Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Może sam wyjdę na piekielnego...

Wspominałem już kiedyś, że pod firmą są kłopoty z parkowaniem. Winny jest remont pobliskich torów kolejowych, bo wcielono część parkingu dla pracowników do placu budowy.

Na początku stawałem w pozostawionej części, ale tam często ludzie siebie nawzajem zastawiali. Mało nie straciłem zderzaka, a kolega czekał prawie godzinę żeby wyjechać bo się komuś do domu nie śpieszyło. Stamtąd wyemigrowałem na chwilę za tory, ale nie ukrywajmy jestem leniwy. Porównując od ruszenia spod mojej bramy do wjazdu na plac parkingu mijała podobna ilość czasu, co od tego momentu do wejścia do szatni... Więc przeniosłem się bliżej bramy zakładu i zaczęły się problemy.

Pierwszym problemem był Kierownik. Miał upatrzone miejsce parkingowe. Ja znowu stawałem na pierwszym wolnym, więc czasem zdarzało się, że stawałem na tym miejscu. Wtedy jeszcze nie było tam żadnego oznakowania, a ten się do mnie czepiał. Nawet doszło do tego, że Logistyka chciała ze mną porozmawiać. Ale poszedłem na zwolnienie lekarskie...

Teraz wróciłem po zwolnieniu i jak zwykle stanąłem w tym rzędzie. Jakby więcej kartek tam wisiało. Jest (i cały czas była) tablica z napisem "Zakaz parkowania na podjeździe do zakładu", a przy miejscach podrukowane i zbindowane kartki z nr rejestracyjnymi. Ale kopert brak, więc kto by się przejmował. Niemal od razu Strażnicy na bramie zwracali mi uwagę, żebym przestawił auto. Po odmowie zostałem zwyzywany od chamów. Kierownik zaczął mnie straszyć, że mnie zastawią. Słowa dotrzymał i wczoraj byłem pięknie zastawiony służbowym autem. Pięknie, ale nie skutecznie, bo osoba parkująca obok odjechała w momencie kiedy doszedłem do auta i dałem radę drugim miejscem wyjechać. Trochę mi się śpieszyło i żałuje, ze przynajmniej nie udokumentowałem tego zdarzenia.
Dzisiaj od rana na hali wielkie poruszenie. Jednych śmieszyła sytuacja, inni byli raczej wściekli i zawiedzeni traktowaniem pracowników w firmie. Słowom otuchy i podsuwaniem artykułów nie było końca. Jednak pierwszy swój ćwiek wbił Kierownik:

K: I jak Szczerbuś? Nauczyło cię to czegoś?
J: A czego miało to mnie nauczyć. Komuś się nudziło to mnie zastawił. Raczej mało skutecznie bo zaraz wyjechałem...
K: A ty umiesz czytać, wiesz co tam było napisane?
J: I co z tego, nie ma typowych znaków drogowych, więc to jakbym wziął flamaster, kartkę, napisał i przykleił... Ta sama moc sprawcza...

W tym momencie kierownik Fuknął parę razy i pogonił do drzwi, aż się za nim zakurzyło. Później jeszcze szukał mnie facet z Logistyki. Prosił dość grzecznie, żebym tam nie parkował bo Dyrektor im suszy łby za te miejsca parkingowe. Nieśmiertelne "Zastanowię się", oznaczające NIE spławiło gościa. Jeszcze aby Strażnik na bramie pożegnał mnie lodowatym zaleceniem zmiany miejsca parkingowego, bo te są dla dyrektorów i kierowników. Trochę mi go żal, bo widać, że go ktoś opi3rdolił... Zobaczymy co przyniosą nam przyszłe dni...

Nie czuję żalu, bo nie jest to oznakowane jakoś z sensem, a ten teren podobno należy do innego zakładu. Więc prawnie nie mogą mi nic zrobić... Zresztą jakby mogli to bym już szukał auta na parkingu policyjnym.

P.S. W końcu pojawiła się jakaś sensowna szansa na ucieczkę z tego wariatkowa. To zmiana branży i nic pewnego, więc nie zapeszajmy...

Parking Praca

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 4 (82)
poczekalnia

#84165

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dopiero co zrobiłam prawo jazdy i już trafiła mi się piekielna i potencjalnie niebezpieczna sytuacja...

Mamy sobie skrzyżowanie, z sygnalizacją świetlną. Na tymże skrzyżowaniu ustawiam się do skrętu w lewo, jako trzeci samochód w kolejce. Za mną jakiś SUV.

Światła się zmieniają, osobówka i dostawczak wjeżdżają na skrzyżowanie. Jako że musiałabym wjechać na trzecią, zatrzymuję się przed przejściem dla pieszych (nawet chyba trochę za blisko, ale na pasy nie wjechałam). W tym momencie słyszę trąbnięcie. Niezbyt głośne i krótkie, ale jednak trąbnięcie.

"A wsadź sobie ten klakson gdzie słońce nie dochodzi" myślę, w międzyczasie ruszając, stopniowo zmieniając biegi i rozpędzając się do szalonej prędkości 50 km/h (teren zabudowany). Za chwilę wjechałam na most, gdzie też jest ograniczenie do 50 km/h. Zerkam w lusterko, a ten SUV jedzie tak blisko mnie, że już nie widzę jego świateł...

Wic polega na tym, że zaraz za mostem jest skrzyżowanie, na którym muszę skręcić w prawo. Wypadałoby zwolnić, zredukować...

Ale jak zredukuję i zwolnię, będę miała go w rufie!

Wiem, że wystarczyłoby musnąć hamulec, żeby zapaliło się światło stopu, ale autentycznie bałam się to zrobić.

"Na szczęście" szanowny pan rozwiązał mój dylemat, wyprzedzając mnie i znikając mi z oczu. Przypominam, że jechałam 50 km/h, z maksymalną dopuszczalną prędkością...

Zaraz za mostem kończy się linia przerywana, za to zaczyna się teren usiany skrzyżowaniami i przejściami dla pieszych. Raczej słabe miejsce do sprawdzania jak szybko potrafimy jechać...

Droga

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 11 (79)
poczekalnia

#84162

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zostałem weightistą. Podobno.

Pracuję w Wielkiej Brytanii. W biurze mamy dziewczynę, która wygląda trochę jak kulka - niska i bardzo otyła. Jej rodzice pochodzą z Nairobi, więc siłą rzeczy jej kolor skóry nie jest typowo 'europejski'. Jest przesympatyczną dziewczyną, pracuje u nas od roku, jako telefoniczny konsultant obsługi klienta. Na potrzeby historii nazwę ją Dziewczyną (D).

Jednak nie byłoby tej historii, gdyby nie to, co wydarzyło się w sobotę.

Po siłowni postanowiłem wskoczyć do jacuzzi - ku mojemu zdumieniu, w jacuzzi już była D. Oczywiście zaczęliśmy rozmawiać i mimochodem wspomniałem, że widzę, że zaczęła o siebie dbać, że basen, siłownia, jacuzzi (trochę przesadziłem, bo równie dobrze mogła tylko przyjść do jacuzzi, ale wydało mi się oczywiste, że nie przychodzi się na najdroższą siłownię tylko dla jacuzzi).

I tu pojawia się piekielność:
D: Czyli uważasz, że ja o siebie nie dbam?
Bleee: No wiesz, chodziło mi o to, że fajnie, że zaczęłaś ćwiczyć, bo to dobrze dla serca i ogólnie szczupłym podobno w życiu łatwiej - tak słyszałem, bo do bycia szczupłym brakuje mi jeszcze 40 kg! ;)
D: To jest weighizm! Jakim prawem nazywasz mnie grubą? Nie znasz mojej historii!
B: Ale ja nie powiedziałem, że jesteś gruba, poza tym, nie chodzi o wygląd, a o zdrowie, wiesz, nie mamy już naście lat (D jest w moim wieku, 30 nam już stuknęła) i trzeba zacząć myślec o tym, żeby nie zejść na zawał za szybko.
D: Ja nie mam zamiaru chudnąć i nic nikomu do tego! Nikt nie ma prawa mi mówić jak wyglądać (wtf?) i co robić z moim życiem...

Koniec? No nie.

Wczoraj musiałem zacząć pracę wcześniej, więc D wparowała do biura gdy ja już 'półleżałem na krześle, próbując nie umrzeć z rozpaczy' (tak tę pozycję opisuje mój szef).
Bez powitania zaczęła PŁAKAĆ i pobiegła do swojej szefowej, że ja ją obrażam i patrzę na nią z obrzydzeniem. A poza tym powiedziałem jej, że jest gruba. I najprawdopodobniej jestem też rasistą.

Póki co sprawa wygląda źle z jej strony, bo nie ma żadnych dowodów, ani świadków. I dzięki Bogu pracujemy w open space, więc każdy słyszy jak się do niej zwracam. Ale chyba będę bał się iść na siłownię, żeby jej tam nie spotkać.

Weighizm rasizm zagranica praca korpo

Skomentuj (94) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (124)
poczekalnia

#84158

~SfientaKrofa ·
| było | Do ulubionych
Dzisiaj domowa piekielność.
Siostra wyszła za mąż mając 40 lat. Teraz ma 42, a jej ukochany 36. Mieszkamy w jednym domu, generalnie jest w porządku. Gdzie piekielnośc?
Noc w noc cały dom nie śpi, bo nasza młoda para przeżywa swoje uniesienia. Noc w noc wysłuchuję stękań, jęków i westchnień. Rozmowa nic nie dała, siostra twierdzi, że to nie możliwe żeby ich było słychać. Ponoć to ja jestem niewyżyta seksualnie i specjalnie nasłuchuje. A mi się aż niedobrze robi jak znowu zaczynają swój maraton.
A miało być tak spokojnie... Chyba czas się wyprowadzić.

Dom rodzinny

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 9 (87)
poczekalnia
Co ja widziałem w piąteczek! :D Uśmiałem się, nie powiem.

Połowa Internetu leje z passata sąsiada i mam wrażenie, że słusznie.

Miejsce akcji supermarket, a właściwie jego parking.

Przy „moim” lidlu jest naprawdę duży parking. Ma 3 sektory i nigdy nie spotkałem się z tym, by brakowało miejsca. Panu w nowiutkim Volkswagenie Passacie (z wyglądu nowy) miejsca najwyraźniej zabrakło.

Jegomość elegancko ubrany, uczesany, z siwym włosem, więc nie małolat, stał sobie na ulicy obok wejścia głównego z włączonymi światłami awaryjnymi. W pierwszej chwili pomyślałem, że coś mu się zepsuł, ale szybko pozbawił mnie złudzeń. Jego żonka poszła na zakupy, a on w tym czasie postanowił umyć auto! Tutaj nadmienię, że z lidlem sąsiaduje stacja, na której jest myjnia. Gość wyciągnął sobie „psikacz” do szyb, ściereczki itp. i pucuje passata…
Przypominam, że stał na ulicy pod wejściem do Lidla, w taki sposób, że wykluczył z ruchu cały jeden pas. Jak skończył pucować brykę, wskoczył do środka, zapiął pas i odjechał… No nie odjechał, bo przecież żonka na zakupach! Stał tam dalej jak łoś i wypatrywał żony.

Uprzedzę pytania, wolnych miejsc parkingowych było od groma, jak zwykle.

Mogłem zwrócić mu uwagę? Jasne! Tylko po co? :D Uśmiałem się i tyle.

Właścicielu passata, jeśli to czytasz to wiedz, że pól Lidla miało z Ciebie polewę i dziękujemy z urozmaicenie nam zakupów.

1. Człowiek ze wsi wyjdzie, wieś z człowieka nigdy.
2. Światła awaryjne nie uprawniają nikogo, bez powodu, do postoju w miejscu, w którym postój jest zabroniony.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (88)
poczekalnia

#84148

~Hanna234 ·
| było | Do ulubionych
Historia o pracy, która pojawiła się parę dni temu, przypomniała mi moją drugą pracę w zawodzie-jak autorka poprzedniej, również podjętej podczas studiów. Za błędy przepraszam, ale nadal gdy o tej pracy pomyślę, trzęsę się z nerwów jaka to głupia byłam.

Zaczęło się niewinnie od rozmowy kwalifikacyjnej. W biurze była tylko jedna dziewczyna, szukano drugiej, gdyż poprzedniczka, dajmy na to Kasia, (jak mi powiedziano) ze względów rodzinnych musiała się przeprowadzić. Zaoferowano mi 1500 zł, co było wtedy dla mnie dużą kwotą. Po pytaniu kiedy mogę zacząć, ustaliliśmy, że przychodzę od jutra. Wcześniej odbywałam praktyki i wiedziałam co nie co o pracy, także nie bałam się wejścia bez przeszkolenia w młyn, jak to ujął szef na rozmowie.

Pracowałam przez miesiąc z Anielą. Jak się okazało, ona również była świeżym nabytkiem, bo pracowała tu od półtorej miesiąca. Nie została przeszkolona przez poprzednią dziewczynę-Kasię, która miała już wszystko gdzieś, gdy była na wypowiedzeniu. Dała jej najważniejsze informację, a z resztą Anieli miał pomóc zaznajomić się szef. Oczywiście tego nie zrobił. Pomogłam jej ja i podzieliłyśmy się zadaniami, tak aby ona robiła to co łatwiejsze. Jednakże w biurze był taki ruch, że nie dawałyśmy we dwie rady, co irytowało szefa. Gdy na jedną godzinę przypadały 3 osoby, które trzeba było wprowadzić do systemu wraz z informacją po co przyszły i ewentualnie pobranymi opłatami (+wystawienie faktury) to było dla nas za dużo. Do tego trzeba było przygotować kolejne spotkania i mimo chęci, nie dawałyśmy rady.

Zatrudnił więc Patrycję, która z branżą nie miała nic wspólnego, ale miała to co najważniejsze-status studentki i małe oczekiwania finansowe. Nijako przejęłam dowodzenie, bo szef miał wszystko w poważaniu. Zostałam zaproszona przez niego na rozmowę raz. Powiedział, że nie jest zadowolony z Anieli, bo nie robi ona żadnych postępów. Powiedziałam, że ona nie jest wyszkolona i że szef miał to zrobić według jej słów. Spytał się o Patrycję, nie odnosząc się do mojej uwagi. Odparłam, iż może coś z niej być. Pokiwał głową na znak zgody.

Jakiś tydzień później na podobną rozmowę zaprosił mnie i na niej stwierdził, że z Anielą będziemy się żegnać. Spytał czy ma ona jakieś projekty, które trzeba skończyć. Wymieniłam jej zadania. Odparł, że tym może zająć się Patrycja, po czym zawołał do siebie Anielę i z dnia na dzień wręczył jej wypowiedzenie, bo jak my wszystkie, miała umowę zlecenie.

I tak oto zostałam sama z pełną ilością klientów, dziewczyną pracującą 2 tygodnie w tej branży. Czyli musiałam ogarnąć wszystko, co podzieliłyśmy na trzy i jeszcze uczyć Patrycję. Nie miałam tego w umowie, a więc chciałam aneks i podniesienie płacy, skoro pracowałam teraz za dwie. Szef pokręcił nosem, ale dał mi podwyżkę...o 100 złotych. Na tyle wycenił moją pracę.

Raz, nie spodobało mi się to, że zwolnił Aniele nawet bez uprzedzenia słownego. Dwa, nie dostałam podwyżki. Zapaliła mi się czerwona lampka i przestałam się starać. Bo po co skoro ze mną może zrobić tak jak z Anielą? Po co skoro na podwyżkę konkretną nie mam co liczyć? Czy na umowę o pracę? Zwyczajnie moje zaangażowanie spadło proporcjonalnie do faktów.

W tym czasie moim i Patrycji ulubionym powiedzeniem było "Jaka płaca, taka praca", co odbijało się na klientach. Na początku potrafiłam posiedzieć dłużej, albo zrobić coś szybciej, byleby klient był zadowolony. Potem robiłam wszystko wolno, tak jak mi się akurat chciało. Patrycja również, po tym jak nie dostała podwyżki i okazało się, że szef nie odprowadził za nią ubezpieczenia nawet o tym nie wspominając (jako, że umowa zlecenie ze studentem to nie ma obowiązku). Patrycja od początku zatrudnienia była bez ubezpieczenia i dowiedziała się o tym przypadkiem, gdy chciała iść na rutynową wizytę u lekarza.

Zaczęłam rozglądać się za inną pracą, Patrycja również. Jako, że obie byłyśmy na zleceniu, ustalałyśmy godziny tak, aby jedna mogła pójść na rozmowę kwalifikacyjną. Mnie się udało szybciej, niż jej, chociaż z tego co mi mówiła, znalazła pracę jakoś miesiąc po mnie.

Spotkała do tego czasu byłą pracownicę, która przyszła po PIT-Kasię. Jako, że szef był poza biurem, zapytała się dlaczego ona się zwolniła. Kobieta miała wtedy 31 lat i z pełną szczerością opowiedziała dlaczego już tu nie pracuje i radzi zrobić to Patrycji, jeśli ma możliwość. Chciała być dobrą pracownicą i zakomunikowała szefowi, że chce zacząć starać się o potomka, dlatego trzeba będzie rozważyć poszukanie zastępstwa. Szef podobno na tę wiadomość się ucieszył, że będzie młode pokolenie w biurze, po czym dwa tygodnie później wręczył jej wypowiedzenie, gdyż nie spełniała jego oczekiwań.

Patrycja, jak już pisałam, zwolniła się krótko po mnie. Niestety z tego co widziałam, biuro szefa dalej działa i ma nowych pracowników.

pracodawcy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (63)
poczekalnia

#84132

~Ekler ·
| było | Do ulubionych
Umarła mi ciocia. Wiadomo, płacz, wielka strata dla bliskich i planowanie pogrzebu.

Córka cioci (dajmy na to że M), która na co dzień mieszka w Holandii przyjechała do nas, by zająć się wszystkim (uprzedzając pytania - jest ona jedynaczką, a ojciec po śmierci żony funkcjonuje na lekach i nie da się z nim normalnie na ten moment porozmawiać, a mąż jest nadal w Holandii i ma dopiero jutro przylecieć a dziewczyna ma do zajęcia się jeszcze dwójką dzieci która dodatkowo się pochorowała - więc ma sporo na głowie).

M dzisiaj latała i rozwieszała nekrologii po mieście, i zauważyła to jedna z sióstr zmarłej zauważyła taki i zadzwoniła do niej z... pretensją. Dlaczego? Bo nie wymieniła jej w nim. Ale za to drugą siostrę i jej rodzinę już tak. Bo tak to mogła o niej zapomnieć. Podobno M po rozmowie z ciocią zadzwoniła do mojej mamy i popłakała się, by po chwili zamówić nowe i znowu biegać po mieście zrywając stare i przyczepiając nowe.

Cioci nagonka nie ominęła, praktycznie każdy który usłyszał o tej sytuacji zadzwonił do niej i kazał jej się puknąć w łeb bo chyba zwariowała. Ciocia na to się obraziła i zadeklarowała że nie przyjdzie.

Ręce opadają.
PS. przepraszam za składnie, pewnie brakujące przecinki, jestem zdenerwowana tym wszystkim.

rodzina

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (87)
poczekalnia

#84134

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z sortowni GLS. Mogliście nie raz się zastanawiać czemu wasze paczki nie docierają na czas, przychodzą zniszczone lub cos z nich zniknelo. Kilka miesiecy spedzilam w jednym z zagranicznych magazynow ww firmy kurierskiej. Oto kilka piekielnosci.
1. Celowe niszczenie paczek żeby sprawdzić ich zawartość. Twój nowy telefon nie doszedł to nie wina kuriera, że paczka była pusta.
2. Sortowanie listów polegało na ich rzucaniu do odpowiednich pojemników.
3. Twoja paczka ma informację że delikatna zawartość bądź szkło. Hmmmmm Tylko że prawie wszystkie je mają a któraś musi być na dole. Tir ma być szybko załadowany a paczki są ubezpieczone więc przeżyjesz.
4. Twoja paczka się zniszczyła? Wylewa się z niej płyn? Dołożymy ją do zniszczonych. Po 2 miesiącach dalej tam będzie bo ktoś zapomniał Cię powiadomić.
5. Paczka lata między Belgią i Holandia bo adres jest nieprawidłowy. Dziewczyna na skanowaniu nie wie jak robić korekty więc wyśle ja jeszcze raz.(tą paczka latała tak ponad 2 miesiace)
6. Problematyczne paczki( wymagające korekty) zostawię je dla następnej zmiany.
7. Niechcący zaznaczyłam że paczka ma niestandardowe wymiary. Ojoj będziesz musiał zapłacić więcej za transport.
8. Niepełny adres lub jego brak. Wujek Google wie wszystko i mogłabym znaleźć ten kod pocztowy tylko że nie mam dostępu do Internetu w pracy!
9. Max waga 32kg. Twoja paczka ma 50kg+. Zawartość można było podzielić na dwie, wiem to bo zbierałam ją z podłogi(Karton niewytrzymal).
10. Używanie tego samego kartonu kilka razy. Rozpada się w rękach i ma kilka naklejek a ja szukam tej ważnej. Poszło pod zły adres. Ups nie trafiłam.
11. Paczka express ojoj już wrzuciłam do pojemnika dostaniesz ją troszeczkę później.
Starałam się jak mogłam w tej pracy. Całe zmiany biegała poprawiając błędy. Takie rzeczy widziałam codziennie. Napisane w pierwszej osobie jednak nie były to moje zachowania.

uslugi magazyn

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (94)
poczekalnia

#84130

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Odnośnie nauczycieli gnębiących uczniów...

Nie wiem czy w innych szkołach było tak samo, ale w moim gimnazjum dla uczniów drugiej klasy organizowana była obowiązkowa wycieczka do obozu w Oświęcimiu.
Z wycieczki tej pamiętam tylko kilka rzeczy. Żarty o Żydach/holokauście opowiadane głównie przez męską część klasy w drodze do Oświęcimia i przeraźliwą ciszę w drodze powrotnej. Sterty rzeczy odebrane ludziom i wystawione w gablotach. Wydrążone przez tysiące ludzi kamienne schody. Wszechobecną ciszę i niedowierzanie, że coś takiego mogło się wydarzyć.

Wycieczka ta wywołała u mnie coś na kształt traumy. Męczyły mnie koszmary, w których to ja byłam więźniem obozu i z których oczywiście budziłam się z krzykiem. Stałam się apatyczna, przestałam jeść, zdarzało mi się zawieszać lub też po prostu wybuchać czasem płaczem bez większego powodu. Cała ta sytuacja doprowadziła mnie do psychologa, który pomógł mi się z tym uporać.
Uprzedzając pytania – wycieczka miała miejsce pod koniec roku szkolnego, ostatnie 2 tygodnie do szkoły nie chodziłam.

Przenieśmy się jakieś 2 lata w przód – druga klasa liceum. Nauczycielka języka polskiego ogłasza obowiązkową wycieczkę do obozu w Oświęcimiu dla wszystkich uczniów drugich klas. Jeden z kolegów zapytał się, co jeśli ktoś już tam był, czy też musi jechać? Polonistka odpowiedziała, że musi pojechać, że to wycieczka obowiązkowa w programie nauczania i nie ma wyjątków.
Po lekcji stwierdziłam, że zaryzykuje i podeszłam do nauczycielki. Powiedziałam jej, że ja tam byłam, że po powrocie miałam koszmary i bardzo nie chcę tam wracać. Polonistka najpierw spokojnym głosem powtórzyła swoje wcześniejsze słowa, że wycieczka obowiązkowa i koniec. Ponowiłam swoją prośbę kilkukrotnie, niestety ona tylko z coraz większą irytacją i coraz bardziej podniesionym głosem mówiła, że ma pojechać i kropka. Pod koniec tej wymiany zdań wykrzyczała coś o tym, że jak nie pojadę to mi zachowanie obniży i obleje z języka polskiego i ona nie uzna żadnego usprawiedliwienia ani od rodziców ani od lekarza.

Do domu wróciłam cała roztrzęsiona. Mama widząc mój stan zapytała się, co się stało – opowiedziałam jej. Jak łatwo się domyśleć mama się zdenerwowała. Zapewniła mnie, że jutro pójdzie do szkoły sytuację wyjaśnić, a ja mam się nie martwić, bo nigdzie nie pojadę.
Następnego dnia mama poszła ze mną do szkoły. Najpierw poszła do wychowawcy, a potem razem z nim do polonistki. Nie wiem, co im powiedziała, ale poskutkowało – na wycieczkę nie pojechałam.

Koniec? Niekoniecznie. Niestety polonistka poczuła się w pewien sposób urażona i postanowiła, przynajmniej częściowo, zrealizować swoje groźby. Dostałam od niej całą masę uwag, co wpłynęło na moją ocenę z zachowania. Moje prace zawsze oceniane były negatywnie, a nawet napisałam coś poprawnie na sprawdzianie to miałam odejmowane punkty za rzekome ściąganie.
Na szczęście tutaj ponownie pomogła interwencja mojej mamy i na koniec roku jakimś cudem dostałam 3. Natomiast po wakacjach naszej klasie zmienili nauczycielkę języka polskiego i moje problemy z tamtą kobietą skończyły się.

szkoła jezyk_polski polonistka wycieczka Oswiecim

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (105)
poczekalnia

#84125

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu wystawiłam na OLX ubranka po moim synu. Były wśród nich kombinezony (nie zimowe, zwykłe na co dzień). Syn je nosił, więc i one nosiły ślady użytkowania. Co więcej, przed moim potomkiem, nosił je też siostrzeniec. Nie były jednak zniszczone, znoszone, dziurawe, poplamione. Ot, skulkowane (te pęczki, co się robią na ubraniach). Wystawiłam je w takim stanie, opisując, że są to rzeczy używane. Za zawrotne 15 zł za sztukę (czy to dużo, czy nie, zależy od osoby; dla mnie były tyle warte, koniec).

Napisał do mnie Pan. Pan bez "dzień dobry" zażądał zniżki. "50 zł i biorę wszystkie trzy". Zgodziłam się, "dopłaciłam" te 5 zł za wysyłkę i poszło. Za kilka dni dostaję telefon od Pani, że ona chce oddać kombinezony, bo one są niezgodne z opisem. Pytam, o co dokładnie chodzi. W odpowiedzi dostałam tyradę, że to szmaty i ona dziecka w to nawet po domu nie ubierze. Ogólnie, wszystko nadaje się jedynie do kosza. Odpowiedziałam, że nie ma takiej opcji. Ubrania są używane, fakt, ale nie zniszczone. W końcu kobieta wysypała się i powiedziała, że chodzi jej o te pęczki. Na to odpowiedziałam, że wystarczy to przejechać golarką i nie ma tematu. Nie. Ja ją oszukałam i ona idzie na policję. Rozłączyła się, nawysyłała mi zdjęć "zniszczeń" i zaczęła nękać SMSami. W skrócie: oszukałam ją, jestem bez serca i sumienia, bo oszukałam też jej dziecko, jak ja mogę. Ona ma teścia policjanta i już ma ogarnięte, czeka tylko na moje zdanie w sprawie, do 15 dzisiaj!, i azymut Komenda.

Początkowo nie odpisywałam nic, bo te SMSy przychodziły z prędkością światła, tak, że nawet nie byłam w stanie zastanowić się, co tu odpisać, a już był następny. Postanowiłam poczekać na męża i razem skonstruowaliśmy wiadomość, w której powołaliśmy się na odpowiednie artykuły, że owszem, jest 14 dni na zwrot zakupów internetowych bez podania przyczyny, ale obowiązek jego przyjęcia ma wyłącznie przedsiębiorca, a nie osoba prywatna. Oprócz tego dopisaliśmy, że umowę zawierałam z mężczyzną, więc o co w ogóle chodzi? Moje stanowisko poszło. Oczywiście na nowo stałam się oszustką, a jej narzeczony takich szmat by na pewno nie kupił.

To wszystko miało miejsce w piątek. Przez weekend dostawałam jeszcze kilka innych deadlinów, bo ona właśnie już jedzie na policję. Na końcu stałam się dodatkowo wyłudzaczką (sic!). Nie odpisywałam ani słowa na te SMSy, ale kiedy zaczęła mi sypać imionami mojej rodziny ("matka D na pewno jest dumna z córki oszustki, brat A, mąż P i syn J również"), nie mogłam tego tak zostawić. Tym razem ja oskarżyłam ją o stalking i zastraszanie, bo prócz tego obiecała mi rozpowiedzieć wszystkim moim znajomym o tym, jak ją "oszukałam". Z dopiskiem, że to ona nadaje się na zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, a nie ja. Jeszcze kilka SMSów skakała, obiecała, że w poniedziałek o 15 idzie na policję i zamilkła.

Na wezwanie czekam do dziś, a sprawa miała miejsce jakoś w październiku ;-) W sumie, to jakiś czas myślałam o tym, czy by na nią nie donieść z tym stalkingiem, tym bardziej że miałam dowody (wyobraźcie sobie, że serio napisała na FB do mojej mamy i brata...), ale niedługo później dowiedziałam się, jestem w ciąży i nie chciałam się na ten czas babrać w nerwach i stresie.

Ogólnie rzecz biorąc, ja wiedziałam, że ona nic nie może mi zrobić, bo wszystko było opisane, a i zdjęć mam w zwyczaju dodawać tyle, że jak inni tyle dodają, to się wkurzam ;-), ale sam fakt takiego oskarżenia i wciągania w to najbliższej rodziny, przy świadomości, że ma mój adres (bo w końcu wysyłałam do niej paczkę, na której trzeba podać adres zwrotny), nie był najcudowniej spędzonym przeze mnie czasem.

EDIT: Dobra, bo widzę, że u niektórych kuleje czytanie ze zrozumieniem. Napisałam wyraźnie, że ubrania nie były zniszczone. Pęczki, o które tej kobiecie chodziło znajdowały się na jednym (z trzech) kombinezonie i to wyłącznie w okolicach kieszeni. Nie jestem idiotką, gdyby było ich więcej, albo bym je wygoliła, albo dała niższą cenę. I co do ceny - rzecz jest warta tyle, ile ktoś jest w stanie za nią zapłacić. Mężczyzna kupił je ode mnie 2 dni po wystawieniu.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (85)