Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85113

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jeszcze się we mnie gotuje.

Mam w domu czworo małych dzieci (najmłodsza 11 miesięcy), więc niezły sajgon. Mam świadomość jak uciążliwa taka gromada bywa dla otoczenia, dlatego maksymalnie dużo spraw staram się załatwiać przez internet, w tym zakupy.

Jako że jestem na końcówce ciąży, zamarzyło mi się przeorganizować jeden pokój dziecięcy. Ot, taka fanaberia. Nic wielkiego, ale potrzebowałam dodatkowych półek do mebli modułowych z IKEI. Od niedawna uruchomili również sprzedaż przez internet, postanowiłam z tego skorzystać i nie tracić czasu. Zamówienie w sumie około 150 złotych, dostawa w Warszawie koło 80. Trochę boli, ale dobra. Czas to też pieniądz, a mi się wybitnie nie chce jechać po te parę półek. Niech będzie.

Sam proces zamawiania super, dostawałam maile na każdym etapie realizacji. Dostawa dziś między 8 a 12. Pech chciał, że akurat najmłodsza ma jakieś gorsze chwile. Może jej zęby idą czy coś, ale przed południem zaliczyła dwie drzemki, gdzie zwykle ma w ciągu całego dnia tylko jedną. Wyłączyłam dźwięk w telefonie, żeby nie obudzić wyjca i spokojnie nasłuchuję domofonu.

Godzina 12:15 nikogo nie ma. Dobra, może złapali opóźnienie. Spoko, mam czas, ale zadzwonię i dopytam.

Dodzwaniam się na infolinię, zaczynam rozmowę. Wyjec się obudził, więc słyszę jakąś połowę. Pan mnie radośnie informuje, że ponieważ nie odebrałam telefonu, to oni w ogóle zrezygnowali z dostawy.

W tym miejscu zaliczyłam mały restart systemu. Tłumaczę człowiekowi, że zamawiałam dostawę, a nie telefon i w żadnej wiadomości mailowej nie dostałam informacji, że odebranie telefonu jest warunkiem realizacji dostawy. No kurcze, zamawiam z netu na okrągło, włącznie ze spożywką z frisco i Tesco. Nawet jak czasem jakiś kurier dzwoni potwierdzić, to nigdy mi się nie zdarzyło, żeby nieodebrane połączenie potraktował jako rezygnację czy coś.

Pan mi mówi, że nic nie słyszy. Mówię mu już mocno wkurzona, że nie dziwne, bo dziecko płacze i właśnie dlatego nie miałam jak odebrać telefonu. Pan mówi, że może jutro mi dostarczą. Pytam, czy to żart? Miało być dziś, nie wywiązali się, niech przyjadą dziś. Może być później, ale dziś. Nie da się.

Cóż, w taką zabawę w kotka i myszkę to ja nie mam czasu. Mówię, że rezygnuję w takim razie i chcę złożyć skargę. Pan mi mówi, że mogę sobie i do Szwecji pisać, oni mają takie procedury. Aha.

Żeby nie było, nie jest dla mnie problemem obsuwa w czasie. Nawet ten cholerny telefon bym odebrała, gdyby nie trwający w domu armagedon albo gdyby mnie poinformowali, że będą dzwonić potwierdzić. W życiu się nie spotkałam, żeby przy rezerwacji dostawy w konkretnym przedziale godzinowym nikt nawet nie spróbował się pofatygować tylko dlatego, że nie odebrałam telefonu.

No i teraz nie wiem czy zrezygnować z tych półek, tłuc się do tej cholernej Ikei czy zamówić nowe meble innej firmy, która ma bardziej ogarniętych dostawców...

PS. Zamówienie oczywiście opłacone z góry, bo tylko takie Ikea dostarcza.

Ikea

Skomentuj (62) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (81)
poczekalnia
Opowieści z pracy na recepcji - część czwarta i przedostatnia.

Trochę z innej strony o tym jacy wspaniali, pełni kultury i pomysłów są pracownicy korpo.

Jednego dnia, pod koniec zmiany (godzina 18, może 19) przychodzi do mnie pan, znany z widzenia, znajomy dobrego znajomego i oznajmia że ktoś mu ukradł portfel.
Oczywiście pełna seria pytań - gdzie, co, jak?
Okazało się, że pan wyszedł na lunch i portfel miał, jak wrócił portfela nie było, a miał tam wszystkie karty, dokumenty i też kartę do pracy. Grzecznie poprosił, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie wypadł mu portfel gdzieś w budynku i ktoś nie zabrał "bo u nas tyle Ukrainek pracuje jako sprzątaczki" (cytat).

Chłopaki z ochrony sprawdzili nagrania, w godzinach kiedy pan wyszedł na lunch w ogóle go nie znaleźli w podanym miejscu (podał złą godzinę), żadnego portfela nie widzieli, szefowa sprzątaczek przeprowadziła swoje śledztwo - portfela nie ma.

Następnego dnia pan się zgłosił po kartę jednodniową, poprosił jeszcze raz o przejrzenie nagrań, bo mu się przypomniało kiedy, o której i którędy łaził i sprawdził też czy nie zostawił portfela tam gdzie się w lunch zaopatrywał. Wynik poszukiwań - negatywny. Owszem pana na nagraniu znaleźliśmy, jednak nie widać nigdzie żeby gubił portfel.

Po południu widzę że pan się zbliża do recepcji więc informuję że niestety, ale nic nie znaleźliśmy, że portfel miał (bo wchodził do budynku na kartę w tymże portfelu) i na pewno mu nie wypadł.

Co się okazało?
Portfel się znalazł. Dzień wcześniej koleżanka z biurka obok - dorosła kobieta z dwójką dzieci, zabrała mu portfel z biurka gdy odszedł od stanowiska pracy i schowała do swojej szuflady. Dla żartu. Też dla żartu poszła sobie do domu i nikomu nie powiedziała o tym świetnym żarcie.

No beka w uj, nie?

Na koniec - nie robiliśmy śledztwa, czy ta pani chciała ukraść ten portfel a "żart" to była wymówka gdy zaczęło się robić zamieszanie, czy rzeczywiście to był żart. Na pewno wiem, że w efekcie gość musiał zablokować wszystkie karty i dokumenty i mam nadzieję, że to pomysłowa koleżanka pokryła wszystkie koszty odkręcania tego.

uslugi recepcja korporacje

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (87)
poczekalnia
Sąsiadka opisywana w historii #78723 i jej mąż są totalnymi burakami. Zamiast wdzięczności za okazaną przytomność umysłu (sytuacja, którą opiszę mogłaby się skończyć o wiele gorzej) dostałam jeszcze opier-papier, że "to pewnie moja robota".

Wczoraj, godzina 3:20. Z racji tego, iż moi rodzice są na agrowczasach w naszym wiejskim domu,a ja urzęduję sama w mieszkaniu, sumiennie to wykorzystuję oglądając rozmaite filmy na HBO i Cinemaxie - a najciekawsze lecą właśnie w nocy.

W przerwie kolejnego oglądanego filmu wyszłam do kuchni i odruchowo spojrzałam przez okno. Zobaczyłam gęsty dym unoszący się znad auta opisywanych sąsiadów i już wiedziałam, że coś nie tak. Oględziny za pomocą lornetki tylko mnie upewniły, że zaraz będzie ognista draka. Wiedziałam tylko jedno - że muszę działać szybko, bo za palącym się samochodem stoi audi należące do właścicielki rottweilerek-Słodziaków i jej partnera.

Wybiegłam z mieszkania tak jak stałam, na bosaka i zapukałam do mieszkania piętro niżej z krzykiem "Sąsiad, pali się auto zaparkowane przed Twoim, chodu na dół!"

Sąsiad wystrzelił z mieszkania jak rącza gazela i pobiegł za mną, po drodze informując straż pożarną.
Przypuścił szturm na drzwi tej pani i powiedział, że pali jej się auto.

Wybiegłam przed klatkę schodową, za mną sąsiedzi, ale pożar był już na tyle rozwinięty, że ledwo ewakuowano audi, wybuchła opona i pękła boczna szyba a ogień trawił tyły pojazdu.

Pozostało tylko czekać na straż pożarną, która pojawiła się około 6 minut po wezwaniu.

Po ugaszeniu nieszczęsnego renault i odcięciu kabli od akumulatora strażacy powiedzieli, że to nie wygląda na przypadkowy pożar lecz na ewidentne podpalenie.


Policjanci przybyli chwilkę później powiedzieli to samo i zapytali :

- Kto zauważył pożar?

Powiedziałam zgodnie z prawdą, że to ja, a "ukochana sąsiadka" zaczęła pyskować, że to pewnie moje dzieło, bo jej nie lubię i ciekawe dlaczego nie śpię o tej porze. A jej mąż tylko dolewał oliwy do ognia i też coś tam poburkiwał.

Nie dałam się sprowokować. Krótko i rzeczowo odpowiedziałam, że powinna być mi wdzięczna, że zauważyłam, bo MOŻE jeszcze coś uda się z tego odratować.

Spełniłam tylko obowiązek każdego trzeźwo myślącego człowieka na miłość boską. Jeszcze tak nie upadłam na głowę aby niszczyć cudze mienie o znacznej wartości.
Gdyby coś podobnego przytrafiło się w przyszłości, niech się martwi ktoś inny. Ja sobie odpuszczam a nasze auto wyląduje zamknięte na cztery spusty w garażu.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (79)
poczekalnia

#85102

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem opiekunką osób starszych. Obecnie nie pracuję w żadnym Domu Opieki, tylko w domach u podopiecznych.

Społeczeństwo nam się starzeje, w związku z tym jest coraz większe zapotrzebowanie na moją pracę. Ale niektórzy chyba nie ogarniają do końca, na czym polega praca opiekunki...

Najczęstszy przypadek - kontaktuje się ze mną rodzina, chcą opiekunkę dla mamy/cioci/babci. OK, jaki zakres obowiązków? "No wie pani, mama to w zasadzie jest całkiem samodzielna, ale towarzystwo by jej się przydało, tak całe dnie sama siedzi... Posiedzieć, porozmawiać, na spacer zabrać, książkę poczytać, bo u mamy już oczy słabe. To jak, może być?". Hmm... Państwo moje dane mają z pewnego portalu, gdzie podane są różne informacje, w tym moja stawka godzinowa. I na tym samym portalu jest milion ogłoszeń od studentów, oferujących "spacery, czytanie, organizację czasu wolnego" za dużo niższą stawkę. Delikatne zapytanie, dlaczego akurat ja, skutkuje odpowiedzią "no bo my chcemy PROFESJONALNĄ opiekunkę". Aha, to tak jakby na korepetycje dla ucznia podstawówki zatrudniać profesora renomowanego uniwersytetu, ale spoko, ich sprawa, ich pieniądze, skoro chcą...

Po dwóch-trzech wizytach u mamy/cioci/babci zazwyczaj zostaję poinformowana, że skoro i tak prawie nic nie robię (!!!), to mogłabym posprzątać. No nie, nie mogłabym. Żeby nie było - jeśli podaję podopiecznej obiad (śniadanie, kolację), to po tym posiłku sprzątam i zmywam. Jeśli coś jest rozlane, przewrócone, nabałaganione - posprzątam. Ale nie umyję wam okien czy podłogi, nie zrobię innych generalnych porządków, ani też nie będę latać po całym mieszkaniu ze ściereczką do kurzu, wypatrując najmniejszego pyłku.

"No ale mamusia to w sumie jest całkiem samodzielna, ona potrzebuje tylko pomocy w utrzymaniu porządku w mieszkaniu!". Serio? To proszę zatrudnić sprzątaczkę/gosposię, a nie opiekunkę. Mój zakres obowiązków jest całkiem spory, ale sprzątania i gotowania nie obejmuje. Tu następuje "obraza majestatu" - ja panią zatrudniam i ja pani mówię, co pani ma robić! No nie. Nie pracuję "prywatnie" (czytaj - "na czarno"), zatrudniacie mnie na umowę zlecenie, wy się rozliczacie z projektodawcą, a mnie płaci UE - tak, całkiem fajny projekt. Mam wyszczególniony w projekcie zakres obowiązków, a wszystko, co jest poza nimi, jest do załatwienia za pomocą magicznej formułki: "Pani Xynthio, czy mogłaby pani...?". Mogłabym. Dużo rzeczy mogłabym - poodkurzać, powiesić pranie, wynieść śmieci, zrobić zakupy. MOGĘ to zrobić, nie MUSZĘ. I często to robię, bo ręce mi od tego nie odpadną ani też korona mi z głowy nie zleci (mocno się trzyma!), a uprzejmością zyska się o wiele więcej niż chamskim "ja chcę, mi się należy!". Radzę się najpierw zorientować, co się należy, a potem się ciskać...

Podsumowując - na kilkanaście ofert typu "mama/ciocia/babcia potrzebuje tylko kogoś do towarzystwa", miałam JEDNO, gdzie faktycznie było to zgodne z prawdą. Fantastyczna starsza pani, dwie godziny z nią mijały jak z bicza strzelił, ona opowiadała mi o czasach swoje młodości, ja jej anegdotki ze swojego życia, jedyna "ciężka" praca to asekuracja jej przy kąpieli i obieranie ziemniaków na obiad - ręce miała powykręcane reumatyzmem, nie radziła z tym sobie.

Ciąg dalszy nastąpi, bo mylenie opiekunki ze sprzątaczką/gosposią, to nie jedyna piekielność.

opieka

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (107)
poczekalnia

#85101

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Od kilku lat posiadam tzw Profil Zaufany, dzięki niemu można logować się na swoje konto do ZUS, US i NFZ i o ten ostatni się rozchodzi.
Pewnego dnia, na grupie ćwiczeń, rozmawiałam ze swoimi pacjentami na temat wycen wizyt lekarskich. Opowiadałam im o możliwości logowania się przez profil na portal pacjenta, gdzie wyszczególnione są nasze wizyty, zabiegi czy dni spędzone w szpitalu.
Chciałam pokazać im jak to wygląda i jakie są ceny zabiegów. Loguje się - ZONK. Na pierwszej stronie widnieje wizyta w czerwcu w moim rodzinnym mieście, gdzie ja w tym czasie byłam w pracy 200 km dalej. Najpierw telefon do mamy może była tego dnia u nich i wpisali złą osobę. No nie. Ok
Dwa tygodnie później jest w rodzinnym mieście i odwiedzam przychodnię, przygotowana w profil nfz i dowodem zbrodni ;)
Recepcjonistka po wysłuchaniu najpierw chciała zrobić ze mnie kretynkę " nie no ja zrobię tyle ile będę mogła " -- no tak bo wymagam od Pani stania na głowie.
Coś tam poklikała, sztucznie się pouśmiechała i stwierdziła : ah ja już wiem o co chodzi i poszła do kierownika.
Ja w tym czasie przez przypadek zalogowałam się na konto recept ( chciałam znowu na swój nfz) i okazało się, że podczas tamtej wizyty wystawiono dodatkowo receptę...
Po kilku minutach wróciła recepcjonistka , była żywo zainteresowana Profilem Zaufanym : a co to jest, a jak to działa itp itd i zaprosiła mnie do gabinetu kierownika - lekarza.
Tamten kręci, że takie sytuację się zdarzają, że mają ludzi z urzędu pracy i błędy robią przy zapisywaniu ludzi i że przeprasza i dziękuję za wyrozumiałość, ono to oczywiście anulują.
No śmierdzi na kilometr....
Po 1 : recepcjonistka " wie o co chodzi"
Po 2: jak się wypisuje receptę to na recepcie są dane na kogo ona jest i pacjent sobie to czyta
Po 3: jeszcze nigdy nie słyszałam aby ktoś był zapisany na inne nazwisko i o tym nie wiedział
Po 4 : dla mnie to był ktoś z zagranicy ( ten podszywający się ) przychodnia z racji ,że daaaaawno u nich nie byłam podpięła mnie po nią - pewnie się nie skapnie.
Lekarzowi powiedziałam , że we wrześniu ma tego już nie być, ja nie mogę sobie pozwolic na takie sytuację

Sprawdzam teraz portal regularnie, jeśli we wrześniu dalej to będzie wisieć - informacja do nfz i skarga dot RODO...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (74)
poczekalnia

#85094

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wszyscy kochamy kurierów, prawda? Telefony, pt. będę za 15 minut i przyjazd po godzinie, bo najpierw sobie przygotowuje grunt i unieruchamia ludzi, bo skoro kurier "już jedzie", to głupi wyjść.
Te paczki odsyłane od razu do punktów odbioru
Te głupie pytania, pt. czy nie może zostawić u sąsiadów/w restauracji/czort wie gdzie...
Dlatego zamówiłem ostatnio odbiór w punkcie.
Czytam historię paczki - 16:09 kurier nie zastał nikogo pod wskazanym adresem. ???
eeee???
Żabka była zamknięta? W piątek po południu.

Buahahaha
Chyba dla sportu reklamację napiszę.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (86)
poczekalnia

#85088

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie wiem, czy to efekt 500+ (kiepski żart), czy tego, że jednak mieszkam w dzielnicy, gdzie przeważają młode rodziny, ale sporo ostatnio napotykam kobiet w ciąży na drodze. Dało mi to okazję do zaobserwowania kilku ciekawych konkurencji sportowych, które chyba sprawią, że Polacy wreszcie zaczną przywozić medale z imprez sportowych. A należą do nich:
- slalom gigant do autobusu (byle zdążyć przed ciężarną, może ktoś inny ustąpi)
- sprint na 20 metrów do kolejki w sklepie, byle przed ciężarną
- rzut koszykiem (makaronem, flaszką, wstaw dowolnie) - byle się to nazywało, że już mam wyłożone zakupy i byle zdążyć przed ciężarną
- darcie pyska, gdy ciężarna próbuje skorzystać ze swojego przywileju do bycia obsłużoną bez kolejki.

Aczkolwiek tu się zdarzają i zabawne sytuacje, które w sumie mogłyby być osobnym wpisem, ale dodam :D
Wybieram pędzelek czy inne dobra budowlane, gdy widzę, że do kasy pierwszeństwa podchodzi ciężarna i asertywnie mówi, że chciałaby skorzystać. Trzy parki, mocno starsze, ale jakoś mało sarkają, tylko jeden brzuchacz z gatunku piwnych, że co to, jak to i w ogóle. Dziewczyna niespeszona mówi, że jak się staje w kolejce dla osób uprzywilejowanych, to trzeba się liczyć z tym, że trzeba im ustąpić. Brzuchacz na to
- a kto ma większy brzuch, ja czy ty?

Dziewczynie chyba zabrakło dictum, bo tylko wymownie wzruszyła ramionami, ale doprawdy - też mi powód do dumy.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (92)
poczekalnia

#85085

~Bajbaj ·
| było | Do ulubionych
Chwilę temu...

Już pisałam o psach biegających bez smyczy. Dziś kolejny przypadek.
Idę z psem, a spomiędzy bloków wypada kundel. Mało tego, że bez smyczy to nigdzie w zasięgu wzroku nie było właściciela. Być może był bezpański, ale wątpię bo wyglądał na bardzo dobrze utrzymanego. Obstawiam raczej, że właściciel jest śmierdzącym leniem, któremu nie chce się wyprowadzać psa więc go zwyczajnie wypuszcza z mieszkania i hulaj dusza...
Pies oczywiście bardzo się nami zainteresował... Do tego stopnia, że dwiema rękami trzymałam smycz z moim wykrywającym się psem, jednocześnie próbując odpychać nogą tamtego. Nie krzyczałam przy tym, ale mówiłam głośno żeby go odgonić. Myślicie, że ktokolwiek się zainteresował moim siłowaniem się z dwoma psami? Nie miałam nawet wolnej ręki żeby zadzwonić po straż miejską...
Po jakimś czasie udało mi się odciągnąć moją i poszłyśmy dalej, z kundlem depczącym nam po piętach. Na szczęście po jakimś czasie się znudził i skręcił w inną alejkę.
I tutaj znów moje pytanie: jakim debilem trzeba być żeby wypuszczać psa bez smyczy, bez jakiejkolwiek kontroli nad nim, bez posiadania go choćby w zasięgu wzroku?
Błagam, więcej wyobraźni.

Spacer z psem

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (52)
poczekalnia

#85084

~45procent ·
| było | Do ulubionych
Postaram się opisać sytuację, bez słów powszechnie uważanych za wulgarne.

Lat mam 45. Od zawsze bawię się, w jakiś sport - bo to jest niezłe. Mam szansę czegoś się nauczyć, ciało nie skostnieje i tak dalej.

I piekielność pierwsza - skończyłem 45 lat dwa dni temu i usłyszałem od trenera (przytoczę rozmowę)
- To my już panu dziękujemy
- Dlaczego?
- Nie ma dotacji na zawodników powyżej 40 lat, i tak przetrzymałem.

No, OK. Rozumiem. Klub, dotacje, te sprawy.
Postanowiłem czegoś poszukać dla siebie.

Piekielność druga.
Po długich (naprawdę) poszukiwaniach znalazłem co następuje:
- kurs tańca dla osób trzeciego wieku (super, bo tańczyłem w C-klasie i D klasie) - potrzebny mi jak prymasowi alimenty
- tenis stołowy w świetlicy - kto przyjdzie to gra
- klub brydżowy (nie, żebym miał coś przeciwko, uwielbiam brydża i się zapiszę, ale to jakby nie to o co woła ciało)

Czy naprawdę jest tak, że 45 lat to zgrzybiały starzec, który powinien siąść w bujanym fotelu przed komputerem?

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (102)
poczekalnia

#85087

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracuje na recepcji w siedzibie pewnej firmy. Tak się składa, że Biuro Obsługi Klienta znajduje się w zupełnie innym budynku, około 10 minut komunikacją miejską (o samochodzie nie mówiąc) lub 20 minut spacerkiem od siedziby.
Niestety ludzie albo dostają skądś złe informacje (głównie od firm współpracujących) albo widzą logo i wchodzą "przy okazji".
W takich wypadkach informuje, że niestety, będą musieli udać się do działu obsługi klienta podając adres, godziny pracy oraz, jeśli trzeba, dalsze instrukcje jak się tam dostać.
Dziś pzyszedł kolejny taki delikwent i oczywiście chce raport (jedna z usług firmy). Uprzejmie informuje pana, że trafił do siedziby, a raporty można uzyskać w dziale obsługi na ulicy X. I się zaczeło...
Bo on godzinę zmarnował i on nie ma czasu na jeżdżenie po mieście, zwłaszcza po(z?) centrum (żaden z budynków w centrum nie jest, najbliższy jest 10-20 min, zależnie od transportu).
I czemu mu w ogóle kazali w złe miejsce jechać, przecież on nie na czasu!
I to MOJA wina, bo nie daje informacji infolini(twierdził, że to stąd miał zły adres, jako, że infolinia o ile wiem jest w tym samym budynku, co biuro obsługi klienta, więc albo trafił na kogoś KOMPLETNIE niekompetentnego i nie mającego pojęcia gdzie pracuje, albo co bardziej prawdopodobne, nie chciało mu się dokładnie sprawdzić gdzie ma jechać, ale nie chciał się przyznać.), że tu gdzie przyjechał jest siedziba firmy. Wtf?
Najśmieszniejszy w tym wszystkim jest fakt, że wystarczyło wpisać nazwę firmy w google, by pięknie wyskoczył prawidłowy adres. Ale nie, niech pracownica recepcji z zupełnie innego budynku idzie szkolić infolinię biura obsługi klienta w sprawie tego GDZIE jest wyżej wymienione biuro.
Brak słów.

uslugi informacja recepcja infolinia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (48)