Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#10114

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Historia Ciasteczka o nietolerancji wobec wegetarian ( http://piekielni.pl/10047 ) postanowiłam opisać historię wręcz odwrotną - jednak dotyczącą wegan.

Na pierwszym roku studiów mieszkałam z wegetarianką - i wszystko układało się jak najlepiej, ona nie wyjadała moich parówek, ja nie ruszałam jej lecza, specjalnych jogurtów itp. Po roku niestety rozstałyśmy się i na jej miejsce przyszła nowa koleżanka - tym razem weganka (dla niewtajemniczonych - weganie całkowicie odrzucają produkty zwierzęce, czyli mleko, sery...). Początkowo było ok, ale po kilku tygodniach zaczęło się robić nieprzyjemnie.

Najpierw do naszej malutkiej kuchni (miałyśmy dosłownie jedną szafkę, w której musiały się zmieścić naczynia, produkty mączne i inne kuchenne rzeczy) przytargała nowy zestaw garnków i talerzy. Na moje zdziwione spojrzenie odpowiedziała, że ja w swoich naczyniach gotuję i jem mięso, a ona to czuje potem w swoim jedzeniu i naprawdę jej to nie odpowiada. Ok, pomyślałam, nie szkodzi, zabrałam część talerzy i zbunkrowałam je w kanapie. Potem jednak było już tylko gorzej.

Współlokatorka zaczęła trzymać przy łóżku wszelkiego rodzaju wegańskie suche jedzenie - cukierki bez dodatków odzwierzęcych, jakieś kiełki, proszki, bo obawiała się, że ze złośliwości będę jej podjadać albo dorzucać do środka np. mleko w proszku. Nie było to miłe, ale machnęłam jeszcze ręką. Komentarze o "mięsojadach" i "mordercach" też przecierpiałam. Pękłam dopiero, gdy okazało się, co dziewczyna robi, gdy wyjeżdżam do domu lub do dziadków.

Otóż sprytna współlokatorka w trakcie każdego mojego wyjazdu (a trwały one po kilka dni) wyjmowała z lodówki i kładła w torbach gdzieś obok... moje jedzenie. A dokładnie mięso, wędlinę, pół biedy, że ser i jajka, bo nabiał akurat przeżywał... I nie były to śladowe ilości: mam pół rodziny na wsi, zajmują się hodowlą świnek i kur i dostawałam czasem łącznie po kilogramie, dwóch różnego mięsa. Wiadomo, że w wyższej temperaturze to wszystko robiło się po prostu śliskie, a czasem i śmierdzące. Kiedy miałam wracać, dziewczyna wkładała wszystko do lodówki, żebym się nie zorientowała. Wpadła, gdy wróciłam dzień wcześniej niż zwykle z okazji całorocznego kolokwium.

Tłumaczyła się potem, że nie mogła wytrzymać smrodu mięsa (zapakowanego przecież w foliowe reklamówki czy folię aluminiową, a najczęściej leżącego w zamrażalniku), który przenikał do jej jedzenia. Kilka dni po tym wydarzeniu pożegnałyśmy się chłodno i ozięble.

Od razu zaznaczę - nadal nie przeszkadza mi szykowanie na imprezie dodatkowego, wegetariańskiego zestawu kanapek, zupy czy ciepłego obiadu, sama lubię kuchnię bezmięsną, chociaż do wege mi daleko. Jednak tolerancja powinna działać w obie strony!

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 691 (779)

#48408

(PW) ·
| Do ulubionych
Do salonu sprzedającego samochody pewnej zachodniej marki przyszła klientka z poważnym problemem. Kupiła auto z automatyczną skrzynią biegów które nie jeździ w nocy. W dzień wszystko jest w porządku, ale w nocy samochód nie jeździ. W salonie poruszenie bo o takim przypadku jeszcze nigdy nie słyszeli, jakim cudem samochód wybiera sobie kiedy jeździ a kiedy nie? Klientka jednak upiera się przy swoim, jak tylko przełącza skrzynię z trybu dziennego na nocny samochód przestaje jeździć.

Zaraz, zaraz, jaki tryb dzienny i nocny?

Okazało się, że klientka literki D i N przy drążku zmiany biegów potraktowała jako skrót od Day i Night. W nocy wrzucała na bieg neutralny (czyli po ludzku wrzucała na luz) i samochód nie jeździł.

salon

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1071 (1287)

#76882

~AllHailKingVarianWrynn ·
| Do ulubionych
Pracuję w herbaciarni.

Herbaciarnia, jak sama nazwa wskazuje, jest miejscem gdzie można napić się przede wszystkim herbaty.

Z klientami na ogół nie ma problemów, niestety jest jeden typ, który trafia się dosyć często. Ja go roboczo nazywam "Kawa".

Do niedawna u nas nie było możliwości zakupu kawy. Było to postanowienie właściciela, który najzwyczajniej nienawidzi zapachu kawy. Nic w tym dziwnego, każdy człowiek ma swoje ulubione zapachy, jak i te znienawidzone. Z tego też właśnie powodu, kawy u nas nie było. I do tego też ma pełne prawo, jest właścicielem i to on decyduje o tym, co będzie serwowane klientom.

No i tutaj oczywiście pojawiały się problemy sprawiane przez klientów "Kawa".
Ja dodatkowe dzieliłem ich na 2 kategorie. "Kawa łagodna" czyli typ, który po usłyszeniu, że nasza herbaciarnia nie serwuje kawy, ze zrozumieniem albo zamawiał herbatę, ciastko lub jakiś napój, lub po prostu wychodził ze zrozumieniem.

Niestety, jest też typ "Kawa ostra" czyli osoba, która nie potrafi przyjąć do wiadomości, że u nas się kawy nie serwuje.

No i tutaj mam dwie historie, jedną zanim nie było u nas możliwości zakupu kawy, a drugą już kiedy taka możliwość była.

No to zaczynamy:

Przyszła do nas rodzina, rodzice oraz dwójka dzieci w wieku późnej podstawówki lub wczesnego gimnazjum.

Głowa rodziny pochodzi do lady i składa zamówienie. Na moje, że można usiąść, a ja za pół minuty podejdę, powiedział, że nie trzeba, bo oni mało czasu mają i mam pisać szybko raz raz.

Cóż, okej, słucham.
PanKawa: 1 czarna mocna kawa, kapuczino i 2 herbaty obojętnie jakie.
Ja: Bardzo mi przykro, ale nasza herbaciarnia nie serwuje kawy, dodatkowo "obojętnie jakie" nie przejdzie, gdyż nasze menu ma 93 mieszanki herbat do wyboru.
PanKawa: Jak to kawy nie ma? To co to za kawiarnia?
Ja: Herbaciarnia.
PanKawa: A co to za różnica? W kawiarniach mają herbaty, to wy powinniście mieć kawę.
Ja: No ale niestety nie mamy, ale może warto spróbować, któryś z naszych naparów? Jeśli szuka pan czegoś mocnego, to gorąco polec...
PanKawa: Herbatę? Toż to dla dzieci jest.
Ja: Jak pan widzi, lokal jest pełny, a jedyne dzieci tutaj to te, który przyszły z państwem.
Ja: Szerze polecam spróbować któreś z naszych herbat, zawsze warto odkrywać nowe smaki.
PanKawa: Panie, pan myśli że ja herbaty w życiu nie piłem?
Ja: Tego nie powiedziałem, ale..
PanKawa: Co to się porobiło, knajpy otwierają, a nawet kawy nie ma. Ale ja wiem, bo to z Warszawy przyjeżdżacie i wymyślacie takie pierdoły, a idź pan w "członka"
Ja: Panie, nie wyrażaj się pan.
PanKawa: A co, może nie mam racji? Stoi taki chudy ciul za ladą, nawet nie wygląda jak chłop, bo herbatki se pije.
Ja: Dobra, wyjdzie pan sam, czy mam wzywać ochronę?
PanKawa: Wyjdę, wyjdę, MIRKA IDZIEMY I MOJA NOGA TU WIĘCEJ NIE POSTANIE!
Ja: Na szczęście...

Dialogi spolszczyłem z gwary śląskiej. Cóż, lokal mieści się na Śląsku, ja urodziłem się na Śląsku i cały życie tutaj mieszkam, właściciel tak samo, ale jak zwykle, wszystko to wina goroli :)


Druga historia jest już po zlitowaniu się właściciela nad tymi nieszczęsnymi poszukiwaczami kawy. Został zakupiony niesamowitej jakości sprzęt do przyrządzania tego pożądanego napoju, zwany ekspresem do kawy, za oszałamiające 99 złotych na promocji w jednym ze sklepów AGD. Jak pewnie się domyślacie, możliwości takiej ekspresu kończą się na zaparzeniu najzwyklejszej w świecie czarnej kawy. No, ale nasza wykwalifikowana kadra wychodząc naprzeciw klientom, zapewnia jeszcze klientom kawę Deluxe, czyli z mlekiem.

Teraz historia właściwa.

Przychodzi klientka, od razu leci do lady i na jednym wdechu wydusza:
PaniKawa: Średnie late z mlekiem migdałowym pochodzącym z migdałów u wybrzeży Australii zbierane przez azjatyckie sieroty, które radośnie śpiewają, do tego może pan narysować schemat silnika odrzutowego rosyjskiej produkcji z 1962 roku przez nazistowskich naukowców.

Może nie słowo w słowo, ale jakoś tak to zrozumiałem, chociaż mogłem się troszeczkę pomylić, bo nie jestem pewien czy było to średnie czy duże :)

Ja: Nie ma.
PaniKawa: Nie ma?
Ja: No nie ma, kawa jedynie czarna, ewentualnie z mlekiem.
PaniKawa: Jezuuuuuu, jak nie ma zwykłego late, to daj pan late maciate (czy jakoś tak).
Ja: Przykro mi, ale poza zwykłą czarną kawą, ewentualnie z mlekiem, nic innego nie ma. Ale polecam jedną z naszych mieszanek...
PaniKawa: No jak to kawy nie ma? W KAWIARNI?
Ja: Herbaciarni, proszę pani, herbaciarni.
PaniKawa: A co to za różnica? - (Wierzcie mi lub nie, ale to pytanie pada za często).
Ja: Różnica jest taka, że u nas serwuje się przede wszystkim herbaty, a w kawiarni kawy.
PaniKawa: Jezuuu, to nie możecie kawy sprzedawać?
Ja: Mamy kawę, czarną.
PaniKawa: No ale kto teraz czarną pije jezuu.. i co ja mam teraz zrobić? Bez kawy, jezuu.
Ja: 100 metrów dalej jest kawiarnia, sądzę że tam mają kawę.
PaniKawa: O, to idź pan kup mi, ja poczekam i zapłacę, dam złotówkę więcej za drogę.
Ja: Nie ma takiej możliwości.
PaniKawa: JEZUU... to co mam teraz zrobić?
Ja: No nie wiem, może pani iść na przykład do tamtej kawiarni i wypić tam kawę lub zamówić u nas jedną z herbat.
PaniKawa: No ale tam nie ma wi-fi, to ja wiem. Ja kupię tam i wypiję tutaj, OK?
Ja: Przykro mi, ale to też nie przejdzie, właściciel nie pozwala spożywać własnych produktów na terenie naszego lokalu.
PaniKawa: No jezu, wie pan co, ja muszę kawę wypić, ale wi-fi potrzebuje, no dogadamy się jakoś.
Ja: Wi-Fi jest dla naszych klientów, hasło udostępniamy wraz z zamówieniem.
PaniKawa: No jezu, wie pan co... tak klientów traktować, to jest bezczelność. DO WIDZENIA. Łup drzwiami.


Dodam jeszcze, że nad lokalem wisi ogromny napis "HERBACIARNIA"
Wchodząc do lokalu, wszędzie jest wystrój typowo herbaciany, w karcie do niedawna nie było żadnej kawy, teraz jest tylko czarna i z mlekiem, no ale... co to za różnica? :)

gastronomia

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 343 (367)

#75874

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Jestem kontrolerem biletów.

Kilka miesięcy temu, podczas kontroli w autobusie, trafiłem na ok. 50-letniego mężczyznę. Okazał mi legitymację osoby niepełnosprawnej ze stopniem lekkim.
- Poproszę jeszcze bilet.
- Ale ja nie mam. Pytałem się pani w okienku czy mogę na tą legitymację podróżować za darmo - odpowiedział mężczyzna.
- Na tą legitymację nie można podróżować bezpłatnie. Nawet do ulgi ona nie uprawnia.
- Ale ja naprawdę nie wiedziałem! Specjalnie nawet do punktu obsługi pasażera poszedłem się pytać. Tamta pani chyba jakaś niedoinformowana była.

Pasażer był naprawdę wiarygodny. Zdecydowałem się nie karać pasażera. Nakazałem mu udać się do kierowcy aby zakupił bilet.

Wczoraj znowu trafiłem na tego mężczyznę. Nie wiem czemu, ale zapamiętałem go.
Sytuacja była dokładnie taka sama. Mężczyzna pokazał mi tą samą legitymację.

- A bilet gdzie? - zapytałem.
- Ale ja nie mam. Pytałem się pani w okienku czy mogę na tą legitymację podróżować za darmo.
- Pan mnie nie poznaje?

Mężczyzna zlustrował mnie wzrokiem od góry do dołu. Wyciągnął dowód osobisty.

- Masz, pisz frajerze!

komunikacja_miejska

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 416 (434)

#75171

(PW) ·
| Do ulubionych
Ogarniałam przyjaciółkę z depresją. Ciężką, głęboką, rozwijającą się latami, doskonale zresztą maskowaną i z uporem godnym lepszej sprawy wypieraną. Przez 4 lata dziewczyna ukrywała objawy, w tym przeróżne akty autoagresji, tak skutecznie, że nawet jej chłopak niczego nie zauważył. Sama miałam ochotę prać się po pysku, że zignorowałam kilka słabych, izolowanych sygnałów i nie poskładałam ich w całość, tylko po czasie każdy jest mądry. Nic to, trzeba działać.

Recepta załatwiona na leki tak dobrane, żeby było jak najmniej działań niepożądanych, za to efekty w miarę szybkie (niestety, etap "najpierw musi być gorzej", czyli zamknięcie w domu, apatię, reakcje lękowe, zanik poczucia przyjemności i resztę trzeba było zaliczyć) i można było je łączyć z branymi stale fitofarmaceutykami. Zmuszanie do regularnego przyjmowania pomijam, ale były fajerwerki i rzucanie ostrymi przedmiotami. Jak chemia zaczęła działać, zaczęło się odprowadzanie pod drzwi psychiatry i szukanie odpowiedniej terapii miękkiej. Najpierw grupowo (jeżeli jesteś w związku od 4 lat z kimś, kto wymaga terapii, też potrzebujesz na nią iść), potem stopniowo przechodzenie na spotkania indywidualnie - wszystko przy stałym oporze dziewczyny, w końcu nie po to wypierała chorobę ze świadomości latami, żeby się przyznać do niej w ciągu kilku miesięcy. W zasadzie sztampowy kurs postępowania z trudnym pacjentem w praktyce. Nakłady czasu, wysiłku i pieniędzy ze strony jej, jej faceta i mojej były olbrzymie. Efekty normalnie i wk*rwiająco powolne, kroczki w dobrą stronę mikroskopijnie małe, ale przynajmniej są. A raczej były.

Rzecz pierwsza - otoczenie, czyli rodzina i przyjaciele. Pomijam to, że dla większości ludzi depresję ma się w czwartek wieczorem i w piątek już znika, bo weekend, żeby wrócić od poniedziałku. Tutaj mamy do czynienia ze środowiskiem około- i medycznym, ludzie uświadomieni co do natury problemu z wielu różnych źródeł na, wydawałoby się, specjalistycznym poziomie. Jej matka w miejscu publicznym (wyszła z domu! W gwarne miejsce! Gratulacje!) przywitała ją słowami "w coś ty się ubrała, wyglądasz jak menelka". Cóż, był w tył zwrot i kurs na dom. Mamuśka, solidnie przeze mnie opieprzona, stwierdziła, że przecież ona jest lekarzem i wie, jak się postępuje z ludźmi z depresją, czyli ostro i brutalnie, bo nie ma co się cackać. Jest laryngologiem, ale i tak współczuję jej pacjentom. Jej ojca interesowało tylko to, czy nie zawali roku przez "te humory", bo przecież poszła na terapię, to dlaczego nie jest już zdrowa? Wspólni znajomi stwierdzili, że oni też mają depresję i takich cyrków nie robią, a poza tym, przesadzamy, bo tego się nie dostaje z dnia na dzień, a oni nic nie zauważyli.

Rzecz druga - uczelnia. W zasadzie zawaliła rok, bo przez chorobę i początkowe fazy terapii odstawiła sprawy studiów na bok. Trudno, bierzemy od prowadzącego psychiatry papier o tym, że dziewczyna była niezdolna do ogarnięcia obowiązków, sadzamy ją nad kartką papieru, niech pisze prośbę o urlop z powodów zdrowotnych. Napisała, podpisała, zaniosła na uczelnię (poszła załatwiać swoje sprawy i naprawiać skutki choroby! Brawo! Postęp!), oddała. Uczelnia stwierdziła, że jasne, urlopu udzieli, ale jeżeli to naprawdę choroba umysłowa, to raczej się pożegnają, bo będzie przeszkadzać w studiach i późniejszym wykonywaniu zawodu. Dziewczyna załamana, chce wszystko odkręcać, woli płacić za powtarzanie roku niż bruździć sobie w papierach. Po dokładnym przewertowaniu wszystkich możliwych uregulowań okazało się, że niestety, mogą ją zmusić do badań lekarskich. Motywacja do leczenia i oswajania się z diagnozą spadła niemal do zera.

Rzecz trzecia, której na pewno nie zostawimy i skończy się olbrzymią awanturą - aptekarka. Miasto duże, ale apteka osiedlowa, mała, stali pacjenci, niemal wyłącznie z okolicznych kamienic i małych bloków. Recepty realizowane od początku w tym miejscu. Zadzwonił do mnie chłopak przyjaciółki - wściekły jak nieboskie stworzenie. Jedna z aptekarek podzieliła się z jedną (przynajmniej jedną) z ich sąsiadek wiadomością, że "taka młoda, a psychotropy bierze, psychiczna, pani!". Sąsiadka zdążyła rozgadać w kamienicy (szczęście, że o źródle informacji też się wygadała). Dziewczynę wytykają palcami i zdążyli z niej zrobić niebezpieczną dla otoczenia. Reakcja chorej łatwa do przewidzenia - zanegowanie sensu jakichkolwiek działań. Dziś niedziela, przybytek zamknięty, ale jutro robimy z chłopakiem nalot szturmowy i albo postawię babę przed izbą aptekarską, albo wybiję jej zęby.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 368 (412)

#76520

(PW) ·
| Do ulubionych
Święta to także czas spotkań z rodziną.
Rozmawialiśmy o wychowywaniu dzieci i tym jak reagować na pewne zachowania. Oczywiście ciężko w tych sprawach o jednomyślność, choć to co zrobiła bratowa ma moją pełną aprobatę, choć dla niektórych może być piekielne (czytaj teściowa i mama).

Bratowa z córeczką czteroletnią były na zakupach, niestety po drodze do kasy mijały dział z zabawkami. Córka złapała lalkę i do koszyka wkłada.
[Bratowa]: Odłóż zabawkę, mamusia nie ma tyle pieniążków, żeby ją kupić. [Córka]nie reaguje na to i próbuje pchać wózek do kasy. Ponowna prośba też nie daje efektu. Cóż, bratowa odpuściła i zapłaciła za wszystko w kasie. Gdzie piekielność? Upatrywałem jej w tym, że tak łatwo się poddała i pozwala córce rządzić, ale nie...

Kolacja. Kanapki z wędliną, warzywami.
Śniadanie podobne, kolejna kolacja też.
Następne śniadanie już tylko chleb z masłem, podobnie i kolacja bez rarytasów. Córka nieco zdziwiona, ale nie komentowała do następnego dnia i śniadania gdy znowu na stole były tylko kanapki z masłem.

[C]: Mamusiu, a gdzie wędlinka?
[B]: Mamusia mówiła, że nie ma pieniążków na zabawkę, ale się uparłaś to teraz nie ma pieniążków na wędlinkę.
Po śniadaniu córeczka z płaczem przybiegła z lalką i mówi, żeby oddać ją w sklepie, bo woli kanapki z wędliną.
Oczywiście babcie uważają ją teraz za złą matkę, która znęca się nad ich ukochaną wnusią, a ja uważam, że to dobra lekcja dla dziecka.

wychowanie

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 668 (680)

#53227

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Ponieważ mamy wakacje, będzie wakacyjnie.
O urlopie sprzed kilku lat, dokładnie, to o urokach nowoczesności w tradycyjnym Zakopanem.
Nie jestem człowiekiem mocno starej daty, jednak wynalazki ostatnich lat czasami mnie przerastają.
Najbardziej te, po których zostaje trauma na lata całe...

Córka moja najstarsza zmusiła mnie do wypadu do aquaparku.
Bo fajnie, bo zabawy we wodzie superaszcze są...
Nie mając wyjścia, założyłem kąpielowe bokserki, w garść chwyciłem nieodłączną reklamówkę z klapkami i ręcznikami i - w drogę!
Początek był zgoła niewinny. Bilety, szatnia, natrysk.
Potem powstał problem, co zrobić najpierw, na co się wybrać.
Ja optowałem za basenem. Albo dużym, do pływania, w tym zewnętrznym, z widokiem na Tatry, albo takim z masażami.
Coby stare plecy poratować.
Ale latorośl moja piekielna wymagała adrenaliny!!!
Czyli zjeżdżalni.
Największą, kończącą swój bieg w basenie zewnętrznym, odrzuciłem po krótkiej obserwacji.
Otóż, byłem świadkiem, jak młodzieniec lat około 16, z zapałem tłumaczył kumplowi, że tą rurą jedzie się fajnie tylko głową naprzód. Bo woda spod nóg nie pryska, a i wrażenia lepsze.
I pojechał.
Z rury wypadł najpierw instruktor zjeżdżalnictwa, a po jakichś trzech minutach jego gacie...
Góry w odwiecznym milczeniu zniosły tą profanację.

Potem spróbowałem sił w zjeździe wspólnym po pochylni otwartej. Bo miałem w pamięci opowieści Szefa, który rok wcześniej utknął a słowackiej rurze.
A że walczymy w podobnej kategorii... sami rozumiecie.
Zjazd okazał się klapą na miarę Kac Wawa. Bo, ze względu na masę, musiałem się kilkakrotnie odpychać, coby nabrać jakiejkolwiek prędkości zjazdowej.

W końcu, moja piekielna córka zoczyła w oddali TO.
Otwartą zjeżdżalnię o nachyleniu gazyliona stopni, długości kilkunastu metrów, kończącą się w mikrym baseniku.
Wśród zwierzęcych pisków ekscytacji zostałem zawleczony ku wrotom piekieł.
Córcia pojechała pierwsza.
Z piskiem wpadła do basenu, a że wagowo walczy w kategorii z jedną nogą Małysza, odbiła się kilkakrotnie od powierzchni i zadowolona opuściła basen.
Wtedy przyszła kolej na mnie.
Pomodliłem się przelotnie, a potem rozpocząłem najgorsze kilka sekund życia.
Po odepchnięciu się, w ciągu kilku chwil, nabrałem sporego ułamka prędkości dźwięku.
Moje stateczne bokserki zostały zredukowane do stringów i wciśnięte tam, gdzie od ładnych kilku lat starałem się pieluchy nie nosić...
Toteż, szorowałem gołym zadkiem po plastiku. Przysiągłbym, że czułem smród spalenizny...
Żeby choć trochę zmniejszyć tempo spadania w czeluść, rozłożyłem nogi.
Nie zwolniłem, za to u dołu pochylni malowniczo klasnąłem dość wrażliwymi elementami anatomii o lustro wody...
Z narastającym wytrzeszczem zaliczyłem jeszcze dwa trafienia kością ogonową o dno basenu, po czym wypadłem zeń z całkiem sporym impetem.
Tocząc wokół błędnym wzrokiem, wstałem. Piekły mnie czerwone plecy i przyległości. Tępy ból w kroczu pulsował w rytm tętna- jakieś 200/ minutę.
Zaś kąpielówki miałem ewidentnie typu Borata: stringi w kroku, guma pod brodą...
Był to jeden z niewielu razów, kiedy żałowałem, że nie piję.

Chciałem z tego miejsca serdecznie pozdrowić konstruktorów owego piekielnego urządzenia.
I zapytać, czy nie dałoby się założyć, że zechce z niego skorzystać ktoś, kto posturą przypomina bardziej baobab, niż mimozę?
I dla niego zrobić ciut głębszy i dłuższy basenik?
Albo chociaż powiesić kartkę z ostrzeżeniem: "ważysz 100+, skończysz z gatkami w jelicie grubym"?
Byłbym niezmiernie zobowiązany...

akfapark...

Skomentuj (74) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1806 (2028)

#64681

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed lat. O zgubnych skutkach nadmiaru testosteronu za kierownicą.

Lata całe temu wracałem z wielkopolski starym dostawczakiem. Jechałem spokojnie, szybszych przepuszczałem, pełen luz. Przed Ostrowem Wielkopolskim, chamsko, niemal zawadzając o mój błotnik wbiła się przed mojego złomka nowa Alfa Romeo z opalonym i wyżelowanym młodzieńcem za kierownicą i równie, a nawet bardziej opaloną blondi na siedzeniu pilota - seryjny wyprzedzacz, pogromca szos. No cóż, bywa, jechałem dalej.

Przed samym Ostrowem roboty, wszystko stoi. Jeździłem tam często, więc znając miejsce, przycwaniakowałem przez stację benzynową i wyprzedziłem ze 20 aut. W tym białą Alfę. Jej kierowca chyba mnie widział. Za chwilę jadąc "na trzeciego" znów wskoczył przede mnie. Kiedy zaczął się dwupasmowy odcinek w centrum, nie tracąc dobrego humoru i jadąc cały czas prawym pasem, z prędkością nie większą niż 40km/h, znalazłem się przed Alfą - ci z prawego szybciej ruszali spod świateł... Potem zrobił się jeden pas i "Pan Alfa" został za mną. Musiał się wnerwić. Na wylocie z Ostrowa, łamiąc wszelkie przepisy i demonstrując całkowity brak instynktu samozachowawczego, wyprzedził mnie "na trzeciego" i pognał w dal. A ja zwolniłem odruchowo, bo tam lubili suszyć. Oj jak mnie tam kiedyś przesuszyli...

Za chwilę mijałem białą Alfę stojącą obok radiowozu. Pojechałem dalej. Dogonił mnie i wyprzedził przed Olesnem. W tamtych czasach lubili suszyć na wlocie i na wylocie, czasem jednocześnie (dawno nie byłem, robią tak dalej, czy stoi jakiś "śmietnik"?). Minąłem Alfę na wlocie, kierowca już się spowiadał. Zatankowałem w mieście i jak tylko wyjechałem ze stacji, zgadnijcie kto mnie wyprzedził? Na wypadek, gdybym nie wierzył własnym oczom, że to on, mogłem mu się przyjrzeć ponownie już wkrótce, jak stał na wylocie w drugim miejscu suszenia i znów się spowiadał. Wyprzedził mnie (znów) na obwodnicy Kluczborka. O mało mnie nie zdmuchnęło, szybkie te Alfy.

Na końcu obwodnicy jest zajazd "Pod Brzozami", na zjeździe do niego, w kojącym cieniu brzóz, chłopcy lubili się rozstawiać z suszarką. Tego dnia też byli. Kiedy mijałem Alfę, nie wytrzymałem już i zacząłem trąbić i machać rękami w geście pozdrowienia, manifestując swój podziw dla konsekwencji w ignorowaniu przepisów "Pana Alfy". Dogonił mnie tuż przed Tarnowskimi Górami. Jadąc starą drogą dojeżdżało się do skrzyżowania ze światłami i stacją BP po prawej, skręcało się w prawo w kierunku Katowic. Alfa czaiła się z tyłu. Zrobiło się zielone, skręciłem i znalazłem się za wiekowym i kopcącym na czarno Jelczem. Jelcz kopcił okropnie i wlókł się tak bardzo przeokropnie, że czułem się na siłach wyprzedzić go nawet moim niemal równie wiekowym dostawczakiem. Ale tego nie zrobiłem, bo tam był zakaz wyprzedzania, podwójna ciągła, ograniczenie prędkości i przejście dla pieszych. Ogólnie bardzo "dochodowe" miejsce, lubiane przez lokalną ekipę władców suszarek.

Ale Alfa nie czekała. Poszedł ogniem, przyspieszał tak ładnie, że wyglądał jak żywa reklama Alfy Romeo. Cuore Sportivo. Przez zasłonę petrochemicznego dymu, wypuszczaną z rury wydechowej Jelcza zauważyłem wybiegającą rączym krokiem na jezdnię widmową postać z czerwonym mieczem świetlnym w dłoni. Obawiam się, że dla kierowcy Alfy milszym widokiem w tym momencie byłby nawet sam Darth Vader. Ale Darth Vader nie nosił nigdy czapki z białym denkiem, więc to chyba nie był on.

Nigdy wcześniej ani później nie byłem świadkiem tak seryjnego ignorowania przepisów i równie seryjnego nadziewania się na stróżów prawa. Poseł jakiś, czy co?

A tak z innej beczki, to ta historia ma w sobie coś pozytywnego. Mówią, że Alfy Romeo nic, tylko się psują i stoją w serwisie. A jak już jeżdżą, to tylko na lawecie. A ja na własne oczy widziałem jedną na dystansie 200km, jak jeździła całkiem samodzielnie. I to jeździła, że hej!

droga przepisy policja samochody

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 894 (974)

#6732

~tytus84 ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu pracowałem "na telefonie". Akurat w tamtym okresie dzwoniliśmy do potencjalnych, również zagranicznych klientów z ofertą hurtowej sprzedaży długopisów. Wyglądało to tak, że najpierw nasza firma wysyłała do delikwenta niewielką (około 20) partię takich długopisów, a po jakimś czasie my mieliśmy do niego zadzwonić i powypytywać się na temat wrażeń z oferowanego produktu i nakłonić do kupna.
Tego feralnego dnia trafił mi się klient z Niemiec. Zazwyczaj ludzie brali te długopisy, a jak nie to po prostu mówili że już maja od kogoś innego, że może w innym terminie, itd. Tymczasem mój klient postanowił, że nie będę miał tak łatwo. Rozpoczęła się litania, wyliczanie że te długopisy im się nie podobają, że mają zły kolor, że nadruk nie taki tylko siaki, że tu jakaś część im odpada... Po kliku minutach takiego wyliczania padło zaś hasło które przełamało już we mnie ostatnią dozę wyrozumiałości, mianowicie klient zaczął narzekać, że te długopisy są ZA CIĘŻKIE. W tym momencie byłem już tylko w stanie spokojnie zapytać się:
- A karabiny to nie były dla was za ciężkie?
Efekt: zwolnienie w trybie natychmiastowym, ale jakie wspomnienie!

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1863 (2307)

#71893

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam dziś rano wykonać podstawowe badania w mojej rejonowej przychodni.
Czekając pod gabinetem zabiegowym obserwowałam sobie ludzi. Naprzeciwko mnie były drzwi do gabinetu lekarskiego, a po ich lewej i prawej stronie ławeczka dla pacjentów.
Po jednej stronie siedzieli zmarnowana kobitka w ciemnych okularach oraz pan w średnim wieku. Po drugiej stronie pulchna staruszka o dobrotliwym wyglądzie.

Nagle nadciągnęło 3-osobowe moherkomando, już z daleka biadoląc na świat, życie i ludzi. Liderka grupy - fioletowy berecik - rozpoczęła wprowadzenie swoich porządków: najpierw przepędziła grubą staruszkę (bo my tu do tego gabinetu i musimy siedzieć przy drzwiach, niech się pani przesiądzie) - a ta wstała potulnie i zmieniła miejsce.

Następnie "szefowa" zaczęła przepytywać pozostałe osoby, na jaką godzinę mają umówioną wizytę. Pan okazał się być pierwszym pacjentem z tego dnia, umówionym na 8.
Kobieta w okularach powiedziała cichym, zachrypniętym głosem, że nie ma wyznaczonej godziny, ale...
I tu się rozpętało małe piekiełko - wszystkie 3 moherowe babcie zaczęły - kolokwialnie mówiąc - pruć ryja na tę kobietę. Że nie po to one od 5 nie spały i stały w kilometrowej kolejce, żeby taka jedna sobie wchodziła bez rejestracji itp., itd.

Kiedy troszkę ucichły, kobieta tłumaczyła, że jest ostatnią pacjentką z dnia uprzedniego, którą pani doktor zbadała i której wypisała leki, ale ponieważ bardzo spieszyła się na szkolenie, po zwolnienie lekarskie kazała się zgłosić jutro (tj. dzisiaj) na 10 minut przed rozpoczęciem przyjmowania pacjentów.

Fioletowy berecik znowu rozpuścił jęzor: "znamy takie cwaniary, każdy może tak powiedzieć, ja nie jestem wczoraj urodzona" (to akurat było widać gołym okiem) i "po moim trupie wejdziesz przede mną do gabinetu!".

W tym momencie drzwi się otworzyły i na progu stanęła lekarka. Przywitała wszystkich, kobiecie w okularach kazała je ściągnąć. I wtedy wszyscy mogliśmy zobaczyć jej potwornie spuchnięte oko z sączącą się ropą. Pani doktor stwierdziła, że jest poprawa od wczoraj i zaprosiła pacjentkę po zwolnienie do gabinetu.

Obersturmbannführer w fioletowym berecie okazała się niesłowna - nie padła jednak trupem :-(

służba_zdrowia /moherowe berety

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 405 (429)