Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#83803

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Lekki niesmak po zakupach świątecznych.
Sklep z rękodziełem ale i typowymi gadżetami, jak zapalniczki, otwieracze do piwa, magnesy na lodówkę. Ceny ponaklejane różnie - niektóre na koszykach z wysypanymi w nich drobiazgami, inne naklejone bezpośrednio na przedmioty albo przyczepione z podpisami do półek. Do takiego sklepu wybrałam się dzisiaj dokończyć zakupy świąteczne.
Jeszcze jeden szczegół, który nie wiem jak dużą rolę odegrał w historii - pełnoletność osiągnęłam już dawno, ale nie było przypadku, żeby przy kupowaniu alkoholu ktoś mnie o dowód nie poprosił. Po prostu - smarkato wyglądam, ani w tym moja wina ani zasługa.
W sklepie wybrałam kilka rzeczy - kubek, świeczkę, ozdobną sakiewkę i piękną, haftowaną torbę. Cena bezpośrednio naklejona na torbie coś wydaje się za niska, ale nie chcąc odrywać jedynej ekspedientki od pracy postanowiłam dopytać o to przy kasie. I tu moja wina - stojąc w kolejce i odhaczając w głowie pozycje na liście prezentów zapomniałam o sprawie. Podaję zakupy, ekspedientka ogląda towary i zaczyna je naliczać, ja grzebię w torebce w poszukiwaniu portfela, kiedy kątem oka rejestruję szybki ruch. Naklejona na torebce cena ląduje na ziemi. Chwilę później słyszę wymamrotaną przez ekspedientkę cenę - sporo wyższą niż ta, której się spodziewałam - a kobieta już rzuca się pakować mi rzeczy w prezentowy papier. Podchodzę do pani (kasa w kształcie litery U, kobieta umknęła na jeden z boków) i przyglądam się torebce. Rzeczywiście, w środku była druga cena, kilkukrotnie wyższa niż poprzednia. Spokojnie mówię pani, że rezygnuję z zakupu, ta próbuje jeszcze przekonywać ("ale taka piękna torba!") szybko jednak milknie.
Nie sądzę żeby druga cena miała na celu wprowadzenie klientów w błąd, możliwe że znalazła się tam przypadkiem. Uprzejmie jednak byłoby poinformować mnie o pomyłce, a nie liczyć że nie zauważę sporej rozbieżności cen albo (co wydaje mi się bardziej prawdopodobne) że nie odważę się upomnieć o zwrot bo jestem młoda.
Ja wiem, że kończy się sezon świąteczny, ale szanujmy się.

sklep z rękodziełem

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (93)
poczekalnia
Jak rozpocząć weekend z przytupem.

Pracuję w teatrze w pewnym zachodnioeuropejskim mieście. Około 17.45 zeszłam z biura na dół i zaczęłam przygotowywać stanowisko do wydawania zaproszeń. Punkt z zaproszeniami znajduje się trochę z boku, więc widzę z niego wszystkie 5 par drzwi wejściowych. Zaraz po tym jak zeszłam na dół, do teatru wszedł ostatni klient. Wyszedł 10 minut później, a za nim podreptała dziewczyna z kasy, zamknęła drzwi na zasuwę i wróciła do kasy, żeby zamknąć swoją zmianę (kończyła pracę o 18). Normalna procedura - zamknięcie drzwi 5 minut przed 18 jeśli nie ma klientów lub 10-15 minut przed 18 jeśli są jeszcze klienci. Najwyraźniej nie dla wszystkich.

Chwilę po tym jak moja koleżanka zniknęła w kanciapie, usłyszałam, a następnie zobaczyłam, jak ktoś szarpie się z drzwiami. Każdymi po kolei. Żadna z nas nie zwróciła na to uwagi. Po prostu ktoś przyszedł za późno i tyle. Dziewczynie nikt nie zapłaci za dodatkowy czas spędzony w pracy, a ja, mimo że dobrze znam oprogramowanie jakim posługuje się serwis rezerwacji, nie mam uprawnień do przyjmowania płatności.
Ale natręt nie zadowolił się sprawdzaniem czy na pewno wszystkie drzwi są zamknięte. Po chwili rozległo się bardzo mocne walenie w rzeczone drzwi i wrzaski zza nich.

Ruszyłam więc zza kontuaru. Po otworzeniu drzwi przywitało mnie głośne "Nie macie prawa!" z silnym, włoskim akcentem. Uprzejmie i spokojnie poinformowałam państwa Włochów, że kasa jest już zamknięta. Nie zdążyłam wytłumaczyć dlaczego, bo szanowni turyści zaczęli się pienić, że jak jest napisane, że otwarte do 18, to ma być otwarte do 18, a nie zamknięte o 17.50 (wtf?!) i oni od 5 minut już tu chodzili i sprawdzali drzwi (taa...jasne...).
Dalej ze stoickim spokojem wyłożyłam Włochom, że w tym kraju, jeśli jakiś przybytek ma napisane godziny otwarcia, oznacza to, że po godzinie zamknięcia ma już w przybytku nikogo nie być, włącznie z pracownikiem. Jeśli wpadnie kontrola do przybytku i zobaczy po godzinach otwarcia kogokolwiek, to może wlepić karę. Powiecie, że teatr i tak mógł być otwarty, skoro wieczorem był spektakl. Teoretycznie tak. W praktyce jednak dziewczyna w kasie jest często sama, a musi jeszcze przygotować bilety do wydania przed spektaklem, co zajmuje trochę czasu. Do tego ochrona, kontrola, reżyserka i produkcja również przygotowują się do przyjęcia widzów. Główne drzwi do foyer są otwarte, a nikt nie ma oczu dookoła głowy. Dlatego, ze względów bezpieczeństwa, zamykamy teatr na godzinę. Po 19 kasa nie sprzedaje jednak biletów na inne dni niż wieczorny spektakl.

Do Włochów jednak dalej nie docierało. Nie zrozumieli nawet, że ja za kasę nie jestem odpowiedzialna. Koniec. Kropka. Oni chcą kupić bilety i mam ich wpuścić. Pani nawet próbowała wyszarpać mi drzwi i wcisnąć się do środka. Zaczęłam żałować, że ochrona przychodzi dopiero na 18.30. Nie docierało do nich, że koleżanka musi zamknąć kasę, że ma inne rzeczy do roboty. Oni nadal chcieli zarezerwować bilety na 26 lub 27 grudnia. Kiedy oświadczyłam im, zgodnie z prawdą, że wszystkie miejsca do końca roku są wyprzedane, zażądali rozmowy z dyrektorem. Tutaj również zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że dyrektora nie ma od wczoraj.

W tym momencie, babka wyciągnęła telefon i zrobiła mi zdjęcie grożąc przy okazji skargą i użalając się, że jak dyrektora nie ma to pracownicy robią, co chcą. Poinformowałam ją, że robienie komukolwiek zdjęć bez jego zgody jest karalne, a co za tym idzie mogę ją pozwać.
Obrażona para odeszła w siną dal, dalej odgrażając się skargami. Czekam na nią z niecierpliwością.

Ze swojej strony, poinformowałam ochronę o incydencie - tak, wykazałam się piekielnością i kazałam im nie wpuszczać tej pary - oraz kierownika działu rezerwacji, że może przyjść skarga opatrzona moim zdjęciem. Na szczęście, cały zespół administracyjny teatru stoi za sobą murem. Ze skargi się pośmiejemy, a za zdjęcie postraszymy pozwem.

zagranica turyści teatr

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (91)
poczekalnia

#83790

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ustawiam auto, żeby zaparkować tyłem. W trakcie manewru, jakieś audi wjeżdża na to samo miejsce

Parking pod lidlem

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (88)
poczekalnia

#83781

~xxx84 ·
| było | Do ulubionych
Popsuły mi się stopy... Boli bardzo.
XXI wiek, internet, dostęp do wiedzy jest.

Po 4h czytania artykułów ( w tym naukowych, nie tych na plotku), jako laik, ale jednak inżynier stawiam sobie "diagnozę". Wygląda to na NAZWA CHOROBY. OK, zalecane leczenie - ortopeda + chirurg jeśli zaawansowane. Dobra jestem laikiem trzeba iść do lekarza specjalisty. Ta z nasza wspaniała opieka zdrowotną. Nawet mając w firmie pakiet w NAZWA PRYWATNEJ OPIEKI MEDYCZNEJ, czekanie do tego specjalisty o około 2 tygodni :( A boli. Trudno poszukamy "prywatnie". Złożyło się przypadkiem, że byłem u innego znajomego lekarza, specjalisty z innej dziedziny. Pytam doktorze szukam takiego a takiego specjalisty, prywatnie, podejrzewam to i to potrzebuje zbadania. Janek! tylko Janek! On się zna, to nr do niego.

Dzwonię do Janka następnego dnia. Mówię, że dzień dobry, szukam "prywatnie", że kolega taki a taki Pana polecił, że Pan się zna a mnie boli to i to...

"No skoro kolega polecił, proszę być tam i tam za tydzień, przychodnia tak i taka. " Wchodzę, na stone przychodni, klikam rejestruj, a tam terminy na za dwa miesiące :/
Pisze smsa do doktora, "Panie doktorze, nie ma terminów, przyjmuje pan gdzieś indziej prywatnie? Dojadę jak trzeba."


Odp "Proszę być o 14:00 i sie do-rejestrować na miejscu"

No ok, tydzień czekania, dojazd na drugi koniec miasta na 14:00 oznacza, że o 12:00 muszę wyjść z pracy, trudno muszę nadgodziny porobić przez ten tydzień i odebrać pól dnia w piątek.

Dojeżdżam, na miejscu żadna "prywatna" przychodnia, NFZ moloch. Opryskliwa baba na recepcji, że się nie da, że jak, że co ja sobie myślę... Wycofałem się, sms do doktora: "Panie Dr jestem na rejestracji, "nie da się", jeśli przyjmuje Pan w innych lokalizacjach PRYWATNIE proszę o jakiś namiar."

Siedze w samochodzie, grzebię w kalendarzu i zastanawiam się co z resztą dnia zrobić. Jak go wykorzystać by nie był zmarnowany. Do pracy już nie ma co, nie zdążę, do domu daleko. Patrze na zegarek 15:00, godziny szczytu a ja jestem totalnie po przeciwnej stronie miasta...

SMS od Dr "Zapraszam do gabinetu nr xxx", szybka odp "OK lecę". Jestem po 3 minutach, pukam, cisza, słyszę że ktoś w środku rozmawia. Ok ma pacjenta, siadam i czekam... 30 minut.

Wchodzę... Super. Szybko przedstawiam sprawę. "NAZWA CHOROBY, oczywiście ja tylko zgaduje DR, ale objawy pasują..." Zdejmuje but. A dr nie nie powoli. Bo to nie wiadomo, bo to by trza zbadać, bo to zdjęcie rtg, a najlepiej miec rtg z przed 5 lat i porównać (tak bo prewencyjnie co rok robię sobie zdjęcia rtg stóp!!!). Jak boli to sobie lodu przyłożyć, apap, no może większe buty (obecnie mam rozmiar 47!)... Ręce opadły. Nawet na wspomniane stopy nie spojrzał. No to pytam czy dostanę skierowanie na rtg? DR, że nie bo to teraz wszystko system (pokazuje na komputer), a ja nie zarejestrowany... Że jakoś się muszę zarejestrować i rtg zrobić... Może w POZ... No i w sumie, że cieszy się że mógł mi pomóc, i zdrowia życzy...

Super. Cały tydzień po godzinach siedziałem, pół dnia wolnego brałem, leciałem przez całe miasto, żeby się dowiedzieć, że jak boli to lodem przyłożyć...

Odczekałem, te kilka tygodni na wizytę u specjalisty w NAZWA PRYWATNEJ OPIEKI MEDYCZNEJ, jedna wizyta, 15 minut, skierowanie rtg w przeciągu 2h zdjęcia na płycie, opis zdjęć w systemie następnego dnia(moja diagnoza całkiem trafna :( ). Kolejna wizyta umówiona (niestety obecnie "przerwa świąteczna" :( ).

XXI wiek :/

słuzba_zdrowia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (75)
poczekalnia

#83778

~KlientCCC ·
| było | Do ulubionych
Likwidacja sklepu CCC w Tychach poruszyła Grażyn i Januszy z foteli. Każdy chce kupić coś czego nie potrzebuje za cenę, której pragnie. Szał trwa, promocje 50 % na wszystko rozbudziły w klientach żądze kup więcej za mniej. Generalnie obsługa nie robi nic udając Greka, że niby nie wiem gdzie co leży a katon na ziemi to nie jego problem, bo jest tu tylko grzecznościowo z innego sklepu na czas likwidacji. Dzicz klientów szaleje, plądrując i zwalając opakowania z myślą, że obsługa posprząta i włoży za nich odpowiednie numery obuwia do opakowania razem na półkę. A tu zonk, obsługa nie dość, że nie posprząta to jeszcze nie pomoże, bo jest tu tylko przypadkiem. Czy będzie na jutro posprzątane a buty wrócą do swoich kartonów? Nie! tak z rozbrajającą szczerością odpowiada sprzedawca. Chcesz polować na 50% wyprzedaży to znajdź sobie drugiego buta sam plus, który może w sklepie jest a może go i nie ma, oczywiście też odpowiednie opakowanie a i metkę odpowiednią, bo ta na bucie nie wskakuje w systemie, więc buta się sprzedać nie da. Kolejka na ponad godzinę czekania, bo tylko jedna kasa z dwóch czynna. Piekielni klienci czy obsługa? Oceńcie sami. Pozdrawiam wszystkich Łowców Promocji.

Tychy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 13 (81)
poczekalnia

#83765

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Taka drobna piekielnostka związana z organizacją taksówek.

Jak wiadomo student medycyny nie je ani nie śpi ino się uczy i zdaje koła (albo i nie). Oczywiście człowiek najlepiej myśli z rana, więc idąc tym torem myślenia drodzy profesorowie postanowili zorganizować nam kolokwium o szóstej rano. Na drugim końcu miasta. Gdzie kursuje jeden autobus na godzinę. Niby można nim jechać, ale na miejsce przyjeżdża na styk, a kawałek trzeba jeszcze dojść. Lepiej nie ryzykować. Zważywszy na fakt, że nie bardzo uśmiechało się wstawać jeszcze wcześniej, żeby czekać na miejscu od piątej, to Brzeginka jako sprytne i kasiaste stworzenie postanowiła wykosztować się na taksówkę. Jako istota przezorna dla pewności wykręciła odpowiedni numer i zaklepała przejazd dzień wcześniej. (Swoją drogą, pani dyspozytorka chyba miała aspiracje zatrudnić się w dziekanacie, bo podejście do petenta miała identyczne, co panie tam pracujące).

Nic to! Wybiła godzina zero i Brzeginka dostaje SMS-a, że rydwan już czeka. Dwie minuty później stoi przed bramą, patrzy w lewo, patrzy w prawo no i nie ma! Bierze poprawkę na to, że jest stworzeniem ślepym, co to nie widzi stojących prawie, że pod nosem rzeczy, więc się jeszcze raz rozgląda. Nadal niet. W takim razie sięgamy po telefon i dzwonimy!

- Taksówki - wymamrotane pod nosem tak, że ledwo można zrozumieć
- Dzień dobry, właśnie dostałam SMS-a, że czeka na mnie taksówka, ale jej nie widzę.
- Adres!
- Taki a taki
- Chwila! Sprawdzam!
(Brzeginka nerwowo drepta w miejscu i rozważa czy dopuszczą ją do poprawy jeśli się nie stawi na kole)
- No przecież pani jedzie tą taksówką! - oburzenie w głosie było wręcz namacalne
- Nie jadę? - Brzeginka nieśmiało wtrąca
- Ewentualnie mogę zamówić kolejną taksówkę
- Dobrze, a za ile będzie?
- Do ośmiu minut - i trzask słuchawki.

Po minutach sześciu faktycznie podjeżdża taksówka, a szczęśliwa Brzeginka dojeżdża szczęśliwie na kolokwium.

To jednak nie koniec!
Po wyjściu z sali Brzeginka włącza telefon i co widzi? Nieodebrane połączenie i SMS-a z pytaniem gdzież to ona zaginęła, bo taksówka na nią czeka...

uslugi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (94)
poczekalnia

#83767

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Na początku grudnia zaczął się armagedon. Zarząd dróg w moim mieście na cel wziął parking wzdłuż bloku, w którym mieszkam. Rozwalili go celem naprawy. W efekcie miejsca do parkowania stały się bezcenne. W ciągu dwóch tygodni miałem z tego powodu dwa zatargi.

Na czas remontu wypadło mi sporo delegacji i musiałem gdzieś zaparkować służbowe auto. Postanowiłem postawić go na placyku gdzie mam wykupiony garaż. Postawiłem go tak aby nikomu nie zastawić wjazdu do garażu. Przeszkadzało to Paniusi, właścicielce sąsiedniego garażu bo ona nie miała gdzie postawić swojego trzeciego auta. Pierwsze w garażu, drugim zastawiała wjazd do innego garażu na skraju placu. Karteczka za szybą. Ponieważ nie zamierzałem przestawiać auta to wezwała Straż Miejską. Przyjechali, pokiwali głowami, teren prywatny ja nie zastawiam nikomu wjazdu więc sobie poszli. Kobiecina więc kazała firmie ochroniarskiej zlokalizować właściciela auta i jak nie zgodzi się na przestawienie to odholowanie go. Nie wiem czy im w ogóle wolno i na jakiej podstawie ale problem sam się rozwiązał, bo pojechałem na delegację.
Karma jednak wraca. Byłem przekonany, że ta Pani ma zgodę właścicielki garażu, który zastawia, na codzienne zastawianie jej wjazdu. Okazało się, że nie. Właścicielka zastawionego garażu wywiesiła napis z prośbą aby nie zastawiać jej garażu ale Paniusia to olała. Więc Straż Miejska znowu się pojawiła.

Innego razu nie znalazłem miejsca nawet na tym placyku więc postanowiłem postawić auto w niedalekiej uliczce. Ulica ta jest otoczona domkami jednorodzinnymi. Postawiłem obok pięciu innych aut tak aby nikomu nie wadzić. O jakaż pomyłka. Rana przychodzę po auto, otwieram bagażnik i szukam w paczce kabla. W tym momencie słyszę jak jakiś dziadek leci wiązanką. Na prawdę ostrą. Rozejrzałem się, na kogo on tak się wydziera i z lekkim zdziwieniem zauważyłem, że to do mnie gość startuje. Nie chcąc się zniżyć do jego poziomu zapytałem o co mu chodzi. Otóż wg niego zatarasowałem mu wjazd. Patrzę na gościa, który dalej "miło" mnie linczuje, patrzę na jego dom stojący po przeciwnej stronie drogi, dwupasmowej, gdzie auta jadące z przeciwka nie muszą się zatrzymywać aby przepuścić, patrzę na moje auto częściowo na chodniku i nie ogarniam tej kuwety. Jakim to niby cudem temu dziadowi zastawiłem wjazd :) Widząc, że mnie nie przekonał to zaczął się odgrażać, że naśle policję. Złożyłem gratulację pomysłowi z nadzieją, że go ukarzą za nieuzasadnione wezwanie. Gdyż stałem z dala od skrzyżowania, w miejscu gdzie nie ma żadnego zakazu postoju, nie tarasując nikomu wjazdu. To wywołało w nim jeszcze większą frustrację i nadal szczekał na mnie zza swojego płotu. Przypominało to te małe pieski, które szczekają zza płotu ale przy zbliżeniu się tchórzliwie uciekają. Wiedząc, że za czasów komuny domy te były budowane przez partyjnych ważniaków, dla jaj radziłem dziadowi iść się wyspowiadać. Skończyło się tym, że dziad odkrzyknął abym go kościołem nie straszył i w końcu poszedł.

Wydawało mi się, że mogę spokojnie się spakować i odjechać gdy z drugiej strony ulicy przyszły posiłki. Drugi dziad pojawił się i kategorycznie zakazał mi parkowania przy jego posesji. Gdy zapytałem dlaczego nie mogę to usłyszałem, że zniszczyłem mu płot. Niby jak ? Przecież między moim autem a jego płotem jest ponad pół metra a parkując nawet nie dotknąłem jego płotu. Dziad stwierdził, że stojąc na chodniku powoduje osiadanie płotu. Nie bardzo wiem jakby to miało się objawiać ale tym cierpliwość mi się kończyła i odesłałem go do wykonawcy płotu lub chodnika bo to oni spartolili robotę.

Na szczęście jest koniec roku i delegacje się skończyły. Armagedon się rozkręca dalej. Po tym jak rozwalili parking to wpadli na pomysł, że rozwalą również ulicę. Więc będzie jeszcze mniej miejsc do parkowania. W styczniu zapewne będą kolejne wojny.

PS. Mogłem z garażu wyciągnąć swojej auto i wstawić służbowe, ale to niczego nie zmienia. Nadal jest jedno auto za dużo, które gdzieś muszę zaparkować.

ulica

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (83)
poczekalnia

#83755

~TenTomek ·
| było | Do ulubionych
Nie tak dawno temu, jak kończyłem studia to poznałem fantastyczną dziewczynę. Piękna, inteligenta, pełna współczucia, a jednocześnie niesłychanie radosna i pełna życia. Podobnie do mnie była też głęboko wierząca. Jednym słowem ideał. Jak się domyślacie do czasu, bo inaczej nie powstałaby ta historia....

Od samego początku między nami była chemia. Jestem młody i dużo bym chciał z nią zrobić, ale z niektórymi rzeczami trzeba poczekać do ślubu. Takie miałem zawsze przeświadczenie, bo tak zostałem wychowany przez rodziców. Z Beatą było podobnie. Niestety, jak to w życiu bywa, kiedy byliśmy na imprezie u znajomych wypiliśmy za dużo i wylądowaliśmy w łóżku. No niestety stało się. Po tym wydarzeniu atmosfera była między nami bardzo napięta i poleciało sporo łez. I tak planowaliśmy wspólną przyszłość, więc ze względu na okoliczności ksiądz dał nam rozgrzeszenie. Wszak Bóg jest miłością, wiec skoro wynika to z uczucia, to nie zrobiliśmy nic złego. Tak mijały nam kolejne miesiące na regularnych spotkaniach w duchu miłości. Choć chciałem poznać jej rodzinę, to zawsze widywaliśmy się u mnie. Ona miała opory i zawsze coś stało na przeszkodzie: a to jej tato choruje, a to mama na pielgrzymkę pojechała, a to remont mają.

Jako, że kilka razy robiła internetowe zamówienia dla rodziców, to poznałem jej adres (nie podglądałem, sama mi go powiedziała) i postanowiłem zrobić jej niespodziankę i pomóc w rzeczonym remoncie. Znam się trochę na tym, także kolejna para rąk do pracy to zawsze będzie coś. I to był błąd...

Remontu oczywiście nie było. W domu wszyscy zdrowi. Bardzo się zdziwili na mój widok, bo przecież ich córka nie spotyka się z Tomkiem, bo we wrześniu wyszła za Adama, z którym jest w związku od klasy maturalnej. Szykują się fantastyczne święta, bo teraz muszę wytłumaczyć rodzicom, czemu Beata jednak do nas nie przyjdzie.

małżeństwo

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (131)
poczekalnia

#83729

~Isabelleroxanne ·
| było | Do ulubionych
Była historia o rozszerzeniu diety u dziecka, ale nie było o diecie karmiącej piersią mamy. Pseudo diecie.
Nie znacie? Nie chciejcie nigdy poznać...
Jako świeżo upieczona mama w marcu 2016r nie wiedziałam o karmieniu kompletnie nic. Myślałam, że nie uda mi się i od razu mały pójdzie na butelkę, nie czułam żadnej presji pt. Za wszelką cenę. Po porodzie nie kontaktowałam zupełnie, zemdlałam kilka razy. Przystawili mi dziecko, potem odwieźli mnie na właściwą salę, gdzie nadal nie umiałam dojść do siebie i mdlałam. Po 4h przywieźli dziecko i kazali karmić. Pytam jak? Normalnie, dać cycka i karmić. Aha. Podali mi syna , sama musiałam sobie poradzić z przystawieniem. No coś tam załapał, coś tam mnie podgryzł i wzięli go. Później zaczęłam już jeść, wypiłam sok bananowy i zjadłam banana. Nie miałam ochoty na nic innego. przyszła położna i opierniczyła mnie, że dieta karmiącej i co ja wyprawiam, zaszkodzę dziecku... Aha... To co mam jeść? Suchą bułkę najlepiej i wody się napić. Absolutnie żadnego nabiału. Potem m ały był już zdenerwowany, zapewne tym, że nikt nie pomógł mi go poprawnie przystawić i usłyszałam komentarz, że i tak nie uda mi się to wykarmić, bo dziecko jest za duże a ja młoda i niedoświadczona (4050g) .
Wbrew złym wizjom położnych mały w końcu załapał i chętnie degustował no i nawał pokarmu się pojawił.
Po powrocie do domu stoczyłam niejedną bitwę z wtrącającą się teściową, która sama nie karmiła nigdy , jej wiedzą opierała się na książkach sprzed 40 lat.
Co mały jęknął to przychodziła i urządzała mi awantury, bo herbaty się napilam i na pewno mu zaszkodziła, bo jogurt zjadłam albo płatki. Wszystko źle i moja wina. A ja uparcie nie wierzyłam w te brednie o diecie karmiącej. Czytałam jak powstaje pokarm.
Pokryjomu jeździłam z mężem na hamburgera dwa razy w miesiącu. Doszło już do tego, że tak bardzo się pokłóciliśmy, że powiedziałam mu koniec. Wracam do moich rodziców, bo krzywdy dziecku nie robię i nie dam się tak traktować, wyliczać jedzenia lub wyrywać go z ręki albo zabierać mi z lodówki.
Tymczasem mały naprawdę dobrze przybierał na wadze i był okazem zdrowia, każdy pediatra go chwalił i mnie za dobry pokarm i opiekę. Karmiłam małego przez 22 miesiące.
Tej więzi nikt nam nie zabierze ani cudownych wspomnień.
Później stała się sławna akcja od mamylekarz , że dieta mamy karmiącej to mit. Ja to wiedziałam od zawsze, ale inne kobiety ? Ile ich musiało się poddać przez taką bzdurę?
Ilu mamom wyprało się mózgi z powodu bzdur? I poszły po mieszankę?
Lub nie dostały pomocy w szpitalu od doradcy laktacyjnego? A nie w każdym mieście taka poradnia istnieje.
*Nie mam na myśli mam, których dzieci miały alergie pokarmowe np. Na laktozę.

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (111)
poczekalnia

#83740

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie ma to jak na dwa tygodnie przed świętami powiedzieć klasie pełnej pierwszaków, że Mikołaj umarł, a prezenty dają rodzice.

Tak właśnie powiedziała pani katechetka na lekcji religii w klasie mojej małej siostry. Małej było strasznie przykro.

Kurtyna.

szkoła religia

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (114)