. Wybrałam swoje szmatki i stanęłam w kolejce akurat za tym panem. Kasjerka wyjątkowo długo obsługiwała jakąś swoją znajomą stojącą bezpośrednio przed nim, plotkowała z nią bez pośpiechu przeliczając ciuchy. Według mnie przeciągała to w nieskończność chcąc pokazać panu swoje lekceważenie. Gdy nadeszła jego kolej z drugiej strony kasy podeszła inna koleżanka pracownicy i pani z miłą chęcią obsłużyła ją poza kolejką znów wdając się w plotki. Pan milczał. Gdy kobieta zapłaciła nadal wesoło trajkotały, a ekspedientka wręcz ostatentacyjnie odwróciła się plecami za pana pijaka. Pan zapytał więc spokojnie:

- Przepraszam, obsłuży mnie pani?
- A co? - odpowiedziała kasjerka ze zniesmaczoną miną
- Chciałbym zapłacić i wyjść
- Taaa, zapłacić, ciekawe z czego.
- Słucham?
- Przyszedł się tu awanturować?
- O co pani chodzi? Pytam spokojnie
- Będę chciała to obsłużę!

Pan zrezygnowany odłożył rzeczy na ladę i wyszedł. Panie oczywiście trajkotały dalej, głośno wzdychając:

- I popatrz Bożenko, przyjdzie taki menel i mi się awanturuje!

Nie powiedziałam ani słowa... I w tym moja piekielność. Że zabrakło mi języka w gębie aby wszystkie te jędze sprowadzić do pionu.

Teraz świeża historia. Mimo, że portfel już od lat na szczęście nie jest na przymusowej diecie, nadal lubię pochodzić czasem po second handach.
Kilka dni temu byłam w takim właśnie sklepie. Sklep ma system sprzedaży, którego sama do końca nie ogarniam, ten wieszak -20%, jeansy po 5zł, rzeczy wycenione -30%, rzeczy letnie 10zł i jeszcze nie wiadomo co, a do tego przy kasie często okazuje się, że ktoś coś przewiesił i sukienka wcale nie jest przeceniona i tym podobne historie.
Tamtego dnia zauważyłam sklepie babuleńkę, mała, zgarbiona, skromnie, ale ładnie i czysto ubrana. Taka babinka, która od razu ma się ochotę wziąć pod rękę i przeprowadzić na drugą stronę ulicy. Babinka nieśmiało rozglądała się po sklepie, delikatnie przeglądała rzeczy. Capnęła jakąś sukienkę, podeszła do kasy i spytała kasjerki:

- Przepraszam, niech mi pani powie, ile ta sukienka kosztuje.
- Tam ma pani cennik - odpowiedziała opryskliwie nadąsana panienka
Tak, ten sam cennik, o którym pisałam wyżej, którego sama nie ogarniam.
- Aha, czyli to będzie sukienka letnia?

Panna wzdycha:

- Nie, to nie jest sukienka letnia!
- A to w takim razie ile kosztuje, bo nie widzę metki z ceną?
- Tam ma pani cennik?
- Ojej, a jakby mi pani powiedziała, bo naprawdę nie widzę...
- A co się pani tak dopytuje, i tak pani nie stać!

Przysłuchiwałam się tej rozmowie i czekałam właśnie na taki moment absolutnej bezczelności, aby się wtrącić. Nie będę przytaczać tu całego monologu, którym zmyłam panience łeb, bo to trochę jak lajkowanie własnych postów na facebooku, ale zmyłam jej solidnie łeb. Obiecałam złożyć skargę do jej szefa. Panienka cały czas tylko głupio się uśmiechała i przewracała oczami. Po buraku jaki pojawił sie jednak na jej twarzy wiem, że poszło jej w pięty.
Z właścicielem sklepu faktycznie rozmawiałam przez telefon. Nie wiem, czy wyciągnie konsekwencje, wyraził ubolewanie i tak dalej, ale kto to wie.
Wyszłam ze sklepu razem z babinką i pokazałam jej inny szmateks w pobliżu, a także dałam swój numer telefonu, w razie gdyby chciała się wybrać na wspólne poszukiwanie perełek. Pani była bardzo zakłopotana sytuacją, jeszcze dobrych kilka minut przeżywała, że narobiła kłopotu, ale ostatecznie chyba udało mi się ją przekonać, że kto tak traktuje klienta, starszą osobą czy w ogóle drugiego człowieka na kłopoty zasługuje.
Mam nadzieję, że aktem pomocy starszej pani trochę odkupiłam swoją winę wobec pana, w którego obronie z tchórzostwa nie stanęłam.

sklepy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (106)
poczekalnia

#87132

~Podroznikowo ·
| było | Do ulubionych
Jeszcze jak nie było Schengen w zasadzie każdy miał jakąś ciekawą historię z "przeprawy". A dziś? Posłuchajcie mojej historii, lub przewińcie mniej więcej połowę, jeśli narysowany kontekst Was mało obchodzi:

Dopóki w podstawówce po którejś lekcji rosyjskiego nie pojąłem, dlaczego na samochód Kama-3 mówią Kamaz byłem szczęśliwym dzieckiem. Później uświadomiłem sobie, że nie wszyscy na świecie mówią po polsku i można podróżować z biznesmenami jako tłumacz.

Jest 1996 rok, piękne Kazachskie lato, 1 drzewo dające trochę cienia na lotnisku w Aktiubińsku, cudowne linie lotnicze, co mają wybór w menu obiadowym (tak lub nie) przyziemiły za drugim razem, bo za pierwszym pas się zaczął i pas się skończył - no nie trafili w lotnisko. Wysiadamy ekipą z mojej firmy - bagaże ktoś ładuje na starego Kamaza, ja nie rozumiem co pilot mówi (a właściwie bełkocze, ale to na pewno był ten inny pilot, co przyziemiał, bankowo, na pewno) do obsługi naziemnej a terminal jest daleko i taki malutki.

Po dojściu do drzwi (nie nie było bocznego wiatru, nie było żadnego wiatru, spociłem się jak świnia w 50 stopniowym stepowym upale i wówczas dotarło do mnie, że jednak mógł pilotować ten pilot, którego słyszałem), podczas przechodzenia miliona różnych kontroli (nie, nie byłem zdziwiony - wylatywałem z Moskwy) następuje taki dialog:

- Panie Sebastianie, ten Paszport jest nieważny od 1975 roku.

(Tutaj powinni się wszyscy domyśleć, dlaczego paszport jest nieważny od daty mojego urodzenia... przyjechał innostraniec, to można by go poskubać, ale postanowiłem spróbować pewnej sztuczki)
- Ma Pan rację!
(Gość zrobił takie oczy, jak 5 kopiejek pod mikroskopem)
- W nowych wzorach starych Paszportów RP tutaj była data ważności, ale w starych wzorach nowych Paszportów RP tutaj jest data urodzenia, a data ważności jest w miejscu Urzędu, który wystawił Paszport, czyli jest ważny jeszcze 6 lat. Ale gratuluję: dobrze Pan pamięta!

Oddał mi ten paszport i puścił mnie dalej. Z jednej strony zadowolony, że miał rację a z drugiej strony miał coś w rodzaju połamania mózgu od tego tłumaczenia. Mam wrażenie, że jest już na emeryturze i ciągle się zastanawia, dlaczego w zasadzie to tłumaczenie mu pasowało.

Nie wiem tylko, kto tu jest piekielny, pilot, linie lotnicze, pracownik służby granicznej, czy może ja?

linie lotnicze lotnisko granica przejście graniczne

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (75)
poczekalnia

#87131

~KierowcaWPR ·
| było | Do ulubionych
Fakt, że jednoczesne myślenie i pedałowanie rowerzystom często nie wychodzi, wiemy już wszyscy. To, że mając czerwone światło przejeżdżają przez pasy (a tam, zdążę...), zamiast na zielonym rower prowadzić - też. Czasem się złoszczę, że jest ścieżka a jeden z drugim jadą sobie rowerkiem po szosie ze słuchawkami w uszach - taki niby jogging. Inną sprawą jest Targ, który raz w tygodniu ściąga starsze pokolenie ze skrzypiącym Wigry 3, które jeździ jak jeździ, ale przynajmniej za dnia.
Jadę sobie ze sklepu, jezdnia w mieście, wyjątkowo zacienione rozłożystymi kasztanami i słabo oświetlona, przez to między innymi wybudowali ścieżkę. Wiele ludzi korzysta i fajnie.
Niestety nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jaki pustostan intelektualny jest w głowie człowieka, który jechał na rowerze z naprzeciwka. Nie po ścieżce, tylko po ulicy, na ciemno ubrany, bez świateł ani odblasków. Ja go zobaczyłem dopiero jak się z nim mijałem. Zdążyłem tylko zauważyć, że był to facet i łysy, więc nie jakiś bez doświadczenia nastolatek. Jeśli jeszcze żyje - pozdrawiam, jeśli jest inaczej - wyrazy współczucia bliskim. Widocznie za późno opublikowano ten post.

szosa

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (44)
poczekalnia

#87130

(PW) ·
| było | Do ulubionych
4 miesiące temu założyłam konto na znanej stronie na N z filmami. 3 miesiące oglądałam filmy i seriale bez żadnych przeszkód, pieniądze były co miesiąc pobierane z karty podpiętej do konta, aż tu nagle przychodzi rachunek za abonament od mojego operatora. Około 150 zł większy niż zazwyczaj. Dzwonię więc na infolinię z zapytaniem o co chodzi. Przemiła Pani poinformowała mnie, że 4 miesiące temu została aktywowana usługa N i przyszedł czas zapłaty. Pytam więc "Jak to? Środki regularnie były pobierane z mojej karty". No cóż, Pani nie wie jak ale zapłacić trzeba. Poprosiłam więc, żeby usługę wyłączyła ponieważ owszem mam konto w aplikacji N ale płacę za nie samodzielnie (Konto nie było zakładane pod moim numerem telefonu, tylko pod numerem narzeczonego, który z kolei ma numer u innego operatora i tam wszystko jest ok. Ja jedynie mam pobraną aplikację na swoim telefonie i na swoim telefonie oglądam filmy. Mamy wspólne konto). Dzwonię więc na infolinię strony z filmami.
Podaję numer telefonu, na który konto zostało zarejestrowane. Według Pani na infolinii wszystko jest uregulowane i w jak najlepszym porządku. Postanowiłam zapytać o mój numer telefonu, na który dostałam rachunek. Konta z takim numerem nie ma. To już coś. Pomyślałam, że to wina operatora. W końcu wzywają do zapłaty za coś, co już dawno zostało opłacone. Postawiłam więc złożyć reklamację. Po około 2 tygodniach okazało się, że mój wniosek został odrzucony bo przecież MAM AKTYWOWANĄ USŁUGĘ N NA TYM NUMERZE TELEFONU. Dzwonię jeszcze raz do operatora. Tutaj dowiaduję się jednak, że takiej usługi wyłączyć nie można [???] (chociaż 2 tygodnie temu jakimś cudem jeszcze się podobno dało to zrobić). No cóż, muszę chyba pożegnać się na jakiś czas z oglądaniem filmów i seriali. Nie będę w końcu płacić podwójnie. Może miał ktoś podobną sytuację?

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (30)
poczekalnia

#87128

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Żebyście nie myśleli, że przy COVIDzie tylko polska służba zdrowia wywala się na pysk - rzecz dzieje się w Londynie.

Znajomy kupił sobie na ebayu magiczny przyrząd do czyszczenia uszu. Magiczny przyrząd działał tak super, że woskowinę wepchnął głębiej czopując ucho dokumentnie. Po opierdzielu od żony i córki znajomy wyrzucił przyrząd do śmieci, a potem zadzwonił do przychodni w celu umówienia wizyty na odetkanie ucha. O dziwo wizyta umówiona na następny dzień na 8 rano.

Punkt ósma stawił się w przychodni. Rejestratorka wysłała go pod gabinet zabiegowy i kazała czekać.

O godzinie 10 rejestratorka przyszła i przeprosiła, że pielęgniarki jeszcze nie ma. Kazała czekać dalej.

O godzinie 12 okazało się, że pielęgniarki jednak dzisiaj nie będzie. Lekarz daje jedynie konsultacje telefoniczne. Proszę iść prywatnie.

Prywatnie za ładnych kilka funtów zarówno lekarz i pielęgniarka (już inni i gdzie indziej) byli i ucho odetkali.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (54)
poczekalnia

#87127

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Chyba zacznę brać pieniądze za pokazywanie studentom, jak nie dać się zrobić na szaro i orżnąć na kasę uczelniom, bo popyt coś przyjemnie rośnie.

Odezwała się do mnie siostrzenica, która trafiła na covidowo-personalny problem z zaliczeniem zajęć na uczelni, bo skoro ostatnio walczę z deformacjami systemu nauczania na podyplomówce, to może pokażę jej światełko w tunelu?

Dziewczynie przesunęli m.in. wszystkie laboratoria na wrzesień, bo przez internet się ich nie zrobi, więc teraz trwa "odrabianie zajęć po polskiemu", czyli - jak mówi młoda - burdel na kółkach i pożar w burdelu w jednym. Ktoś, kto projektował nadrabianie tych laborek musiał mieć mocno nasrane pod deklem, bo dla jednego przedmiotu zaplanował akcję "od wtorku do piątku po 7 godzin dziennie", żeby nadgonić do wymaganych 40 w semestrze, bo w papierach ma się zgadzać, co z tego, że tak skutecznie uczyć się i uczyć innych po prostu się nie da.

Ja też miałam te zajęcia na studiach i już wtedy mówiliśmy na nie "droga krzyżowa", bo zanim się zaliczyło, parę razy trzeba było upaść, rozedrzeć szaty i umrzeć ze zgryzoty - mając cały semestr na opanowanie materiału. Podobno od początku istnienia warunków na wydziale przynajmniej 40% każdego roku powtarzało ten przedmiot. Siostrzenica twierdzi, że u niej wygląda to identycznie, pomijając patologie postlockdownowe, a właśnie o nie cała sprawa wzięła i się złośliwie wywaliła.

Zaliczenie laborek u siostrzenicy miało wyglądać tak, że studenci w piątek o - dajmy na to - 18 kończą zajęcia, mają godzinę na uzupełnienie, wydrukowanie i przyniesienie sprawozdań dziennych i semestralnych, a o 19 zaczyna się kolokwium, w poniedziałek wieczorem są wyniki i we wtorek rano egzamin. Generalnie, żeby się w tym roku wyrobić z zaliczeniem, wszyscy musieliby przyjść w piątek z gotowymi sprawozdaniami z jeszcze niedobytych zajęć i już wykuci z tych zajęć do kolokwium, które będą pisać po całym dniu obciążającej pracy. No powodzenia.

Studenci zwrócili uwagę prowadzącej na samym początku (czyli we wtorek rano), że to, co im przedstawia jako rozwiązanie sprawy weryfikacji efektów ich pracy, to się kupy dupy nie trzyma i co to ma być. Siostrzenica mówi, że prowadząca tylko się na nich wydarła, że ona miała inne plany na wrzesień niż siedzenie cały czas na wydziale, że tak ma być, bo nikt nie będzie się z nimi bawić do października i i tak mają szczęście, bo w normalnym trybie zaliczaliby każde sprawozdanie oddzielnie co tydzień i studenci mogliby WRESZCIE wykazać się odrobiną zrozumienia, że uczelnia naprawdę idzie im na rękę, że mają wszystko skumulowane w jednym miejscu i czasie, a nie jedno spotkanie o 6 i drugie o 20.

Siostrzenica po pierwszym wywrzeszczanym zdaniu zorientowała się, że pola do dyskusji za bardzo z panią doktor nie ma, więc z kolegami poszła do kierownika przedmiotu, który ich wysłał na bambus, a konkretnie do prodziekana ds. dydaktycznych, który jest na urlopie do końca miesiąca, bo może. Prowadząca następnego dnia obsobaczyła ich jak parszywe psy w cygańskim taborze, bo jak to tak, skarżyć się na nią, że podnosi głos i jest niemiła. W tym momencie siostrzenica zadzwoniła do mnie, czy znam jakiś myk, żeby całą tę sytuację ucywilizować. Podumałam, zapytałam, ile kosztuje powtarzanie tego przedmiotu - BARDZO dużo - zapytałam, czy są jakiekolwiek szanse na dojście do porozumienia - NIE MA - poczytałam sylabusy, komunikaty, regulaminy, doradziłam, co wykombinowałam, powiedziałam, żeby szukali kompromisu, a jeśli do piątku nie znajdą, to mają wszyscy trzymać wspólny front i kazałam za wszelką cenę nie tracić nerwów.

W piątek kuzynka z kolegami zajęcia zaczęli od wyciągnięcia telefonów, powiadomienia pani doktor, że nagrywają rozmowę z nią, po jej proteście, że nie wyraża zgody odparli, że skoro za organizację tych laborek płaci podatnik, czyli oni i przedmiot jest kursowy, nie autorski, jest sytuacja konfliktowa i łamie się ich prawa jako studentów, to mają święte prawo, przeszli błyskawicznie do tego, czy podtrzymuje warunki zaliczenia, o których już powiedzieli jej, że są sprzeczne z sylabusem przedmiotu i regulaminem studiów. Na pytanie "jak państwo to sobie inaczej wyobrażają" grupa odpowiedziała, że to nie im płacą za organizowanie zajęć i uczelnia miała czas od marca, żeby to wymyślić, oni do czegoś takiego nie podejdą, bo to jawne działanie wbrew ich prawu do nauki i zdobywania zaliczeń. Po kilku minutach rozmowy telefonicznej prowadzącej z bliżej niezidentyfikowanym kimś pojawił się temat zarządzeń, które zmieniały sposoby organizacji zajęć i zaliczeń na całej uczelni, więc jest legalnie. To grupa zbiła ripostą, że w zarządzeniu mowa o "dostosowaniu do możliwości organizacyjnych jednostki" i "współpracy z przedstawicielami samorządu studentów", a w regulaminie studiów, który nie został uchylony jest wyraźnie napisane, że kalendarz zaliczeń i egzaminów musi być zaaprobowany przez studentów, więc oni jako grupa chcą zobaczyć harmonogram wydziałowy z pozytywną opinią wydziałowej rady SS, bo bez tego próba przeprowadzenia zaliczenia o 19 po całym dniu tych zajęć łamie regulamin studiów, prowadząca, namawiając ich do podejścia do niego, nakłania ich do ignorowania łamania ich praw, a na koniec moja siostrzenica dowaliła "i mamy to WIELOKROTNIE nagrane na żywo".

Ponoć pani doktor zrobiła się fioletowa na twarzy, wyszła i nie wróciła, więc grupa zrobiła listę obecności, zostawili ją na biurku, zrobili zdjęcia, że zostawili, drugą listę, wraz z dopiskiem, że całe zajście miało miejsce zostawili za potwierdzeniem w sekretariacie zakładu, który laborki prowadzi i poszli robić sobie weekend.

Dzisiaj rano moją siostrzenicę i jej kolegów wezwano w trybie pilnym na wydział. Siostrzenica odparła, że dzisiaj, zgodnie z grafikiem, nie ma nic do roboty w budynku uczelni, więc jeśli uczelnia czegoś od niej chce innego niż zajęcia i zaliczenia, to ona będzie dostępna w czwartek do południa, ewentualnie może przyjść jutro na 15 minut przed egzaminem. Koledzy odpowiedzieli podobnie. Podobno kobietę w słuchawce zatkało ze zdumienia.

Niecierpliwie czekam na czwartek.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (118)
poczekalnia

#87126

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak pisała Jass o kurierach. Kolega pracował w oddziale Dużej przez duże D firmy ogólnopolskiej. I codziennie mieli wysyłać umowy i inne dokumenty do centrali. Zatwierdzono, że kurier jest po odbiór codziennie 13.30 do 14.30, przy biurze czynnym do 15stej. I tak nigdy nie było go na czas. Zawsze po 15stej. Owszem jedna z dziewczyn czekała i przekazywała dokumenty, ale ile można czekać.Skargi szły, ale grochem o ścianę. Aż się zaczęło. Jedna z dziewczyn jako matka karmiącą wychodzi wcześniej, a druga musiała wychodzić o 15stej bo dziecko z przedszkola odbierała. I tak przez 3 dni z rzędu nie poszły umowy. Centrala wqr bo umowy te nie wchodzą w życie i straty. A oddział kryty bo co on zrobi, że kurier ma gdzieś dojazd. Decyzja szybka centrali. Zmiana operatora. A teraz najlepsze może oddział wysyłał niedużo to w skali kraju słali około 10k przesyłek na dzień.
A na koniec wyjaśnię czemu kurier tak późno zjeżdżał do oddziału. Bo kawałek dalej miał bazę i zostawiał sobie odbiór na koniec i fajrant.

Kurier

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (52)
poczekalnia

#87125

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W nawiązaniu do historii 87117.

Też byłem tak zwanym bolcem na boku. Spotykałem się z mężatką, 10 lat starszą. Nie łączyło nas żadne uczucie i nie mieliśmy zbyt wiele tematów do rozmów (bardziej ze względu na różnicę poziomów niż różnicę wieku), więc był tylko seks.

Spotykaliśmy się albo u niej, gdy mąż był w pracy (ona nie pracowała, bo utrzymywał ją mąż, a ja byłem studentem wtedy), albo w samochodzie, albo gdzieś w plenerze jak było ciepło.

Trwało to 2 lata, potem skończyłem studia, zacząłem pracę i nie miałem już za bardzo czasu, a i pożądanie z obu stron przez ten czas zmalało. Zakończyliśmy naszą relację w zgodzie.

Po mnie, jak się dowiedziałem, znalazła nowego kochanka, ale on widocznie nie był tak przezorny i zapobiegliwy jak ja, bo mąż bardzo szybko się o nich dowiedział. Była wielka drama, walka w sądzie i w końcu rozwód. Nie zostałem wezwany na świadka, więc widocznie nikomu o mnie nie powiedziała.

Było to 10 lat temu. Teraz trochę tego żałuję, bo mimo że nikt się nie dowiedział to wiem, że wyrządziłem temu facetowi krzywdę. Mam nadzieję, że po rozwodzie zaczął nowe życie i jest szczęśliwy.

związki kobiety

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (107)