Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85411

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mój kumpel miał dziewczynę. Byli ze sobą długo, pewnie ze trzy cztery lata. Zamarzyło mu się w końcu złapać oddech i pojechać na wakacje, no ale że jest zajętym człowiekiem, dlugie wakacje w ciepłych krajach odpadają, wymyślił sobie że pojadą chociaż na weekend do Wrocławia. No i wszystko fajnie, hotel zabukowany, podróż zaplanowana, ale traf chciał że na ostatnią chwilę wypadła jego dziewczynie możliwość pojechania na zagraniczny staż ze szkoły. Wcześniej się nie załapała, ale była na liście rezerwowej, ktoś wypadł, no i jedzie. Niestety zgrało się to z ich wyjazdem.

Kumpel zmartwiony, bo już zapłacił, a tu dupa. W końcu dogadali się, że niech jedzie sam, najwyżej kiedy indziej wybiorą się razem. No i wszystko byłoby okej, gdyby nie to że korzystając z okazji chciał zabrać kogoś jeszcze. No i ich związek nie przetrwał tej próby. Dziewczyna rzuciła go bo stwierdziła że pod jej nieobecność będzie ją zdradzał z tą osobą. No bo chciał zabrać ze sobą inną dziewczynę.

Powiecie moi mili, co w tym dziwnego? Historia jakich wiele. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że tą drugą dziewczyną była ... Jego rodzona siostra XDXD

Wycieczka

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (111)
poczekalnia

#85409

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Robię sobie miejsce w mieszkaniu wyprzedając to, co niepotrzebne na aukcjach internetowych. Z tego powodu jestem ostatnio dość często na poczcie wysyłając różne paczki i paczuszki. Na poczcie czasem trzeba się nastać w kolejce i z tego też powodu zarówno na miejscu można usłyszeć mnóstwo narzekania, jak i przeczytać o tym oddziale mnóstwo niepochlebnych opinii w internecie. Będąc tam ostatnio regularnie widzę jednak, że powodem jest nie tylko brak odpowiedniej liczby personelu czy jego lenistwo (jak niektórzy twierdzą - osobiście uważam, że pracownicy są super), a... sami klienci. Zacznę od tego, że najczęściej chodzę na pocztę około południa i lwią część kolejki w tych godzinach stanowią ludzie w wieku nieco mniej lub nieco bardziej zaawansowanym.

1. "Bo ja mam takie pytanie..."

Starsi ludzie mają mnóstwo pytań, co jest dość irytujące, ale jeszcze nie piekielne. Każdy z nas będzie kiedyś stary i nieco gorzej ogarniał otaczający świat, więc staram się okazać zrozumienie. Ale pytania typu:

- Panieeee, bo ja wnusiowi 200 ełro w kopercie wysłałam i on mówi, że koperta doszła ale bez piniędzy, pan te piniądze odda?
- Wysłała pani pieniądze jako zwykły list? Niestety, nie widzę możliwości ich odzyskania, bo... (tu lista oczywistych powodów). Polecam następnym razem przekaz pocztowy.
- Łoj panie, bądź że pan człowiek, bo wnusio czeka na te piniądze, oddaj mi pan!

Na takiej dyskusji mija 10 minut.

Kolejne genialne pytanie:

- A bo ja mam u was konto i chcę kredyt, niech mi pani coś o tym opowie.
- Ale to nie przy okienku, musi pan podejść do naszego centrum finansowego (3 metry dalej...) i tam porozmawiać z agentem.
- Ale ja tu stoję od 20 min, to już niech pani sprawdzi, ile mogę dostać.

Mijają kolejne minuty, zanim pan czerwony ze złości, pomstując na pracownicę przechodzi 3 metry dalej do centrum finansowego.

Pytania o cenę usług. Pracownik podaje klientowi broszurkę, gdzie wypisane są dane usługi wraz z cenami i warunkami ich realizacji.

- Ale nie, bo mnie interesuje tylko taka paczka do kraju X.
- Zależy jaka waga i jaki rozmiar, może pan sprawdzić i tu w ulotce ma pan napisane...
- O kurde, a to ja nie wiem, to ja zadzwonię szybko do żony i zapytam, a pan mi powie i nie będę musiał czytać, hehe.

Pytania o status przesyłki. Ok, nie każdy potrafi sprawdzić w necie, ale pretensje do pracownika, bo przesyłka widnieje jako czekająca w filii na odbiór przez adresata? Teraz, natychmiast pracownik ma sprawdzić czy adresatowi zostawiono
awizo, a najlepiej telepatycznie wysłać awizo do adresata i sprawić, aby jeszcze dzisiaj odebrał. Bo to mama wysłała synkowi paczkę, a w tej paczce kotlety i się zepsują!!!


2. Obcokrajowcy.

Serio, rozumiem, że nie każdy jest w stanie nauczyć się języka na super poziomie i na początku ma problemy z komunikacją, ale jak słyszę...:

- Cześć, ja chcieć wyciąg konta, tu mój karta.
- Wyciąg z konta musi pan pobrać w automacie, nie wydajemy ich przy okienku.
- Ja tu być klient 10 lat, ty mi dać, bo ja skarga pisać!!!

lub:

- Ja chcieć ten paczek wysłać.
- Proszę wypełnić druk z adresem - pracownik podaje druk
Tępe spojrzenie klienta.
- Proszę wypełnić druk z boku i podejść z powrotem, bez kolejki.
- Co wypełnić?
- Druk do paczki. Tu adres nadawcy, a tu adresata.
- A to ty wypełnić, ja nie wiedzieć...

3. Mylenie poczty z kioskiem.

Jak to na poczcie, można kupić artykuły papiernicze ograniczonej gamy.


Nagminne:

- Macie kredki? Bo nie znalazłam na regałach
- Nie mamy.
- A czemu nie macie, to gdzie ja mam dziecku kupić?

Klient podaje paczkę 10 kopert, format A4
- Chcę taką jedną.
- Sprzedajemy tylko w 10-ciopaku.
- Ale ja chcę jedną, to dam 20 centów i pan mi da.

- Gdzie macie kartki pogrzebowe?
- Nie sprzedajemy kartek pogrzebowych, mamy tylko uniwersalne z gratulacjami.
- Pani jest jakaś chora, mam komuś gratulować z okazji pogrzebu?

- Ile to kosztuje?
- 2€
- A czemu? W tym papierniczym 20km dalej kosztuje 1,8€.

4. Paskudne zachowania klientów wobec innych klientów.

Do wszystkich okienek prowadzi jedna kolejka. Nagminne próby podejścia z boku do wybranego okienka, "bo tak" "bo mi się spieszy" "bo jestem stara" "bo ja tylko coś zapytać" "bo ja tu byłem już 3 godziny temu".

Kiedyś weszła kobieta z płaczącym niemowlakiem, zapytała kolejki czy mogłaby "się wepchnąć", bo dziecko płacze, a ma pilną sprawę. Pomruki niezadowolenia, głosy, że każdy musi odstać swoje, że każdemu się spieszy... Ok, nie musieli jej wpuszczać. Kobieta ustawiła się na końcu kolejki, próbowała uspokoić dziecko. Cała kolejka patrzyła na nią spod byka, leciały komentarze o braku szacunku, o tym, żeby uciszyć "bachora" i o tym, że z takim małym dzieckiem nie wychodzi się z domu. W końcu jeden z pracowników zawołał kobietę i obsłużył poza kolejką. Potrzebowała minuty przy okienku. Najbardziej narzekała jakaś stara raszpla, która sama przez 15 min prowadziła z urzędnikiem dyskusję o tym, że zaginęła kartka urodzinowa, którą wysłała siostrze i żąda zwrotu kilkudziesięciu centów, które za nią zapłaciła.

I sytuacja z dzisiaj, która dotyczyła mnie osobiście. Ustawiam się grzecznie w niezbyt długiej kolejce, po chwili z boku podchodzi starsza kobieta i ustawia się bokiem między mną, a osobą przede mną. Przeczucie mówiło mi, że będzie ciekawe, bo pani tak krok za kroczkiem próbowała ustawić się bezpośrednio przede mną. Zastanawiałam się dobrą chwilę czy coś powiedzieć, czy olać, ale stety niestety zwyciężyła wrodzona nerwowość i fakt, że ostatnimi czasy ignorowałam podobne zachowania, a potem plułam sobie w brodę. Stanęłam więc równo z panią i zagadnęłam:
- Proszę przejść za mnie, bo się pani wcisnęła, niegrzecznie z pani strony.
- Nie, nie, nie, ja byłam tu przed tobą, tylko poszłam ulotki obejrzeć.
- Trudno , nie stała pani w kolejce, trzeba było coś powiedzieć, a nie się wpychać z boku bez słowa.
Typowa pyskówka, ja swoje, ona swoje, oczywiście padają argumenty o chamskiej młodzieży i biednej staruszce. W końcu podniosłam głos:
- Niech już pani nie odgrywa tej komedii, to pani brak kultury, wystarczyło się odezwać, a nie idiotkę ze mnie robić.
W tym momencie odzywa się kolejna stara baba z kolejki:
- Cicho, nie drzyj się, dziewczyno! Widzisz, że stara kobieta, zamknęłabyś już tą japę i ją wpuściła!
- Tak? Za panią stoją osoby starsze od pani, dlaczego ich pani nie wpuści?

Na szczęście odezwał się pracownik, który zwrócił obu kobietom uwagę, że niezależnie od wieku wpychanie się w kolejkę nie przystoi. Żeby było śmiesznej babinka, która próbowała się przede mnie wepchnąć żwawo wychodząc z poczty popchnęła mnie i próbowała się awanturować, że to ja ją zaatakowałam. Niestety, poza budynkiem już nie nikt się nią nie zainteresował i nie znalazła poklasku.

poczta

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (83)
poczekalnia

#85404

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiaj będzie historia mojego kolegi. Kolega otóż jest zawodowym wojskowym, jeżdżącym swego czasu na misje "stabilizacyjne" na bliski wschód. Historię opowiadał już po powrocie.

Otóż, jak wiadomo, stacjonowali tam sobie razem z Amerykanami. Na samym początku po przyjeździe, zostali zapoznani z współtowarzyszami w boju, między innymi z żeńskim oddziałem strzelców dowodzonym przez pewną panią kapitan. Kilka dni później zdarzyło się z karabinami w łapie bronić obozu przed nacierającymi z dzikim wrzaskiem, uzbrojonymi miejscowymi. W pewnym momencie wystawił się zza górki wspomniany oddział żeński z wymierzonymi w miejscowych lufami. Ich jakby piorun strzelił, stanęli w miejscu, ocenili sytuację, obrócili się na pięcie i tylko kurz po nich został...Kolega oraz jego oddział w szoku...

Jako,że kolega należy raczej do tych bardziej dociekliwych, udał się do rzeczonej dowódczyni, dowiedzieć się, o co chodzi. Otóż z miejscowymi to jest tak, że ich nie może zabić kobieta, bo inaczej nie pójdą do ichnego raju...i 72 dziewice pójdą...na zakupy;P

zagranica

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (117)
poczekalnia

#85403

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Porządkowałam dokumenty, wpadł mi w ręce wypis ze szpitala i przypomniała się historia sprzed 2 lat. Będzie o służbie zdrowia, a raczej o ludzkiej bezmyślności.
Zdarzyło mi się przewrócić na oblodzonym chodniku. Ot, wyskoczyłam rano do sklepu po bułki, wracając poślizgnęłam się i następne, co pamiętam, to to, że siedzę na kanapie we własnym salonie, a zaniepokojeni synowie (szczęśliwie nie zdążyli jeszcze wyjść do szkoły) próbują się ze mną dogadać. Potem już było standardowo: przyjazd karetki, szpital, wenflon, wywiad, tomograf i jedziemy na oddział. Szczerze, nawet nie pamiętam jaki. Po jakimś czasie zjawił się lekarz, przyniósł dokumentację, powiedział, że mam wstrząs mózgu, ale poza tym cała jestem, dał zalecenia (odpoczywać, leżeć, żadnej telewizji, komputera itp.) i stwierdził, że na noc nie trzeba mnie zatrzymywać, ale tak do 17.00 na obserwacji mam zostać.
Ok. I tu się zaczyna robić zabawnie.
Nie wiem, kto mnie obserwował, może ukryta kamera albo sąsiadka z łóżka obok (ale niedługo, bo zabrali ją na zabieg i już jej nie widziałam) bo poza paniami roznoszącymi obiad nawet pies z kulawą nogą do mnie nie zajrzał. W okolicy 17.00 stwierdziłam, że dość tego gapienia się w sufit, czas do domu. Podreptałam niepewnie, na wszelki wypadek przy ścianie (ciągle miałam zawroty głowy) do dyżurki pielęgniarek. Wyłuszczyłam sprawę, na co usłyszałam, że jak mam wypis, to mogę iść. Super. Na pytanie, gdzie jest wyjście, panie odpowiedziały, że korytarzem do końca i schodami w dół…Świetnie….
Zadzwoniłam do męża, żeby już przyjeżdżał i powolutku, przy poręczy, odpoczywając na półpiętrach (schodziłam chyba z 2 lub 3 piętra) zeszłam sobie na parter. (Wiem, może nie powinnam, trzeba było czekać na męża, ale już miałam dość tej szpitalnej atmosfery, zwłaszcza, że oddział był dość pusty i cichy i czułam się trochę jak w horrorze). Na paterze ludzi było sporo, bez problemu namierzyłam izbę przyjęć, usiadłam i czekałam na transport.
Mąż przyjechał, wychodzimy, już w drzwiach zorientowałam się, że czegoś mam za dużo…nadprogramowym bagażem był wenflon, którym wychodząc zahaczyłam o klamkę….
W tył zwrot i do gabinetu. Zaglądam, wszyscy zajęci, każą poczekać, ale na moje pytanie, czy z tym czymś w ręku to ja na pewno mam jechać do domu jedna z pielęgniarek spojrzała, zaniemówiła na chwilkę, szybciutko posadziła mnie na krzesełku i igłę wyciągnęła.
Wychodzi na to, że wyjść ze szpitala można w każdej chwili i dowolnym stanie i nikt się specjalnie tym faktem nie zainteresuje. Wiem, że to nie jest reguła, ale jak widać się zdarza.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (86)
poczekalnia

#85402

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracowałem swego czasu w pokaźnym korpo. Choć nie pracuję tam już z 5 lat, czasem wciąż pocztą pantoflową docierają do mnie wieści...
Za moich czasów co roku dla wszystkich była premia świąteczna rzędu 100-300zł w bonach, w zależności od stanowiska i stażu.
W zeszłym roku przed świętami przyszedł mail, że zamiast premii będzie prezent. Z prezentu można zrezygnować, w zamian za to kwota będąca równowartością tegoż będzie przekazana na cel charytatywny.
Prezentem tym jest...

KUBEK TERMICZNY!!!

Śmiejemy się, że ci, którzy z niego nie zrezygnowali powinni dostać kubek z nadrukiem "NIECZUŁY SKUR***".

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (62)
poczekalnia

#85401

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/85169 przypomniała mi o historiach opowiadanych przez moją mamę. Działo się to notorycznie, na przestrzeni wielu lat, począwszy od wczesnych lat 90. do roku 2015, kiedy to moja mama przeszła na emeryturę. Do rzeczy- mama pracowała w sklepie, w którym można było kupić tzw. "mydło i powodło", czyli kosmetyki, chemię gospodarczą, wyposazenie domu, ubrania a także zabawki. Niektóre matki, przychodzace tam z dziećmi, kazały dzieciom zostać w części z zabawkami, żeby mamy mogły spokojnie zrobić zakupy. Jak nietrudno przewidzieć, zdecydowana większość dzieci prosiła o jakąś wypatrzoną zabawkę. Niektórzy rodzice kupowali jakiś drobiazg bez namysłu, inni odmawiali i dzieci przyjmowały to do wiadomości lub nie. Najgorsze jednak były przypadki, w których dziecko przechodziło od grzecznych próśb, przez płacz, krzyk aż po histerię i wyzywanie rodziców od głupich albo i gorzej i rodzice dopiero wtedy kupowali zabawkę.
Nie mam dzieci, więc może nie mam prawa głosu w sprawie wychowania, ale czy nie jest piekielnym dawanie dziecku nagrody za złe zachowanie i obrażanie rodziców? Bo czym innym, jeśli nie właśnie tym, jest kupowanie zabawki, nie na skutek początkowej prośby, ale późniejszych wyzwisk?

sklepy; wychowanie

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (68)
poczekalnia

#85384

~Bednar ·
| było | Do ulubionych
Jak nasze kochane Państwo zarabia na czyimś nieszczęściu.
Moja mama jest chora na SM. Niedawno sprzedała swój samochód, ponieważ przy swoim stanie zdrowia wolała już nie narażać siebie i innych użytkowników dróg. W przeciągu 30 dni ma obowiązek zgłosić fakt zbycia pojazdu do wydziału komunikacji. Dla niej wejście nawet tych kilku schodków, pokręcenie się po urzędzie, to na prawdę duży wysiłek. Na szczęście sprawę mogę załatwić ja przy pomocy pełnomocnictwa. Druki można pobrać z internetu, więc wszystko fajnie. I tak czytam ten druk pełnomocnictwa, a tam na dole informacja "Zgodnie z ustawą z dnia 16 listopada 2006 r. o opłacie skarbowej udzielenie pełnomocnictwa podlega opłacie skarbowej w kwocie: 17 zł". Już się we mnie zagotowało, ale czytam niżej: "Zwolnieni z opłaty skarbowej są m. in. dokumenty stwierdzające udzielenie pełnomocnictwa oraz jego odpis, wypis lub kopia; poświadczona notarialnie lub przez uprawniony organ, upoważniające do odbioru dokumentów oraz pełnomocnictwa udzielone: małżonkowi, wstępnym, zstępnym lub rodzeństwu."
Wszystko ładnie, wszystko pięknie, tylko co jeśli ktoś jest osobą niepełnosprawną i samotną? Nie ma męża, dzieci, rodziców, rodzeństwa. Ma za to życzliwą sąsiadkę, czy też przyjaciela, który poświęci swój czas, i załatwi tę sprawę. Wtedy opłata 17 złotych, albo załatwiaj sprawę samemu, znosząc wszelkie trudy i przeciwieństwa.
Ktoś może powiedzieć "17 złotych to nie majątek". Owszem, ale taka osoba niepełnosprawna może utrzymywać się tylko z renty, tudzież innych dodatków, a leki, rehabilitacja itp. kosztują. Dla kogoś takiego 17 złotych to może być już znacząca kwota, za którą np. nabyłaby jedzenie na dzień, czy nawet 2.
I kolejne pytanie- za co ta opłata? Co takiego powoduje, że jeśli do urzędu przyjdzie ktoś inny niż bliski krewny, to powstają takie koszty? Może należałoby o to zapytać ludzi ustalających takie ustawy- zwłaszcza przed wyborami.

urząd

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (84)
poczekalnia

#85399

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tym razem będzie długo, ale ta historia "kiełkowała" we mnie prawie od roku, a dzisiaj zdecydowałam się ją opisać. Może dlatego, że w poprzedniej wspomniałam, jak to dałam sobie wmówić, że Młoda jest na coś "za stara" - ale nie to jest jej główną piekielnością.

Moja córka trafiła w przedszkolu na ten "genialny" czas, kiedy zlikwidowano wszelkie zajęcia dodatkowe, w tym rytmikę, a że była dzieckiem bardzo żywym i ruchliwym, zdecydowałam, że poszukam jej jakichś dodatkowych zajęć ruchowych. Dosłownie "przez płot" miałyśmy szkołę, w której popołudniami odbywały się zajęcia z gimnastyki artystycznej, więc poszłam z Młodą na pokaz w dniu otwartym. Zachwyciłyśmy się obie - Młoda kolorowymi, błyszczącymi strojami zawodniczek, ja lekkością i gracją, z jaką te zawodniczki się poruszały nawet poza planszą. Pomyślałam, że nawet jeśli moje dziecko tylko tyle na tym skorzysta, to warto. Krótkie pytanie - "Chcesz? Zapisać cię?" i skwapliwa odpowiedź Młodej (wpatrzonej w kostiumy zawodniczek) - "TAK"!

Miała wtedy pięć lat, dokładnie pięć i pół. Rok w grupie naborowej i pod koniec sezonu pytanie do trenerki, co dalej. "No przykro mi, nie rokuje, proponuję grupę rekreacyjną. Ewentualnie możemy jeszcze na rok zostawić w grupie naborowej, może zrobi jeszcze jakieś postępy, ale wtedy to już będzie za stara na zawodniczkę...". No dobra, nie powiedziała "za stara", powiedziała chyba "za duża", ale wiadomo o co chodzi. OK, niech będzie ta rekreacja, naprawdę nie planowałam dla Młodej żadnej kariery sportowej, chodziło mi o zapewnienie jej rozwoju fizycznego, a widziałam, że robi postępy i lubi te zajęcia. Tylko to rozczarowanie w jej wzroku, że nie będzie kolorowego kostiumu i startu w zawodach...

Pierwszy rok w rekreacji - super! Młoda nadal robiła postępy, była coraz lepsza, coraz sprawniejsza, coraz więcej umiała. Drugi rok - zaczęłam się zastanawiać... Do grupy zaawansowanej (zawodniczki) trafiały dziewczynki, które wg mnie umiały mniej niż Młoda. Ale no dobrze, jestem matką, nie jestem obiektywna, może mi się tylko wydaje. Jednak na koniec trzeciego roku jej przygody z gimnastyką artystyczną doszłam do wniosku, że Młoda od roku "stoi w miejscu". Nic już się nie uczy, nie rozwija, owszem, jest bardzo sprawna fizycznie i tyle. Utrzymuje cały czas taki sam poziom.

Sama z siebie może bym nic nie zrobiła, ale przyjaciółka mnie popchnęła do działania. "Słuchaj, u nas w mieście jest jeszcze akrobatyka sportowa, spróbuj!". No cóż, spróbowałam. Najpierw naszukałam się w necie, okazało się, że mają tylko stronę na fb, napisałam do nich i dostałam nr tel do głównej trenerki. Zadzwoniłam (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że właśnie spotkałam najbardziej piekielną osobę, jaką kiedykolwiek znałam), kazała przyjść na trening.

Przyszłyśmy. Zostawiłam Młodą i uciekłam, przyszłam po zakończeniu treningu i pytam - "Chce ją pani? Nadaje się?". W odpowiedzi usłyszałam krótkie - "Treningi w te i te dni, na tą i na tą godzinę. I krótkie spodenki niech założy, nie legginsy!". Po około miesiącu znowu krótka rozmowa z trenerką:

- W listopadzie zawody.

- Ale jak to zawody??? Ona dopiero miesiąc chodzi...

- Ona JUŻ miesiąc chodzi! Na co mamy czekać?

Pojechała. Miała swój piękny, kolorowy kostium. I jej trójka zdobyła złoto. A ja miałam ochotę pojechać tam, na tą całą gimnastykę artystyczną i pomachać im tym złotym medalem Młodej przed nosem... No wiem, nieładne pragnienia, ale nasiliły się, kiedy trenerka w telegraficznym skrócie (czyli jej zwykły styl rozmowy) poinformowała mnie, co było z Młodą nie tak:

- Ona ma pracować nad kolanami!

- ???

- Przecież ma niedoprost kolan, punkty im za to obcinają, ja już jej pokazałam, co ma robić!

Tak, Młoda miała tzw. "niedoprost kolan" - niezauważalny dla laika, nie przeszkadzający w codziennym życiu czy nawet w uprawianiu sportu, pod warunkiem, że ten sport nie wymagał idealnej sylwetki... Nie do końca wyprostowana noga w kolanie jest nie do przyjęcia w sportach gimnastycznych. Noga od biodra do stopy ma stanowić idealną linię prostą. Kilka miesięcy ćwiczeń (prostych i nudnych) spowodowały zniknięcie problemu, chociaż czasem jeszcze na treningu Młoda usłyszy od trenerki - "Kolana!!!".

A ja się pytam - dlaczego nikt na gimnastyce artystycznej nie zauważył problemu Młodej z kolanami? Czy też zauważyli i dlatego uznali, że "nie rokuje"? Przez trzy lata tam chodziła, wiele razy byłam, pytałam o postępy, o to, nad czym ma pracować, co jest nie tak, a co jest OK. I w tym momencie już nie wiem, która opcja jest bardziej piekielna - czy to, że nie zauważyli problemu, czy też to, że zauważyli go i nie raczyli mnie o nim poinformować...

sport

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (80)
poczekalnia

#85398

(PW) ·
| było | Do ulubionych
"Zagotowało się" we mnie wczoraj i muszę to z siebie wyrzucić. Byłam z Młodą na zawodach i jak to na zawodach - oczekiwanie, nerwówka, rodzice wychodzą na papierosa, gadają czekając na start swojego dziecka, potem na wyniki. Rozmawiałam z mamą pewnej dziewczynki - bardzo utalentowane dziecko, pół roku młodsza od mojej Młodej, a startuje już w kategorii o klasę wyżej, oprócz talentu dużo pracy w to wkłada, sukcesy odnosi jak najbardziej zasłużenie. I jej mama żaliła się na problemy z trenerką, że nie idą treningi tak jak trzeba, że nie wiadomo, co z następnymi zawodami, że miała przejść jeszcze klasę wyżej a tu chyba nic z tego, jak to tak, córka ma już 9 lat i zaraz będzie ZA STARA!

Nie, to nie ona jest tutaj piekielna. Piekielni są wszyscy ci, którym udało się jej wmówić, że dziewięciolatka (bardzo zdolna, podkreślam!) może być na coś za stara! Ja też jakiś czas temu dałam sobie wkręcić, że Młoda jest "za stara" (będzie następna historia), więc rozumiem presję, ale do jasnej chole*y, nie zgadzajmy się na wmawianie nam, że dzieci są na cokolwiek za stare.

Parę przykładów:

1. Bardzo specyficzny sport - gimnastyka artystyczna. Pięciolatki startują w zawodach, jeśli zapiszesz siedmio-, ośmiolatkę na zajęcia, to trafi do rekreacji, bo jest za stara.

2. Szkoły tańca - grupy początkujące są dla dzieci w przedziale wiekowym 4-7 lat, ewentualnie 7-11 (przy tańcach wymagających większej sprawności i koordynacji ruchowej). Masz nastoletnie dziecko, które chciałoby rozpocząć przygodę z tańcem? Jest za stare!

3. Szkoły językowe - za późno zorientowałeś się, że twoje dziecko nie radzi sobie z językiem obcym w szkole (ewentualnie chcesz, aby zaczęło się uczyć jeszcze jednego)? "Przykro nam, na tym poziomie zaawansowania prowadzimy tylko zajęcia dla maluchów..." - czyli twoje dziecko jest za stare!

Ja się nie zgadzam! Nie zgadzam się na taki "wyścig szczurów", do którego są wciągane nawet dzieci - zacznij teraz, jak najwcześniej, bo później nie zdążysz, będzie za późno! Nigdy nie jest za późno. A dziecko ma prawo do bycia dzieckiem, do wolnego czasu, zabawy, a nawet po prostu do "nicnierobienia" bez obawy, że nie zdąży, coś zaprzepaści, czegoś nie osiągnie. Bez biegania z jednych zajęć dodatkowych na drugie, bez presji "musisz, bo będziesz nikim".

Młoda ma prawie 10 lat. Raz dałam się nabrać, że jest "za stara" i nigdy więcej. Ona ma całe życie przed sobą, a ja postaram się dopilnować, żeby nie dała sobie wmówić, że dla niej już na coś za późno.

współczesny_świat

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (91)
poczekalnia

#85396

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Polska, Podlaska rzeczywistość.
Białystok, osiedle Pieczurki, wychodzę z psem na spacer, dochodzę do lasu ale nie mogę wejść - na scieżce stoi 10 lokalnych pijaków i głośno i wulgarnie piją. Wielokrotnie byli i są zgłaszani na policję, czasami spisywani ale bez zmian - terryzują osiedle.
Wracam w stronę domu, na ulicy sąsiad ma suczkę z cieczką - pod bramą krąży 5 agresywnych psów - walczą ze sobą i też próbują atakować mojego psa ale uciekamy.
Dwa domy dalej z komina wali taki czarny, straszny dym że aż dech zapiera i łzawią oczy ale pod domem stoi Prius i na dachu panele słoneczne.
No k***wa...

Białystok

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 63 (109)