Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#74497

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w UK w hotelowej restauracji/barze.
Zrobiłam swoje pierwsze w życiu, piękne, cudowne trzywarstwowe latte, miałam niby przeszkolenie baristyczne, ale to była jakaś błazenada. Co nie zmienia faktu, byłam z siebie bardzo dumna, bo po wielu próbach się udało i?

I przyszedł kierownik z inną współpracownicą, że nie mogę robić takiego latte. Ja oczy jak 5 złotych, zapytałam dlaczego nie mogę? Boooo.....????? Oni takiego robić nie potrafią, wiec ja też nie mogę, bo klienci będą się skarżyć, że raz dostają ładne, a raz byle jakie, więc też mam robić byle jakie. Pie.... leniwy naród.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 258 (318)

#62954

(PW) ·
| Do ulubionych
Od 7 lat prowadzę bloga z opowiadaniem. Odkryłam, że jedna z czytelniczek, która poprosiła mnie, bym oddała jej swój adres, gdy skończę pisać, skopiowała moją pracę – szablon i rozdziały. Onet skasował całą jej stronę, ale zanim to nastąpiło, w najnowszym wpisie pojawiła się informacja, że "autorka" bloga wydaje powieść. Oczywiście podała tytuł, więc po jego "zgooglowaniu" miałam namiary na plagiatorkę.

Kupiłam egzemplarz tej powiastki. Okazało się, że jest to mój blog, streszczony, poprzerabiany i zredagowany, aby opisane sytuacje pasowały do rzeczywistości wykreowanej przez czytelniczkę.

Skontaktowałam się z firmą, która wydała książkę. Byli zszokowani - przepraszali i korzyli się, tłumacząc się przy tym ufnością i chęcią zrobienia frajdy młodej dziewczynie. Zapytani, jakim cudem nie przeskanowali chociaż kilku stron, by sprawdzić je pod względem oryginalności, stwierdzili, że są ogromną firmą i wydają rocznie około trzystu pozycji i nie mają na to czasu.

Redaktor Naczelny obiecał zatrzymać wysyłkę z magazynu wszystkich z jeszcze niesprzedanych kopii książki. Stwierdził mimochodem, że powieść sprzedaje się bardzo kiepsko i już przynosi im straty, więc teoretycznie nie mam o co walczyć z nimi w sądzie (akurat). Pokazali mi umowę, pod którą zarówno nieletnia jak i jej ojciec się podpisali, mimo że jeden z jej pierwszych punktów podkreślał, że niemal przysięgają, że każde cholerne słowo w książce jest jej i że w razie jakichkolwiek roszczeń osób trzecich (czyt. moich) poniosą wszelkie konsekwencje, w tym te finansowe.

Patrząc na umowę, coś mi zaczęło świtać. Odkryłam, że gdy czytelniczka podpisywała umowę i zobaczyła, że podpisuje się pod nieprawdą, a w Internecie są niezbite dowody na to, że mnie okradła, jakaś nieznana mi osoba akurat wtedy wysłała do mnie maila podszywając się pod Onet i próbując wyłudzić ode mnie hasło do konta (by skasować mi bloga). Oczywiście nie nabrałam się na ten idiotyzm, odpisałam sarkastyczny komentarz i wysłałam do Onetu wiadomość z nagłówkiem wiadomości, a oni „wystosowali stosowne kroki”.

Zupełnie zapomniałam o tej sytuacji i dopiero widząc, co i kiedy nieletnia podpisała, skojarzyłam to z tą próbą wyłudzenia. Próbowała mnie oszukać i podstępem skasować mojego bloga, a gdy nie wyszło - chciała wyłudzić ode mnie adres „po dobroci” i usunąć go, zanim książka zyska popularność.

Tydzień po spotkaniu z wydawnictwem stawiłam się ponownie w redakcji na spotkanie z czytelniczką i jej rodzicami. Ogólnie to słyszałam po raz kolejny te same śpiewki, że dziewczyna jest młoda, a „pisząc książkę” była chora i wydanie jej to było jej marzenie. Szybko jednak nastawienie rodzinki się zmieniło - zaczęli mieć do mnie pretensje, że czegokolwiek od nich chcę, rzucać się, że im grożę i ją obrażam. Nie poczuwali się do jakiejkolwiek odpowiedzialności, nie przeprosili. Dziewczyna za to oskarżyła o plagiat mnie (piszę fanfiction).

Od firmy zażądałam oficjalnych przeprosin, a od rodziny wpłacenia zysków z książki na Fundusz Promocji Twórczości. Stanowczo mi odmówiono. Jedyne, co wywalczyłam, to przeprosiny od firmy na ich stronie internetowej.

Nieusatysfakcjonowana brakiem kary dla małej złodziejki, zgłosiłam tę sprawę do ścigania z oskarżenia publicznego, o czym poinformowałam redakcję. Policjanci bardzo nie chcieli przyjąć zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa, mówili, że „powinnam swoje wiersze lepiej zabezpieczać”. Uparłam się i wkrótce złożyłam zeznania i dowody, a pismo trafiło gdzie trzeba.

Wszczęto postępowanie, a po kilku miesiącach dostałam list z postanowieniem. Sąd Rejonowy ustalił, że nieletnia istotnie dopuściła się obu czynów karalnych (skopiowania na bloga i plagiatu celem osiągnięcia korzyści majątkowych). Postanowienie dotyczyło jednak umorzenia sprawy oraz odstąpienia od obciążenia rodziców małej jakimikolwiek kosztami postępowania. Podobno na podstawie art. 21 §2 Ustawy z dnia 26 października 1982 r.:

„§ 2. Sędzia rodzinny nie wszczyna postępowania, a wszczęte umarza, jeżeli okoliczności sprawy nie dają podstawy do jego wszczęcia lub prowadzenia albo gdy orzeczenie środków wychowawczych lub poprawczych jest niecelowe, w szczególności ze względu na orzeczone już środki w innej sprawie.”

Złożyłam odwołanie od tej decyzji do Sądu Okręgowego. Po ponad trzech miesiącach dostałam pismo, w którym adwokat małej kpi z moich żądań i argumentów oraz informuje, że nikt jej nigdy nie ukarze, bo jest dobrą dziewczynką z dobrymi ocenami w szkole i super kontaktami z rodzicami (którym nie powiedziała, że jej książka jest plagiatem). Że okradła mnie nieświadomie, nie wiedząc, jakie będą konsekwencje (dlatego chciała zatrzeć ślady?) i że wykorzystanie mojej pracy do wydania książki to był jej sposób na walkę z chorobą, bo poczuła się super-kochana i popularna (gratuluję). No i oczywiście że mocno przeżyła całe zdarzenie i to jest wystarczająca kara, bo przecież od początku się przyznawała do winy i mnie wylewnie przeprosiła w obecności redakcji (eee nie). Zauważyła też, że wg prawa polskiego w sprawach nieletnich należy się kierować przede wszystkim ich dobrem (nie pokrzywdzonych) i rozważyć, czy jest sens ich karać. I jej nie ma sensu karać – bo jest tak idealna, że praktycznie to nie ona to zrobiła, bo to niemożliwe. A na pewno nie zrobi tego po raz kolejny.

Jeśli kiedykolwiek chciałabym wydać swoją zredagowaną 7-letnią pracę – nie mogę, ktoś już to zrobił. Książka nadal jest na półkach i w księgarni internetowej wydawnictwa. W Internecie pełno niepochlebnych recenzji, niektóre chwalą moje pomysły i dialogi (dziękuję). Laska nie została ukarana, wszyscy rozkładają ręce, a mnie – 22-letniej studentki Politechniki Warszawskiej – nie stać na zabawę w opłacanie prawnika.

Skomentuj (113) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1336 (1480)

#68655

(PW) ·
| Do ulubionych
Od roku wynajmujemy dom, mieszkaliśmy do tej pory w 3 osoby - ja, mąż i szwagier. Szwagier jest w moim wieku, trochę ciężko było się dogadać co do sprzątania, bo "dziewczyna i koledzy nie będą czekać", ale w końcu ustaliliśmy kto i kiedy co robi.

2 tygodnie temu wprowadziła się do nas dziewczyna szwagra, oczywiście zaraz po fakcie omówiliśmy z nią wszelkie zasady panujące u nas w domu, również te dotyczące sprzątania. Jednym zdaniem mówiąc: to co macie u siebie w pokoju nas nie obchodzi, w części wspólnej ma być czysto, co tydzień zmiana w sprzątaniu.

Zaznaczę, że mając na myśli "sprzątanie" nie chodzi nam o zmywanie po kimś naczyń, a umycie kabiny prysznicowej (mamy bardzo twardą wodę), toalety, przetarcie półek w łazience, zlewu w kuchni, blatów, pozamiatanie i umycie podłóg, w sumie to jakieś 20 minut wspólnej "pracy". Powierzchnia na, której "odbywa się całe zamieszanie" ma maksymalnie 14m2. Staramy się zachowywać porządek, aby na własne życzenie nie przedłużać sobie weekendowego sprzątania.

Przyszedł weekend, idziemy do pokoju "młodych", przypominamy o sprzątaniu i wybywamy do znajomych.

Wracamy popołudniu. Podłoga brudna, zlew brudny, w sumie to nic nie ruszone. Zwracamy uwagę po raz pierwszy. Doczekaliśmy się umycia kabiny płynem do naczyń, po zwróceniu uwagi, że woda jest twarda i trzeba popsikać odkamieniaczem - "moja mama tak robi i jest dobrze". Zrobiliśmy sobie nadzieję, że skoro już zaczęli coś robić to może będą kontynuować. Nie stało się tak. Zwracamy uwagę po raz drugi. Słychać, że coś dzieje się w kuchni, oho, blaty czyste. Została jeszcze łazienka, podłogi i zlew w kuchni. Czekamy do wieczora. Czekamy całą niedzielę aż "coś się ruszy". Zwracamy uwagę i słyszymy, że już jest posprzątane i jakimś cudem tego nie widzimy, i mamy się od nich odpimpkować.

Jakimś cudem nie było posprzątane.
Jakimś cudem od wczorajszego wieczora nie mają dostępu do internetu.
Jakimś cudem my mamy.

Warszawa

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 475 (557)

#27108

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia użytkowniczki Agaaga przypomniała mi bardzo podobną sytuację która miała miejsce ok. 1,5 roku temu. Tym razem ja odpowiedziałem piekielnością na piekielność.

Mój synek miał gorączkę, więc pojechaliśmy do pediatry. Budynek lekarza jest na lekkim odludziu, daleko do przystanku, niewygodne połączenia autobusowe, itp.
Swoje załatwiliśmy, pani doktor przepisała jakieś tabletki i syrop, już idziemy do auta i tak 2m przed autem zatrzymuje mnie z pozoru miła starsza pani. Tłumaczy, że daleko na przystanek, że autobusy źle jeżdżą i czy nie mógłbym jej podwieźć trochę w stronę miasta. No cóż, jechałem i tak w stronę miasta, to kazałem pani wsiadać, po drodze tłumaczyła, że tylko do miasta, bo tam już ma autobus. Wjeżdżamy już praktycznie do miasta, pytam na którym przestanku wysadzić i wywiązał się taki oto dialog.

[J] - Ja
[P] - Pani Piekielna

[J] - Jesteśmy prawie na miejscu, gdzie panią wysadzić?
[P] - Oj wiesz bo ty masz w tym aucie tak wygodnie i ciepło, a autobusy to dużo ludzi, wieje, jeszcze się choroby nabawię...
[J] - Słucham? Co pani przez to rozumie?
[P] - No wiesz, bo ja tu w zasadzie niedaleko mieszkam, mógłbyś mnie podrzucić, taki człowiek jak ty pewnie sobie może pozwolić [...] o tu tu zaraz zakręt będzie do wsi Iksińskiej.
[J] - Moment, moment, rozumiem 5 minut drogi ale do wsi Iksińskiej jest dobra godzina drogi stąd. Koło pani siedzi chore dziecko, które muszę zawieść do domu, a nie urządzać mu przejażdżki, ja za niedługo do pracy muszę iść, a benzyny też mi nikt za darmo nie daje.

Pani zamilkła, ja zjechałem na wysepkę przystanku, proszę panią żeby wysiadła, bo stąd bez problemu dojedzie do domu. Jednak z tyłu cisza. Pani udaje, że nie słyszy. Pierwsza, druga, trzecia próba słowna - nic. Po czwartej odpowiedź:

[P] - Jak się powiedziało, że się zawiezie to się zawiezie. Ja się nigdzie nie wybieram. Ja stąd nigdzie nie wychodzę.

No nic. Nie powiem zagotowało się trochę we mnie, jeszcze z trzy razy poprosiłem o opuszczenie auta, ale nic, zero reakcji. No to sprzęgło, bieg, gaz i jedziemy. Bynajmniej nie do wsi Iksińskiej. Udałem się po prostu w kierunku swojego domu. Pani chyba cieszyła się, z tego, że jedziemy, licząc na to, że rzeczywiście na głupiego trafiła. W pewnym momencie włączyła mi się piekielna strona mózgu. Przyłożyłem telefon do ucha i udając, że dzwonię, powiedziałem coś w ten deseń:

[J do telefonu] - Cześć Bartek, słuchaj twój ojciec ma jeszcze tą firmę pogrzebową ?
[J do telefonu] - To dobrze, słuchaj zróbcie mi tam miejsce w kostnicy bo mam w aucie zwł... to znaczy jeszcze nie zwłoki, ale w każdym razie przygotuj miejsce.

Reakcja Pani z tyłu była dokładnie taka na jaką liczyłem, zaczęła szarpać klamkę (klamki z tyłu mam zablokowane przed otwarciem od wewnątrz ze względu, że dziecko na tyle jeździ :)), wielki lament, że morderca, że księdzu powie, że otwórz te drzwi, itp.

[P] - Morderco! Otwórz te drzwi! Boże! Ja chcę stąd wyjść!
[J] - Teraz to już za późno, już miejsce przygotowane.

Pani z tyłu coś tam jeszcze krzyczała, ja zatrzymałem auto i kazałem jej wysiadać. Tak szybkiej wysiadki i prędkości odejścia od auta ok 60-letniej kobiety, to jeszcze nie widziałem. Chociaż o tyle miły byłem, że wysadziłem przy przystanku.

Dopiero potem mnie naszły myśli, że przesadziłem, itp. Jednak no cóż, odpłacone pięknym za nadobne. :)

służba_zdrowia auto

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1372 (1412)

#72684

(PW) ·
| Do ulubionych
Stereotypy wiecznie żywe, czyli każdy facet to świnia i pijak. I złodziej! Bo każdy pijak... wiadomo.

Znalazłem w skrzynce awizo, patrzę, przekaz pocztowy do odebrania. Adresowany na mnie i żonę, więc pewnie to zwrot podatku. OK, na razie fajnie.

Jadę, wchodzę, stoję, podchodzę, kładę awizo, wyciągam dowód i czekam. Pani po drugiej stronie grzebie w koszyczku, też coś wyciąga i patrzy na mnie spode łba. Ja też patrzę. Zwrotu sporo, bo 2500 za dwójkę dzieci. Zazdrości, czy co?

- Z żoną przyjdzie! - słyszę.
- Aaaaa czemu z żoną, sam nie mogę?
- Albo sama żona! Bo ja nie wiem, czy ona się zgadza, żeby odebrał pieniądze. Bo potem pretensję mają, że wydałam, a ten przechlał!

O, kochana, tak to nie będzie. Ale pohamowałem emocje, które już mi wypełzały na twarz i zacząłem z powagą, a nawet lekkim smutkiem:

- Przykro mi, szanowna pani, ale żona nie może zobaczyć tych pieniędzy. Jest nałogową hazardzistką i gdy tylko dostanie do ręki taką kwotę to przepuści. I dzieci będą głodne.

Pocztowa panienka zaliczyła opad szczęki. Najwyraźniej nie mieściło jej się to w światopoglądzie. No bo jak to. Ale reset zwojów podziałał, powolutku wyłożyła pieniądze. Przeliczyłem, schowałem do portfela i na odchodne ze specjalnie wrednym uśmieszkiem rzuciłem:
- Hehe, żartowałem z tym hazardem. Ale MI hajs się przyda!

I uciekłem z poczty opowiedzieć małżonce, jak to psułem jej opinię. Wredny ja.

poczta

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 576 (592)

#73655

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Nie wczytywałem się dotychczas w Piekielnych na tyle, by wychwycić podobną story, która zapewne się przewinęła przez te przezacne łamy, toteż proszę o wybaczenie ewentualnej powtórki z tematu...

Byczyłem się cały dzień na ogrodzie. Słoneczko, mrożona kawa, morda wraz z resztą organizmu się opalała, dobra książka w dłoni. Brakowało tylko chóru hożych Hawajskich dziewoi i cygar zwijanych na śniadych udach. Słowem - dolce vita dla ubogich.

Nagle słyszę dźwięk, ni to kosiarki, ni to młynka do kawy z predomu, łypię, a na wysokości kilku metrów, zawieszony bez mała nad moją głową, tkwi sobie dron, bezczelnie inwigilując ile mi jeszcze kawy w kubku zostało.

Jako że onegdaj, gdy noga na studiach się pośliznęła, odsłużyłem dwa lata w jednostce obrony przeciwlotniczej, toteż zakorzeniony instynkt "wroga zestrzelić", wziął górę i pierwszym co wpadło w łapę, czyli termosem z lodem, we wraży aerostat ciepnąłem.

Ku wielkiemu zdziwieniu trafiłem, machina piekielna w starciu z dobrym, metalowym termosem "Made in DDR" szans nie miała i rymnęła pod nogi zwycięskiego artylerzysty p-lot w rezerwie.

Szok, radość i niedowierzanie bez mała, bo w życiu nie postawił bym na siebie orzechów, o dolarach nie wspominając.

Kilka minut później.

Do furtki dobija się jakiś typ. "Aha" - zaświtało w głowie - "Znalazł się pilot".

I dawaj... Czegóż to ja się nie nasłuchałem. A że własność prywatna, a że jakim prawem, a że tysiące grube rozbite, a jak tak można, a zaraz na Policję.

Cóż... "A tak w pędzel by chciał?" Bierz mnie waść tą nieudolną atrapę messerschmitta i poszedł w podskokach.

Posłuchał, ja posłuchałem, że wróci z mundurowymi, prokuratorem, kolegami i cholera wie kim jeszcze. Znaczy co - grilla mam dla nich szykować, że tak się nawymieniał?

I teraz kilka myśli głębokich.

Po pierwsze - ciekawe, jaka perwersja skłoniła kierowcę bombowca do obserwowania czterdziesto paro letniego faceta w kąpielówkach?

Po drugie - jakim trzeba być wieprzem szczeciniastym, lub bardziej elegancko, po włosku "porca miseria", by się z kamerą wpieprzać komuś do ogrodu?

Po trzecie - czy faktycznie policyjna lub inna prokuratorska dłoń, może opaść na me ramię w karzącym geście, zmierzającym do wymierzenia pozornej z mego punktu widzenia sprawiedliwości?

A jaki z tego wniosek - obowiązkowa służba wojskowa to jest to.

ogród

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 651 (703)

#19255

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Jakiś rok temu poznałam chłopaka. Fajnie się gadało, wymieniliśmy się numerami i wszystko kwitnie. Kilka dni później dzwoni do mnie i zaprasza mnie do kina. Miło. Mówi, że przyjedzie po mnie o tej i o tej godzinie tu i tu. I wtedy wywiązał się ciekawy dialog:
(J)a
(O)n

(O) Ale wiesz... Bo ja mam Tico.
(J) Ok.
(O) Ale ja mam Tico! Samochód taki. Tico. Samochód. Jeżdżę nim.
(J) No dobrze. Fajnie. Ale o co chodzi?
(O) Słyszysz mnie? Tico mam!
(J) No słyszę. Tico tak. Wiem co to za samochód.
(O) Nie przeszkadza ci to?
(J) Aleee dlaczego ma mi przeszkadzać?
(O) Fajnie. Dobrze, to do zobaczenia. Pa.
Godzinę przed spotkaniem dostaję od niego smsa:
′Wiesz... Bo ja nie mam tico. Kłamałem. Mam Renault. Chciałem zobaczyć jak zareagujesz. I to wszystko nie ma sensu. Nie spotykajmy się. Chcę mieć dziewczynę, która doceni mój samochód, a nie zadowoli się byle czym...′

Powiedzieć, że mnie zatkało, to za mało...

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1473 (1531)

#74103

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwa szejki!

Dzisiaj będzie o tym, jak brzydkie są relacje międzyludzkie.
Niby pierdoła, a praca przez to bardziej gorzka i smutna. Czasem wręcz nieprzyjemna.

Wyobraźcie sobie, że chcecie coś kupić. O, lody na przykład ;) Podchodzicie do budki i zamawiacie: "Dzień dobry! Poproszę dwa lody włoskie".
Miło, krótko, precyzyjnie. Normalne zdanie, prawda? No... nie.

Niestety, taki scenariusz spotyka mnie na tyle rzadko, że, uwaga, daję za to rabaty/bonusy i firma jeszcze nie poszła z torbami. Średnio? Dwa - trzy razy dziennie.

Są ludzie, których jeszcze zrozumiem, taka moda dziś nastała, że to nie ten, co właśnie przyszedł mówi pierwszy "dzień dobry" (choć tego wymaga etykieta), a pierwszy wita się sprzedawca. Ok, miło ze strony ludzi, jeśli odpowiadają.

Ale krew się we mnie gotuję, uśmiech momentalnie znika z twarzy, kiedy na moje grzeczne i wesołe "dzień dobry", słyszę odpowiedź:
- Dwa szejki.

Czasem wróci mi wiara w człowieka, jeśli osoba była zamyślona, robi takie "łłyyyuu... dzień dobry, dzień dobry, to te dwa szejki bym prosił".

Ale większość tylko stoi i czeka, zadowolona z siebie.

Mamy bardzo bogate menu. Każdy deser ma swoją nazwę. Nie będę pisała o ludziach, którzy tych dwu/trzy sylabowych nazw nie potrafią przeczytać - chociaż to też klasyczny przykład niechcemisizmu - ale skupmy się na jednym temacie.

Szczyt grzeczności i komunikacji osiągnął facet, lat około 60. Podszedł do okienka, rzucił we mnie dychą i mówi:
- Dwa!
?!? Gusz mnie wziął, włączyła mi się pani z dziekanatu. Tym samym tonem, bez "dzień dobry", bez uśmiechu, bez emocji.
- Co "dwa"?
- Małe.
- Jakie?
- Zwykłe.
- Sześć.
- Co "sześć"?
- Złotych, proszę pana.

Jako, że nie dowiedziałam się, co chciał, skasowałam za dwa amerykany i wydałam śmietankowe. Test na wróżkę chyba zdany śpiewająco, bo po prostu poszedł.

Tak, zgadza się, to są pierdoły. Nie, jeszcze nikt od tego nie umarł, choć może się zdarzyć, bo jak ludzie się będą tak komunikować z dyspozytorem na pogotowiu, to marny ich los.

Ja po prostu drastycznie odczułam tę przepaść, gdzie jeszcze pięć lat temu pracowałam w wiejskim sklepie i tam się nie zdarzało, by ktoś się nie przywitał! Teraz widać w ludziach to spłycenie, ten minimalizm. Ten wstrętny niechcemisizm.

I takie pytanie mi chodzi po głowie...
Jak daleko to się posunie?

komunikacja_międzyludzka

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 299 (339)

#75397

(PW) ·
| Do ulubionych
Pobiegłam dziś bladym świtem (tj. ok 9:00) do pobliskiego dyskontu po świeże pieczywo na śniadanie.

Przede mną w kolejce młody tata z synkiem w wieku ok. 3-4 lat. Uznałam, że to tak fajnie, że dał zonie pospać, a sam z młodym po bułeczki(bo to mieli w koszyku) na niedzielny poranny posiłek.
Pan przez cały czas rozmawiał ze swoim synkiem i poświęcał mu dużo uwagi. Pomyślałam: "więcej takich ojców!", ale po dokładniejszym przysłuchaniu się rozmowie zwątpiłam. Dlaczego? Oceńcie sami. A oto zasłyszana rozmowa:

Synek (s): Kiedy pójdziemy do domku?
Ojciec (o): Musimy najpierw zapłacić za bułeczki i pączki. Położymy je na taśmie, a pani kasjerka skasuje zakupy na tej czarnej kasie. Lubisz robić zakupy z tatusiem?
(s) Lubię!
(o) A masz pieniążki, żeby zapłacić?
(s) Nie.
(o) A kto ma pieniążki?
(s) Tatuś!
(o) Bo kto zarabia pieniążki ?
(s) Tatuś!
(o) A kto tylko siedzi w domu i nie zarabia pieniążków?
(s) Mamusia.
(o) To kto jest ważniejszy: tatuś czy mamusia?
(s) Tatuś!

tato z synkiem na zakupach/"partnerski" podział ról

Skomentuj (76) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 386 (436)

#74532

(PW) ·
| Do ulubionych
Albo świat totalnie zwariował, albo ja (chociaż do tego już mi niewiele brakuje).

Pożyczyłem koleżance (aktualnie już byłej) namiot na dwa festiwale, bo potrzebowała. Spoko - ktoś potrzebuje, pożyczę jak nie korzystam, no problemo. Wszystko było ładnie pięknie, dopóki nie przyszedł czas upomnienia się o rzeczowy namiot do zwrotu.

Ona nie może, bo jedzie na OFFa (a oboje mieszkamy w Katowicach), mogę sobie go odebrać z jakiegoś sklepu na PKP, bo ona nie ma czasu, ewentualnie mogę wziąć taksówkę i go odebrać... Potem usłyszałem, że jestem niezrównoważony i powinienem spier...
A to dopiero początek.

Na wyjazd oczywiście mojej rzeczy nie odzyskałem, jakimś cudem udało mi się przetrwać bez namiotu.
Kolejna część batalii - zmiana taktyki. Nagle mam się kontaktować z jej współlokatorką (której nota bene kompletnie nie znam), bo ona mi tego namiotu nie odda i koniec.

Nie potrafię pojąć, jak ludzie mogą być takimi niewdzięcznymi szujami - nie dość, że z czystej chęci pomocy człowiek pożycza rzeczy (a namiot swoje kosztował), a w podzięce spotyka się z czymś takim...
Mam już nauczkę - już nigdy nikomu niczego nie pożyczę.

pseudoznajomi

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 320 (334)