Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85617

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Siedzę na L4, wszystkie okna w domu uchylone. Na wprost okien plac zabaw i ''siłownia''. Słyszę cienkie głosiki drących się dzieci. Norma. Tyle że po wsłuchaniu się w te głosiki słyszę nagle ''POJE*AŁO CIĘ?!?!?!'' Wyjrzałam zaciekawiona, a tam na siłowni 3 chłopaków lat maksymalnie 10 buja się na sprzętach na zasadzie ''kto mocniej/wyżej''. Dzieci z plecakami, w wieku wczesnoszkolnym drą się na środku osiedla używając wulgaryzmów.
Moja wiara w dzisiejsze pokolenie spada, tyle że to nie wina samych dzieci, a wychowania. Rodzice, litości!

wychowanie

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (70)
poczekalnia

#85611

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Znowu wracam do szkoły w pojunkierskim pałacyku nad jeziorem. Szkoła istniała zaledwie dwa lata, mój poprzednik oddalił się w nieznaną dal przed końcem roku szkolnego, a ja byłem młody i ambitny. Po uporządkowaniu zaszłości typu kreda, żarówki i węgiel zaksięgowanych jako środki trwałe i, na żądanie statystyki, policzeniu zbiorów jabłek w przyszkolnym sadzie w rozbiciu na gatunki i sposób wykorzystania, postanowiłem szkołę osadzić historycznie w istniejącym kontekście. W tym celu zwołałem Komitet Rodzicielski.
Historia pierwsza (uwaga, może być nieco ... mało śmieszna jako całość). Zapytałem szanownych rodziców, czy w bliskiej okolicy nie ma jakichś pomniczków z przeszłości, kamieni pamiątkowych itp. Padła odpowiedź: "No tam za polem ...... jest taki pomniczek. Tam, wiedzą panie, jak ruskie przyszły, to tam młodą dziewczynę od tych tam, za drugim jeziorkiem, złapały i zamolestowały. To tam i pomniczek stoi". No nie były to jeszcze czasy na głośne wspominanie o takich tragediach. Co by na to gminny komitet przewodniej siły powiedział...
Historia druga. Szkoła była młoda, a ja ambitny i zamarzył mi się patron dla placówki. Informuję o tym komitet rodzicielski i silnie starszy gość (więc mógł pamiętać, co trzeba) mówi: "A derektorze, a tu, w lecie zwłaszcza, to przed wojną takie małe hitlersyny, znaczy gówniarze takie w sraczkowatych bluzkach przyjeżdzały. To dla nich taka szkoła chyba była. A ona podobnież admirała Canarisa (mówione przez C) była, to i po co zmieniać. A i niech zostanie jak było". Tu opuściłem na chwilę szanowne zgromadzenie, bo nie mogłem pokazać, że łzy mi się z oczu sypią jak grochy. Ze śmiechu oczywiście. A komitet miałem fajny. Pomost nad jeziorem zbudowali i dzieciaki miały WF z pływaniem (już to widzę w dzisiejszych czasach) i rzepak uprawili na gruntach szkolnych (sprzedało się to potem i było trochę kasy dla szkoły). Ech, było i nie wróci...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (98)
poczekalnia

#85587

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzień dobry
W pewien wrześniowy weekend postanowiliśmy ze znajomymi wybrać się żeglarsko na nowy dla nas akwen - jezioro Drawsko. Niestety zarezerwowaliśmy jacht (twister 800n) z Przystani Sportów Wodnych w Czaplinku od pewnego "Janusza".

W skrócie ujmując po przyjeździe na miejsce okazało, się że jacht jest niezgodny z ogłoszeniem (rozbieżność z opisem i niektórymi zdjęciami). Z racji istniejących rozbieżności, przeciętnego stanu jachtu i podejścia wynajmującego postanowiłem stargować cenę (która była niemała, a za jacht w takim stanie/wyposażeniu tragicznie wysoka). Pan się wtedy zapowietrzył, zaczął krzyczeć i stwierdził, że ma mnie gdzieś, jedzie wypłacić 200zł zaliczki, oddaje mi ją i mam spierdzielać. Czyli w piątek późnym popołudniem zostaliśmy bez jachtu. Na szczęście dzięki pomocy napotkanej w marinie Żeglarki (wielkie podziękowania) dostaliśmy namiar na Ośrodek Drawtur skąd skierowano nas do Pana Sławka (Mistral czarter), który to akurat miał jeden wolny jacht. W obu powyższych miejscach zostaliśmy potraktowani bardzo życzliwie i profesjonalnie, mimo późnej już pory – polecam.

Dokładny opis sytuacji (bardzo długi):

WSTĘP (można pominąć)

Dla zobrazowania sytuacji zacznę od tego, że żegluje regularnie po śródlądziu i w miarę możliwości również po morzu. Poza tym jako były harcerz i student zdarzało mi się pływać na jednostkach w naprawdę różnym stanie (albo jak kto woli - stadium rozkładu) - jeżeli byłem tego świadomy i/lub wiązało się, to z niską ceną to byłem wstanie zaakceptować wady i niedociągnięcia – byle było bezpiecznie. Poza tym w pełni rozumiem, że jacht na samym początku lub końcu sezonu może posiadać pewne usterki i nigdy się ich nie czepiałem. Posiadam także swoją w miarę spartańską mini żaglówkę otwartopokładową. Wyjazdy żeglarskie na jachty czarterowe obecnie traktuję więc głównie jako okazję do spotkania ze znajomymi (mieszkam poza moim rodzinnym miastem) - z racji tego jacht wybieram w taki sposób aby był dla mnie jak najbardziej wygodny (głównie chodzi mi o jego "prowadzenie").
Ogłoszenia znalezione w internecie układam w kolejności od najfajniejszego do coraz mniej mi pasujących i następnie dzwonię po kolei, aż uda mi się zarezerwować jacht. Cena ma drugorzędne znaczenie – jestem w stanie zapłacić więcej, za jacht który "podchodzi" mi wyposażeniem. Znaleziony Twister 800N był praktycznie na szczycie mojej listy głównie ze względu na:
- sam jacht który to wydawał mi się ciekawy
- "krzesełka" dla sternika na rufie
- mocny 8 konny silnik, na pantografie (miałem kiedyś nieprzyjemny incydent związany, z za małym silnikiem dobranym do większego jachtu, więc uważam, że mocy nigdy za mało)

- ogłoszenie "prywatne" – mam negatywne wspomnienia współpracy typowymi firmami czarterowymi i dotychczas odnosiłem wrażenie, że jachty z dużych firm są bardziej wyeksploatowane. Dlatego z reguły brałem jachty od osób "prywatnych" i zawsze byłem mega zadowolony.
- rozkład wnętrza

OPIS WŁAŚCIWY:

Rozmowa telefoniczna z właścicielem przebiegała wzorowo – za wrześniowy weekend (pt-nd) chciał 600zł. Wpłaciłem 200zł zaliczki. Okazało się, że z naszej winy w piątek możemy odebrać jacht dopiero ok 17-18. Na miejscu przywitał mnie sympatyczny Pan z "dużego BMW". Jednak w trakcie pokazywania mi jachtu (zanim jeszcze zacząłem kręcić nosem) zaczął opowiadać:
-jak to mu się nie opłaca wynajmować tego jachtu (posiadał jeszcze restaurację, z której miał lepsze zyski)
- ile to zapłacił tapicerowi za wymianę wykładziny
- jacy to czasem nieporadni żeglarze się zdarzają. Że gdy pływał to on NIGDY nie zadzwonił do właściciela jachtu, tylko wszystkie napotkane usterki rozwiązywał samemu.
Ogólnie wszystko w podobnym tonie - włączył mu się taki "Janusz".

Spokojnie słuchałem Pana i rejestrowałem rozbieżności i ogólnie średni stan jachtu (np. odklejająca się podsufitka, pokrowiec na grot po przejściach i pokryty drapiącym włóknem szklanym, jakieś luźne wyłączniki, latający kran, pojedyncze niedziałające lampki, bałagan w bakiście – zawilgocone liny itp.). Zostałem poinformowany, że miecz się zacina, ale skrzynia mieczowa ma odkręconą górną deskę i wystarczy szarpać we wskazanym miejscu – owa deska była całkiem luźna i przy lekkim trąceniu spadła na podłogę (dla nie wtajemniczonych skrzynia mieczowa robi jednocześnie za stolik w centralnej części jachtu i po jej "otworzeniu" widać w środku chlupiącą wodę). Informacja o rozdarciu grota, które "nie przeszkadza" i "nie pójdzie dalej" rzucona mimochodem. Oczywiście chciałem je zobaczyć - okazało się, że to rozdarcie blisko rogu topowego (ok 30-40 cm od góry) w poziomie na całej długości od liku przedniego, do tylnego. Rozumiem, że uszkodzenie mogło powstać niedawno, ale podejście faceta w przekazywaniu tej informacji zwaliło mnie z nóg. No i mógł tymczasowo załatać to chociaż np. taśmą do klejenia żagli.

Po zwróceniu uwagi, że silnik na jachcie ma 4 konie, a w ogłoszeniu był 8 konny, praktycznie wyśmiał mnie twierdząc, że to niemożliwe, gdyż nigdy takowego nie posiadał. Miał wcześniej 6 konnego, ale niedawno mu się zepsuł i musiał założyć ten obecny. Gdy pokazałem mu, że w ogłoszeniu jak byk napisane: "silnik Mercury 8KM" zaczął się ze mnie trochę wyśmiewać, że na uj mi tak duży silnik, i ten co jest spokojnie daję radę. Wytłumaczyłem, mu że miałem kiedyś problem z za małym silnikiem, oraz że skoro w ogłoszeniu było 8KM to własnie takiego silnika mam prawo oczekiwać na jachcie, gdyż właśnie między innymi z tego powodu wybrałem jego droższą od pozostałych ofertę. Gdy zapytałem się, czemu na rufie nie ma krzesełek dla sternika widocznych na zdjęciach w ogłoszeniu zrobił zdziwioną minę. Po pokazaniu zdjęcia z jego ogłoszenia stwierdził krótko, że to przecież oczywiste iż nie jest zdjęcie jego jachtu (dla mnie nie było - szczególnie, że większość pozostałych zdjęć przedstawiała wnętrze jachtu – najprawdopodobniej sprzed kilku lat). Do tego różnił się trochę rozkład osprzętu w kokpicie - np. na prawej burcie nie było żadnej knagi, więc szot foka trzeba byłoby trzymać cały czas w ręce.

No i mistrzostwo w postaci środków ratunkowych - wymiętolone kamizelki mające najlepsze lata za sobą i to w dodatku w ilości sztuk 7:
- kamizelki ratunkowe (z kołnierzami itp.) szt. 3
- kamizelki asekuracyjne "kajakowe" szt. 2
- kamizelki asekuracyjne "kajakowe" w rozmiarach bardzo dziecięcych szt. 2

Oczywiście żadnego koła ratunkowego itp. Jacht opisany jako "bardzo wygodny, dla 6 do max 8 osób". Po zwróceniu uwagi na brak środków ratunkowych (mieliśmy pływać w 6 osób, wiec ktoś zostałby bez kamizelki), oraz ich niską jakość Pan zdziwiony zapytał czy zamierzam w tym pływać (sic?!). Cierpliwie mu wytłumaczyłem, że w razie złych warunków pogodowych jak najbardziej oraz, że po prostu są one wymagane jako minimum bezpieczeństwa. Facet stwierdził, że w weekend będzie ładna pogoda i będą mi one niepotrzebne. Aby mnie przekonać pokazywał mi nawet prognozę na telefonie i nie mógł zrozumieć dlaczego upieram się, aby załatwił chociaż jedną dodatkową kamizelkę w normalnym rozmiarze. Przypominam, że akcja dzieję się na j. Drawsku gdzie naprawdę może się rozwiać, a fala spokojnie może dojść do 50-70cm. W końcu pożyczył od bosmana przystani kamizelkę ratunkową, która była w lepszym stanie, niż te jachtowe. Przy okazji wywiązała się między nimi kłótnia – chyba, o to, że kiedyś już pożyczał, a nie oddał.

Gdy otrzymałem kamizelkę przechodzimy do rozliczenia. I tutaj spokojnie otwieram negocjacje, mówiąc że ze względu na rozbieżności i stan jachtu nie zamierzam płacić pełnej kwoty. Facet najpierw tłumaczył, ze przecież zdjęcia ze środka się zgadzają i wynajął tapicera, który to położył nową wykładzinę. Gdy mimo to dalej oczekiwałem na jego propozycję, stwierdził że nie zejdzie nawet złotówki i następnie zaczął na mnie krzyczeć, że on ma dość, że on to pier...ol, że jedzie po chajs, żę oddaje mi zaliczkę i ma mnie gdzieś. Na moją uwagę, że chyba jest niepoważny, iż chce mnie zostawić w piątek o godzinie prawie 19 bez jachtu wsiada w auto i odjeżdża mieląc żwir kołami. Po chwili rzeczywiście wraca, wciska mi 200zł i następuje między nami "wymiana poglądów", którą pozwolę sobie pominąć.

Już nawet pomijając stan jachtu, gdybym wiedział, że ma on takie wyposażenie, to wziąłbym inny z takim samym, ale jednocześnie w niższej cenie, lub innymi zaletami. No i po prostu nie lubię być robionym w ch..a więc oprócz pieniędzy, chodziło mi również o "sam fakt".

Na szczęści mimo pewnej dozy stresu i perspektywy nocowania w samochodach sprawa ma swój szczęśliwy finał. Gdyż jeszcze tego samego dnia udało się nam wsiąść na innego Twistera 800. Mimo iż, właściciel przepraszał iż jacht jest nieprzygotowany (rzeczywiście wkładał przy nas akumulator) i nieposprzątany, to jego stan ogólny i czystość była znacznie lepsza niż tego poprzedniego – a cena de facto niższa.

Chciałbym jednocześnie bardzo podziękować Żeglarce z czarterowanego Gandalfa oraz Panom z Drawtura, oraz Misatrala za uratowanie naszego wyjazdu. Dodatkowo obydwaj Panowie nie próbowali w żaden sposób wykorzystać faktu, że jestem przyparty do muru - wręcz zastosowali względem mnie rabaty.

P.S. Przygodę tą wrzuciłem jako przestrogę na pewną faccebookową grupę żeglarską. W komentarzach odezwało się kilka osób które także miały nieprzyjemne sytuacje z owym Panem i jego jachtem - jednak z obawy o trudność zdobycia zastępczego jachtu i w efekcie popsucie wyjazdu przystawali bez większego marudzenia na zaproponowane warunki. Odezwał się też jakiś Pan, który stwierdził, że żadne ze zdjęć w ogłoszeniu nie przedstawia oferowanego w czarter jachtu.

jezioro

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (69)
poczekalnia

#85584

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejny dziwny przepis szkolny, a raczej jego brak, który zatruwa życie zapewne niejednemu uczniowi i nauczycielowi.

Wypuszczanie dziecka do toalety.

Ok… Niby wszystko w porządku, prawda? Nauczyciel zawsze pozwalał wyjść, tyle że kiedyś były inne czasy. Obecnie nieco bardziej strach wypuścić takiego ucznia. Mimo wszystko robi się to. O co chodzi? Otóż nie ma teoretycznie przepisu, który zabraniałby wypuszczenia dziecka do toalety. Mówię tu nawet o młodzieży. Jest jednak inny przepis, który trochę tę kwestię blokuje – Art. 6 Karty nauczyciela.

„Art. 6.Nauczyciel obowiązany jest:
1) rzetelnie realizować zadania związane powierzonym mu stanowiskiem oraz podstawowymi funkcjami szkoły: dydaktyczną, wychowawczą i opiekuńczą, w tym zadania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa uczniom w czasie zajęć organizowanych przez szkołę”.

Co więcej, art. 160 Kodeksu Karnego:
„§1. Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§2.Jeżeli na sprawcy ciąży obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§3.Jeżeli sprawca czynu określonego w §1 lub 2 działa nieumyślnie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”.

Oraz art. 120
„§1. Kto wbrew obowiązkowi troszczenia się o małoletniego poniżej lat 15 albo o osobę nieporadną ze względu na jej stan psychiczny lub fizyczny osobę tę porzuca, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§2.Jeżeli następstwem czynu jest śmierć osoby określonej w §1, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12”.

Sporo tego, jak na zwykłe wyjście do toalety. Jednak my mamy obowiązek dzieckiem się zająć, jeśli pozwolimy mu wyjść samemu, to nie sprawujemy nad nim opieki, którą sprawować powinniśmy, a dzieciaki są różne. Jeden pójdzie grzecznie do WC i wróci, a drugi wpadnie na pomysł pójścia sobie po bułkę do piekarni obok. Teraz wyobraźmy sobie, że śpieszy się, żeby nikt się nie zorientował, że nie poszedł do toalety, tylko gdzie indziej i, nieostrożnie przechodząc przez jezdnię, wpada pod samochód? Kto prawdopodobnie traci pracę, tuła się po sądach i może nawet idzie do więzienia? Nauczyciel. I co z tego, że w statucie jest zapis, że za ucznia samodzielnie opuszczającego teren szkoły nie odpowiada szkoła, skoro on był na lekcji, ma obecność, a nauczyciel pozwolił mu wyjść? Tłumacz się teraz.

Dzieci mniej na takie pomysły wpadają, nastolatkom ponoć się zdarza nawet iść wtedy na fajkę za szkołę. Przyłapie go policja/straż miejska i kto ma większe kłopoty? Tak, nauczyciel… Przecież obecność w dzienniku ma, to co tam robił? Jak tak sobie rozmawialiśmy o tym z innymi nauczycielami, doszliśmy do wniosku, że w sumie musielibyśmy brać ze sobą podczas lekcji całą klasę, żeby iść z jednym do WC. Co do przerw, to już jest inna sprawa.

Nasza szkoła była zamykana na czas trwania lekcji, co wcale nie znaczy, że jak się kogoś wypuściło na lekcji do toalety, to biegnąc po schodach, nie mógł złamać sobie nogi (nie mówiąc już o wypadku śmiertelnym, wszystko zależy od tego, jak spadnie, czy nie uderzy głową np. o schody itp., a dzieciaki biegają jak szalone). Na przerwach są dyżury i jest tam nauczyciel dyżurujący, który sprawuje opiekę i udzieli pierwszej pomocy, nawet jeśli dojdzie do wypadku (bo może do niego dojść, nie oszukujmy się, upilnowanie ponad 100 dzieci - powiedzmy, że tyle akurat jest na korytarzu, na boisku latem to mieliśmy grubo ponad 300 na 2 nauczycieli - jest zwyczajnie niemożliwe, ale ważne, że ktoś tam jest i być może zapobiegnie wypadkowi, tu upomni „nie biegaj!”, tu bójkę rozdzieli, ale co najważniejsze, jeśli coś już się stanie, to zareaguje i udzieli tej pierwszej pomocy, dodatkowo przy wypadkach sporządza się odpowiedni protokół, są procedury, wyjaśnianie itd. w zależności od zdarzenia). I niby moglibyśmy nie ryzykować, powiedzieć „była przerwa, trzeba było iść”…

Teraz wyobraźcie sobie, jak ogromny byłby hałas, gdybym nie wypuścił takiego dziecka do toalety i np. posiusiałoby się w majtki? Jego rodzice by mnie chyba… no. Wiadomo. Poza tym wstyd dla takiego dziecka i zapewne trauma.

Dodatkowo w moich szkołach (integracyjna i specjalna) było zwykle po 2 nauczycieli, to jeden z dzieckiem szedł. A w takich zwykłych? Nie wyobrażam sobie tego. Zdarzyło mi się też być samemu z dziećmi, bo jedna z pań np. była chora albo akurat odprowadziła inne dziecko do pedagoga. No i cóż mogę powiedzieć… Przyznam, pozwalałem wychodzić, toaleta była niedaleko, na tym samym piętrze, więc kazałem zostawić drzwi otwarte i zaglądałem, czy tam wszedł. Gorzej jak było dziecko, które trzeba było odprowadzić lub mu pomóc w toalecie, klasy nie zostawisz, wtedy zwykle kogoś prosiłem, zazwyczaj pedagoga. Jak pedagoga nie było, to miałem problem, bo nie mam prawa zostawić nawet na 5 minut dzieci pod opieką np. pani sprzątaczki. Za moich czasów, kiedy chodziłem do podstawówki, nie było to problemem. Przepisy się widocznie pozmieniały, bo jeśli pani sprzątaczka nie ma wykształcenia pedagogicznego, nie ma prawa przypilnować dzieci, nawet przez chwilę.

Gorzej, jak zapomniałem materiałów na lekcję z pokoju nauczycielskiego… I jak tu teraz po nie wrócić, jak dzieci są w klasie? Tyle że to już jest mój problem, a wyjście dziecka do toalety to trochę co innego…

Osobiście uważam, że przepisy powinny to w jakimś stopniu regulować, żeby potem nie dochodziło do sytuacji, w których się nauczyciel zastanawia, czy pozwolić uczniowi (nawet nastoletniemu) wyjść za potrzebą, czy nie, a z doświadczenia wiem, że dzieci, zajęte zabawą z rówieśnikami, zwyczajnie zapominają się załatwić i przypomina im się, jak wejdą do klasy.

EDIT: Historia nie ma na celu powiedzenia "co by było, gdyby". Autentycznie zdarzają się sytuacje, w których nauczyciel ponosi konsekwencje w wyniku wypuszczenia dziecka do toalety. Nie słyszałem jednak osobiście o wypadku śmiertelnym.

Szkoły

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (66)