Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Od pewnego czasu - a dokładniej od czasu, kiedy ustaliłam datę swojego ślubu, który odbędzie się za kilka miesięcy - zaczęłam lekko przedłużać swoje naturalne włosy.

Od niedawna chodzę do pewnego salonu, "X", bo efekt był ok i przede wszystkim nie wyglądał sztucznie, a doczepiane włosy ładnie stapiały się z moim naturalnym kolorem.
Wszystko było pięknie i ładnie, aż do mojej ostatniej wizyty...

Na wstępie wspomnę, że włosy robiła mi zawsze jedna i ta sama fryzjerka, z którą całkiem się polubiłam i nie było nigdy z nią żadnych spin, dogadywałyśmy się dobrze. Problemem okazała się być jednak piekielna właścicielka salonu.

Ale od początku. Zwykle zapisuję się na wizytę przez mobilną aplikację. Pech chciał, że w pośpiechu źle spojrzałam na datę i zapisałam się nie na ten dzień, co trzeba - co zaraz zostało skorygowane, bo jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do salonu, przepraszając za problem i umawiając się na następny dzień - musiałam zadzwonić, gdyż przez aplikację zmiana terminu, nie wiedzieć czemu, nie była możliwa. Co ważne, zdarzyło mi się to pierwszy raz, odkąd jestem klientką salonu, nigdy też się nie spóźniałam.

I wszystko pięknie, ładnie, przychodzę na wizytę spóźniona zaledwie dwie minuty, za co na wstępie przepraszam. Za ladą siedzi zdenerwowana właścicielka, mówiąc, że do mnie dzwoniła kilka razy - jak się później okazało, dzwoniła 5 razy w ciągu tych 2 minut.

Ja przepraszam, po czym ona zaczyna kolejne wyrzuty, że nie mogę sobie tak przekładać wizyt (co zdarzyło mi się jeden raz), bo do nich klienci biją się o wolne terminy - z tego, co zauważyłam, wolnych terminów było sporo, a czasem kalendarz świecił pustkami. Ale ok, przemilczałam swoje przemyślenia na ten temat, przeprosiłam i usiadłam na fotel.

Zajęła się mną ta sama dziewczyna, co zwykle, z którą z jej inicjatywy przeszłyśmy na "ty", ale przy właścicielce nagle zaczęła mówić per pani - jesteśmy w podobnym wieku.

Ale ok, nic nie mówię. Stanęła nade mną właścicielka i mówi „przykro mi, niestety zabiegu wykonać nie możemy”, na co ja „dlaczego, jak to?”. Na co ona, że niestety musimy zdjąć wszystko i zrobić od nowa, bo tak należy robić co pewien czas. Ja w lekkiej konsternacji odpowiadam, że owszem, miesiąc temu były ściągane - zresztą w tym, a nie innym salonie - i robione od nowa.

Na co ona zaczęła litanię, że to tak trzeba i tyle i pewnie w międzyczasie uzupełniałam te włosy w innym salonie - co nie było prawdą. Po czym zasugerowała złośliwym tonem pójście do innego salonu.

Pewnie myślała, że w związku z uroczystością rodzinną, którą mam w niedzielę, będę ją prosić, żeby jednak zabieg wykonała, ale zacisnęłam zęby i spokojnie odpowiedziałam, że chyba ma rację i faktycznie pójdę do innego salonu. Na to pani zrobiła zdębiałą minę, proponując ściągnięcie mi tego, co same zrobiły i zostawienie mnie tak i podcięcie naturalnych włosów na boba - nigdy nie miałam tego typu fryzury - na co się nie zgodziłam, bo czułam przez skórę, że z czystej złośliwości wykona to w ten sposób, że będę wyglądać nie lepiej, a gorzej. Co ważne, kiedy niedawno ściągałam doczepiane włosy, żeby założyć nowe, moje naturalne były (podobno) w całkiem niezłym stanie.

Oczywiście pani właścicielka nie mogła tego tak zostawić i ostatnie słowo musiało należeć do niej, więc zaczęła mnie jeszcze ochrzaniać, że podobno ostatnio odkręciłam im zawór w łazience - nie wiem, po co - i cała była zalana. A skąd wie, że to ja? Bo wie, bo to na pewno ja ostatnia wychodziłam, to nic, że mógł to zrobić ktokolwiek inny. Nie chciało mi się tracić nerwów na kłótnie z nią, więc machnęłam na to ręką i wyszłam.

Po godzinie jednak wysłałam sms-a o treści "zapomniałam dodać, że w związku z umówieniem się przeze mnie na wizytę do innego salonu, jestem zmuszona prosić o wykreślenie mnie z terminu XXX, pozdrawiam Olga Iksińska", bo zapisałam się na kolejną wizytę z wyprzedzeniem.

Oczywiście pani właścicielka nie odpisała mi już nic, chyba sama już zdążyła się zorientować, że straciła klientkę przez swoje podejście.

Cała sytuacja nie byłaby może tak piekielna, gdyby nie fakt, że straciłam niepotrzebnie czas i pieniądze - jechałam specjalnie godzinę drogi z innego miasta do tego salonu.

Do złośliwych osób nie należę, dlatego opinii im nie wystawiłam, ale więcej się tam z pewnością nie pojawię.

salon fryzjerski

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 20 (72)