Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#84200

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Krótka i przepraszam, że chyba dość nudna historia z cyklu: Klient, nasz pan.


Sklep, wieczór, dość spora kolejka. Wydaję pani resztę, dziękuję i żegnam - nic nadzwyczajnego. Pani patrzy chwilę na mnie, następnie prawie krzykiem: Ale pani wydała mi za mało!
Mówię, że wydałam tyle a tyle. Nie, dała mi pani same papierki, drobnych ani grosza!

Doskonale pamiętałam, że wydałam i ile, ba - pamiętałam nawet ruch moich palców przy wyciąganiu konkretnych grosików. Pani nie przyjęła tego do wiadomości.

Postanowiłam, że nie warto o niecałe 4 złote robić afery związanej z wydzwanianiem szefa z domu, chociaż chętnie by sam panią ochrzanił, bo to taki typ człowieka. Oddałam pani raz jeszcze co do grosika, mówiąc: Niech pani będzie. Gratuluję, kłamstwem zyskała pani niecałe 4 złote.

Brodacz za panią parsknął jej śmiechem w plecy, pani strzeliła buraka i oddała większość mówiąc, że jej chodziło to w sumie o złotówkę tylko i... uciekła.

I teraz mam pytanie. Czy to ja byłam niepotrzebnie lekko bezczelna i piekielna dla pani, czy też ona dla mnie?

sklepy

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (92)
poczekalnia

#84194

~Jonathan ·
| było | Do ulubionych
Pracuję w budżetówce. Rok temu były u nas ostre cięcia kadrowe, z niezrozumiałych przyczyn zwolniono wielu moich kolegów z pracy. Długo zastanawialiśmy się, dlaczego.

Otóż dzięki zwolnieniom w siedzibie firmy pojawiły się puste pomieszczenia. Dyrektor urządził sobie w nich prywatne mieszkanie.

A my? Siedzimy cicho, drżąc w obawie o państwową posadkę. Dojeżdżamy do pracy ponad godzinę. I marzymy o tym, że kiedyś... będzie nas stać... na kredyt.

budżetówka

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (87)
poczekalnia

#84192

~smutnemojezycie ·
| było | Do ulubionych
Wynajęłam pokój przez agencję mieszkaniową, umowa wiążąca do połowy września. Okazało się, że w pokoju obok mieszka ćpun, który lubi nocami spraszać znajomych i wesoło palić haszysz, marihuanę i na dokładkę zażyć kwas. Zgłaszałam to agencji (tak samo jak drzwi bez zamka, obiecano mi ich wymianę bym mogła zamykać pokój na klucz, do dziś się tego nie doczekałam)za pierwszym razem nawet go postraszyli mailowo, teraz mają na mnie wywalone. Ostatnio kiedy znowu w tygodniu ćpun sprosił kolegów i do 1 w nocy wciąż imprezowali (głośne zachowanie, muzyka na full, otwarty na oścież pokój, straszny smród od jarania) nie wytrzymałam (bo wstaję do pracy bardzo wcześnie- 5,6 rano) i zawiadomiłam policję. Przyjechali, spisali, dali pouczenie, poszli sobie. Cpun domyślił się czyja to sprawa, więc chciał mi wparować do pokoju z mordą, ale prowizorycznie zablokowałam je deską i przenośnym kaloryferem (brawo ja i to, że po jaraniu ledwo stał na nogach). Rano pojechałam do domu i poinformowałam cudowną agencję że boję się tam mieszkać, więc niech dają mi możliwość rozwiązania umowy teraz albo pozbycia się lokatora. Do tej pory nie otrzymałam odpowiedzi, od kilku dni nie pracuję, nie wiem co robić bo chyba nic się nie zmieni dopóki ćpun mi naprawdę czegoś nie zrobi. On jest nienormalny, twierdzi że jest demonem, gwałci kobiety telepatycznie??!,i codziennie, powtarzam CODZIENNIE chodzi spizgany jak nieboskie stworzenie. Już po postraszeniu go przez agencję, miał dziwne odchyły. Najpierw wmawiał mi że jest u siebie i mu wszystko wolno ( wlicza się w to spraszanie bydła w tygodniu, słuchania rapu i palenie wiadra trawy. O składaniu się na środki czystości, sprzątaniu czy przestrzeganiu umowy, w której jest przewidywana cisza nocna jak i maksymalnie 4 noclegi w miesiącu dla znajomych, za wiele nie mówił) a następnie że przecież jak siedzi sześciu chłopa w pokoju w stanie mocno wskazującym, to mogę przyjść o tej 2 w nocy i ich uciszyć- bo przecież swoich stałych gości nie wyprosi. Już nie mam siły :( Boję się że jak wrócę i znowu będzie taka sytuacja, policja nic nie zrobi a agencja będzie udawała że maile nie docierają;/

lokator świr

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (75)
poczekalnia
Swego czasu miałem w życiu krótki etap jako dostawca pizzy.

Praca zwykle miła i przyjemna - spoko ludzie, pozostali kierowcy do rany przyłóż, można podjeść pizzy jak czasem kuchnia miała gest i nam zrobiła, albo jak się spaliła i "szkoda wyrzucić a kierowcy zjedzą". No taka prawda, oskrobać i zjemy.
Zarobki też nie były na niskim poziomie - niestety, bardzo uzależnione od szczęścia i braku poszanowania dla samochodu i przepisów ruchu drogowego.

Dostawców pizzy w lokalu z którym miałem kilka historii przepisy nie dotyczyły absolutnie, jednak każdy z nas mógł się pochwalić zerową statystyką wypadków/stłuczek z czyjejkolwiek winy, licząc tutaj również przypadkowe zarysowania/dzikie zwierzęta. Jeśli chodzi o samą jazdę, postawiłbym ich i wtedy siebie gdzieś na równi z piratami drogowymi, z tym że nam to jakoś lepiej wychodziło.

Wypłata dzienna zależało od ilości pieniędzy w kasie oraz ilości wyjazdów danego kierowcy, więc wiadomo, że każdemu zależało żeby czas dostawy skrócić do minimum. Dodatkowo każde zamówienie to szansa na napiwek.


Opowiem tutaj kilka historii, zarówno zza kółka eks-pirata drogowego, jak i związanych bezpośrednio z klientami.


Ważną kwestią jest, że klient NIGDY nie jest zadowolony - jeśli na pizzeri jest ruch, wtedy "Wam to się nigdy nie spieszy, jak będzie pizza zimna to masz mi przywieźć nową i kropka!!!", jeśli jest dostarczona w racjonalnym czasie, dostawca słyszy "jeździcie jak wariaci, w końcu komuś zrobicie krzywdę!".

Zacznijmy może od "strażników galaktyki" - piekielni sąsiedzi, którym nie pasuje wszystko - to, gdzie parkujemy "służbowe" samochody, to, gdzie parkują klienci w lokalu (centrum miasteczka, parking tylko na dość szerokim chodniku) oraz to, jak jeździmy.
Mistrzem tych ceremonii okazał się Pan mieszkający naprzeciwko pizzeri - starszy dziadek, wiecznie wpatrzony w okno, patrolujący ulicę, czasem czekający na kierowcę który zaparkuje NA JEGO MIEJSCU POD JEGO DOMEM.
Sąsiad: Widzisz gówniarzu gdzie stoisz?! wiesz ile ta kostka kosztowała? widoczności nie ma, wyjechać się nie da!
Ja: Parkuję tutaj całkiem legalnie, droga publiczna, chodnik nie jest zablokowany, nie utrudniam wyjazdu. Może powinien Pan wjeżdżać na plac tyłem?
S: Ja będę kombinował żebyście sobie mieli gdzie postawić gruza?! Zaraz zadzwonię po policję, masz nie odjeżdżać stąd!
J: Proszę wzywać. Jestem w pracy, najprawdopodobniej stąd odjadę, ale proszę się nie martwić - będę parkował tutaj za każdym razem. :)
Policja często przyjeżdża i odjeżdża, bo samochód zaparkowany poprawnie, dziadek z całego serca mnie nienawidził.

Kolejny "Pan Policjant", 24/7 w bramie ze starą nokią cykając foty "jak to wy gówniarze jeździcie! to będzie wszystko na policji!"...
Nie muszę chyba dodawać, że nigdy nic z tego nie wyszło.

Coś innego - geniusze na drogach. Pizzeria otwarta do 22, zamówienia w bardziej "popularne" weekendy (z meczami czy innymi takimi) czasem ciągnęły się do 24.
Ciemna droga, bez chodnika, po jednej las, po drugiej las. Wiadomo, jazda jak wariat, bo trzynasta godzina w pracy, 30% kierowcy to pizza, 30% kofeina, 30% nikotyna i trochę się już nie chce. Z krzaków wyskakuje grupa nawalonych dzieciaków i kładą się linią na jednym pasie drogi ze 100 metrów ode mnie. Hamulec w podłogę, no ale cudów nie ma, mokro trochę, objazd, poślizg, lewym pasem jazda pełnym bokiem widząc dokładnie czwórkę idiotów leżących na asfalcie. Powrót na prawy, wsteczny... i tyle ich było, uciekli. Do dziś zdaję sobie sprawę że przez moją bezmyślność i ich bezmózgię mógłbym - nawet jeśli nie ze swojej winy - rozjechać kolejno czterech nastolatków.

Inne sytuacje? Może tym razem inni kierowcy. Nikt nam nigdy nie powiedział, że jeździmy rozsądnie, ale nikt nigdy by nie powiedział, że jak samobójcy.
Zima, na drogach śnieg, drogowcy zaskoczeni, kierowcy widać też. Spora seria zakrętów pod górkę, więc jedziemy całkiem niestandardowo rozsądnie. Z naprzeciwka środkiem drogi i całkowicie niekontrolowanie ślizga się pojazd wiadomej marki - na początku "B", na końcu "W". Raz bokiem, raz na skos, widać że ktoś chciał coś zrobić i nie tylko mu nie wyszło, ale ciągnie samochód już któryś zakręt i nie potrafi z poślizgu wyjść. Hamować nie ma po co, on się i tak nie zatrzyma - chodnik, między słupem a płotem, krótkie spojrzenie na twarze pasażerów niemieckiego samochodu - ucieszone mordy sebixów szczęśliwych, bo przecież "ale polecieli!"...

Może teraz klienci. Z rzadka zamówienia dla żartów do sąsiadów czy znajomych, czasem nie odbieranie zamówienia, najczęściej klasyczny ochrzan bo "miał Pan być za 40 min a dzwoniłem 45 min temu!".
Najbardziej utkwiła mi tutaj w pamięci prawdopodobnie kierowniczka firmy transportowej, późno w nocy. Podjeżdżam na miejsce, duży plac, brama zamknięta, telefonu nikt nie odbiera - szybki telefon na bar czy numer się zgadza, bo nasze barmanki równie dobrze mogłyby wypisywać recepty, to nie zawsze wina klienta. Nie w tym przypadku, ode mnie nie odbiera, z baru odebrała za trzecim razem. Podobno kompletnie pijana mówi że "mam wejść". Dobra, którędy... pizza w ręce stygnie, patrzę na zegarek, 15 min po zamknięciu... ile można? Dobra, za dzieciaka też się tak robiło. Szybki skok przez płot z pizzą, idziemy, ciemno, pusto, kilka budynków otoczonych sprinterami, boxerami i innymi trafficami. Dzwonię po kolei do każdych drzwi, jedne otwiera Ukrainiec, też nawalony, który "nie panimaju ni zamawiaju" i zamyka przed nosem. Szukamy dalej. Na samym końcu światełko w tunelu - dosłownie, jakaś mała kanciapa w której się światło pali. Prawie biegiem, pukam, otwiera faktycznie mocno wstawiona kobieta w stroju, że się tak wyrażę, bliższym łóżkowemu niż wyjściowemu, za nią jeszcze jedna i dwóch facetów w stanie uniemożliwiającym zauważenie pojawienia się gościa z pizzą.
Babka: Piiiizza jest! ile płacę?
Ja: Tyle i tyle
B: A czeemuu tylee?
pokazuję jej rachunek
B: No może... racja... bo ja trochę już wypiłam
wyciąga z najróżniejszych miejsc jakieś drobniaki i mi daje
B: Reszta dla ciebie młody
szybkie przeliczenie... no tak...
J: Tutaj brakuje 20 złotych
B: ...rrrwaa, nie mam chyba, czekaj tu
idzie, próbuje obudzić jednego z chłopów, w końcu druga jej daje banknot, daje mi go, zamyka drzwi przed nosem...
I powtórka z rozrywki, szybkim krokiem powrót tą samą drogą, płot, skok do wiernego Grande Punto i jedziemy stamtąd.
Podobno jeszcze dzwoniła że zimna i że chciała inną, ale barmanka olała sprawę.

Chcecie więcej historii jednego z (statystycznie) najbardziej niebezpiecznych zawodów świata?

pizzeria/dostawca/drogi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (68)
poczekalnia
Kolejny sposób na oszustwo. Firmy nie mam, przyszło z różnych adresów na maila, kt używam wyłącznie prywatnie i to raz na ruski rok. Ale ktoś prowadzący działalność czy B2B może kliknąć w zdenerwowaniu lub z ciekawości. Uważajcie!

Drogi Kliencie
Przesyłam wykaz nierozliczonych faktur, aby dowiedzieć się więcej.
Li nk do faktury: [link]
Pozdrawiam
Grzegorz Chmielarski
Grimp Sp. z o.o.

Cześć
Przesyłam wykaz nierozliczonych faktur, aby dowiedzieć się więcej.
Li nk do faktury: [link]
Z poważaniem
Ewa Michalak
Abakus Sp. z o.o.

oszustwo

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (53)
poczekalnia

#84188

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jeśli myśleliście, że agresywne babcie spotykane w komunikacji miejskiej to nieprzyjemna sprawa to... Strzeżcie się autobusowych dziadków ;)

Jechałam dziś autobusem, słuchawki na uszach, wzrok od niechcenia omiata widoki za oknem. Wtem zauważam, że siedzący obok staruszek się do mnie nachyla. Ściągam słuchawki (myślałam, że może dźwięk się przebija, a akurat leciały mocniejsze kawałki), a ten rzuca, że mam ładne paznokcie. I czy mogę pokazać.

Cokolwiek zbita z tropu wyciągnęłam w jego kierunku dłoń, a on ją hyc i zaczyna zbliżać do ust. Na co ja odruchowo zaczynam ją przygarniać z powrotem do siebie, nie jakoś bardzo agresywnie, bo szczerze mówiąc nie wiedziałam jak zareagować, absurd sytuacji zbił mnie z pantałyku. Ostatecznie pocałunek złożył, i, chyba widząc, że minę mam nietęgą powiedział, że paznokcie są tak ładne, że aż chce się całować...

Także nie narzekajcie na nadpobudliwe staruszki, bo zawsze może się trafić dziadek-fetyszysta ;)

komunikacja_miejska

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 20 (96)
poczekalnia
Jak mus - to mus! Wylądowałam w szpitalu, przyjęcie planowe. Sale dwuosobowe, czysto, spokojnie, opieka - standard. Raz sympatyczniej, raz mniej.

Jedna z pielęgniarek dość arogancka, nie lubiłam gdy miała dyżur. Umiejętności na poziomie mocno średnim, za to nos zadarty pod sam sufit, stuprocentowa "profeska", zero uśmiechu, dystans i "ani kroku ponad to, co koniecznie muszę".

To właśnie od niej pacjent usłyszał, że nie życzy sobie, by mówił do niej "siostro", bo niczyją siostrą ona tu nie jest. Na pytanie, jak wobec tego ma się do niej zwracać, rzekła, że "pani magister", lub, w ostateczności, "pani Małgorzato". Od tego dnia począwszy, mówiłam do niej "proszę pani".

Drugą pacjentką, w sali gdzie leżałam, była sympatyczna starsza kobieta, lat 72. Starała się być bardzo miła dla personelu, wręcz nadskakująca, co mnie trochę drażniło, ale uznałam, że to nie moja sprawa. Widocznie chciała sobie zaskarbić życzliwość i sympatię pracowników medycznych.

W dniu, kiedy miała wyjść do domu, przychodzi "pani Małgorzata" by odłączyć kroplówki, usunąć wenflony, pozdejmować plastry i pozabierać, zbędne już, kieliszeczki na leki. Wszystkie czynności wykonuje w milczeniu, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, gdy nagle odzywa się starsza pani.

- Ale wy pielęgniarki biedne jesteście. Tyle zajęć, wiecznie biegacie, ciągle na nogach. Te dyżury takie długie, wyspać się nie możecie, bidulki, cały czas ktoś coś chce. Bardzo ciężką macie pracę, a jeszcze ci pacjenci tacy wymagający...

W panią Małgorzatę wstąpiło życie. Wyprostowała się, nosem wycelowała w sufit, brew zmarszczyła.

- No właśnie! - powiada - Mnie już tylko DOKTORATU brakuje. Ja mam licencjat, magistra, odbyłam wszystkie możliwe kursy i szkolenia, a wie pani ile ja tu zarabiam? Wie pani? Cztery i pół tysiąca!!!

- Brutto? - wtrąciłam się.

- No co pani? Do ręki. Ale dla mnie to jest G-Ł-O-D-O-W-A pensja!!!

Zamknęłam twarz. Powstrzymałam się od komentarzy. Pokiwałam wyrozumiale głową. No cóż... musiałam tam jeszcze pozostać jakiś czas.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (68) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (120)
poczekalnia
Mieszkam z trojgiem współlokatorów i to dopiero od miesiąca z kawałkiem. Na początku bardzo miło, wszyscy oprowadzili mnie po mieszkaniu i dali znać, że jak będę czegoś potrzebować to żebym dawała znać. Sympatycznie.
Jak się zorientowałam później jeden z nich dużo gotował. Samodzielnie przygotowywał sosy, burgery, mielone i wiele innych. Sprzątał po sobie, ale widocznie po jedzeniu tracił zapał, bo choć wszystkie naczynia były czyste, to zlew i gąbka pozostawały całe w drobinkach mięsa, ryżu, warzyw i innych takich rzeczy. Ok, nie chciałam być drobiazgowa i już na początku wspólnego mieszkania robić problemów, poza tym z asertywnością u mnie niestety na bakier, więc kupiłam zapas własnych gąbek innej wielkości i niezmywalnym markerem napisałam na jednej swoje imię. Dla mnie rozwiązanie idealne.
Kilka dni później jeden ze współlokatorów złapał mnie w kuchni, spytał jak mi się mieszka, czy wszystko jest ok. Po chwili zapytał o tę nieszczęsną gąbkę. Powiedziałam częściową prawdę, że gąbka jak to gąbka, brudzi się, a że nie jem mięsa to jakoś mi się przyjemnie własną gąbką talerze i garnki myje. Współlokator głową pokiwał, wszystko jasne.
Do czasu.
Wczoraj wyjątkowo siedzę w domu, bo zwykle w godzinach wieczornych jestem w pracy, światło mam zgaszone, bo tylko siedzę na telefonie, kiedy wchodzi jeden ze współlokatorów z kolegami - inny, niż ten, który pytał mnie o gąbkę. Wszyscy chyba trochę wstawieni, nie mnie to oceniać. Tak sobie siedzę, ignoruję, aż do moich uszu nie dotarło słowo "wegeterrorystka" (niejedzenie mięsa tak już działa na człowieka, że na pewne zwroty jest wyczulony)
Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
1: <wypowiedź której nie złapałam, ze słowem wegeterrorystka>
Mój Współlokator: Ćśśs, ona tu mieszka.
1:Przecież jej nie ma, światło się nie świeci.
2:A co ona takiego ci wciskała?
[MW]: Żebyście widzieli jak ona na mnie patrzy jak sobie mięso robię, jakby mnie chciała zabić.
(Tu gwoli wyjaśnienia, jeżeli się patrzę to tylko z zazdrością, bo jego dania pachną niesamowicie, a moja przygoda z wegetarianizmem zaczęła się stosunkowo niedawno).
[MW] Poza tym zażądała (!!!) własnej gąbki do mycia naczyń, żeby nie budzić jej krwią niewinnych zwierzątek, jak my, mordercy. Całą lodówkę nam zastawia swoim wegańskim szitem (jedna paczka sojowych parówek, jestem przed wypłatą) i tylko czekać aż nam zacznie plakaty po domu rozwieszać.
1: Noo, poje***a jakaś.
Z asertywnością i konfrontacjami mam problem, więc nie wyszłam do nich. Jestem tylko ciekawa, czy informacja o gąbce nabrała takiego wydźwięku przechodząc z ust do ust, czy po prostu pan Kucharz był na tyle oburzony moimi parówkami sojowymi, że musiał sobie wykreować ze mnie wroga.

Mieszkanie

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (123)
poczekalnia

#84169

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Powiedzenie że przed wojną może jedynie nas uchronić pokój ostatnio nabrało chyba dosłownego znaczenia.

Znajomy służący w jednej z jednostek przyjechał na zawody specjalnie zorganizowane przez miejscowy garnizon. Wraz z nim z całego kraju zjechało się kilkudziesięciu innych żołnierzy. Kolega stwierdziwszy, że dawno się nie widzieliśmy zaprosił mnie byśmy wyskoczyli na piwo i pogadali o dawnych czasach. Do tego samego pubu przyszli też jego kamraci z jednostki a wraz z nimi większość z zebranej na zawody ekipy.

Jak się skończył taki wypad bez dowódców? Ano taką libacją, że 3/4 zebranych żołnierzy trzeba było prowadzić do hotelu gdyż sami kilku kroków nie umieli postawić. Poza tym przechwalanie się wszem i wobec, że są żołnierzami i że należy im się szacunek bo oni bronią tego kraju i przy tym wdawanie się w bójki (w większości z racji stanu upojenia przegrane) za np. krzywe spojrzenie. Kiedy zapytałem znajomego czy to zawsze się tak odbywa, to stwierdził, że taki turniej to tak naprawdę jest jedna wielka balanga. Ot takie mamy wojsko.

wojsko

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (102)
poczekalnia

#84168

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sytuacja nie jednorazowa, ale zaobserwowana wielokrotnie.
Tak, przyznaję się, lubię chodzić po sklepach z odzieżą używaną. I nie, nie mam z tym problemu, więc ewentualne komentarze możecie sobie odpuścić :)
Bardzo często w dni, kiedy cena za kg jest najniższa pojawiają się gromadnie starsze panie, ciągnące za sobą nad wyraz niechętnych mężów w celu uzupełnienia ich garderoby. I do tej pory nie byłoby w tym nic szczególnie dziwnego, ale w owe kobiety wstępuje... Sama nie wiem, jak to nazwać. Chęć pokazania wszystkim jakie to one są... Energiczne? Zaradne? Obrotne? Panie domu w złym tego słowa znaczeniu?
Wówczas jedna przez drugą zaczynają dosłownie szczekać na mężów, wydawać rozkazy podniesionym, bardzo zniecierpliwionym, poirytowanym głosem, zawsze zwracając się pełną, jak najbardziej oficjalną formą imienia:
Stanisław! Stanisław! Stanisław, no zapnij się! Stanisław odejdź kawałek! Stanisław, stań prosto! Stanisław, obróć się!
Wszystko mówione bardzo szybko, jakby gorączkowo, biedny przykładowy Stanisław, najczęściej starszy pan już nie tak żwawy jak dawniej jeszcze nie zdążył dobrze wsunąć rąk w rękawy, a małżonka huczy kolejny rozkaz w taki sposób, jakby czekała na to od godziny i upominała ślubnego już kilka razy.
To (jak się domyślam, bo panowie nie oponują) bardzo nieprzyjemne dla obiektu połajanki, a przy tym bezsensowne i awykonalne, rozkazy sypią się takim tempem, że ja, młoda i sprawna z trudem bym nadążyła.
O harmidrze, jaki przy tym się robi już nie wspomnę.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (78)