Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#75626

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Niektóre klientki wyżej srają niż dupę mają.

Oto przykład sprzed godziny. Sprzątałam ślady armagedonu na dziale z napojami, bo jakiś inteligentny inaczej osobnik rozbił kilka butelek z sokiem pomidorowym. Miałam stamtąd doskonały widok na kasy, w razie gdyby trzeba było rzucić wiadro i mopa na wypadek powstania większej kolejki.

Zrobiła się za duża kolejka - odstawiłam sprzęt w bezpieczny kącik i poprosiłam klientów do swojej kasy.

Co usłyszałam od nobliwej pani odzianej w futro?

- JA SOBIE NIE ŻYCZĘ, ŻEBY OBSŁUGIWAŁA MNIE JAKAŚ POMYWACZKA! TO NIEDOPUSZCZALNE!

Nie dam sobie wleźć na głowę, obrażać się i porównywać do pomywaczek, więc nabrałam powietrza w płuca i hardym tonem odpowiedziałam paniusi, że tu nie ma sprzątaczek i lokajów, a rozbity towar się sam nie posprząta. Poza tym miałam założone rękawiczki, więc żadne brudy nie przeniosą się z moich rąk na jej drogocenne zakupy.

Pani stęknęła, sarknęła i poszła do koleżanki obok. No cóż, jej wola - jak kogoś razi to, że kasjer nie tylko skanuje towar, może niech robi zakupy w internecie..

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 323 (373)

#75381

(PW) ·
| Do ulubionych
W głowie mi się nie mieści współczesne podejście do dzieci.

Matka, babcia i chłopiec, lat 2,5 może. Babcia trzyma chłopca na rękach.

Matka chce dziecku kupić lody mini. Chłopiec mówi, że nie chce. Chce inne. Kolorowe. Matka argumentuje, że jest za zimno i nie może tych, co chce, bo są za duże. Młody pyskuje, że tamtych nie chce. Wierzga się, kopie babcię. Babcia się nie broni, nie zwraca mu uwagi. Matka mówi, że w takim razie idziemy do domu (chowa portfel i się zbiera). Moim zdaniem, super, tłumaczenie + asertywność na maxa, brawo!

Wtedy młody wydaje z siebie taki pisk, że myślałam, że ogłuchnę.

Na takie dictum, matka wraca, wyjmuje portfel i rzecze: "no dobra". Szczęka mi opada, ale się nie wtrącam.

Młody wybrał lody z posypką m&m's. Robię. Podaję. Młody wrzeszczy. Nie chce ode mnie, chce od mamy. Podaję mamie, mama jemu. Młody wrzeszczy. Nie tak posypane. Mama pyta "to jak ma być?". Młody piszczy "gólyyy!". Matka bierze łyżeczkę i przesuwa wszystkie cukierki na górę lodów.

Dopiero wtedy mały książę decyduje się tknąć deser.

Ja tam nie wiem, ale moja mama się tak ze mną nie cackała. O co tu chodzi? Teraz się dostaje jakieś propsy za chory altruizm i usłużność despotycznym gówniarzom? Czy jest moda na produkowanie terrorystów?

Obserwuję takie zachowania często. Za często...

dzieci

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 347 (377)

#72679

(PW) ·
| Do ulubionych
Oddałem krew honorowo.
Wsiadam do autobusu, jest mi duszno. Czy to przez Miecia żula, który wywołuje paradoks komunikacji (żul jedzie autobusem i autobus jedzie żulem), czy przez grażynki i januszy, dla których pojęcie dezodorantu jest obce -nieważne.

Zakręciło mi się w głowie, na zakręcie ledwo na nogach ustałem.
Postanowiłem poprosić o ustąpienie mi miejsca.
Jedni udawali, że nie słyszą, inni odpowiadali "nie, bo jestem zmęczony", ale hitem była babuszka.
Fuknęła ona na moją grzeczną prośbę "Jeszcze czego!" i dogadywała do pasażerki, która wyraźnie miała ją w... poważaniu, "No udaje gówniarz na pewno! Ja to codziennie jeżdżę na zabiegi i mnie kłują i nic mi nie jest. A to młode, kombinuje jak oszukać starszych, bo teraz pani takie kłamstwo i krętactwo z młodych, ja bym tylko pasem biła".

Babuszkę olałem. Nikt mi nie ustąpił miejsca, zawiesiłem się na słupku i starałem jako tako oddychać.
Zajechaliśmy na pierwszy lepszy przystanek.
Wysiadłem (albo raczej wyczłapałem się) i zwymiotowałem do kosza na przystanku.
Usłyszałem nad sobą "Już nie udawaj, jesteś poza autobusem" i gdy skończyłem zwracać kawę i śniadanie, zobaczyłem oddalającą się babuszkę.

Pomijam fakt, że nikt nie zainteresował się gościem z wyraźnym opatrunkiem na ręce, z reklamówką krwiodawstwa, wymiotującym do śmietnika.
Jakim idiotą trzeba być, by twierdzić, że ktoś specjalnie nakłada sobie opatrunek na rękę i zmusza się do wymiotów na przystanku, by usiąść w autobusie na miejscu babuszek?

Jestem dawcą, bo chcę pomóc. Nie chcę przywilejów, nie muszą mi się kłaniać wszyscy w pas. To był pierwszy raz, kiedy poczułem się źle po oddawaniu krwi. Pierwszy raz, kiedy powołałem się na to, aby po prostu zwyczajnie usiąść, bo było mi słabo.
Wkurza mnie "misięnależyzm", ale naprawdę wyboru większego nie miałem.

komunikacja_miejska

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 356 (416)

#68389

~kupelweiser ·
| Do ulubionych
Jestem z zawodu kierowcą autobusu. Przez kilkanaście lat jeździłem na międzynarodowych liniach. Ale (głównie za namową żony) postanowiłem zmienić miejsce pracy i przeniosłem się do lokalnego przewoźnika. Wożę teraz tych samych niemal ludzi do pracy i z pracy.

Na jednym z 25 przystanków na trasie, wsiadał co drugi, czasem co trzeci dzień, pewien facet w wieku 45-50 lat. Miał to do siebie, że po pierwsze, w ostatniej chwili wyskakiwał przed autobus nie wiadomo skąd, mimo że zawsze przed ruszeniem patrzę w lusterka i rozglądam się na wszystkie możliwe strony, on nagle wyrastał przed maską. Czerpał z tego niewątpliwą satysfakcję, że znowu zmusił mnie do depnięcia na hamulec w ostatniej chwili. Zwróciłem mu kilka razy uwagę, że to nie jest rozsądne i któregoś pięknego dnia po prostu zostanie potrącony. Śmiał się tylko głupkowato. Kiedy inni pasażerowie wsiadali do autobusu, on czaił się za kioskiem z gazetami, a kiedy ruszałem, wypadał. Na moje uwagi odpowiadał - Masz pan oczy to patrz. Albo - Jak potrącisz to bekniesz. To jedna sprawa.
Drugim problemem była nadmierna gadatliwość owego faceta. Uwielbiał nawijać. Pieprzył bez ładu i składu o wszystkim. Polityka, seks, lekarze, prawnicy, pogoda i tym tematom pochodne rozgałęzienia, w dowolnej konfiguracji, bo z tematu na temat przechodził błyskawicznie. W czasie swojego monologu słał obraźliwe komentarze do jadących w autobusie kobiet. Na prośby o zachowanie kultury nie reagował. Siadał zawsze na fotelu za kierowcą. Od początku miałem przerąbane. Jak miejsce było zajęte, to po prostu przeganiał siedzącą tam osobę bez pardonu. Ludzie od lat jeżdżący tą trasą już wiedzieli i przeważnie te dwa fotele za kierowcą były puste. Nikt nie kwapił się do siedzenia obok niego i narażania się na podejmowanie mało kogo interesującej rozmowy. Kto jechał sporadycznie, widząc z kim ma do czynienia, ustępował bo zawsze kilka wolnych miejsc było. Facet siadał i nawijał. Do mnie. Jak nie reagowałem to walił mnie ręką w ramię i to nie lekko. Mówiłem nie raz: Proszę pana, przeszkadza mi pan w pracy. Albo - nie interesuje mnie rozmowa z panem. Skutek był odwrotny. Jego nie można ignorować! Dowiedziałem się, że jestem po prostu chamem bo nie chcę z nim rozmawiać. Gotowało się we mnie. Do czasu.

Któregoś dnia, jechała ze mną koleżanka żony. Usiadła na miejscu za kierowcą. Nie miałem powodu żeby ją przesadzać, bo to miejsce nie było rezerwowane specjalnie dla tego upierdliwego typa. Każdy mógł tu usiąść. Po rutynowym numerze z wsiadaniem, facet zobaczył na "swoim" miejscu kobietę:
- No paniusiu ja tu zawsze siedzę.
Spojrzałem na niego i powiedziałem zachowując resztki opanowania:
- Proszę pana, nie wiem jak jest w innych autobusach, ale w tym nie wykupił pan tego miejsca na wyłączność i może tu usiąść każdy. A tak ogólnie, to zmęczyło mnie już pana towarzystwo za moimi plecami.
Kiedy kończyłem mówić, wiedziałem, że to nie zakończy się pokojowo:
- Coooo!!! - Ryknął na cały autobus.- Pewnie ta szmata dała ci swojej śmierdzącej ci**y że jej tak bronisz!!!
I w tym momencie resztki mojego opanowania zniknęły.

Nie zamykałem automatycznych drzwi w autobusie, więc wstałem z fotela i chwyciłem faceta za ubranie, wyprowadziłem kompletnie zaskoczonego takim obrotem sprawy na zewnątrz, za kiosk. Tam z całej siły dałem mu pięścią w pysk. Kiedy leżał, pojawił się za kioskiem pasażer mojego autobusu:
- Od dawna chciałem to zrobić - powiedział i sprzedał natrętnemu takiego kopa jakiego można tylko na filmach zobaczyć. Wróciliśmy do autobusu. Nikt nie powiedział ani jednego słowa. Ruszyliśmy w drogę.

Parę dni później stał na przystanku. Kiedy zobaczył autobus i mnie za kierownicą, odwrócił się plecami. Nie wsiadł już więcej. Chyba wszyscy odetchnęli z ulgą.

komunikacja_miejska

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 561 (635)

#69953

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Jestem kasjerką w Tesco. Dzisiaj miałam 'przyjemność' uczestniczyć w sytuacji, która niemalże doprowadziła mnie do zawału.

Dzień jak co dzień, siedzę za kasą, obsługuję kolejnych klientów. Nagle pojawia się ONA - babsztyl przypominający herod babę. Rzuca mi produkty na taśmę, patrząc na mnie jak na coś wyjątkowo obrzydliwego. Płaci gotówką, i przy odbiorze reszty zaczyna jazgot, że dawała mi banknot dwustuzłotowy, a ja jej niewłaściwie wydałam resztę i dawaj odprawiać gorzkie żale, że jej ukradłam JEJ CIĘŻKO zarobione pieniądze chowając je pewnie do kieszeni. No chyba nie. Widziałam dobrze, jaki banknot podaje mi Herod Baba. HB pobiegła na skargę do kierowniczki kas, krzycząc po drodze, że za kasą numer 10 siedzi złodziejka. Wyobraźcie sobie co za wstyd przed innymi klientami za taką...

Przychodzi kierowniczka, sprawa zgłoszona do panów z monitoringu, ochrona ma przejrzeć nagranie z kilku ostatnich minut, a kierowniczka przeliczyć całą zawartość kasetki. Na szczęście, przed zaczęciem pracy zrobiłam 'raport czytania z kasy' - kto siedzi w temacie, ten wie o co chodzi. Utarg się zgadza, monitoring też bez zastrzeżeń, więc pytam HB 'Czy usłyszę przepraszam? Zasłużyłam chyba. Jestem bez winy'.

Sprawczyni całego zamieszania nie uznała, że jestem godna przeprosin. Ba, powiedziała nawet, że nie widzi powodu, aby przepraszać plebs siedzący za kasą. Po czym pomaszerowała do wyjścia.

Są ludzie i taborety...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 589 (651)

#77996

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako studentka pracowałam w jednym z większych supermarketów w Polsce, gdzie kupisz wszystko - od mydła po meble ogrodowe. Dziś ten market istnieje pod innym szyldem. Dziś postanowiłam się podzielić z wami moimi piekielnymi klientami.

1. Niedziela - ulubiony dzień na zakupy rodzin z dziećmi. Ogółem głośno, chaos, piski, płacz - wszystko męczy, głowa pęka. I zjawia się Ona - pani lat ok. 50. Kasuję jej produkty, podaję kwotę. Pani jedną ręką wspiera się pod bok, tupie (dosłownie) nogą i pyta:
P: No i?
Takiego pytania jeszcze nie miałam, pozostało mi wydukać jakieś Yyyy?
P: Kto za to teraz zapłaci? He?

Otóż pani rozpętała mi awanturę, że na pewno policzyłam jej za dużo, a ona za taką kwotę zakupów nie zrobiła. I ona nie zapłaci. Na taśmie leżą kosmetyki, po kilkanaście złotych sztuka i mnóstwo innych rzeczy. Mówię jej, że na pewno się nie pomyliłam. Ona żąda, aby pokazać paragon. Nie mogę gdyż paragon drukuje się po zatwierdzeniu płatności. Chce paragon, ale nie zapłaci i tak w kółko. Klienci już zniecierpliwieni, kolejka tworzy się coraz dłuższa. Tłumaczę, że jak zapłaci, wydrukuję jej paragon, a jeżeli się pomyliłam w informacji zwrócą jej pieniądze. Po wielu fochach kolejka rusza dalej, ale Ona nie odchodzi. Bierze paragon, wyciąga okulary i z kwadrans lustruje każdą pozycję, mrużąc oczy i patrząc przy tym na mnie. Zajmuje miejsce klientom, nikt nie może wygodnie spakować swoich zakupów. W końcu odchodzi. Po upływie pół godziny.

2. Matka, ojciec i synek. Ubrani w firmowe ciuchy, wiadomo hajs się w tej famili zgadza. Zakupy typowo do firmy/biura: kilkanaście kaw, śmietanek, cukrów, herbaty, spinacze, papier, segregatory itd. Pan każde kasować wszystko pojedynczo, dla mnie uciążliwe, dłużej to trwa, ale ruch niewielki, klient nasz pan.

Skanuję, a pan zatrzymuje mnie po chwili, do ręki daje piłkę Nike, kasować i lecieć dalej. Za moment to samo - stop, daje do ręki spodenki Adidasa, po kilkunastu produktach koszulkę sportową. Wszystko dla syna. Pan zapłacił, pyta o wystawienie faktury. Mówię, że w informacji. Bierze paragon do ręki, długi jak litania i rechocze pełnym zadowolenia głosem zwracając się do żony:
- Patrz Marycha, jaki paragon, ta ślepa księgowa znów się nie dopatrzy fantów dla młodego.

Syn ubrany na koszt firmy, taaa daaaam!

3. Klient płaci za zakupy 200 zł. Szczerzy się przy tym jakby wygrał na loterii. Pyta:
K: Dużo co?
Ja: No spore zakupy.
K: Pewnie się nie trafiają pani tacy klienci, co płacą tak dużo, no nie? Wypina dumnie przy tym pierś, jakby oczekiwał orderu za wydanie takiej kwoty.
Żal mi było komentować, że co piąta osoba wydaje tu na samą spożywkę około 500 zł...

4. Tatuś z synem na zakupach. Wybrali młodemu zestaw klocków Lego.
Tatuś: To teraz zapłać pani za zakupy.
Mały unosi coś nad głowę i zanim zdążyłam zareagować z impetem na taśmie rozbija świnkę skarbonkę. Syf naokoło, monety wszędzie. Ja przeliczam 200 zł w monetach 5 zł. Ojciec z synem wychodzą szczęśliwi ze sklepu. Ja w szoku sprzątam taśmę i stanowisko pracy, żeby inni się nie pokaleczyli o odłamki skarbonki.

5. Zasada: jeżeli nie robisz zakupów w sklepie należy wyjść przez bramki, którymi się wchodzi do sklepu, koło stanowiska ochrony. Taka zasada. Kasjerzy mają prawo nie przepuścić i żądać wyjścia ze sklepu koło ochrony.

Sobota wieczór, ulubiona pora okolicznej patologii. Tatuaże, brak zębów, palców, brudni. Wchodzą, wychodzą bez zakupów przez moją kasę. Czmychnęli tak szybko, że nie zdążyłam nic powiedzieć. Po kolejnej godzinie to samo. Za trzecim razem wyszli przez inną kasę. Gdzie piekielność? Otóż panowie ściśle obejmowali rękami swoje kurtki u dołu. Pewnie, żeby nie wypadły im towary, które wynosili ze sklepu. Za każdym razem polowali na kasjerkę która jest nowa/młoda/taka która przestraszy się ich wyglądu. Nigdy nie wychodzili przez kasy starych pracowników.

6. Tym razem bardziej smutno i przygnębiająco. Tą klientkę będę mieć w pamięci całe życie. Poranek należał zakupowo do osób starszych. Podchodzi do mnie siwa babinka, płaszcz chyba pamięta jeszcze wojnę, miejscami połatany, ale schludny. Ledwo chodzi, wspiera się na takim chodaku na kółkach z koszykiem. Uśmiechnięta i sympatyczna wykłada swoje zakupy. Sprawiało jej to trudność i trochę to trwało. Był to najtańszy chleb za 1 zł, kawałek chudego twarogu i najtańsze masło jakie można dostać. Wyjmuje pieniądze nie z portfela, czy portmonetki, ale ze zwykłego woreczka foliowego i wysypuje drżącymi rękami, abym mogła je przeliczyć. Pyta czy jej starczy, bo jeśli nie ona wróci po to za kilka dni. Były tam same grosze, gdzieś błysnęło 10 gr, moneta 20 groszowa to był już rarytas. Babinka czeka w napięciu czy wystarczy. W kieszeni znajduje jeszcze kilka groszy. Dokłada. Starczyło.

Kilka dni później sytuacja się powtarza. Ta sama babinka kieruje powolne kroki do mojej kasy. Zakupy te same. Uśmiecha się. Chleb 1 zł, twaróg no name i masło, najmniejsze jakie można dostać. Liczę znów te miedziaki. Tym razem niestety brakuje. Informuję ją o tym, a w jej oczach pojawiają się łzy. Załamanym głosem mówi, że może zrezygnować z czegoś. Mi się serce kroi.

Już mam ściśnięte gardło, szybko rzucam, że jednak się pomyliłam w liczeniu i zrobię to jeszcze raz. Miedź zgarniam do kasy, babinka odchodzi z zakupami. Ja na przerwie dorzucam z własnej kieszeni przemycone 20 groszy... A łez nie potrafiłam opanować jeszcze przez dobrą godzinę. Dla mnie to było nic, dla tej kobiety pewnie jedyny posiłek przez kilka dni.

W jakim miejscu my żyjemy, żeby starsi ludzie, którzy budowali ten kraj nie mieli pieniędzy na chleb??!!!

sklepy

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 359 (395)

#69693

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam długie włosy. I to długie z serii do pośladków, a te z tyłu głowy mają ponad metr długości. Naturalny blond, nigdy nie dotknięte farbą. Żadnej stylizacji na ciepło, zero suszenia. Zadbane, wymuskane. No skarb po prostu.

Dlaczego w ogóle o tym piszę?

Jechałam dzisiaj rano autobusem na uczelnię. Ścisku jakiegoś dużego nie było, zajęłam miejsce siedzące. Słuchałam muzyki, otworzyłam notatki i oglądam sobie całki i takie tam inne. Z racji, że włosy miałam związane w kucyka zarzuciłam je na plecy, coby na notatki nie spadały.

20 minut później opuściłam autobus, doszłam na uczelnię, ściągnęłam płaszcz i chcąc poprawić włosy odkryłam ich brak.

Ktoś w autobusie obciął mi ponad pół metra włosów.

Mam nadzieję, że się do czegoś przydały i że ta mądra osoba odda mi pieniądze, które wydałam na fryzjera, żeby uratować to co mi na głowie zostało. Płakałam na fotelu u fryzjerki. A teraz mogę podziwiać swoje włoski do ramion :)

Och i dziękuję serdecznie wszystkim współpasażerom, że przyglądali się bezczynnie jak ktoś obcina mi włosy.

I powinnam poprawić "miałam długie włosy"...

komunikacja_miejska

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 824 (984)

#72577

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem złodziejką kotów. Poważnie.
Spłonę w piekle.

Mam sąsiadów. Patologicznych. W skrócie: całe mnóstwo dzieciów (większość z FAS), codzienne dawanie w palnik, wrzaski, brud, smród, gnój... fuj. Mają dom 1,5 m od granicy z nami, okna "jaskółki" skierowane na nasze podwórko. Od czasu do czasu podpite gówniarze wrzeszczą w naszą stronę wyzwiska przez te okna właśnie. Kilka razy zdarzyło im się powypisywać nieładne i niezbyt poprawne ortograficznie sentencje na naszych meblach ogrodowych. Folklor.

Mają zwierzęta. Pieski (nie)małe dwa. Oba na 1,5 m łańcuchach. Całe zasrane życie. Dobre serca ludziska mają, to przygarnęli, a co.

Dwa lata temu mieli kocura. Co to była za bida. Śmierdzące, sierść posklejana, oczy zaropiałe. No i był zdechł sobie po roku, niech mu myszy tańczą w raju.

Sprawili sobie zatem nowego. I tu zaczyna się historia właściwa.

Jakoś w grudniu przypałętał się do nas mały kotek. Mój Chłopak woził na podwórzu drewno, a ta mala ciamajda, nazwijmy go Mruczek, nie odstępował Go na krok.

Mały, śmierdzący, gruby, sierść posklejana jakimiś smarkami, można się było domyślić czyja to zguba. Przymilny łobuziak niesamowicie. Przychodził do nas "pomiziać się" codziennie. Nie odstępował na krok. To jeden z takich kociaków, które sygnalizują chęć miziania, poprzez przyciąganie łapkami ludzkiej ręki. Taki sprytny.

Zasiedział się u nas. Bardzo go polubiliśmy. Po dwóch tygodniach stwierdziliśmy, że można by mu kopsnąć jakieś żarełko.

Kryste Panie, jak on się na to rzucił.

Od tego czasu dostaje regularnie jedzonko, codziennie, z rana. U nas.

Schudł. Wyszło na to, że brzuszek miał spuchnięty z głodu.

No i jest nasz. Oczywiście spodziewam się pretensji, że ukradłam, porwałam, uprowadziłam... Na swoje usprawiedliwienie powiem Wam tak: gdyby Mruczek dostał choć odrobinę miłości/jedzonka od swoich właścicieli, to przebywałby połowę czasu u nich, połowę u nas. Ba, kto wie, czy w ogóle by do nas przyszedł. Ale on tam nie wraca. Wcale już. A ja go nie wyrzucę.

Piszę o tym teraz, bo wczoraj (ale się szybko zorientowali) z "jaskółki" spłynęły na mnie obelgi pijanego Czarusia (akurat wieszałam pranie, Mruczek mi się miział o nogi):
- Oddawaj mojego kota, j*bana dzi*ko! Idiotko pie*dolona!
Cóż, odkrzyknęłam:
- Ależ proszę go sobie wziąć, na sznurku nie trzymam.
- Zamknij ryj suko! Złodziejka! Zaraz tam przyjdę i ci przy*ebię ku*wo!

Cóż, uszy mi trochę zwiędły, zrobiłam, co miałam do zrobienia i uciekłam do domu. Z własnego podwórka.

A kotek? Kotek jest lśniący, najedzony, odrobaczony. Regularnie głaskany. Jakby szczęśliwy.

Ale macie prawo w tej historii ocenić mnie, jak chcecie. Krystaliczna nie jestem, wiem o tym.

Ale chyba było warto.

Kotek

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 399 (429)

#72787

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio na każdym kroku możemy natknąć się na promowanie lekcji wf, zachęcanie do ćwiczenia i tym podobne. Na wf ćwiczyłam zawsze i lekcja ta niejednokrotnie robiła mi krzywdę. Niestety wychowanie fizyczne w wielu polskich szkołach to nie radosne gry czy rozwijanie pasji uczniów.

1) Bieganie.
Nieważne, czy jest 10 stopni, czy 35 i żar leje się z nieba. Wychodzicie na boisko i biegacie. Jest ci słabo w trzydziestostopniowym upale i pełnym słońcu (lekcja o godzinie 11:40)? To dlatego, że nie masz kondycji i lepiej biegaj, bo zaraz całej grupie wyzerujemy stoper i wszystko od nowa!

2) Higiena.
W gimnazjum żadnych pryszniców. W szkole średniej prysznice tylko dla chłopców. To chyba logiczne, że nikt nie ma ochoty chodzić spocony jak zwierzę mieszkające w chlewiku cały dzień, więc gdy zapowiada się cięższy wf, sypią się zwolnienia.

3) Monotonia.
Całe gimnazjum graliśmy w siatkówkę albo biegaliśmy. Tylko tyle. Sporadycznie zdarzały się inne gry. Możesz być mistrzem w jakimkolwiek innym sporcie, nikt tego nie doceni.

4) Zmęczenie.
Wuefiści bez wyobraźni potrafili doprowadzić nas do stanu, w którym osoby ze słabszą kondycją ledwie stały na nogach. To przecież bardzo przemyślane postępowanie, szczególnie rano, kiedy to uczeń ma przed sobą lekcje do 15 i kilka ważnych rzeczy do napisania i zaliczenia.

5) Poniżanie.
Wspominałam, że w gimnazjum w kółko siatkówka i bieganie? Jeśli byłeś w tym kiepski, to spadał na ciebie ciężar niemalże internetowego "hejtu". Wuefiści byli złośliwi, zgryźliwi, żartobliwi, a człowiekowi robiło się po prostu przykro, kiedy po raz kolejny słyszał złośliwość na temat swojej beznadziejności i nienadawania się do niczego. Rówieśnicy nie byli lepsi. Ogólnoklasowe kpiny, do których przyłączali się również pedagodzy sprawiły, iż na sam dźwięk słów "pogramy w siatkówkę" mam ochotę uciekać.

6) Ocenianie.
Na początku gimnazjum starałam się wykonywać wszystkie ćwiczenia, mimo iż kosztowało mnie to ogrom wysiłku i nerwów. W gimnazjum jednak zawsze kończyłam z trójką na koniec roku. Szybko doszłam do wniosku, że nie ma się po co starać, bo i tak będzie trzy. I nie byłam jedyną osobą, która wyrobiła sobie w tym czasie taką opinię.

7) Problemy natury kobiecej.
Znowu moje kochane gimnazjum. Bóle menstruacyjne? Nie ma czegoś takiego jak bóle menstruacyjne. Skoro już nie ćwiczysz na basenie, to robisz przysiady cały czas, kiedy twoje koleżanki pływają. Jesteś na lekach przeciwbólowych, jest ci słabo i masz wrażenie, że coś cię zaraz rozerwie? złota rada: bieganie pomoże.

Może najpierw pora zmienić realia panujące w szkołach,a później siać radosną propagandę przeciwko "lenistwu uczniów".

szkoła wf

Skomentuj (100) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 307 (417)

#75112

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak być złodziejem w biały dzień.

Dostałem garaż w spadku. Nieotwierany od roku.
Po otwarciu zaśniedziałej kłódki przywitały mnie pajęczyny, ściana narzędzi i kabel wystający ze ściany, który był tam nieużywany od czasów zbudowania bloku.

Po jakimś tygodniu od przyjęcia spadku przyszło pismo od zarządu, który wykupił budynek, że muszę zapłacić.
Za prąd od garażu. Prąd "magicznie" używany od grudnia 2015, kiedy to według prawa garaż zaczął być "niczyj" by suma sumarum stać się "mój".
Kolega prawnik, więc zdjęcia porobiłem, pismo że niemożliwe by był używany prąd z nieotwartego garażu, gdzie kabel ze ściany sromotnie zwisa od 1975- wysłałem.
No zaakceptowali.

Ale wysłali następne pismo.
Że mam zapłacić za ogrzewanie od metra GARAŻU. Tak, garażu.
Odpisałem załączając zdjęcia, że nie mam grzejnika jak każdy standardowy garaż i komórka w ich bloku.
Stwierdzili że ok..., ale w takim razie mam dorzucić się do części wspólnej. I zapłacić za ogrzewanie, skoro mam garaż w bloku, bo w takim razie na pewno korzystam z klatki schodowej.
Oni mają plany budynku, widzą co gdzie jest, a czego nie ma. Widzą, że garaż nie ma nijak połączenia z klatką schodową i piwnicą.
I ja mam po raz kolejny IM UDOWODNIĆ, że nie wjeżdżam do garażu przez klatkę schodową i część wspólną.

Gdyby nie fakt, że robi mi te wszystkie pisma ziomek za czteropak, płaciłbym nie 20 złotych, a 20 stówek.
Dodając kasę za znaczki, koperty, druki, pisma jednej i drugiej strony, wywaliłem około 200 stówy na bezsens pisania i rozwijanie nałogu alkoholowego mojego prawnika.

Dokąd tak będzie? Aż się Januszom w garniturkach znudzi?

spadek

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 348 (402)