Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#89328

przez ~pudlo45 ·
| było | Do ulubionych
Jestem mamą małej dziewczynki. I się boję.
Moje media społecznościowe zalewa fala próśb o pomoc dla ciężko chorych dzieci.
Bardzo mi ich żal, ale pomóc wszytkim nie mogę i strasznie mnie to przytłacza oraz boję się, że spotka to moją córkę.
Próbuję się odcinac od tych informacji, ale to nie jest łatwe, bo te informacje mają status "sponsorowane" i jako że klikam w różne info na temat małych dzieci to jestem w ich targecie. To taka mała piekielnostka, ale w sumie nie to jest tu najtrudniejsze.

Kilka akcji pomocowych dotyczy dzieci z SMA czyli rdzeniowym zanikiem mięśni.
Terapia genowa w tej chorobie kosztuje bardzo dużo. Chyba ok. 9 mln zł. I zaraz pewnie częśc z Was krzyknie, że to niedobre polskie państwo dzieciom nie pomaga. No właśnie poczytałam sobie i to wszystko nie jest takie czarno białe.
Po pierwsze wystraszona uświadomiłam sobie, że od urodzenia córki nie przyszedł do mnie ze szpitala żaden list. I to jest bardzo dobra informacja, bo SMA jest obecnie w pakiecie badań przesiewowych robionych w szpitalu po porodzie- jak coś jest źle, to przychodzi list, że trzeba badania powtórzyć i ewentualną chorobę potwierdzić, zdiagnozować itd. Czyli moja córka jest zdrowa, co nie przeszkadza "atakować" mnie w mediach społecznościowych reklamami płatnych badań przesiewowych na SMA. Wiele mam boi się tak jak ja i może nie mają wiedzy co jest w pakiecie badań przesiewowych i wyskoczą jeszcze z 200 zł i zapłacą...

Po drugie od jakiegoś czasu lek na SMA jest w Polsce finansowany, co w połączeniu z systemem badań przesiewowych pozwala podać go szybko i zatrzymać chorobę.
Po trzecie sa inne leki na SMA, w tym ten najdroższy, które finansowane nie są. Ten najdroższy ma sens tylko w niekórych przypadkach, dla dzieci o pewnym genotypie. A rzeczą ciekawą, którą wyczytałam,jest to, że lek genowy nie zwiększa skuteczności leczenia tylko czyni je wygodniejszym tzn. Zamiast podawać do końca życia lek finansowany i hospitalizować dziecko co kilka miesięcy- taki lek można podać np. co roku. Prawda że to wygodniej i komfort życia jest lepszy? Rodzice walcząc o lek, mają swój cel, który pomaga im walczyć z choroba dziecka, godzić się z nią.
Wiem, że każdy przypadek choroby jest inny. I nie podoba mi się to, że taka choroba jak SMA jest i dzieci chorują, ale:

Zbiórki w Polsce może robić każdy,a im bardziej chwytliwe hasło się w nich ustawi, tym zbierze się więcej.
Gdzie tu piekielność zapytacie? Ano w tym, że jak przekonaliśmy się przy uchodźcach z Ukrainy możliwośc pomocy jest zawsze ograniczona. Jest jakiś zasób środków, z których można korzystać.
Jeśli więc dziecko z SMA zbierze 9 mln zł. to inne dzieci nie zbiorą. Nie zbiorą na leczenie chorób nie refundowamych wcale, nie zbiora na rehabilitację, która może podnieśc komfort ich życia. Jeśli nie mają ładniutkiej twarzyczki, nie sa małymi dziećmi, nie mają rodziców "menedżerów", którzy dobrze dbaja o ich wizerunek w chorobie to uzbierają niewiele.

Ten wpis nie miał krytykowac rodziców dzieci z SMA, ale tylko pokazać jak to czasem jest wszystko skomplikowane i ma drugie dno.

SMA zbiórki pieniądze

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 24 (92)
poczekalnia

#89330

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
W rozmowie z koleżanką wspomniałam, że zmarła moja daleka krewna z rodzinnej miejscowości, a ja nie będę mogła pójść na pogrzeb i ciężko mi z tym. Jej słowa pocieszenia: "Co się martwisz, ona na twój też nie pójdzie!"

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 20 (80)
poczekalnia

#89314

przez ~szczesliwybojuzbylystudent ·
| było | Do ulubionych
Opowieści studenckie mające swój początek lekko ponad 10 lat temu.
Niektórzy mówią, że na studia idą zwykle niegłupi ludzie. Jak rzeczywiście jest to już historia wielokrotnie zweryfikowała.

Oto przykłady z mojego roku.

Jeden przedmiot na zaliczenie, dokumentnie nieprzydatny w życiu.
Studenci to chytre bestie, więc zorganizowały sobie giełdę.
Niestety, jedna osoba z wyżej wymienionych to mało rozgarnięty osobnik, który zostawił całą listę pytań na siedzisku przed salą wykładową.
Wynik: jedna z asystentek znajduje giełdę, zanosi do pani psor, na zaliczeniu pojawiają się całkowicie nowe pytania. Jakie były efekty nietrudno zgadnąć - z blisko 200 osób na roku 40 czy 50 poprawia bzdurę.

Czy coś to ich nauczyło? "Takiego wała jak Polska cała!".

Rok później:
Przedmiot podobnej klasy do wyżej opisanego. Również na zaliczenie.
Różnica jest taka, że jeden z asystentów to wyjątkowy k*tas.
Co robi jedna z koleżanek na zajęciach u w/w, dzień przed zaliczeniem?
TAK! Przegląda giełdę!
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Asystenta krew jasna zalała, poleciał do profesora, pytania na zaliczeniu się zmieniły. Wynik dość podobny do poprzedniego.

Z tego co słyszałem, młodsi studenci jeszcze kilka lat po mnie pomstowały na matołów z mojego roku.
Gaudeamus igitur...

studia

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (68)
poczekalnia

#89313

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Pomyślałam, że opowiem wam o pewnym nauczycielu z liceum. Wprawdzie skończyłam edukację w tym przybytku już ponad 10 lat temu, ale rozmawiając ostatnio z koleżanką przypomniało mi się to i owo, więc kto wie, a nuż się spodoba.

Akurat na ostatni rok rzeźby (uczyłam się w liceum plastycznym) przyszedł do nas niejaki pan Igorek (imię nie zmienione, a co!). Poprzednia nauczycielka prowadziła ten przedmiot zupełnie normalnie, padał temat i trzeba było coś ulepić, czasem zdarzyło się lepienie "z natury", na przykład czaszki kościotrupa (nazywał się Stefan i był elementem wielu martwych natur). Ale nie pan Igorek. Pan Igorek był dość młody i miał WIZJĘ. Albo raczej WIZJE. Był fanem wszelkiej maści szeroko pojętej sztuki nowoczesnej, zwłaszcza performance'ów. No i tu się nie dogadaliśmy, bo ja mam od zawsze zdanie, że artysta aby nazywać się artystą powinien jednak cośtam umieć, a nie narzygać na płótno i udawać, że to Wielka Sztuka. Nie wiem, czy podzieliłam się z Igorkiem tą światłą refleksją czy po prostu coś wyczuł, w każdym razie uwziął się na mnie.

Raz dostałam z marszu jedynkę, bo położyłam NIECHCĄCY kurtkę na blacie zakrytym papierami* pod którymi, jak się okazało, znajdowały się płaskorzeźby innego rocznika. Na mój argument, że po to są pozakrywane tymi papierami żeby nic im się nie stało i bez przesady, moja kurtka nie waży 10 kilo odpowiedział, że przecież mogło i tu chodzi o ZASADĘ. Aha. Innym razem zaczął mnie opierniczać za jakąś inną straszną zbrodnię (nie pamiętam o co chodziło, chyba znowu o położenie czegoś w złym miejscu) i nawet nie dał mi dojść do słowa, że to nie ja. Kolega (jeden z jego ulubieńców) się wtrącił, że to jego, na co zmieszany Igorek odparł:

- Widzisz, [imię kolegi], jaki z ciebie burak, koleżance się przez ciebie oberwało!

Kolega pały nie dostał.

Pamiętam jakiś dziwny "egzamin" na którym były zarówno szczegółowe pytania z anatomii (to nic, że nigdy nas tego nie uczył) jak i pytania o prace jego ulubionych "artystów". Za komentarz niech posłuży koleżanka. Wylosowała i przeczytała pytanie, Igorek wpatruje się w nią wyczekująco, jej odpowiedź brzmiała: "Szczerze? Nie mam zielonego pojęcia". I usiadła, pan Igorek nieco przygasł :D

Ale to jeszcze nic, najgorsze było to, że ten typ sobie wymyślił specjalne prace semestralne. Padał jakiś abstrakcyjny temat i mieliśmy go "zaskoczyć". Wyraźnie marzył, żebyśmy skakali po ławkach na golasa czy coś w tym stylu w ramach "performance'u", ale jakoś nikt w klasie nie był do tego skłonny... Ogólnie przyjęło się podejście "przynieść cokolwiek i sprzedać dobrą bajerę, a on to kupi". Niestety, wyjątkowo nie mam głowy do wymyślania jakichś abstrakcyjnych teorii z rzyci, nieważne czy chodzi o interpretację wiersza czy pracę na rzeźbę, więc cierpiałam podwójnie. Traf chciał, że chwilę przed zaliczeniem letnim złamałam rękę. Znaczy, oficjalnie było to pęknięcie kości promieniowej (beznamiętne pytanie lekarki na pogotowiu: "rolki czy rower?" zapamiętam na zawsze :D), tak czy inaczej ręka poszła w gips. Lewa, więc o ile jako praworęczna mogłam malować czy rysować bez większych trudności, o tyle z bardziej skomplikowanymi czynnościami miałam jednakowoż lekki problem.

Nie ukrywam, miałam nadzieję, że dzięki temu uda mi się wymigać od piekielnej rzeźby. Poszłam więc porozmawiać z panem Igorkiem. Praktycznie oskarżył mnie, że zrobiłam to specjalnie(!) i on nie widzi żadnych przeszkód, żebym zrobiła to zaliczenie i może mogłabym wykorzystać w tym celu swoją tymczasową niesprawność... Cóż, zarabiam dziś całkiem nieźle w gamedevie jako grafik/animator i dalej nie wiem, jak miałoby to wyglądać. Chyba nawet jacyś inni nauczyciele z nim rozmawiali, bo poskarżyłam się na przykład panu od malarstwa (jego komentarz: "a czym ma pani zrobić tę rzeźbę, nogami?"), ale pan Igorek pozostawał nieugięty. Koniec końców przyniosłam jakieś badziewie zawierające udko z kurczaka* i produkowałam się na temat losu zwierząt itp, a gość mnie pyta, czy wiem, z czego są moje glany... Cokolwiek to miało do rzeczy. I tak na moim świadectwie maturalnym z rzeźby miałam 3, a wcześniej czwórki i piątki...

*ktoś przyniósł masę roztopionego wosku, że to niby nawiązanie do Ikara, dostał 5

I tak się teraz zastanawiam, czy pan Igorek nadal tam uczy, a jeśli tak, to czy przeszły mu te jego WIZJE. Jeśli nie, to serdecznie współczuję jego uczniom.

*[EDIT] 1. Dobra, widzę, że trzeba objaśnić ze szczegółami, bo ten punkt wzbudza chyba największe kontrowersje: blat był przykryty wielkimi, gładkimi arkuszami białego papieru, naprawdę fizyczną niemożliwością było zobaczenie co jest pod nimi. Niech będzie, że częściowo moja wina, bo nie pomyślałam, trudno, bywa. Natomiast naprawdę nie wiem, co musiałabym mieć w kieszeniach upchane i z jaką siłą rzucić tą kurtką żeby coś uszkodzić, glina wbrew pozorom aż tak łatwo się nie odkształca, to nie chińska porcelana, że rozwala się od byle pstryknięcia (ceramikę i szkło robiło się jeszcze gdzie indziej, tak uprzedzając czepialskich).

2. Co do mojej rzekomej hipokryzji - technicznie rzecz biorąc, pan Igorek nigdy nie wspominał, że praca musi być 100% zgodna z naszymi prywatnymi decyzjami i przekonaniami :D Generalnie już byłam mocno zdesperowana, bo czas gonił a pomysłów żadnych. Aczkolwiek podejrzewam, że nawet gdybym przyniosła idealną replikę Dawida Michała Anioła, to też by mu coś nie pasowało.

szkoła liceum plastyczne rzeźba

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (86)
poczekalnia

#89279

przez ~bialyoleander ·
| było | Do ulubionych
Piekielna bratowa.

Mam brata starszego o 8 lat. Zawsze mieliśmy dobry kontakt do czasu aż wziął ślub. Moja bratowa to głośna, zarozumiała okropna baba, która od czasu zaobrączkowania sukcesywnie odcinała go od rodziny. Miała konflikt z moją mamą i dlatego u rodziców pojawiali się już tylko od święta, mimo, że mieszkają w miasteczku obok.

Ale to co moja bratowa wymyśliła ostatnio to już przechodzi ludzkie pojęcie. Otóż ja i mój chłopak lubimy spokojnie spędzać urlop. Najlepiej biwak albo ciche schronisko w górach. Głośne turystyczne kurorty nigdy nas nie pociągały. Mój brat z rodziną co roku spędzają wakacje w takich kurortach czy to w kraju czy zagranicą.

Toteż wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy brat zaproponował mi i mojego lubemu wspólne wakacje w tym roku, a jakże, w Mielnie. Odpisałam lakonicznie, że takie miejsca nas nie kręcą i w ogóle co tak nagle. Brat napisał, że jego małżonka nagle postanowiła zacieśnić z nami więzy i pomyślała, że wspólne wakacje pomogą zażegnać dawne spory, a poza tym dzieci by się ucieszyły spędzić z nami trochę czasu.

Taa... moi bratankowie są głośni i źle wychowani. Nie potrafią się nigdzie zachować, wszędzie biegają, drą się. Młodszy ma 3 lata i nie potrafi dobrze trzymać widelca, wszędzie je rękami, starszy ma 5 lat i zdarza mu się sikać w spodnie, w związku z czym wszędzie trzeba nosić ubranie awaryjne. Gdy moja mama raz zwróciła jej uwagę czy te zapasowe spodnie będzie tak nosić ze sobą do 18stki, bratowa oburzyła się i wulgarnie kazała mojej mamie odczepić się od jej dziecka. Od brata nie raz słyszałam, że dzieci są męczące, więc po co zaprasza mnie na wspólne wakacje z nimi? No niech zgadnę, liczą na darmową opiekunkę?

Ironicznie napisałam bratowej, że do Mielna nie pojedziemy, bo nie nasze klimaty, ale zapraszamy na wakacje w Bieszczady. Ironii nie wyłapała i odpisała, że chyba nie, bo dzieciom będzie się tam nudzić. No tak, bo bombelkom trzeba zapewnić milion atrakcji zamiast pokazać coś innego niż gofry za 20zł i brudną plażę.

Bratu napisałam, że rozumiem, że żona go prosi, ale niech mi nie robi takich żałosnych propozycji, tylko wynajmie sobie opiekunkę do dzieci. Nic już nie odpisał. Czyżby żonka zabroniła?

rodzina

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (106)
poczekalnia

#89260

przez ~Canis79 ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam w domu dwu-rodzinnym. Ja z tatą na dole - kuzynka ze swoim mężem i dwojgiem dzieci na górze. Stan prawny: pół domu zapisane na mnie - pół domu na moją kuzynkę.
W przeciwieństwie do mnie mnie, moja familia jest dosyć rodzinna i ..."przedsiębiorcza". Teoretycznie normalni, ułożeni i nie głupi ludzie.

Pierwsza sprawa - wspólny ogród. Gdy moja mama żyła (zmarła 4 lata temu), zwyczajowo w swoim własnym gronie czasem korzystaliśmy z ogrodu w ramach niedzielnego wiosenno - letniego obiadu. Po jej śmierci, jakoś zaprzestaliśmy z tatą jadać na zewnątrz. Szybko obudziłem się z ręką w nocniku - widząc - że rodzinka z góry dosłownie zaanektowała całą zieloną powierzchnię. Huśtawki dla dziecka, basenik, zestaw wypoczynkowy etc...Szpilki nie wciśniesz. W ogóle w sezonie to na zewnątrz spędzają dobre 70% czasu. Od śmierci mamy nie postawiłem stopy w "naszym" ogrodzie. Po prostu czułbym się jak intruz. Uczciwie trzeba przyznać, że nigdy nie byłem osobą która jakoś bawiła się w pielęgnację ogrodu. Nie zmienia to faktu że część tej powierzchni należy do mnie i wydaje mi się że moja rodzinka nie powinna tak z buciorami zagarniać wszystkiego. Wypadałoby uczciwie podzielić ogród (choćby umownie - bez płotu). A kto i czy w ogóle będzie po swojej stronie kosić przysłowiową trawę - to już jego broszka. Chciałbym mieć ten komfort psychiczny, że ktoś do mnie przychodzi i mogę go bez obiekcji ugościć na swojej części ogrodu. Dziś nie mam takiej możliwości.

Druga sprawa - konsultacje.
Ze mną w ogóle nie rozmawiają jeśli chodzi o tematy dotyczące spraw domu i finansów z nim związanych. Łatwiej im pogadać z moim niemal 80-letnim, przygłuchawym i spolegliwym tatą który na wszystko się zgodzi. Bo wg. toku rozumowania mojego protoplasty, "oczywiście" to rodzina, a rodzina nie oszuka.

Trzecia sprawa - inwestycje.
W zeszłym roku wymyślili sobie remont korytarza (część wspólna). Jak to argumentowali? "Wy macie mało gości, ale do nas często ktoś przyjeżdża". Moim zdaniem? Fanaberia. Korytarz wyglądał nie najgorzej. Oczywiście o fakcie dowiedziałem się na jakieś 2 tygodnie przed remontem. Skasowali nas nie mało. Rachunków czy faktur do dziś nie zobaczyłem.

Niedawno przy naszej ulicy trwały jakieś roboty uliczne, które wiązały się z zerwaniem płyt chodnikowych przylegających do naszej posesji. Co sobie spontanicznie wymyśliła rodzinka z góry? Żeby ta firma przy okazji kładzenia płyt na nowo, wybrukowała nam podjazd pod domem (mniej więcej 3 x 4 m). Oczywiście nie za darmo. Koszt ogólny jakieś 6 tys. Naszą część łaskawie wyliczyli na 2 tys. W sumie wybrukowanie podjazdu to sponsoring dla nich. Bo ani ja, ani tata nie mamy auta. Oni mają cztery, z czego jeden lubią parkować bezpośrednio pod naszym balkonem, gdzie od lat było to miejsce parkingowe mamy. Nikomu nie liczę jego dóbr materialnych, ale zawalanie wewnętrznego placu samochodami + bezczelne parkowanie na naszym miejscu pod domem - to gruba przesada.
Przy tej okazji dowiedziałem się nieoczekiwanie od taty, że kilka lat temu wmanewrowali go w partycypowanie w koszty do wymiany bramy ze zwykłej na automatyczną. Tak - zgadza się. Bramy której ja i moi rodzice nie używaliśmy nigdy - gdyż mama parkowała przed domem. Kolejna rzecz którą zasponsorowaliśmy "górze".

W tym tygodniu z zaskoczeniem zauważyłem, że na naszym piętrze - zaraz obok naszych drzwi, wstawili sobie trzy kontenery piwa. Mogli dać na ganek, mogli dać do piwnicy, mogli je postawić koło drzwi na swoim piętrze. Ale nie! Musieli koło naszych! Niby nic, ale odczytałem to bardziej jako zatknięcie flagi. Co następne? Wstawią wózek do naszego przedpokoju?! Pojemniki stały sobie tak 2-3 dni.

Reasumując...Zdaję sobie sprawę że w pewnym sensie sam sobie jestem winien. Lata bycia biernym w tych kwestiach zbierają teraz żniwo. Na swoją obronę mam to, że jestem podręcznikowym przykładem introwertyka i interakcje z ludźmi sprawiają mi niemal fizyczny ból. Jednak wymienione wyżej zachowania, świadczą najgorzej o mojej rodzinie. Jest to tylko kwestią czasu zanim przesadzą konkretnie i rozpęta się piekło.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (85)
poczekalnia

#89253

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Podziębiłem się i niestety potrzebny antybiotyk. Ok mój lekarz wie przeważnie co łapę i odpowiedni antybiotyk mi daje. A wiem że kosztuje on 12zł bo 30%odpłatności bo kilka razy stawiał mnie na nogach.
Idę do apteki daję receptę. A po chwili słyszę 78zł. WTF???
A czemu? Dziewczyna od razu nabiła probiotyk. Bo trzeba kupić.
Ok do probiotyków nic nie mam choć wolę jogurt niż jakieś piguły, ale Pani pokaże....
Termin do maj 2022.

Szkoda słów.

Apteka

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (98)
poczekalnia

#89220

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia trochę piekielna, trochę zabawna.
Ładnych parę lat temu, kiedy jeszcze studiowałam, miałam w akademiku pewną koleżankę, nazwijmy ją Kaśką. Akademik był lekko nietypowy, bo prywatny, jednak ceny pokoi jeszcze wtedy były podobne do tych na stancjach.
Miałyśmy więc segment i mieszkałyśmy w pięć osób. Ja byłam tam najmłodsza, bo dopiero zaczynałam pierwszy rok.

Kaśka bardzo się tym ekscytowała, że jest już na trzecim roku, jak i reszta towarzystwa i bardzo lubiła to podkreślać. Na przykład stwierdziła, że nie mamy dyżurów w sprzątaniu, bo "oni są już na to za starzy".
Na początku, usłyszałam coś w stylu, że skoro zamieszkałam już wśród takich ludzi jak oni, to powinnam być z tego dumna - tutaj miała na myśli raczej właśnie ich wiek, bo każde z nas studiowało coś zupełnie innego.

Słyszałam co chwila porady jak co układać (na mojej własnej) półce w lodówce, albo jak sprzątać - z czym jakoś nigdy nie miałam większego problemu, bo należę do raczej schludnych osób.
Kiedyś, kiedy coś mi się przeterminowało w lodówce o jakieś może 2 dni (chyba jakieś dwa jogurty z tego co pamiętam), znalazłam karteczkę, że "tylu biednych ludzi by się z tego ucieszyło". Może i racja, ale pytanie, czy to była jej sprawa?
Nie powiem, żebym jej nie odpowiadała na to jakąś ripostą, na co bardzo się oburzała, ale to już zupełnie inna sprawa.
Inne dziewczyny, idąc chyba za jej śladem, też czuły się tam ważniejsze i mądrzejsze z racji wieku, ale aż tak bardzo tego nie okazywały.

Najbardziej jednak rozbawiło mnie, kiedy nie wróciłam na noc do domu i dowiedziała się, że mam chłopaka. Wtedy wzięła mnie na poważną rozmowę o tym, że mogę zajść w ciążę i zawalić pierwszy rok studiów.
Żeby nie było - wiem, że można też trafić na świetne towarzystwo starszych od siebie ludzi, ale ja trafiłam, jak trafiłam. Na drugim roku zmieniłam segment miałam za to super towarzystwo.

Najzabawniejsze jednak, że wtedy rzeczywiście sama czułam jakiś rodzaj nobilitacji, że mieszkam ze starszymi (aż o 2 lata!) osobami.
I dopiero teraz widzę jak z czasem zmienia się perspektywa...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (87)
poczekalnia

#89199

przez ~LasPalma ·
| było | Do ulubionych
Czy ze mną jest coś nie tak?

Mam brata, który jest nauczycielem. Mniejsza o to jakiego przedmiotu uczy, nie jest to istotne w historii. Poprosiłam go by wziął pod swoje skrzydła moją córkę, bo naprawdę średnio jej idzie nauka z tego przedmiotu. Na pierwszych zajęciach zorientował się jakie ma zaległości, młoda poleciała się przywitać z kuzynkami, a ja pytam ile takie lekcje będą nas kosztować. Tutaj podał konkretną kwotę, pełną, jaka bierze zwyczajowo.
I tu nastąpiło moje zwieszenie systemu nerwowego. Zapytacie dlaczego? A no dlatego, że wielokrotnie pomagałam bratu, jak i rodzinie jego żony, w mojej " dziedzinie naukowej", czasem pomagał również mój mąż. Nigdy nie wzięłam za to ani grosza. Baaa nawet czekoladek nie otrzymałam.
Nigdy nawet nie pomyślałam żeby "kasować" za , jak wtedy myślałam, przysługi.
Nie rozumiem...

Korki

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (108)
poczekalnia

#89174

przez ~uczenniemampomyslu ·
| było | Do ulubionych
Piekielny ksiądz.
Poszedłem na rekolekcje wielkopostne, wszakże co może pójść źle? Otóż, źle może pójść ksiądz. Mimo, że samo kazanie miało ogólnie pozytywny wydźwięk, natomiast sama forma... pozostawiła wiele do życzenia. Rekolekcjonista przekonywał nas, że nie warto podążać za modą, natomiast za przykład podał, cytuję:
R: "Niektóre dziewczyny noszą bardzo obcisłe spodnie, no może nie wszystkie powinny, bo nie na każdej to ładnie wygląda, ale cóż."
W późniejszej części kazania stwierdził jeszcze, że w związku kobieta szuka sobie mężczyzny, który będzie jej chronił, a mężczyzna zastanawia się, czy kobieta, którą sobie wybrał będzie dla niego dobra za dnia, i w nocy.
Niesmak pozostał.

kościół

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (80)