Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#22585

(PW) ·
| Do ulubionych
Wezwano pogotowie do jednej ze szkół. Pojechaliśmy, szkoła zamknięta na karty elektroniczne (czy jak to się nazywa, za moich czasów takich cudów nie było). Wpuścił nas pan woźny i zaprowadził do dyrektorki. Na miejscu rozglądamy się za poszkodowanym - nie ma. Za to pani dyrektor wita nas słowami:

- Witam w naszej wspaniałej szkole! Mam nadzieje, że panowie nie pomyślą o nas źle! Ta szkoła to spełnienie marzeń każdego ucznia, mamy bardzo wysokie osiągnięcia sportowe i literackie! A nawet wpadło nam kilka wartościowych nagród za konkursy matematyczne!

I tak gadka przez kilka minut. Czułem się jak na promocji lub reklamie danej szkoły.

- Cieszymy się z waszego powodzenia, aczkolwiek wezwano nas tu do rannego ucznia. Może mogłaby nam pani go wskazać? Bo osiągnięcia waszej szkoły, mimo, że imponujące, nie są obiektem naszego zainteresowania. Jak pani widzi obaj szkołę już skończyliśmy.

Lekko obruszona wezwała nauczyciela wf-u. Mijają kolejne minuty zanim pan się pojawił... Odprowadziła nas do drzwi i rzucając do pracownika: "wiesz co mówić!", trzasnęła drzwiami po naszym wyjściu. Po drodze (szkoła miała niekończący się korytarz!) pan opowiadał nam o uczniu:

- Potknął się. Chyba ma złamaną rękę. Na wf-ie się potknął. W nogę kazałem im grać, a to taka sierota... Znaczy, chyba nadepnął na piłkę i złamał nogę.
- To nogę czy rękę? W zgłoszeniu mieliśmy tylko krwawienie silne, skąd krwawi? I skąd złamania?
- To znaczy... Nie wiedzieliśmy, że jest złamana ręka jak dzwoniliśmy. I to krwawi ta ręka...
- To złamanie otwarte?
- No nie wygląda ciekawie. Chyba kość piszczelowa wystaje.
- Piszczelowa? Więc to jednak noga? Nie ręka?
- Tak, tak. Noga... O piłkę się potknął!
- Jakieś jeszcze obrażenia?
- Tak... Chyba ma limo i wybitego zęba... I jakieś siniaki na twarzy, poobijany jest, trochę zadrapań...
- Panie to brzmi jakby wpadł pod traktor, a nie nadepnął na piłkę!

Wf-ista więcej się nie odezwał, przyspieszył kroku. W końcu dotarliśmy do potrzebującego i nas zamurowało. Chłopak chudziutki, lekko zgarbiony, wyglądał jakby go ze trzech gdzieś w rogu dopadło. I to konkretnie. Faktycznie, noga była złamana (chociaż wcale żadna kość nie wystawała), nos złamany, limo jak kareta, twarz we krwi, na rękach i tułowiu mnóstwo otarć i obić. Co prawda w pracy nie takie rzeczy widywaliśmy, ale po to robiliśmy wcześniejszy wywiad, żeby wiedzieć czego się spodziewać. Idąc w kierunku chłopaka rzuciłem:

- No to nie wygląda z całą pewnością na potknięcie!

Na to dziewczyna, która siedziała z tym chłopcem odezwała się:

-Jakie potknięcie! Z III C go pobili! ZNOWU!

Wf-ista doskoczył do dziewczyny, złapał ją pod rękę i krzyknął:

- Jakie pobili! Potknął się! Widziałem! W piłkę grali!
- Jaką piłkę!? Przecież Jacek nawet nie potrafi piłki kopnąć!
- W piłkę grali! Ja tu jestem nauczycielem! Wiem w co grali! Wiem co się dzieje u mnie na lekcjach! Wyjdź, bo panowie muszą mieć miejsce!

Dla nas to, że ktoś go pobił było bardziej niż oczywiste. Potknięcie się o piłkę nie powoduje takich obrażeń w żaden sposób. Chłopak był trochę przytłumiony, kolega przez radio wezwał policję, na co dyrektorka dostała prawie wścieklizny. Poprosiliśmy też o niezwłoczny kontakt z rodzicami dziecka, bo okazało się, że przed nami nikt na to nie wpadł (chłopak niepełnoletni).
Przytargaliśmy nosze i ładujemy chłopaka. Dyrektorka podleciała:

- Dlaczego go zabieracie!? Nic mu nie jest!
- Proszę pani, chłopak jest porządnie obity, ma złamaną nogę i nos, kilka krwiaków, podejrzewamy też uraz głowy (objawy otępienia, ból głowy i wymioty). Chłopak nie jest w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania, a pani mówi, że nic mu nie jest!?
- No dajcie spokój, to licealista! Myśli tylko o tym jak uniknąć lekcji!
- Tak, on przynajmniej w ogóle myśli...

Załadowaliśmy go do karetki żeby zabrać od tych idiotów. Policja akurat podjechała, nakreśliliśmy zdarzenie, pokazaliśmy chłopaka, pojechaliśmy.

Wyobrażam sobie jak długo chłopak musiał być maltretowany przez starszych kolegów, a dyrekcja wszystko ukrywała pod przykrywką szkoły idealnej... Coś strasznego, tak bardzo zaniedbać swoich uczniów żeby sławić swoją szkołę jako najlepszą. Niektóre jego obrażenia były stare, miał też kilka blizn. Swoją drogą jak to się stało, że jego rodzice nie zwrócili uwagi na to jak wygląda ich syn?

A wiecie co mnie najbardziej śmieszy? Nad drzwiami szkoły jest wielki plakat akcji "stop przemocy!"...

Pogotowie

Skomentuj (159) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 4415 (4497)

#75478

~Nerka76 ·
| Do ulubionych
Historia na fali ostatnich wydarzeń politycznych związanych z projektem zaostrzenia ustawy aborcyjnej. Od razu piszę, że nie będzie o samej aborcji, a o fali hipokryzji, która się ostatnio wylała.


Mało co mnie tak wkurzało, jak fala argumentów odnośnie upośledzonych dzieci, dodatkowo okraszonych zdjęciami słodkich dzieciorków ze skośnymi oczkami. Pomyślałby ktoś, że w Polsce istnieje cała chmara osób, które troszczą się o los ludzi niepełnosprawnych intelektualnie i fizycznie. A g... prawda.

Mój brat ma zespół Downa. Życie z taką osobą jest bardzo ciężkie i ani rząd, ani zapewne zdecydowana większość ludzi ostatnio deklarujących troskę o życie ludzi z tym schorzeniem niespecjalnie pomaga. Zacznijmy od tego, że częstokroć człowiek z Downem wymaga opieki 24/7. Owszem, zdarzają się osoby dość samodzielne. Mój brat do takich nie należy. Co więc można zrobić, gdy ma się wątpliwe szczęście mieć takie dziecko w rodzinie?

- jeśli masz szczęście, rodzinę stać, aby jedna osoba rzuciła pracę i opiekowała się takim dzieckiem 24/7, ewentualnie zatrudnić opiekunkę (spore koszta) lub wykupić miejsce w odpowiednim ośrodku (jeszcze większe koszta)
- jeśli masz pecha i zarabiasz tyle, co większość Polaków (tj. mało), możesz również również rzucić pracę. Wtedy dostaniesz od wyjątkowo troszczącego się o dzieciątka z Downem państwa jakieś 1700 zł, za które musisz utrzymać siebie i dziecko wymagające zazwyczaj ciągłej rehabilitacji
- nie miej złudzeń, że dostaniesz refundację na wszystkie towarzyszące zespołowi Downa schorzenia. Ani że nie będziesz czekać na rehabilitację dziecka mniej niż kilka lat
- szkoły specjalne i tzw. szkoły życia są albo prywatne, albo mają zbyt mało (kiepsko opłacanego) personelu, który po prostu nie da rady zająć się wszystkimi wychowankami.

Nie bez powodu też na tych wszystkich szerowanych uroczych zdjęciach z dziećmi z Downem są... no, dzieci. Tylko że dziecko z Downem stanie się (jeśli będzie miało szczęście) nastolatkiem w Downem. Dochodzą nowe problemy zdrowotne - im człowiek starszy, tym większe. Chłopcom budzi się popęd, zdarza się im być agresywnymi, masturbować się publicznie, czasem napastować koleżanki ze szkoły lub kobiety z własnej rodziny (!). Szkoła wtedy rozkłada ręce, państwo rozkłada ręce, bo dobrych wychowawców albo nie ma, bo uciekli do sektora prywatnego, albo mają dwudziestkę takich na głowie jednocześnie. Młode dziewczyny z zespołem Downa mogą - jeśli są płodne - zachodzić w ciążę, zazwyczaj bardzo młodo, albo z kolegą ze szkoły, albo z facetem, który wykorzystał ich upośledzenie. I zamiast jednego upośledzonego dziecka nagle masz na głowie dwa.

Żaden rząd do tej pory nie wykazał specjalnego zainteresowania tym, co z takimi ludźmi robić. Bo to nie są potencjalni wyborcy, spora część jest ubezwłasnowolniona, zdecydowana większość nigdy nie będzie produktywnymi obywatelami.

Dlatego wyjątkowo wkurzają mnie obłudne przejawy "troski" osób, których najwyraźniej kompletnie nie obchodzi, co się stanie z ludźmi z Downem, gdy już się urodzą. Bo dopóki siedzą matce w macicy, to łatwo wrzeszczeć, bo wtedy nie trzeba dzieciakowi niczego, prócz dalszego siedzenia w macicy, dopiero gdy wyjdzie i okazuje się, że trzeba lat ciągłej opieki, leków, operacji, rehabilitacji, specjalnego wychowania... to nagle nikt nie wrzeszczy, że trzeba takiej osobie zapewnić życie na poziomie.

Skomentuj (87) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 592 (666)

#75565

~anteka ·
| Do ulubionych
Moja siostra została wczoraj wezwana do przedszkola, gdzie chodzi jej córka na pilną rozmowę.
Co się okazało?
Jej córa wdała się w "dyskusję" z katechetką i przez to ją znieważyła. Zapytacie czym? Może chamską odzywką albo przekleństwem? Nie, moi Państwo.

Młoda zaprzeczyła, że Bóg żyje nad chmurkami, jak to stwierdziła katechetka, i powiedziała, że to niemożliwe, bo nad nimi (chmurkami) jest kosmos, gdzie nie ma nic innego oprócz planet i gwiazd. Nie dawała się przekonać o tym, że Boga się nie widzi, bo zaraz odparła, że by umarł, bo w kosmosie nie ma tlenu.

Chyba siostra będzie musiała ograniczyć młodej kanały typu Planete, czy NGC, które lecą u nich non-stop, bo to, że młoda ma wiedzę i ją pokazuje, uwłacza innym.

przedszkole dziecko szczerość

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 432 (514)

#73509

(PW) ·
| Do ulubionych
Jedna z pracujących ze mną dziewczyn, powiedzmy Anka, pół roku temu urodziła dziecko i obecnie jest na urlopie macierzyńskim. W piątek wpadła na chwilę do biura. Przyszła razem z dzieckiem, więc ona i maluch zostali zasypani komplementami. Jedna z koleżanek stwierdziła:

- Ty chyba w ogóle nie przytyłaś. Masz tak samo świetną figurę, jak przed ciążą.
- Nie przesadzaj. Przytyłam i to sporo, ale już większość zrzuciłam. Ćwiczę codziennie, kiedy mały zaśnie, a dwa razy w tygodniu zostawiam go z mężem i idę na fitness.
Chwilę jeszcze pogadałyśmy i Anka poszła. Wtedy się zaczęło:

- No wiecie co? Jak można takie małe dziecko zostawiać SAMO?
- Pewnie wcale nie karmi piersią!
- Taki maluch potrzebuje matki na okrągło. Ja przez pierwszy rok w ogóle nie wychodziłam z domu. Tyle co z córką do lekarza!
- Ja to wcale nie myślałam o sobie i swoim wyglądzie. Dziecko było najważniejsze!
- No widzisz. A dla niektórych figura jest ważniejsza niż dziecko!

Kiedy stwierdziłam, że przecież dziecku z ojcem krzywda się nie dzieje, usłyszałam, że ojciec to nie to samo i dziecko może mieć traumę do końca życia.
Skoro tak, to muszę moje dziecko jak najszybciej zapisać do psychologa. Może jeszcze nie jest za późno.

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 478 (486)

#75413

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Jestem kontrolerem biletów.

Podczas kontroli często zdarzają się sytuacje gdy wszyscy dookoła są przeciwko tobie, i żaden podręcznikowy sposób postępowania z tzw "trudnym pasażerem" nie działa, bo jak ktoś nie chce dostać kary, będzie robił wszystko aby jej nie otrzymać.

Razem z kolegą rozjechaliśmy się. Musiałem wysiąść z pasażerem, a kolega pojechał 3 przystanki dalej. Wsiadłem do następnego autobusu i usiadłem na końcu czekając aż wsiądzie mój kompan by razem rozpocząć kontrolę. W ten sposób miałem trochę czasu, by zaobserwować "incognito" kto ewentualnie może nie mieć biletu.

2 siedzenia dalej siedziała typowa blondwłosa "Karyna". Wiek ok 25 lat. Grała chyba w jakąś grę na swoim smartfonie.
Nie brałem jej początkowo pod uwagę jako potencjalnego gapowicza. Bo zaraz obok niej siedziało dwóch "sebków"
Gdy wsiadł mój kolega, od razu podszedłem sprawdzić bilety Sebkom. Ku mojemu zaskoczeniu obaj bilety posiadali.
Poprosiłem o bilet Karynę.
-Bo ja właśnie wbiegłam i nie zdążyłam skasować!
-Miała pani dużo czasu by go skasować. Poproszę dokument.
-Nie dam dokumentu! Ja chcę skasować bilet! Ja wbiegłam! Chciałam skasować! Zawsze kasuję! Ma prawo skasować bilet!
Jadę do chorego dziecka do szpitala!

O tym że wbiegła i chciała skasować. powtórzyła krzycząc kilkanaście razy. tak aby każdy pasażer w autobusie mógł ją usłyszeć.
-Do którego szpitala pani jedzie? - zapytałem by trochę zbić ją z tropu.
-Nieważne do którego! Ja chcę skasować bilet! Po czym próbowała go wepchnąć na siłę do zablokowanego kasownika.

Osoba postronna pomyślałaby sobie, że celowo za szybko zablokowaliśmy kasowniki, uniemożliwiając wbiegającej osobie skasowanie biletu. A że wielu pasażerom zdarza się wbiegać w ostatniej chwili ,to w ten sposób łatwo można zyskać poparcie innych pasażerów.

-Pan ją puści! Przecież słyszy pan że wbiegała i nie zdążyła skasować - powiedziała siedząca nieopodal emerytka.
-Ta pani jechała już co najmniej 4 przystanki. Miała wystarczająco dużo czasu.
Emerytka już się nie odezwała.

Gdy Karyna zauważyła, że nikt z pasażerów nie chce jej pomóc stwierdziła:
-Ja muszę tutaj wysiąść!
Najbliższy przystanek znajdował w miejscu. które raczej szpitala nie przypominało. A dokładniej obok znajdowało się centrum handlowe.

-Ludzie ratunku! Ja jestem w ciąży! - Zaczęła krzyczeć.
Spowodowała w ten sposób zainteresowanie przechodniów. Jeden z nich nawet podszedł do mnie i zaczął się odgrażać pięściami, żądając abym jej darował.
Karyna nagle stwierdziła:
-Jest mi słabo!
Po czym położyła się na ziemi udając, że mdleje.

Już wszystko się we mnie gotowało. Bo pewnie każdy w takiej sytuacji by sobie pomyślał "dwóch osiłków znęca się nad schorowaną kobietą w ciąży", "te kanary to tylko nad bezbronnymi kobietami się potrafią znęcać,a do meneli to nie podchodzą".

Nie wiem jakby się sytuacja potoczyła, gdyby całe zamieszanie nie zauważył przejeżdżający obok patrol Policji, bo pewnie doszłoby do rękoczynów.
Karyna, która jeszcze przed chwilą była umierająca, nagle odżyła. Niepotrzebny był cud. Wystarczył dźwięk syreny w radiowozie.
-Ja chciałam skasować bilet, a ci panowie mnie napadli!
-Ten pan powiedział, że daruje mi karę jak zrobię mu loda! - Chciałam zgłosić molestowanie!

Całe szczęście że trafiłem na normalnych policjantów którzy od razu pojęli, że Karynie brakuje kilku klepek. Nie uwierzyli w jej historię, szybko potwierdzili jej dane i odjechali.

Karyna stwierdziła że "mandatu" nie przyjmuje. Wyjęła telefon i zaczęła kręcić film.
-Będziecie w gazecie! Gwarantuje wam to! Ja tego tak nie zostawię!
Po czym poszła w stronę centrum handlowego.

Tak oto minął kolejny dzień w pracy.
A gdy ktoś mówi, że praca kanara jest lekka łatwa i przyjemna, to w myślach mam ochotę go udusić.

komunikacja_miejska

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 386 (410)

#77434

(PW) ·
| Do ulubionych
Epizod z poszukiwania pracy.
Z racji iż mam zawód pielęgniarki i na dobrą sprawę dostanę pracę od razu, bo ciągle jest deficyt. Tak więc w poniedziałek byłam na 3 rozmowach o pracę w Łodzi.

1. Zachwalanie, pokazywanie jak bardzo idzie się na rękę i fajny oddział, super zespół, jeden z najlepszych i ogólnie cud miód i orzeszki. Zaproponowali mi 2090 brutto. Od tego roku sprzątaczka (z całym szacunkiem do tych kobiet, bo są naprawdę wspaniałe i pomagają) 2000 brutto. Zastanawiam się... po co ja studia skończyłam?

Jedyny plus to wysyłanie na szkolenia, które później będą mi potrzebne (niekoniecznie honorowane. Ot, więcej obowiązków za tą samą płacę tylko, że nie muszę biegać po oddziale z kwitkiem, aby osoba z kursem go podbiła), ale za tą kwotę raczej nie pożyję... mieszkanie kosztuje mnie 700 zł, a jeszcze trzeba dojechać, zjeść coś, ogólnie się utrzymać (zakładanie rodziny odpada). A zdrowie mam jedno i nadgodzin brać nie będę. Jak by mi brakowało 300 zł na pieluchy w miesiącu, albo pogrzeb wyskoczył, mogłabym brać nadgodziny, ale nie po to, żeby przeżyć.

2. Przychodnia. Ładnie i pięknie, zakres obowiązków tak na słuch normalny, pobieranie krwi, sterylizacja, jakieś badania. Ile bym chciała, jak to widzę, jak z dojazdami itp. Ładnie i pięknie. Gdzie piekielność? Wymagane są kursy, których nie mam, a nie chcę świecić oczami przed prokuraturą, bądź komuś robić problemów. Zastanawiam się po co marnują swój czas...

3. Firma zajmująca się logistyką. Nie wymagają cudów na kiju, ot "pani włącz kompa, tu masz Excela, wystukuj, szprechaj po angielsku, studiów nie trzeba, wystarczy 2 tyg. kurs" płaca? 3200 brutto.

Medycyno Polska... czemu zmierzasz do utopii. Naprawdę poważnie rozważam w najgorszym przypadku pracę w biedronce na kasie za 2400 brutto. Przynajmniej nie będę znosić do domu chorób i babrać się w kale, wzw, clostridium czy innym syfie.

PS. Empatii mam wiele, ale empatią się nie wyżywię.

Szukanie_pracy

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 278 (310)

#77494

(PW) ·
| Do ulubionych
Telefony telemarketerów. Jak nie banki i kredyty, to usługi telekomunikacyjne, jak nie zaproszenie na pokaz garnków, to propozycje reklamy czy pozycjonowanie, jak nie wyłudzanie danych, to wyłudzanie pieniędzy.

1.
Ona - Dzień dobry, dzwonię aby potwierdzić adres dostawy.
Ja - Jakiej dostawy.
O - Na zamawiany towar.
Ja - Jaki towar?
O - Towar i wysyłka była ustalana, tylko chciałam potwierdzić adres dostawy.
Ja - Jaki towar, z kim ustalany?
O - Zgodny z umową z osobą decyzyjną.
Ja - POMYŁKA ;p (kobietę zatkało, wydobyła z siebie tylko długie "eeeee", chyba tego nie było w scenariuszu ;p)
(ściema i oszustwo - czytałam w necie, że po potwierdzeniu adresu przychodzi książka telefoniczna za 300 zł).

2.
Ona - Dzień dobry, chciałabym rozmawiać z osobą decyzyjną.
Ja. W jakiej sprawie.
Ona - FIRMOWEJ! (tak, takim tonem)
Ja- Kłódki? (prowadzę hurtownię okuć)
Ona - Słucham?
Ja - Wkładki? Klamki? Zamki?
Ona - Nie.
Ja - Nic innego nie mamy. Do widzenia.

3.
Ona - Dzień dobry, chciałabym rozmawiać z właścicielem.
Ja - To proszę do niego dzwonić. (hi hi ;p)

4.
Odbieram telefon i słyszę komunikat - "proszę czekać, będzie rozmowa". Nie poczekałam, rozmowy nie było.

5.
On - Dzień dobry, gdhjslkrjj (bełkocze nazwę firmy), chciałbym zaproponować...
Ja - Proszę powtórzyć imię, nazwisko i nazwę firmy.
bip bip bip (tajne czy co?)

6.
On - Dzień dobry, gdhjslkrjj (bełkocze nazwę firmy), chciałbym zaproponować...
Ja - Proszę powtórzyć imię, nazwisko i nazwę firmy.
On - A po co? (uczą się korpoludki ;p)
Ja - Wie Pan, wypadałoby :D
On - To proszę MI się przedstawić.
Ja - To Pan nie wie do kogo dzwoni? :D
Nie wiedział. Szkoda.

7.
Ona - Dzień dobry, czy mogę rozmawiać z osobą decyzyjną?
Ja - Reklamy czy kredyty?
Ona - Eeee, muszę rozmawiać z osobą decyzyjną.
Ja - Niech mi Pani powie, reklamy czy kredyty. Bo nie wiem, czy powiedzieć - nie dziękuję, czy się rozłączyć.
bip bip bip - czyli kredyty :D

8.
Ona - Dzień dobry, czy mogę rozmawiać z osobą decyzyjną?
Kolega - Tu automatyczna sekretarka osoby decyzyjnej, po usłyszeniu piiiip, proszę zostawić wiadomość - piiip
Ona - Pan sobie żartuje!!
Kolega - Tak.
Rozłączyła się, ludzie czasami za poważnie podchodzą do swojej pracy.

9.
Ona - Dzień dobry, CEiGD. Wysyłaliśmy do Państwa wezwania do zapłaty, jeśli opłata nie zostanie uregulowana, zostaną Państwo wykreśleni z naszej bazy danych.
Ja - Jak nas Pani będzie wykreślać, to proszę nie zapomnieć o numerze telefonu .
(Bezczelność i oszustwo podszywać się pod CEiDG i żądać kasy).

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 334 (342)

#72555

(PW) ·
| Do ulubionych
Tego, co nas bezpośrednio nie dotyka, zwykle nie zauważamy. Taka już nasza ludzka natura. Ja też bardzo długo nie zwracałam uwagi na to, że przez bardzo wiele osób, zwłaszcza starszych, dzieci traktowane są jako dobro publiczne i można podejść, pomiziać, uszczypnąć w policzek, pogłaskać, złapać za rękę.

Sama mam 1,5 rocznego syna. Dość aspołecznego. Generalnie - nie przepada za obcymi, żeby pozwolić się komuś dotknąć, musi go poznać i polubić. Jego prawo. Do tej pory we wszelkiego rodzaju sytuacjach spod znaku "a puci-puci-puci", wystarczało moje stanowcze "proszę nie dotykać mojego dziecka, nie lubi tego".

Dla bardziej dociekliwych ułożyłam historię o tym, że teraz to świat taki be i fe, a dziecko nie odróżni miłej pani, dającej cukierka, od miłego pana, chcącego pokazać szczeniaczki i tragedia gotowa. To było mistrzowskie (nie chwaląc się) posunięcie, starsze panie kiwały głowami i przyznawały, że no tak, teraz to nie wiadomo, może pedofil, słusznie czynię, a one nie pomyślały. Jednak ostatnio jednej pani udało się przegiąć i obudzić we mnie zuo ;)


Stoimy z Młodym w kolejce w supermarkecie, zakupy wyładowane, Młody ogląda koła od wózka sklepowego. Pani, która była przed nami, zgodnie z moimi obawami, rzuciła się do niego z wyciągniętą ręką i okrzykami "ojej, ojoj" i jakimiś dodatkami o słodkim maleństwie. Młody już mobilny, więc wstał z kucek i zaczął się cofać przed nią. Pani nie daje za wygraną, nie zwraca uwagi na to, że dziecko ewidentnie się boi. Już otwierałam usta do nieśmiertelnego "proszę nie dotykać..", kiedy mój potomek załatwił sprawę we własnym zakresie i ...nakrzyczał na nią. Nie wiem, jak Wam to opisać, ale tułów pochylił trochę do przodu, ręce, zaciśnięte w pięści, wyrzucił do tyłu, wypiął lekko kuper, uniósł do niej głowę i wydał z siebie bardzo wysoki, ale i bardzo krótki dźwięk "ie".

Jak łatwo się domyśleć, chodziło o "nie". I tu się zaczęło. Niewychowane dziecko mam, bo na nią nakrzyczało, no co za bachor okropny (a gdzie podział się słodziak, sprzed minuty?), zero szacunku do starszych (żeby nie było, mojego dziecka bezstresowo nie wychowuję, o nie...). Początkowo usiłowałam pani tłumaczyć, że dziecko to nie jest zabawka, tylko mały człowiek, ma swoją strefę intymną i swoje małe, ale jednak, zdanie, ma prawo bać się obcych i bronić się tak, jak potrafi... Pani była jednak zbyt nakręcona informowaniem mnie o moim okropnym dziecku, więc nie wytrzymałam.

Podeszłam do pani, złapałam ją za obwisły policzek, przysunęłam z upiornym uśmiechem twarz do jej twarzy i powiedziałam "a puci puci puci, jakie śliczne polikunie". Pani oczywiście zaczęła się drzeć. Co ja robię, na co ja sobie pozwalam. Kiedy przerwała dla zaczerpnięcia tchu, powiedziałam spokojnie "czyli pani też jest niewychowana? Krzykiem reagować na takie mizianie? Przecież dokładnie to samo chciała pani zrobić przed chwilą mojemu dziecku".

Pani zapowietrzyła się, odwróciła do mnie kuprem, zapłaciła za zakupy i poszła. Dopiero, kiedy była kilka metrów dalej, pozwoliłyśmy sobie z kasjerką na wpadnięcie w potworny śmiech. A syn dostał wykład o szacunku do innych ludzi,który obowiązuje jednak tylko wtedy, kiedy oni szanują jego.

Dzieć vs starsza pani.

Skomentuj (70) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 580 (620)

#75593

(PW) ·
| Do ulubionych
I później ludzie się dziwią, że młodzież nie chcę uczęszczać do kościoła...

Prawie 2 lata temu szłam do bierzmowania, 2 lata "nauki w kościele" miałam w plecy z powodów rodzinnych, o której ksiądz, który mnie uczył wiedział, był wyrozumiały.
Poszłam do technikum - ten sam ksiądz uczył mnie religii. Wszystko super było. Specyficzne poczucie humoru, lubił rozmawiać z młodzieżą.

Za książeczkę i książkę do bierzmowania nikt nic nie płacił, jedynie 80zł przed bierzmowaniem za krzyż i kwiaty do ozdobienia kościoła.

Biskup przyjechał, wszyscy dopuszczeni do sakramentu.

Rok temu ksiądz został przeniesiony do innej parafii, na zastępstwo przyszedł drugi.
Wziął opiekę za grupę z moją siostrą, która ma mieć bierzmowanie 30.10 br.
Musiała kupić książkę za 30zł, kupiła, uczy się z niej na egzamin.
W niedzielę, tato musiał iść z nią na wieczorną mszę świętą, bo wybierali rodziców do powitania i żegnania biskupa, bo jeśli żaden rodzic się nie zgłosi, to bierzmowania nie będzie. Śmiech na sali.

Tato poszedł pod koniec mszy. Ksiądz zaczął wywód, że ofiara na tacę MUSI BYĆ wysoka od każdej osoby, która będzie w kościele w tym czasie, bo przecież BISKUP BĘDZIE Z ASYSTENTEM, KIEROWCĄ NO I TRZEBA IM DAĆ. Tato parsknął śmiechem i wyszedł. Młoda została od 18 do 21 i prawił im eseje na temat bierzmowania.

Trzeba zapłacić za EGZAMIN 100 ZŁ, idziesz na ustaloną godzinę na egzamin z pieniędzmi, płacisz, pyta cię, zdajesz - to super - 30.10 zapraszamy do kościoła, a jak nie zdajesz, to o pieniądzach zapominasz i trafiają w kieszeń księdza.

Później będzie trzeba zapłacić jeszcze za krzyż i kwiaty do ozdobienia kościoła, BO BISKUP W BIEDZIE NIE BĘDZIE SIEDZIAŁ.
Ten sam biskup mi udzielał sakramentu - nie wziął żadnych pieniędzy za sakrament.

Raz ksiądz spytał młodzież na spotkaniu, dlaczego się wybiera imiona świętych, jedna dziewczyna pół żartem, pół serio odpowiedziała, żeby na papierku ładnie wyglądało.

Ksiądz wyrzucił ją z kościoła i wykreślił z listy kandydatów do bierzmowania.

ksieza kosciol

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (247)

#75940

(PW) ·
| Do ulubionych
Pacjentka przyszła ze swoim dzieckiem na kolejne obowiązkowe szczepienie. Lekarz je przebadał i nie widząc przeciwwskazań (nie było chore, nie miało gorączki, matka nie zaobserwowała żadnych niepokojących objawów) skierował do gabinetu szczepień. Szczepionka była przetransportowana i przechowywana prawidłowo. Tą samą (seria) szczepiono inne dzieci. Rodzice nie zgłaszali odczynów poszczepiennych. Kilkanaście dni później dziecko umiera.

Ta sama matka pojawia się w przychodni jakiś czas później, ponieważ urodziło jej się kolejne dziecko i na wizytę patronażową przynosi dokumentację ze szpitala, w którym zmarło jej poprzednie dziecko. Wynika z niej jasno, że miało ono tętniaka mózgu, który po prostu pękł. Lekarz kierujący na szczepienie nie mógł o tętniaku wiedzieć, gdyż nie daje on widocznych objawów. Matka jednak powiązała jedno z drugim i postanowiła dołączyć do ruchu antyszczepionkowego. W jej mniemaniu to szczepionka wywołała tętniaka.

Co jakiś czas musimy wysyłać do Sanepidu listę osób uchylających się od szczepień. Wspomniana kobieta pojawia się na każdej. Obecnie ma dwójkę dzieci, a Sanepid prawdopodobnie nałożył już na nią grzywnę, skoro całą sprawę zgłosiła do prokuratury.

Lekarz próbował z nią rozmawiać, tłumaczył, że te szczepienia są obowiązkowe, że nie może się uchylać. Powiedział jej, że po szczepionce dziecko może gorączkować, ewentualnie mieć wysypkę, ale chyba lepiej zmagać się z odczynem poszczepiennym niż ewentualnym WZW czy krztuścem. Matka jest nieugięta, nic do niej nie dociera. Po co szczepić, skoro gruźlica i polio to choroby krajów trzeciego świata, więc u nas nie występują (osobiście znam jedną osobę z chorobą Heinego-Medina)? Krztusiec, różyczka, odra, tężec? Przecież to są łagodne choroby i o ile dziecko w ogóle się nimi zarazi, można je bez problemu leczyć homeopatią i witaminami. A WZW to już w ogóle rzadkość, więc lekarze powinni się skupić bardziej na sterylnych warunkach w szpitalach niż na durnych szczepieniach...

Cóż... puenty brak.

szczepienia

Skomentuj (85) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 302 (344)