Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Historia z pracy w korpo, o moim byłym szefie, nazwijmy go M. Na początek trochę wprowadzenia, bo planuję o nim kilka historii...

Gdy ja przyszedłem do firmy, M już tam był, pracował jako specjalista. Chwilę pracowaliśmy razem w zespole, ten się rozrósł i M po roku awansował na kierownika zespołu. W sumie tego się spodziewałem - on był wyciągnięty do tego projektu z wewnątrz firmy, więc pewnie dostał jakąś mniej lub bardziej mglistą obietnicę, że jak projekt wypali i zespół się rozrośnie, to zostanie jego kierownikiem. Należy też mu oddać, że ciężko na ten awans pracował. Czasem moim zdaniem nie do końca fair - zaraz po nim do zespołu trafiły 2 osoby z zewnątrz (jedna to ja), ale nie mieliśmy nad sobą kierownika, jako dział pilotażowy podlegaliśmy bezpośrednio dyrektorowi jednostki, w ramach której stworzono ten zespół i to M. jako osoba obeznana z firmą i ludźmi komunikował się z dyrektorem, odcinając mnie i kolegę od możliwości wzięcia ambitniejszych zadań, czy ogólnie pokazania się. Ale należy mu też oddać, że w swój awans włożył sporo pracy, harówki w nadgodzinach, delegacje, to co dostał z takich ambitniejszych zadań - zrobił dobrze. Zespół się rozrósł, przestaliśmy być tylko projektem, zostaliśmy przeniesieni w struktury istniejącego działu, żebyśmy raportowali do kogoś niższego stanowiskiem, kwestia kierownika też była kwestią czasu i wiadomo było, że to M. na 99% to stanowisko dostanie.

Na początku miałem wrażenie, że uderzyła mu lekka sodówka do głowy, nawet raz mu na to zwróciłem uwagę, ale potem już nie było raczej problemów czy scysji, więc myślałem, że nabrał doświadczenia w zarządzaniu ludźmi i nauczył się na błędach. Przez 2 lata M. był kierownikiem i nad sobą miał menadżera, nazwijmy go W, wspaniałego człowieka, za którego jego podwładni daliby się pociąć. Jednak dla niego nasz zespół był taką jakby doczepką, dodatkiem do zespołów zajmujących się czym innym. Nie zawsze miał dla nas tyle czasu, ile by chciał, więc bardzo polegał na M., który jako cwany korpo-gracz umiał się dobrze kryć ze swoją piekielnością i swoje zadania wypełniał dobrze. Dlatego też dyrekcja wydzieliła nasz zespół spod W. i awansowała M. na menadżera.

Szybko okazało się niestety, że M. dobrze się krył ze swoją piekielnością lub po prostu W. hamował jego zapędy do zarządzania zespołem z perspektywy wieżyczki strażniczej w obozie pracy. W. wychodził z założenia, że szef ma wspierać, pomagać, służyć radą. M., że wymagać, pilnować, stać z batem. Zaczęło się od zebrania zespołu 3 dni po ogłoszeniu awansu, jeszcze przed jego wejściem w życie.

M. oznajmił nam, że z zespołu odchodzi K., całkiem doświadczona koleżanka, robiąca dobrą robotę i nikogo za nią nie dostaniemy, więc czeka nas ciężka praca. W. w takiej sytuacji zdjąłby z nas część biurokracji, natomiast M. postanowił dołożyć nam kilka dodatkowych raporcików do wypełniania, gdyż chciał móc mierzyć naszą wydajność. Do tego wprowadził spotkanie dzienne zespołu, na którym każdy miał mówić, co będzie robił (3 priorytety na dzień), w ten sposób traciliśmy 15 minut dziennie (razy 13 osób) na gadanie o tym, co będziemy robić, gdy tak naprawdę każdy wiedział, co ma robić. Jakby tego było mało, zaczął wzywanie nielubianych (a przede wszystkim tych słabych mentalnie, psychicznie) podwładnych do salki, gdzie ich opieprzał za różne pierdoły - jedna koleżanka wyszła 2 minuty za wcześnie, kolega też miał w systemie jakieś niedoczasy w 3 dniach miesiąca (łącznie 4 minuty), ale za to w inne dni był po 5-10 minut dłużej. Generalnie osoby przez niego upatrzone miały ciężko.

Jednej dziewczynie dorzucił w zasadzie cały etat K. i powiedział jej, że to dla niej szansa na rozwój. Szczytem były jednak 2 inne rzeczy, które chciałbym opisać:

1) wyżej wymieniona koleżanka w ramach zadań odziedziczonych po K. obsługiwała placówkę w USA, było to coś trochę innego niż robiła reszta zespołu. W ramach tego procesu przygotowane przez nią dokumenty musiał podpisać dyrektor w Stanach (ręcznie, potem skanował i odsyłał do niej). Ponieważ było to upierdliwe dla obu stron, postanowiono zmienić to na podpis elektroniczny, w systemie. No ale dyrektor w USA miał problem z obsłużeniem systemu, zainstalowaniem go itp., sprawa się przeciągała. M oznajmił koleżance, że nie da jej urlopu póki ten gość w USA nie zacznie klepać w systemie, a nie ręcznie.

2) Wyżej wspomniane spotkania dzienne mieliśmy około 9.15 rano. Przed spotkaniami, koło 8.45-9.00 chodziliśmy po herbatę/kawę, całym zespołem. Faktycznie jednego dnia zasiedzieliśmy się tam dość mocno, ale na spotkaniu dziennym M. nie zwrócił nam na to uwagi. Po spotkaniu wezwał 3 osoby z zespołu do salki (pojedynczo) i opieprzył je za zbyt długie przebywanie w kuchni. W gronie wezwanych była koleżanka z punktu 1., ta dziewczyna, która raz wyszła 2 minuty za wcześnie oraz kolega, który dodatkowo dostał opieprz za to, że w czasie, gdy włączał mu się komputer gadał z w/w 2 osobami nie o pracy.

Najlepsze było to, że dzień później po przyjściu do pracy ja i drugi kolega gadaliśmy o meczu przy M. i ten słowa nam nie powiedział, co więcej, pół godziny później mieliśmy we 3 spotkanie z dyrektorem działu i ten zaczął rozmowę od meczu właśnie.

Na razie puenty, zakończenia nie będzie, dodam je w ostatniej z planowanych historii z tym bohaterem.

Korpo

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (79)
poczekalnia

#83834

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jescze mnie nosi
Mieszkam za granicą, w Polsce moja siostra z mężem i dziećmi.
Szwagier to alkoholik i mamisynuś, zawsze się źle dzialo ale ostatnio doszło do tego że zaczął grozić nożem, i zupełnie odciąl od rodziny i znajomych nawet nie mogła wyjsc z psem. Staralśmy sie ją wyciągnąć z tego bagna ale strach byl silniejszy. W święta kiedy nawet nie odebrał telefonu od mojej mamy, postanowilśmy zadzwonić na policje i poprosić o interwencję. Fakt dzwoniłam z zagranicy ale to nieusprawiedliwia tego co zrobiła policja, bo jedynie co zrobili to przejechali samochodem obok bloku siostry, wiemy od sąsiadki. W czwartek poszlo zgłoszenie do MOPS,a od piątku siostra z dziecmi jest bezpieczna, z dala od tyrana. Tylko jak wyjść z takiego kregu jeśli nie ma sie wsparcia, a policja olewa wezwania do przemocy domowej

Chichros

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (102)
poczekalnia

#83820

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja psica, Kruszyna, ma bardzo specyficzne upodobania żywieniowe. Otóż nie cierpi dobrej karmy, uwielbia za to "marketowe świństwo" (jak ja nazywam wszystko od najtańszej karmy z Biedronki aż po Chappi i Pedigree). Czegóż to ja nie robiłam, aby temu zapobiec... od kupowania co chwilę innej karmy po zamawianie "spersonalizowanego żarcia" (podajesz wiek, wagę psa, typ sylwetki, aktywność itp.), no niestety, nic nie działa. Dobra, wartościowa karma "leżakuje" w misce, a psica chodzi i piszczy, że głodna, ale jej nie ruszy. No wiem, pewnie powinnam być bardziej konsekwentna, bo jak porządnie zgłodnieje, to zje, ale po max dwóch dniach wpadam w panikę, że pies nie je i daję jej "marketowe świństwo" (przypadkiem się okazało, że to lubi, a nawet uwielbia). To znaczy nie, nie daję, wpadłam na pomysł, żeby jej to mieszać. Tak gdzieś w proporcji - dwie garści dobrej karmy + jedna garść Pedigree czy czegoś tam ( w innej proporcji też już nie zje...).

Robiłam dzisiaj zakupy w Żabce (jedyny otwarty sklep) i podczas kiedy szwendałam się między półkami, zadzwonił mój telefon. Ponieważ nie planowałam w przeciągu najbliższych minut udać się do kasy, odebrałam i zaczęłam rozmawiać z moją przyjaciółką. Rozmowa nie była konkretna, raczej tak "o wszystkim i o niczym", w pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się głośno, co też ja jeszcze potrzebuję kupić.

Ja:

- Czekaj, bo jeszcze żarcie dla psa... Cholera, tu nie ma Pedigree, jest tylko Chappi, nie wiem czy ona to będzie chciała. Nie no, muszę tu kupić, bo w domu już nic nie mam, przecież pies nie może być głodny! Nie, nie mogę jutro w Biedronce, bo jutro pracuję, będę w domu po 18-tej. Dobra, niech będzie to Chappi...

W tym momencie chciałabym serdecznie pozdrowić panią, która zrobiła mi koszmarną awanturę za karmienie psa najgorszym, najtańszym żarciem. Awantura była bardzo konkretna i żywiołowa, pani tak się zbulwersowała, że wyszła ze sklepu trzaskając drzwiami (no dobra, próbowała trzasnąć, sprężyny w drzwiach średnio na to pozwalają) i rezygnując z zakupów.

Szanowna Pani! Rozumiem troskę o dobro psa, ale proszę nie oceniać po pozorach. Naprawdę dbam o psa. Naprawdę kupuję jej jak najlepszą karmę. Tylko że ona jej nie chce...

Kruszyna jest psem wziętym ze schroniska. Jest psem starszym (ok. 10-cio letnim), który ma już pewne nawyki - w tym, niestety, również żywieniowe. Nie, nie była (chyba...) psem zaniedbanym - pod żadnym względem. Nie boi się ludzi, ani dorosłych, ani dzieci. Do wszystkich żywych stworzeń podchodzi życzliwie i bez lęku, nie widać po niej jakiejś "traumatycznej" przeszłości. Do tego stopnia, że aż się zastanawiałam, w jaki sposób znalazła się w schronisku, bo naprawdę musiała chyba przebywać w kochającym domu...

Jedzenie dla psa ZAWSZE mam w zapasie (to już prędzej pieczywa na śniadanie zabraknie dla mnie i dla Młodej). Zabrakło mi tylko "marketowego świństwa", bez którego Kruszyna żarcia nie ruszy... Ech, no ale inni wiedzą lepiej. Nie dbam o psa i tyle.

sklepy

Skomentuj (80) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (130)
poczekalnia

#83819

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Trzy lata temu rozstałam się z moim byłym chłopakiem. Nie powiem, że poszło lekko i przyjemnie, bo przez półtora roku nie mogłam się pozbierać i nie potrafiłam przyjąć do wiadomości tego, że kiedyś w moim życiu może pojawić się jakiś inny facet i "zająć miejsce" byłego.
Jednak te półtora roku temu stwierdziłam, że przeszłam swoje i jestem gotowa na nowe znajomości. Niezbyt lubię chodzić do klubów, barów, na imprezy itp, więc mój wybór padł na internet.
Gdyby poszło łatwo, prosto i przyjemnie nie pisałabym teraz tego.

1. Zalogowałam się na czat, weszłam na pokój adekwatny do mojego miejsca zamieszkania. Nie miałam żadnego "odważnego" nicku, tylko taki zawierający moje imię i wiek. Jak byk wpisałam, że mam 21 lat. Nie przeszkadzało to panom po 40-stce czy 50-tce do mnie pisać. I nie, nie pisali o pogodzie, ale to w następnym punkcie.

2. Proponowanie seksu
Wiedziałam, że takie "oferty nie do odrzucenia" się trafią, ale nie wiedziałam, że będzie ich aż tyle. 1000zł za noc? Masz na sprzedaż majteczki? A może rajstopy?
Najlepsze jest w tym to, że jak odmawiałam to byłam wyzywana od dz*wek, k*rew i innych "lekkich" pań. No tak, to logiczne - skoro dziewczyna odmawia seksu, to takie określenie na pewno do niej pasuje.

3. Pisałam dłuższy czas z jednym chłopakiem, wymienialiśmy także SMS-y, bo wiadomo, że to łatwiej, niż złapać się na czacie. Pewnego dnia postanowiliśmy się spotkać. Na początku było miło, ale gdy poszliśmy na kawę zaczął sunąć swoją ręką powyżej mojego kolana. Zwróciłam mu uwagę trzy razy. Za czwartym wyszłam bez słowa. Napisał do mnie SMS-a z pretensjami, że go olałam. Ciekawe czemu, nie?

Mam więcej takich historii związanych ze znajomościami zawartymi przez internet, więc w kolejnej "części" mogę je opisać :)

internet

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (114)
poczekalnia

#83813

~abd ·
| było | Do ulubionych
Strzelanie petardami dla uczczenia jakiegoś wydarzenia jest praktyką ogólnoświatową, sięgającą czasów starożytnych. Dopiero kilka lat temu pojawiły się osoby, którym nagle zaczęło to przeszkadzać i próbują różnymi sposobami wymusić na innych, by strzelania na sylwestra zaprzestali.

Od kiedy nie jestem dzieckiem, strzelanie mnie nie kręciło, zawsze wychodziłem popatrzeć, ale sam nie strzelałem. Jednak w tym roku będzie inaczej. Zakupiłem już fajerwerki za około 500 zł i będę strzelał właśnie dlatego, że pojawili się ludzie, którzy chcą mi tego zabronić.

Na hasło "uga buga, tyle piniondzów w powietrze wyszczelyć!" odpowiadam: To moje pieniądze i wydam je na co zechcę, a ty pilnuj swojego nosa. Może gdybyś pilnował swoich pieniędzy, zamiast cudzych, to stać by cię było żeby "puścić z dymem" pół tysiąca.

Dodatkową radość z hucznego powitania nowego roku sprawi mi świadomość, jaki ból pewnej części ciała to wywołuje u ludzi, którzy chcieliby wszystkim wszystkiego zabraniać i kontrolować każdy aspekt życia innych.

Nie ma to zgody i nigdy nie będzie.

sylwester petardy fajerwerki

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (230)
poczekalnia
Koleżanka poprosiła mnie (wybłagała), żebym poszła na przedstawienie bożonarodzeniowe w przedszkolu jej córeczki, bo ona nie może niestety. Z Małą mam dobry kontakt, sytuacja przyjęta całkiem dobrze. A zatem pięciolatka ma zakodowane, że będzie ciocia. Uprzedzając pytanie: tak, jej mama naprawdę nie mogła przyjść, ale jest wspaniałym rodzicem i naprawdę super wytłumaczyła córce, że te jasełka to nie koniec świata ;)

Przedstawienie trwa w najlepsze, ale mniej więcej po 20-stu minutach następuje coś, co zaskoczyło wszystkich: dzieci ustawiają się na środku sceny i zaczynają śpiewać kolędę "Jezus malusieńki". Sytuacja dziwna, bo zupełnie odbiega od całości przedstawienia, ale widać, że było to zamierzone.

I tak śpiewają i śpiewają, przygrywa im pani na pianinie, kiedy nagle dzieci zaczynają płakać. Jeden za drugim, niczym domino, przestają śpiewać, po czym kilkoro zaczyna biec do swoich rodziców na widownię. "Moja" dodatkowo w emocjach zapomniała, że nie ma jej mamy i nie poznała mnie, mimo że do niej wołałam, żeby przytulić.

Przedstawienie przerwano zupełnie.

Małe wyjaśnienie, bo może niektórzy nie wiedzą: "Jezus malusieńki" to kolęda wyjątkowo "smutna" w molowej tonacji i wolnym tempem oraz z przykrym tekstem, który może wywołać współczucie u dzieci.

Sytuacja nie dzieje się w Polsce (nie mieszkam w Polsce), ale przedszkole jest polskie i nauczycielka, chcąc dać dzieciom kawałek tradycji, uparła się na tę właśnie kolędę. Na próbach dzieci nie płakały, bo ten fragment był podobno często pomijany, na zasadzie "i tutaj teraz będziemy śpiewać "Jezus malusieńki", a teraz ćwiczymy swoje role.

Pani wychowawczyni stanęła murem w obronie swojego scenariusza zarzucając dzieciom "zbytnią wrażliwość" (!). Dzieci były w wieku od czterech do sześciu lat.

Uważam osobiście, że wywoływanie uczucia empatii u dzieci jest jak najbardziej potrzebne, nie mniej jednak tekst wychowawczyni do nas rodziców: "gówniarze niech przestaną beczeć i wracają na scenę bo popsują mi przedstawienie" był jak najbardziej piekielny. Na szczęście interweniowała dyrekcja placówki.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (127)
poczekalnia

#83811

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia ode mnie ze wsi, chociaż średnio tu pasująca. Chyba, że za piekielne uznamy roztargnienie głównego bohatera lub Jego zamiłowanie do Mody na Sukces... Dla ścisłości, było to co najmniej 7-8 lat temu.

Moja wieś jest w typie galicyjskim, zunifikowanym. Czyli małe gospodarstwa, cienkie długie pola, a na dodatek od wyludnienia ratują nas ludzie przeprowadzający się z miasta i szukający spokoju. (kiedyś o nich pisałem, ale to gdzie indziej)

Jak to na małych wsiach na wschodzie wciąż mamy zamiłowanie do starych ciągników i improwizowanych wynalazków, takich jak sprężarka do pompowania kół z lodówki. I to właśnie w takim spotkaniu Ursusa C-330 z Sprężarką... Wygrała Lodówka...

Zaczęło się niewinnie. Właściciel ciągnika chciał dopompować koła, więc podpiął sprężarkę i pompował. Lodówka nie ma jakiejś specjalnej wydajności, ale ciśnienie daje konkretne. Więc nasz Bohater poszedł "Na Chwilę" do domu. W między czasie odpalił TV i prawdopodobnie przy wspomnianym serialu zapomniał o Bożym Świecie... Po pewnym czasie jednak sobie przypomniał, wyszedł na podwórko i zamarł. Ciągnik już leżał na boku bez tylnej ćwiartki w kałuży krw... Oleju. Sprężarka nadal niewzruszona tłoczyła zabójcze powietrze...

Ciśnienie zamiast zerwać wężyk z wentyla, rozerwało dętkę. Dalej poszło w felgę, zdematerializowało zwolnice, uszkodziło tylny most, a nawet przekładnie główną. Spodziewał bym się raczej, że pójdzie w oponę, ale to tylko dla ciągnika "Bezpieczniejsze".
Schemat na zobrazowanie: http://www.retrotraktor.pl/artykuly/c328/1.jpg
18 Koła
Z25 i Z26 Koła zębate zwolnicy, w obrysie kół.
16 i 17 Dyferencjał i półosie, czyli tylny most.
Od 6 do 16 Przekładnia główna, większość rysunku.

Wracając do historii, na szczęście nikogo tam wtedy nie było. Nie chciał bym oberwać w zęby czy to kawałkiem felgi, czy częścią z ciągnika. Nawet jakbym oberwał kawałkiem opony ciężko bym miał się podrapać po łysinie czy poczuć wiatr we włosach. Zastanawiam się czemu nie usłyszał huku. Przecież to musiało konkretnie j3bnąć...

Wieś

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (106)
poczekalnia

#83805

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O rowerzystach jadących przez krzyżówkę na czerwonym już pisałem. Jednak to co się wydarzyło dzisiaj (tj. 23.12.2018) wieczorem to już przechodzi totalnie pojęcie.

Jadę sobie samochodem jednopasmową ulicą. Ruch jak to w niedzielę wieczorem niewielki. Dojeżdżam do jednej z głównych dwupasmówek w moim mieście i zatrzymuję się bo czerwone na sygnalizatorze. Z naprzeciwka również stoi samochód tak jak ja. Gdy zmienia się światło na zielone ruszam sobie spokojnie gdy nagle z mojej prawej przecina mi drogę czerwony pojazd starszego typu (marki nie jestem w stanie określić) i to na palącym się już jakiś czas czerwony,. Szczęście, że ja byłem jeszcze na wysokości pasa gdzie z mojej lewej nadjeżdżały auta a ten z naprzeciwka miał zielone opóźnione o 2 sekundy w porównaniu do mnie bo byłby dzwon jak nic (często tam jeżdżę więc znam układ świateł bardzo dobrze).

kierowcy

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 12 (54)
poczekalnia

#83803

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Lekki niesmak po zakupach świątecznych.
Sklep z rękodziełem ale i typowymi gadżetami, jak zapalniczki, otwieracze do piwa, magnesy na lodówkę. Ceny ponaklejane różnie - niektóre na koszykach z wysypanymi w nich drobiazgami, inne naklejone bezpośrednio na przedmioty albo przyczepione z podpisami do półek. Do takiego sklepu wybrałam się dzisiaj dokończyć zakupy świąteczne.
Jeszcze jeden szczegół, który nie wiem jak dużą rolę odegrał w historii - pełnoletność osiągnęłam już dawno, ale nie było przypadku, żeby przy kupowaniu alkoholu ktoś mnie o dowód nie poprosił. Po prostu - smarkato wyglądam, ani w tym moja wina ani zasługa.
W sklepie wybrałam kilka rzeczy - kubek, świeczkę, ozdobną sakiewkę i piękną, haftowaną torbę. Cena bezpośrednio naklejona na torbie coś wydaje się za niska, ale nie chcąc odrywać jedynej ekspedientki od pracy postanowiłam dopytać o to przy kasie. I tu moja wina - stojąc w kolejce i odhaczając w głowie pozycje na liście prezentów zapomniałam o sprawie. Podaję zakupy, ekspedientka ogląda towary i zaczyna je naliczać, ja grzebię w torebce w poszukiwaniu portfela, kiedy kątem oka rejestruję szybki ruch. Naklejona na torebce cena ląduje na ziemi. Chwilę później słyszę wymamrotaną przez ekspedientkę cenę - sporo wyższą niż ta, której się spodziewałam - a kobieta już rzuca się pakować mi rzeczy w prezentowy papier. Podchodzę do pani (kasa w kształcie litery U, kobieta umknęła na jeden z boków) i przyglądam się torebce. Rzeczywiście, w środku była druga cena, kilkukrotnie wyższa niż poprzednia. Spokojnie mówię pani, że rezygnuję z zakupu, ta próbuje jeszcze przekonywać ("ale taka piękna torba!") szybko jednak milknie.
Nie sądzę żeby druga cena miała na celu wprowadzenie klientów w błąd, możliwe że znalazła się tam przypadkiem. Uprzejmie jednak byłoby poinformować mnie o pomyłce, a nie liczyć że nie zauważę sporej rozbieżności cen albo (co wydaje mi się bardziej prawdopodobne) że nie odważę się upomnieć o zwrot bo jestem młoda.
Ja wiem, że kończy się sezon świąteczny, ale szanujmy się.

sklep z rękodziełem

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (93)
poczekalnia
Jak rozpocząć weekend z przytupem.

Pracuję w teatrze w pewnym zachodnioeuropejskim mieście. Około 17.45 zeszłam z biura na dół i zaczęłam przygotowywać stanowisko do wydawania zaproszeń. Punkt z zaproszeniami znajduje się trochę z boku, więc widzę z niego wszystkie 5 par drzwi wejściowych. Zaraz po tym jak zeszłam na dół, do teatru wszedł ostatni klient. Wyszedł 10 minut później, a za nim podreptała dziewczyna z kasy, zamknęła drzwi na zasuwę i wróciła do kasy, żeby zamknąć swoją zmianę (kończyła pracę o 18). Normalna procedura - zamknięcie drzwi 5 minut przed 18 jeśli nie ma klientów lub 10-15 minut przed 18 jeśli są jeszcze klienci. Najwyraźniej nie dla wszystkich.

Chwilę po tym jak moja koleżanka zniknęła w kanciapie, usłyszałam, a następnie zobaczyłam, jak ktoś szarpie się z drzwiami. Każdymi po kolei. Żadna z nas nie zwróciła na to uwagi. Po prostu ktoś przyszedł za późno i tyle. Dziewczynie nikt nie zapłaci za dodatkowy czas spędzony w pracy, a ja, mimo że dobrze znam oprogramowanie jakim posługuje się serwis rezerwacji, nie mam uprawnień do przyjmowania płatności.
Ale natręt nie zadowolił się sprawdzaniem czy na pewno wszystkie drzwi są zamknięte. Po chwili rozległo się bardzo mocne walenie w rzeczone drzwi i wrzaski zza nich.

Ruszyłam więc zza kontuaru. Po otworzeniu drzwi przywitało mnie głośne "Nie macie prawa!" z silnym, włoskim akcentem. Uprzejmie i spokojnie poinformowałam państwa Włochów, że kasa jest już zamknięta. Nie zdążyłam wytłumaczyć dlaczego, bo szanowni turyści zaczęli się pienić, że jak jest napisane, że otwarte do 18, to ma być otwarte do 18, a nie zamknięte o 17.50 (wtf?!) i oni od 5 minut już tu chodzili i sprawdzali drzwi (taa...jasne...).
Dalej ze stoickim spokojem wyłożyłam Włochom, że w tym kraju, jeśli jakiś przybytek ma napisane godziny otwarcia, oznacza to, że po godzinie zamknięcia ma już w przybytku nikogo nie być, włącznie z pracownikiem. Jeśli wpadnie kontrola do przybytku i zobaczy po godzinach otwarcia kogokolwiek, to może wlepić karę. Powiecie, że teatr i tak mógł być otwarty, skoro wieczorem był spektakl. Teoretycznie tak. W praktyce jednak dziewczyna w kasie jest często sama, a musi jeszcze przygotować bilety do wydania przed spektaklem, co zajmuje trochę czasu. Do tego ochrona, kontrola, reżyserka i produkcja również przygotowują się do przyjęcia widzów. Główne drzwi do foyer są otwarte, a nikt nie ma oczu dookoła głowy. Dlatego, ze względów bezpieczeństwa, zamykamy teatr na godzinę. Po 19 kasa nie sprzedaje jednak biletów na inne dni niż wieczorny spektakl.

Do Włochów jednak dalej nie docierało. Nie zrozumieli nawet, że ja za kasę nie jestem odpowiedzialna. Koniec. Kropka. Oni chcą kupić bilety i mam ich wpuścić. Pani nawet próbowała wyszarpać mi drzwi i wcisnąć się do środka. Zaczęłam żałować, że ochrona przychodzi dopiero na 18.30. Nie docierało do nich, że koleżanka musi zamknąć kasę, że ma inne rzeczy do roboty. Oni nadal chcieli zarezerwować bilety na 26 lub 27 grudnia. Kiedy oświadczyłam im, zgodnie z prawdą, że wszystkie miejsca do końca roku są wyprzedane, zażądali rozmowy z dyrektorem. Tutaj również zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że dyrektora nie ma od wczoraj.

W tym momencie, babka wyciągnęła telefon i zrobiła mi zdjęcie grożąc przy okazji skargą i użalając się, że jak dyrektora nie ma to pracownicy robią, co chcą. Poinformowałam ją, że robienie komukolwiek zdjęć bez jego zgody jest karalne, a co za tym idzie mogę ją pozwać.
Obrażona para odeszła w siną dal, dalej odgrażając się skargami. Czekam na nią z niecierpliwością.

Ze swojej strony, poinformowałam ochronę o incydencie - tak, wykazałam się piekielnością i kazałam im nie wpuszczać tej pary - oraz kierownika działu rezerwacji, że może przyjść skarga opatrzona moim zdjęciem. Na szczęście, cały zespół administracyjny teatru stoi za sobą murem. Ze skargi się pośmiejemy, a za zdjęcie postraszymy pozwem.

zagranica turyści teatr

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (91)