Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#86774

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O tym jak najprostsze rozwiązania bywają skuteczne.

Sytuacja działa się w szkole. Byliśmy zgraną klasą bez konfliktów. Po podstawówce poszliśmy wszyscy razem do gimnazjum jako ta sama klasa, ponieważ obie szkoły znajdowały się w jednym budynku. Dodatkowo do naszej klasy doszło kilka nowych osób z zewnątrz i to będzie historia o jednej z nich.

Przyszedł chłopak. Widać było, że patus. Jego ulubioną zabawą było dręczenie innych. Zabierał nam różne rzeczy (długopis, piórnik, cały plecak) tylko po to, by wyrzucić do śmietnika robiąc danej osobie na złość. Podkładał nogi, zaczepiał, pluł, a jego popisową akcją było podbieganie do niczego nieświadomej osoby od tyłu i kopanie w dupę. Zaczepki słowne i wyzwiska były normą. Gdy ktoś próbował się bronić, patus leciał do pani z krzykiem, że tamten go bije.

Nauczyciele z wychowawczynią na czele najpierw próbowali go naprostować, ale gdy w dzienniku brakowało mu już miejsca na uwagi, wszelkiego rodzaju apele, upomnienia, nagany i prośby do rodziców ze strony nauczycieli nic nie pomogły, a on siedział więcej czasu u szkolnej pedagog na pogadankach niż na lekcjach, nauczyciele odpuścili. Mówili nam tylko, że musimy jakoś to znosić, bo on jest chory. Nie mam pojęcia na co, chyba na patologię.

Pod koniec pierwszej klasy, razem z trzema kolegami uznaliśmy, że trzeba coś z tym zrobić, bo inaczej przez kolejne dwa lata będziemy musieli to znosić. Przydybaliśmy go więc w ubikacji, dostał kilka cepów na twarz, po czym zrobiliśmy mu tak zwanego szuwara, czyli wsadziliśmy głowę do muszli klozetowej i spuściliśmy wodę. Na odchodne dostał kopa w dupę, takiego jakie on przez prawie cały rok szkolny serwował nam. Konsekwencji się nie obawialiśmy, bo nie było żadnych świadków, a patus zalazł za skórę wszystkim, więc praktycznie każdy mógł to zrobić. W słowa patusa natomiast nie wierzył już nikt.

Po tej akcji mieliśmy spokój już do końca szkoły. My czterej mieliśmy spokój, bo pozostałych dalej zaczepiał, a z roku na rok świrował pawiana coraz bardziej.

Ciekawe co teraz robi. Może siedzi w więzieniu.

szkoła zachowanie

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (108)
poczekalnia

#86772

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira"

Wczoraj przydarzyła mi się sytuacja, która mnie mocno wkurzyła. Nagranie oczywiście jest już u policji więc to kwestia czasu, aż sprawca otrzyma mandat lub zatrzymają mu prawko (jak w pierwszym przypadku).

Autostrada A4 na odcinku Legnica-Wrocław. Słynny odcinek niemal z całkowitym zakazem wyprzedzania dla ciężarowych i z brakiem pasa awaryjnego (jakim cudem to coś jest jeszcze nazywane autostradą?). Jadę 87 km/h, zbliżam się do wolniejszego pojazdu. Zakaz obowiązuje więc nie wyprzedzam choć nie było mi na rękę tracisz czas, bo miałem do podjęcia ładunek z okolic Wrocławia, a wczoraj zaczęły się zakazy wakacyjne. My się toczymy jak żółwie, niejeden ciężarowy nie wytrzymuje jazdy 77 km/h i wyprzedza. Wreszcie zbliżamy się do rozjazdu. Mijam znak, że za 200m rozpoczyna się zjazd i patrzę w lusterko. Lewy pas wolny. Zerkam na prawo, zjazd się rozpoczyna. Upewniam się, że lewy wolny, kierunek, ogień na tłoki i wyprzedzam. Wyprzedzanie sprawne (różnica 10 km w prędkości), ale jak końcem mojej naczepy jestem w połowie naczepy wyprzedzanego, pod mój tyłek podjeżdża bmw i błyska światłami, czyli standardowa akcja frustrata z małym penisem. Wyprzedzam dalej, ale nie minęło 5 sekund jak poszedł kolejny błysk (wyprzedziłem, ale jeszcze trzeba zadbać o odstęp). Po upływie 3 kolejnych sekund zjeżdżam na prawy pas. Kierowca bmw mnie wyprzedza, zjeżdża na prawy pas i hamuje. Chciałem wjechać mu w tyłek, ale mam zasadę, że w piątek tego nie robię, bo tez chcę zjechać do domu. Hamulec i klakson idzie w ruch. BMW spowolniło mnie do 50 km/h, a następnie sobie pojechało.


Może znajdzie się tu ktoś, kto tak robi i odpowie mi na pytanie: dlaczego niektórzy kierowcy uzurpują sobie, że nie mamy prawa wyprzedzać ciężarówką, kiedy jest to DOZWOLONE?

A4 tir Wrocław Legnica bmw

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (79)
poczekalnia

#86771

~porannakawa ·
| było | Do ulubionych
Do tej pory nie miałam żadnej piekielnej sytuacji, którą mogłabym tu opisać, ale mój chłopak przypomniał mi akcję sprzed kilku lat, którą dziś na pewno oceniam jako piekielną.

Mieszkam za granicą, w jednym z bogatszych krajów Europy zachodniej. Gdy tu przyjechałam przeżyłam mały szok związany ze swobodą obyczajową, ale nigdy nikogo nie oceniałam i nie potępiałam za sposób życia. Nie mam też nic przeciwko homoseksualistom, mam takich znajomych, przyjaźnimy się z parą gejów i nigdy nie myślałam o nich jak o zboczeńcach, sodomitach i tym podobnych.

Kilka lat temu na początku mojego pobytu tutaj pracowałam w kawiarni. Jedna z moich koleżanek była lesbijką, taką dość stereotypową, o męskiej aparycji i sposobie bycia. Nie przepadałam za nią, bynajmniej nie z powodu orientacji, tylko dlatego, żeby była bardzo niesympatyczna, miała agresywne usposobienie zarówno w stosunku do klientów, jak i personelu. Często krzyczała, gnoiła nowych pracowników w dodatku miała tendencję do odlotów, kiedy potrafiła przez godzinę gadać jakieś głupoty na wszelkie możliwe tematy, totalnie nie słuchając rozmówcy i nie przyjmując żadnych argumentów.

Raz siedziałam z nią w pracy i ponieważ nie było klientów zaczęłyśmy gadać o sprawach prywatnych. Wiecie, kto z kim żyje, jakie ma mieszkanie, gdzie, ile płaci, jak dojeżdża do pracy. Nic szczególnego. Od słowa do słowa koleżanka zaczęła opowiadać, że niedawno rozstała się z kobietą, która zostawiła ją dla młodszego faceta. Starałam się powiedzieć jej coś miłego, aby ją pocieszyć, a ona wpadła w jeden ze swoich odlotów i zaczęła mi opowiadać o swoim życiu intymnym, dokładnie opisując, jak, gdzie i ile razy dziennie uprawiała seks ze swoją byłą. Głupio mi się zrobiło jak cholera, bo uważam, że na takie tematy, jeśli w ogóle się z kimś rozmawia, to tylko z bardzo bliskimi przyjaciółmi. Chciałam jej delikatnie zwrócić na to uwagę i powiedziałam coś w stylu, że może jej była dziewczyna nie chciałaby, aby opowiadała o ich pożyciu obcym ludziom. Z tego tylko powodu zostałam z marszu zwyzywana od pruderyjnych wieśniar, homofobek, katolickich cnotek i hipokrytek. Odebrało mi mowę, oczywiście atmosfera skisła na resztę dnia, a i później byłam traktowana przez nią, jak wróg publiczny numer jeden. Mało tego, jakiś tydzień później wylądowałam na dywaniku u szefa, który czy mam jakiś problem z tym, że muszę pracować z lesbijką. Poczułam się jakbym dostała w twarz i zapytałam, czemu tak uważa. Powiedział, że koleżanka poskarżyła się, że czuje moją wrogość, prawię jej morały i nie chcę słuchać o jej orientacji. Nakreśliłam mu sytuację z mojej strony, powiedział na koniec, że rozumie, ale powinnam unikać kłótni ze starszymi stażem pracownikami. To wszystko kompletnie odebrało mi radość z pracy i gdy tylko znalazłam nową pracę zwolniłam się.

zagranica

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (72)
poczekalnia

#86768

~Trudi ·
| było | Do ulubionych
Z apteki.

Parę dni trąbienia w mediach i konsekwentnego przeganiania bezmaseczkowych pacjentów- pierwszy dzień jak wszyscy mieli!

Radość jednak trwała do czasu... Pani kurier. Frontem, między pacjentami wchodzi i jak już weszła to pyta czy może tędy (zamiast od zaplecza), w dodatku bez maseczki. Delikatnie pani zwróciłam uwagę, bo jednak zły przykład ludziom daje i jeszcze pomyślą, że to jest akceptowalne jak przemilczę.

W odpowiedzi osoba świadcząca usługi dla branży farmaceutycznej mi mówi, że ona w koronawirusa nie wierzy... a tak poza tym ma astmę i nie musi.

Nie będę wnikać czy pani ma czy niema- można założyć przyłbice, albo nie pajacować, że w 3 min się udusi. Pomijając, że miało to bardziej wydźwięk jak "i co mi zrobisz?"

Drugi raz w życiu się pokusiłam o donosik. Myślę jednak, że pracodawca tej Pani będzie wdzięczny, że mu potencjalnego sabotażystę w firmie wydałam ;)

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (72)
poczekalnia

#86767

~Biedroneczka111111 ·
| było | Do ulubionych
Pracuję w sklepie z owadem w nazwie.
Jak pewnie wszyscy wiedzą, mamy czasy pandemii covid-19. W związku z tym wprowadzony został obowiązek zasłaniania nosa i ust w przestrzeniach zamkniętych, do takich zalicza się sklep.
I wiecie co? Większość klientów ma to w głębokim poważaniu. Nie noszą osłon na twarzach ani rękawiczek, nie dezynfekują rąk. Przy kasach są pleksy, notorycznie ludzie wpychają się poza nie. Na zwróconą uwagę żeby się czymś zasłonić, ponad połowa odpowiada, że ma astmę. Nie wiedziałam że taki mamy naród schorowany. Trzymanie dystansu? Dobry żart, przecież jak wejdę na plecy klientowi przede mną, to szybciej wyjdę że sklepu.
Puenty nie będzie.

Sklep

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (69)
poczekalnia
Witajcie! czytam Piekielnych chyba od 10 lat i tak pomyślałam, że może to już czas też troszeczkę opowiedzieć o sobie. Pracuję w turystyce - a konkretniej jestem pilotem wycieczek i rezydentem biur podróży od ponad 8 lat. Wierzcie mi, kiedy człowiek jedzie na wakacje, jego priorytetem jest wypocząć. Zostawia wtedy swój zdrowy rozsądek w domu. Oczywiście to stwierdzenie dotyczy na szczęście tylko małego procentu turystów, ale właśnie o takich chciałabym opowiedzieć.

Na pierwszy ogień taka oto krótka lekka historyjka.
To, że ludzie dzwonią z różnymi pierdołami przerabiałam wielokrotnie, ale czasem śmiać się chce.

Dzień przyjazdu grupy do ośrodka. Przyjazd z rana, ludzie zakwaterowani, bieżące problemy rozwiązane, ja po jeździe przez całą noc, poszłam sobie do sklepu na zakupy, kupiłam jakiegoś loda i siedzę sobie na ławeczce delektując się spokojem i ładną pogodą. Nagle dzwoni jakiś numer (mi serce do gardła za każdym razem podchodzi, bo taki telefon może oznaczać wypadek, szpital itp. - moim obowiązkiem jest prowadzić zdarzenie, być tłumaczem między np. lekarzem a poszkodowanym itp. zdarzają się czasem trudne, ciężkie i chwytające za serce sytuacje).
Odbieram (Ja), a tu pan (P):
P: pani pilotko! Bo ja mam problem!
Ja: słucham Pana?
P: co ja mam zrobić? chciałem się umyć, odkręcam zimną wodę a tu wrzątek leci!
Ja: yyyyy... to może proszę spróbować odkręcić gorącą i będzie leciała zimna? Może rury są zamienione?
P: o właśnie, pani poczeka. Nie no kurde! Tu też leci wrzątek! To jak ja za przeproszeniem mam sobie dupę umyć jak to dwa wrzątki mam?! Pani sama rozumie, jeszcze jakby to zimna sama leciała, to jeszcze!
Ja: pan poczeka, rzeczywiście bez sensu, zaraz to zgłoszę...
Rozłączyliśmy się i na szczęście udało mi się załatwić dla niego szybką zmianę pokoju. Turysta w tym wypadku śmiał się i był miły, ale ludzie różnie reagują na problemy.

Jeśli ta historia się Wam spodoba, mam więcej innych. Chciałam sobie tu w Piekielnych taki trochę 'Pamiętnik' zrobić, bo nigdzie sobie tego nie zapisuję :) pozdrawiam!

zagranica

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (62)
poczekalnia

#86756

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witajcie.

To moja pierwsza historia tutaj, więc ewentualne niedociągnięcia proszę traktować z przymrużeniem oka :)


Nie wiem czy znacie poczucie bezsilności w takim stylu, w jakim ja odczułam na własnej skórze. Nie chcę tutaj zagłębiać się w niepotrzebne wątki więc do rzeczy:

Jestem właścicielką psa, którego nie chciałam mieć.
W skrócie:
Moja szwagierka będąc na studiach zamarzyła sobie mieć psa. Jako, że beagle (a szczeniaki w szczególności) są tak przesłodkie, że powodują cukrzycę po pierwszym kontakcie wzrokowym padło na NIEGO.

Po jakimś czasie okazuje się, że beagle oprócz tego, że są słodkie to jeszcze strasznie sierszczą, na dodatek w trzech kolorach, potrafią całkiem donośnie wyć a i ich charakter bez odpowiedniej ręki potrafi wywołać napady refleksji "po co mi to było?". Pies został wciśnięty mojemu partnerowi, ponieważ szwagierka wynajmowała mieszkanie zagranicą i "na czas, gdy nie znajdą czegoś odpowiedniego pomieszka z nim".

Mija dziewiąty rok gdy jest właścicielem psa. Człowiek z czasem się przywiązuje, rozumiem to. Rozumiem to, że ciężko chłopak pracuje i to ja jestem z psem w domu za dnia (pracuję na nockach). Natomiast kompletnie nie rozumiem bezczelności i kompletnego braku odpowiedzialności za przygarnięte zwierzę. Szwagierka jest od bodajże ośmiu lat WŁAŚCICIELKĄ domu z ogrodem za miastem.

Ta baba doprowadza mnie do szału swoją lekkomyślnością. Mieliśmy oddać jej psa w 2015 - jechaliśmy do niej zagranicę dorobić. Zdaliśmy mieszkanie, spakowaliśmy pimpka, manatki. Wszystko było uzgodnione - pomieszkamy u niej w domu, oddajemy psiura, jak coś znajdziemy na wynajem to się przeprowadzimy. Nooo, nie.
W mieście przygranicznym otrzymaliśmy telefon (a dzwoniliśmy 4 godziny wcześniej, że wyjeżdżamy w komplecie właśnie), że psa zabrać nie możemy, bo ona właśnie przygarnęła ze schroniska dwa koty.
Nawet sobie nie wyobrażacie jak zaniemówiliśmy. Nie mieliśmy co zrobić. Cud nad cudami, że udało nam się znaleźć kogoś, kto podjął się opieki nad nim przez miesiąc.

Nie przedłużając, wróciliśmy po roku dalej nie mogąc się doprosić o zabranie swojego pupila. W międzyczasie było naprawdę wiele sytuacji z jej strony, które zirytowałyby każdego. Zdarzyło się nawet, że wprost zaczęła nam pokazywać zdjęcia psów i mówi, że takiego zaraz będzie miała.. Zapytaliśmy, czemu nie zabierze w końcu swojego psa? Ano dlatego, że ona chce teraz takiego, który nie gubi sierści. Bo szkoda jej domu. Myślałam, że oczy mi wyjdą z orbit z wkur..zenia. Od tamtej pory stosunki były chłodne.

Wróciliśmy, co mam Wam powiedzieć. Pies w tym czasie się zestarzał, zaczął chorować na Kushinga, sikał wszędzie i co chwilę. I sika w sumie do dziś. Darł gębę jak opętany. Z każdym mieszkaniem mieliśmy problem i po czasie nam je wypowiadano bo się sąsiedzi skarżyli - wcześniej też pracowałam na dni, ale poszukałam innej pracy żeby z nim być za dnia bo po prostu nie dawało rady żyć z sąsiadami w zgodzie, a zakładanie psu knebla na całe dnie to przegięcie. Zresztą w nim też darł japę.

My też mieszkamy na wynajmach, też jest nam głupio kłamać każdemu właścicielowi, że pies jest do rany przyłóż. Też jest mi źle remontować komuś pół mieszkania (w każdym najmowanym mieszkaniu musieliśmy wymieniać napuchnięte od moczu panele, przeszczane wersalki i kanapy i podrapane drzwi). W końcu z rozpaczy zdecydowaliśmy się na wzięcie mieszkania "od miasta", może i już nie boimy się właściciela, ale nie są to warunki, w których chcę żyć, uwierzcie mi. Wszystkie nasze oszczędności wsadziliśmy w położenie tu instalacji elektrycznej, wodnej, gazowej, naprawdę delikatny remont i podstawowe wyposażenie domu. A i tak rzygać mi się chce gdy się rozglądam, to nie jest mieszkanie, w którym czujemy się dobrze. A było wzięte tylko ze względu na niego.
Nie mogliśmy też nigdzie wyjechać bo pies.
Wakacje? Zapomnij. Z nim tylko namiot, a i tak następnego dnia wracaliśmy wkur..zieni bo wszystko przesikane. Hotele dla zwierząt dzwoniły następnego dnia żeby psa zabrać. Autentycznie.

Nie chcę, żebyście żałowali Pimpka. Kochamy go, ma z nami dobrze. Ale podskórnie wiemy, że świadomie na psa w życiu byśmy się nie zdecydowali. Wiemy, że on czuje nasze spojrzenia czasem. Że gdyby go nie było pewnie nie tkwilibyśmy teraz tutaj, w bagnie, w które wdepnęliśmy bo przygarnęła go kompletnie nieodpowiedzialna osoba. NIKT tego nie rozumie, czemu go na przykład nie wydamy do schroniska lub nie poszukamy innego domu (o innych wspaniałych metodach nawet nie wspominam). No jakoś nie mogę. On nie jest niczemu winny, że jakiś nieogarnięty babsztyl zachciał go do domu. Niejedną noc przepłakaliśmy, kłóciliśmy się o niego bez przerwy kilka lat. W końcu partner pękł i sam chciał go wywieźć do schroniska lub uśpić - i to ja stanęłam za Pimpkiem. Bo to jednak ja najwięcej czasu spędziłam na opiece nad nim. Nie jestem w stanie przeżyć, że rodzina partnera usprawiedliwia szwagierkę "bo to taki niegrzeczny, głupi pies, co miała zrobić?" - pominę fakt, że nie jest głupi. Niegrzeczny, owszem, ale wystarczyło trochę chęci i ćwiczeń z psem gdy był czas na kształtowanie jego charakteru. Nienawidziłam go wiele lat, teraz, gdy wszyscy naokoło zaczęli ja go pokochałam, tak mi żal tego psa. Mógł trafić na naprawdę fantastyczny dom, gdzie całe życie byłby ulubieńcem rodziny, a nie łatką przypiętą do nas. Nie pozwoliłam go uśpić mimo, że to na mnie zawsze sikał za dnia w łóżku (nic nie da zabranianie, wyganianie - uwierzcie, przerabiałam), wchodzi do mojej szafy sikać w moje ubrania, i to ja nie mogę spać za dnia po pracy bo wydziera się do innych psiurów na spacerach. Ja muszę z nim wychodzić codziennie. A psa nie chciałam mieć. I na dodatek przez całą rodzinę mojego partnera jestem traktowana jako katalizator konfliktu między siostrą a bratem oraz psem. Zawsze byłam bardzo wyrozumiała w kwestii ich układów, to nie moja sprawa. Ale gdy widzisz jak ktoś bezczelnie dyma Twoją drugą połówkę zasłaniając się "więzami rodzinnymi" (czyli chłopakowi zapieprzającemu w gastronomii, gdzie od trzech tygodni nie widział dnia poza pracą poleć kupić drożdże winiarskie, słoiki, jakiś specjalny twaróg i całą listę zakupów - i tak bywało co miesiąc, w efekcie na zakupy chodziłam ja jako kochana dziewczyna coraz bardziej nienawidząc szwagierki. Jednocześnie ona nie była na tyle wspaniałomyślna, żeby przywieźć mojemu partnerowi jego komputer. Za mało miejsca w combi miała.

Na temat szwagierki powiem tyle - jest to kobieta skrajnie nieodpowiedzialna, mimo, że już ma niemal 40 na karku. Wspominane kotki niewysterylizowane biegały samopas, przyniosły kilka miotów - wszystkie zostały wywiezione w kartonach po pobliskich wsiach I TO JESZCZE ZE ŚMIECHEM, ŻE A TO KTOŚ NIESPODZIANKĘ BĘDZIE MIAŁ!! Czy Wy to rozumiecie? Ale najlepszą wisienkę zostawiłam na koniec. Gdy ostatnio dzwoniła do partnera jakby nigdy nic, ten sprawę postawił jasno - Nie mam ochoty z Tobą rozmawiać. Wyjaśnił pokrótce w czym tkwił jej błąd. Odpowiedź jest zwalająca z nóg.
"To dlaczego go nie wypiep...łeś do lasu??".

Na tym zdaniu charakterystyka tej kobiety może się zakończyć.

Właśnie się dowiedzieliśmy (stąd i ta historia dziś), że ma kolejnego kota. Dwa poprzednie nie wróciły, tzn. jednego znaleźli rozjechanego, a drugiego wcale. Nie wiem co mogę zrobić.
Żal mi wszystkich zwierząt, które mogą ewentualnie wpaść w jej ręce, nie wiem, czy mogę jakkolwiek temu zaradzić.

pies

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (74)
poczekalnia

#86764

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem wieśniarą.
Tak gwoli przypomnienia ;)
Z tej racji mam ja raczkującą jeszcze "hodowlę" królików mięsnych.
Tak się nieszczęśliwie złożyło, że jedna z młodych samic tak wariowała i ganiała się z siostrą po klatce, że gdzieś uszkodziła sobie skok (znaczy tylną łapę). Widzę, że noga wisi bezwładnie, królica oszczędza ją, jak może, pewnikiem złamana. Po pobieżnej kontroli skoku (z rzucającym się i fukającym królikiem na kolanach, trzymając go jedną ręką, a drugą próbując wymacać stan kości i stawu)podjęłam decyzję, że tu trzeba lekarza weterynarii, a nie (jeszcze w trakcie nauki) technika weterynarii (czyli mojej skromnej osoby).
Królica na noc dostała lek przeciwbólowy dla zwierząt (mam w apteczce, bo różne rzeczy się trafiają na wiosce), a ja postanowiłam nazajutrz z samego rana umówić się na leczenie w najbliższej przychodni weterynaryjnej.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam.
Dzwonię, wyłuszczam sprawę, że młoda królica, że skok prawdopodobnie złamany, że trzeba by było to jakoś poskładać.
Co dostałam w odpowiedzi?
- To nie u nas, bo my nie mamy znieczulenia wziewnego, to do innej kliniki w (tu padła nazwa większego miasta oddalonego od mojego miejsca zamieszkania godzinę jazdy autem).
W głosie w słuchawce było czuć napięcie i niechęć...
Cóż było robić?
Odpaliłam RTG w oczach :P
Pokazałam mężowi, jak bezpiecznie unieruchomić królicę i na spokojnie omacałam cały skok.
Na szczęście wszystkie kości były całe. Jedynie staw wykazywał pewne nieprawidłowości przy ruchu. Założyłam opatrunek, podałam tabletkę przeciwbólową i wpuściłam młodą do osobnej klatki.

Co w tym piekielnego?
Ano to, że nie dalej, jak tydzień wcześniej, w tej samej przychodni kastrowano mojego kocurka. I musieli przecież użyć jakiegoś środka do anestezji, bo chyba na żywca tego nie robili?
Dodam jeszcze, że królica była w tym czasie o ponad 1 kg cięższa od kota, więc anestetyki - wydaje mi się - spokojnie można było jej podać iniekcyjnie.
Chyba że - jako że dopiero się uczę zawodu - coś mi się pozajączkowało i mój tok myślenia nie jest właściwy...

weterynarz królik uraz

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (56)
poczekalnia

#86762

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sugerując się historią DziadkaMroza #86745
O historiach czytanych tutaj.

Z piekielnymi związany jestem od (chyba) początku istnienia. I muszę autorowi przyznać rację. Doskonale pamiętam początki tej strony, historie użytkowników SecuritySoldier(naszego nieustraszonego agenta ochrony),Sesji(Mam nadzieję, że Ci tam dobrze na górze), Traszki(cud lekarki) czy digi51 albo zaszczurzonego. Ich historie, to co ich spotykało było naprawdę piekielne. Teraz są to historie które są pisane nad wyraz, coś co idzie nie po nosie autorom od razu jest wyciągane, wyolbrzymiane. Nawet kilka moich historii z tamtych lat pojawiało się na głównej (mimo że już nie pamiętam hasła do poprzedniego konta).
Chyle czoła przodownikom tej strony, chciałbym żeby wasze nowe historie pojawiały się do tej pory.
SS- po przeprowadzce do Wrocławia zacząłem główkować i myśleć, gdzie to Ty mogłeś strzec tych sklepów :)
Pozdrawiam starą gwardię. A młodym życzę, żeby jednak wszystko szło po waszej myśli.

SecuritySoldier Sesja Traszka Digi51 Zaszczurzony piekielni.pl

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (83)
poczekalnia

#86761

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam chciałem opowiedzieć o piekielnej pani doktor. Mam troje dzieci, kiedy najmłodsza była jeszcze w powijakach przytrafiło jej się choróbsko połączone z ząbkowaniem. Jak choroba to wiadomo, że nie w tygodniu, żeby normalnie pójść do lekarza tylko w weekend. W sobotę około godziny 21:00 gorączka wzmogła się do przeszło 40 stopni Celsjusza. Pomimo podawnia leków przeciwgoraczkowych temperatura nie chciała zejść poniżej 38,5 wiadomo zimne okłady z mokrego ręcznika i liście kapusty prosto z lodówki też nie za wiele pomagały. Około godziny 3:00 w nocy na termometrze poraz kolejny przeszło 40 st. padła decyzja jedziemy do szpitala. Jako iż mieszkam w małym mieście powiatowym przejechaliśmy raptem 2 km i jesteśmy na miejscu. Przyjęła nas miła pani Pielęgniarka, po wysłuchaniu co i jak kazała czekać pod gabinetem, a sama ruszyła po p. Doktor. Ta wyraźnie wyrwana ze snu i zła, że go jej przerwaliśmy nie odpowiedziała nawet na Dzień Dobry, burknęła tylko żeby wchodzić. Po wysłuchaniu nas rzuciła kątem oka na małą, nie podeszła do niej nie kazała jej rozebrać, nawet jej małym palcem nie dotknęła. Zza biurka z odleglosci 3m stwierdziła, że mała jej nie wyglada na 40 st. i żebyśmy jechali do domu, a nie jej głowę zawracali. Na moje pytanie czy nawet temperatury jej nie zmierzy, odpowiedziała i owszem, żebym tylko termometr jej przyniósł to zmierzy. Teraz jestem starszy i bardziej doświadczony życiowo i chyba bym ją tam rozniósł, ale wtedy młody szczur nie wiedziałem co zrobić. Nastraszyła nas dodatkowo, że jeżeli będziemy się upierac(jednak troche tam marudziłem), to ona ją moze przyjąć na oddział, ale to nic nie da bo pediatra dopiero rano, a oni i tak nie moga zrobić nic więcej co my robiliśmy, ponadto mała byłaby całkiem sama. Wyszlismy stamtąd czym prędzej i wrocilismy do domu po kolejnej dawce leku i zimnych okładach całego ciała gorączka zaczęła odpuszczać. Była wtedy już godzina 6:00.

Ja nie rozumiem jak tak mogła potraktować niespełna roczne dziecko z wysoką gorączką, ta kobieta dla mnie młodego ojca byla naprawde piekielna.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (55)