Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#79383

~Nehelenia ·
| Do ulubionych
Ostrzegam, że najsmaczniej to nie będzie.

Byłam dziś na tzw. badaniach diagnostycznych lub szerzej znanych „wynikach”. Zjawiłam się krótko przed otwarciem rejestracji, dzięki czemu byłam druga w kolejce. Przede mną tylko pani ok. 60-70 lat.

Rejestracja się otwiera, pielęgniarka przyjmuje skierowania i oznacza odpowiednio poszczególne badania krwi, moczu, kału etc. Pani przede mną (dalej nazywana (K)obietą) przekazuje swoje skierowanie. Wyciąga także, bardzo ostrożnie, niczym niezabezpieczony pojemnik z moczem. Wywiązuje się dialog pomiędzy nią, a (P)ielęgniarką.

P: Nie ma pani zapisanego badania moczu, ale kosztuje ono X zł, możemy je wykonać.
K: Ojej… A myślałam, że mam. Temu przyniosłam pojemniczek.
P: Jak mówię, kosztuje ono kilka złotych. Chce je pani wykonać?
K: A, to tak, złociuchna, tak.
P (sięgając po pojemnik z moczem): Ale jest niezakręcony, proszę go zakręcić, by zabezpieczyć przed badaniem.
K: O, a to musi być zakręcone, tak? Bo ja nie wiedziałam (!!!). Dobrze, to już zakręcam. Tak mocno, tak? Żeby to kolorowe (wieczko) nie było luźne, tak?
P: Tak.

Do tego momentu historia nie jest w żaden sposób piekielna, prawda? Piekielność nastąpiła kilka sekund później.

Pani zamiast zakręcić od razu, sięgnęła do torebki po portfel i zamaszystym ruchem ręki strąciła ten pojemnik, którego nieduża część rozlała się na blat okienka i podłogę (dzięki refleksowi nie padłam ofiarą rozprysku). Jednak prawdziwą ofiarą była pielęgniarka. Ze względu na brak szyby zabezpieczającej, zawartość sterylnego opakowania znalazła się na dokumentacji, twarzy, włosach i kitlu pani pielęgniarki.

Wszyscy zamarli w szoku, sama pielęgniarka była sparaliżowana szokiem lub gniewem. Wtem odzywa się winowajczyni.

K: Ojej… Przepraszam. To jak pani teraz przeprowadzi badanie z sikami?

Ton głosu, jakby upuściła długopis. Wyciąga zwykłe chusteczki higieniczne i zaczyna przecierać blat, z którego skapywał mocz. Potem pani niespiesznie schowała zużytą chusteczkę i pomaszerowała w stronę gabinetu zabiegowego, jakby nic się nie stało.

Historia ma też drugą piekielność:

Kobieta opowiedziała tę historię pielęgniarce, która wykonywała zabieg, podsumowując to, co się stało słowami: „Ale ta pani w rejestracji taka nieprzyjemna. Przeprosiłam, a ona była zła. Kto tu u was pracuje, żeby być taką niemiłą dla pacjentów. I jeszcze wstała i wyszła taka wściekła! Pani, kto to widział?”.

Myślę, że oblanie moczem kwalifikuje się pod coś znacznie więcej niż bycie "niemiłym".

Mam tylko nadzieję, że Pani Pielęgniarka mogła skorzystać z prysznica i przyborów toaletowych oraz że miała w co się przebrać. Albo że puścili ją do domu.

Przychodnia

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (202)

#75802

~wsipiekna ·
| Do ulubionych
Wracając do domu miałam nieprzyjemność uczestniczyć w wypadku samochodowym. Niby nic strasznego, gdyby nie fakt, że sprawca uciekł z miejsca wypadku, dodatkowo mi machając na pożegnanie.

Mój samochód połowicznie skasowany, on swoim poturbowanym gratem zdołał dojechać do najbliższego lasu (jakieś 200m), porzucić auto i co sił (i jak się okazało procentów) w nogach. Tu wielki ukłon dla ludzi, którzy poświęcili swój czas na gonitwę za Panem.

Miejscowość mała, Pan znany. Ze znalezieniem go nie było problemu.

Gdzie piekielność? Pan był zawodowym kierowcą, rzecz jasna zabrano mu prawo jazdy vide pozbawiono środków do życia.

A kogo sąsiedzi i mieszkańcy wioski obwiniają? Mnie - "bo wezwała policje!"

wieś

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 596 (602)

#79651

(PW) ·
| Do ulubionych
Świeżo po nocnym dyżurze. Jestem pielęgniarką, pracuję na Intensywnej Terapii w Anglii.

Zeszła noc to piekło i szatani, dwoje pacjentów - niemalże równocześnie - miało zatrzymanie akcji serca, więc naprawdę było niewesoło. Szczęście w nieszczęściu, że w łóżkach tuż obok siebie, więc 'lotni' mieli łatwiej, a i nam jakoś raźniej się pracowało...

Niestety ratowanie życia ma to do siebie, że jest głośne... maszyny pipczą i alarmują, ludzie pokrzykują do siebie komendy, ogólnie zorganizowany chaos...
I niestety, na moim oddziale wolno rodzinom pacjentów 'szczególnie źle rokujących' zostać z pacjentem na oddziale (tylko 1 osobie...)
I - jak łatwo przewidzieć - właśnie żona takiego pacjenta, który /nota bene/ dwie noce wcześniej dostarczył nam takich samych rozrywek - przyszła nas upomnieć żebyśmy ciszej byli, bo ONA spać nie może... pacjentowi wsio rybka, bo w śpiączce...

Kocham mojego głównego anestezjologa, który krótko i po żołniersku kazał jej się, khem... oddalić... a na krzyki o skargę pokazał międzynarodowy znak pokoju środkowym palcem :)

Teraz to tylko spać się chce.... Dobranoc :D :zzzz

słuzba_zdrowia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (200)

#73873

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii http://piekielni.pl/73786#comments i komentarzach do niej przypomniało mi się takie zdarzenie:

Kiedyś wynajmowałam mieszkanie w bloku i korzystałam z wózkowni dostępnej dla wszystkich jednak zamykanej na kłódkę, do której klucz miał każdy zainteresowany (każdy dorabiał sobie we własnym zakresie).

Trzymałam tam rower, którym jeździłam do pracy. Pewnego razu zeszłam sobie po swoje 2 kółka a tam inna kłódka i kartka "Klucz do dorobienia w mieszkaniu nr 18" Wściekłam się, naprawdę. Nie dość, że dopiero co dorobiłam 2 klucze na własny koszt, to ktoś mi bezczelnie kłódkę zmienił. Podreptałam na górę, bo do pracy się spieszyłam a tam niespodzianka, nikogo nie ma w mieszkaniu.

Zapukałam do sąsiadów obok i dowiedziałam się, że rzeczona rodzinka wyjechała dnia poprzedniego na urlop a kłódkę zmienili, bo zgubili klucze i nie mogli dostać się do środka po swoje rowery, które chcieli zabrać ze sobą. Dodatkowo klucza od nowej kłódki nikomu nie udostępnili tylko zabrali na urlop. Co było robić? Wspólnie z sąsiadem rozwaliliśmy kłódkę i założyliśmy nową, bo nie tylko mój rower był zamknięty nie wiadomo na jak długo. Klucz krążył po sąsiadach, każdy zainteresowany dorobił sobie na własny koszt a w skrzynce na listy urlopowiczów została umieszczona informacja, dlaczego kłódka została wymieniona, i że klucze do dorobienia można znaleźć pod wskazanymi numerami.

Po 2 tygodniach rodzinka wróciła z urlopu. Poszli wstawić swoje rowery do wózkowni i natknęli się na nową kłódkę.
Co zrobili? Poszli do sąsiadów po klucz? A gdzie tam. Zerwali kłódkę i założyli nową.

Wojny, jaką tym wywołali chyba nie muszę opisywać. Sprawa zakończyła się w spółdzielni mieszkaniowej. Został wezwany właściciel mieszkania nr 18 i powiadomiony o zachowaniu swoich lokatorów oraz zmuszony do pokrycia kosztów dwukrotnej wymiany kłódki (czyli zwroty kosztów za dorobienie kluczy sąsiadom) oraz zapewnienie kluczy do nowej kłódki wszystkim zainteresowanym. Nie wiem, jak właściciel mieszkania załatwił to ze swoimi lokatorami. My zwrot kasy za klucze oraz nowe klucze dostaliśmy wraz z przeprosinami a urlopowa rodzinka wyprowadziła się z końcem miesiąca.

Mieszkałam tam potem jeszcze ponad rok i podobnych akcji w tym czasie nie było a i od sąsiadów dowiedziałam się, że przedtem też się to nie zdarzyło.

Ps. Do pracy wtedy się spóźniłam, na szczęście szefowa nie była wredna i darowała mi to pod warunkiem obietnicy zdania relacji z powrotu wczasowiczów. Bardzo ją ta sytuacja rozbawiła...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 389 (393)

#72697

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w bloku z płyty, na 4 piętrze. Budynek jest 10-piętrowy, a co za tym idzie, wyposażony w windę.
Większość moich sąsiadów to ludzie starsi, schorowani, którym ciężko wchodzić po schodach. Ja zazwyczaj jednak wybieram schody, zawsze to jakieś ćwiczenie. Przez ostatni miesiąc notorycznie mamy problem windą, która przywołana na parter nie przyjeżdża. Pytanie brzmi: dlaczego?

Otóż małżeństwo mieszkające nade mną blokuje drzwi do windy na swoim piętrze drewnianym kołkiem. Dopiero po wejściu na 5 piętro można wyciągnąć kołek, a czekający na dole sąsiedzi mogą wjechać na górę do swoich mieszkań. Kilkakrotnie już zabieraliśmy im ten kołek i wyrzucaliśmy do śmieci, jednak zawsze pojawia się nowy. Ostatnio, gdy wspięłam się na górę, by odblokować windę, wyszedł z mieszkania Pan Sąsiad i wywiązała się taka dyskusja:

[S]ąsiad: Co pani robi? Zostawi pani te drzwi!
[J]a: Ludzie na dole czekają, chcą wjechać na górę. Starsi są, nie wejdą po schodach.
S: Ale winda ma być na naszym piętrze!
J: Winda jest wspólna dla wszystkich, wszyscy płacimy za jej eksploatację i każdy ma prawo z niej korzystać.
S: Nie macie dla nas zrozumienia! Żona jest w ciąży, jak zacznie rodzić, to nie będzie czasu na wołanie windy!

Takiego argumentu się nie spodziewałam. Owszem, widziałam tę kobietę z brzuszkiem, jakiś 6-7 miesiąc. I tak oto emeryci mają wchodzić na górę po schodach, bo jaśnie państwo przywłaszczyło sobie windę. Żadne argumenty do nich nie przemawiają...

sąsiedzi

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 581 (587)

#74097

(PW) ·
| Do ulubionych
Naszą wspólnotę mieszkaniową tworzy kilka małych budynków. Jakiś czas temu wspólnota zgromadziła pieniądze na postawienie na uboczu podwórza altany - zamysł był bardzo jednoznaczny, altana miała stanowić miejsce spotkań żeby wieczorem posiedzieć sobie, zrobić grilla, zaprosić znajomych (wszyscy stwierdzili, że nie będzie to uciążliwe dla nikogo z racji ustronnego miejsca). Cieszyliśmy się, że będziemy mieć namiastkę ogrodu i przede wszystkim ta altana jako miejsce spotkań.
Zaznaczę jeszcze raz, że wszyscy wiedzieli do czego ma służyć altana.

Niestety zgodnie ze swoim celem nie posłużyła.

Mamy we wspólnocie dwie mamy małych dzieci, które uznały że ta altana to wspaniałe miejsce na garażowanie wózków oraz składowanie wszelkiego rodzaju dużych gabarytowo zabawek zewnętrznych typu ciężarówka itp. Jedna mama nawet przypina wózek zapięciem na rowery.
Jak chcesz skorzystać z altany, to najpierw musisz wyjechać z wózkami (jeden najczęściej jest zapięty, więc się nie da) i wytarabanić z niej zabawki dziecięce.

Wiem że teraz pewnie większość rodziców przyzna minusy, ale nie obchodzi mnie to za bardzo. Altana miała służyć rekreacji i grillowaniu, spotkaniom z przyjaciółmi, a nie jako wiata garażowa dla wózków lub składzik na zabawki. Uważam, że te dwie matki zachowują się piekielnie, ponieważ (może to mocne słowo, ale biorę za nie odpowiedzialność) terroryzują innych użytkowników swoim macierzyństwem. Zwróciłam im uwagę, ale to nic nie daje - w odpowiedzi matka nr 1 zaczęła zapinać wózek na zamek rowerowy, także nie da się go usunąć z altany.

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 577 (583)

#74136

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Takatamtali (http://piekielni.pl/74078) przypomniała mi jedną historię z mojego życia zawodowego.

Jeszcze niedawno pracowałam w biurze rachunkowym jako kadrowa. Do moich obowiązków należało m. in. wystawianie świadectw pracy dla pracowników naszych klientów.

Pewnego dnia przyszedł klient [R] i prosi, żeby poprawić jedno ze świadectw, bo Pani w Urzędzie Pracy nie chce pracownikowi przyjąć tego dokumentu. Czytam, oglądam z każdej strony. Świadectwo wystawione prawidłowo. Pytam więc:

Ja: No ale o co chodzi, Panie R.? Przecież świadectwo jest wystawione prawidłowo.
R: Bo w świadectwie napisane jest, że wymiar czasu pracy to pełny etat.
Ja: No tak ma być. Pracownik pracował na pełny etat.
R: Pani Smenko, ja wiem, że to jest dobrze, ale Pani w UP twierdzi, że to nie jest to samo i powinno być wpisane 1/1.
Ja: Ale to jest to samo!
R: No ale co Pani poradzi. Z koniem się będzie Pani kopała?

Przyznałam mu rację i poprawiłam. Nie będę się przecież koniowi (kobyle) pod kopyto podstawiała :)

Urząd Pracy procedury

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 380 (384)

#71716

~Kryska ·
| Do ulubionych
Mój mąż prowadzi małą firmę, zajmującą się wykończeniówką.

Ostatnio dostał zlecenie od znajomej swoich rodziców (X). Kobiecina umyśliła sobie remont swojego biura i zaangażowała w to mojego ślubnego.

Od początku daje nam do zrozumienia, że gdyby nie jej zlecenie, to przymieralibyśmy głodem. Na porządku dziennym są stwierdzenia "Dobrze, że masz u mnie pracę, przynajmniej wpadnie wam trochę grosza, bo skoro Kryśka nie pracuje...".
Kryśka (czyli ja) pracuje, tyle, że w domu, co dla starszej pani jest absolutnie nie do pojęcia. Ale wracając do remontu...

Ostatnio pani X była u mojej teściowej na niezapowiedzianej herbatce. Teściowej było to nie w smak, bo nie przepada za znajomą, ale postanowiła to przełknąć. Siedzą, gawędzą o pierdołkach i nagle pani X wypala:
X: Ale jest biedny ten twój Maciek, dobrze, że dostał u mnie robotę, bo przecież będą mieli chociaż na rachunki. Ale ten twój syn to skóra i kości, blady, słaby! Dobrze, że ja mu dałam zlecenie, bo chyba nawet na jedzenie nie mają! Biedny chłopak! Mogłaby ta święta krowa (ja) iść do roboty, ale po co, niech się mąż zaharowuje na zachcianki księżniczki.

Teściowa się wkurzyła i mówi dobitnie, że pracuję w domu i zarabiam całkiem nieźle, więc z głodu nie umrzemy, zwłaszcza, że Maciek też ma sporo zleceń.

X: Ja wiem, że ty jej bronisz, bo to twoja synowa, ale wyjątkowo niewydarzona ci się trafiła. No nic, jak ja zapłacę Maćkowi za ten remont, to może sobie wreszcie chłopak zje porządnie, albo kupi coś do ubrania. Ja mu powiem żeby nie mówił Kryśce ile mu zapłaciłam, niech sobie biedak odłoży na czarną godzinę.

To już przelało czarę goryczy, teściowa wyprosiła babsko z domu z poleceniem żeby już nie przychodziła.
Obca kobieta, która widziała mnie może ze dwa razy w życiu, zrobiła ze mnie leniwą pindę, która oszczędza na harującym mężu, a sobie nie żałuje. Mąż skończył remont i obiecał sobie solennie, że w życiu już babie nie pomoże. A ona jest bardzo zdziwiona, że odmówił jej remontu mieszkania.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 379 (383)

#73090

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o panu na wózku inwalidzkim i cudownym ozdrowieniu coś mi przypomniała...

Gdańsk, jedna z najczęściej odwiedzanych ulic przez turystów - Długa.
Niedaleko fontanny Neptuna siedzi babcia na wózku. W ręku dzierży papierowy kubeczek po kawie, przykryta jakimś starym kocem, no obraz nędzy i rozpaczy, bo wygląda przyjaźnie i człowiekowi szkoda babulki. Siedzi tak cały dzień, od około 8:00 rano do zmierzchu a turyści rzucają "ojro" i inne waluty.

Kiedy robi się późno, wstaje z wózka, składa na nim kocyk i pcha go do tramwaju.
Większość miejscowych wie, że mieszka normalnie, ma rodzinę i generalnie niczego jej nie brakuje.
Biznes is biznes.

Gdańsk

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 378 (382)

#83041

~Waniliova ·
| Do ulubionych
O tym, jak bardzo zostałam doceniona jako "pracownik miesiąca".

Pracowałam w pewnej firmie ze świetnymi ludźmi, praca nie należała do bardzo wymagających, z czasem zaczęłam się rozwijać, ogólnie rzecz biorąc byłam mega zadowolona. Do czasu.

Kilka miesięcy pod rząd słyszałam od przełożonego "Waniliova, jesteś niezastąpiona! Oby tak dalej, gdyby reszta dawała z siebie tyle co Ty..." I co miesiąc statystyki - co miesiąc wypadałam najlepiej. Raz nawet zostałam wyróżniona, że tak powiem, publicznie.

Okres umowy dobiegał końca, w związku z czym pomyślałam "Hmm, skoro co miesiąc jestem najlepsza, przełożony mnie chwali, to nic, tylko prosić o podwyżkę!" Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Spotkałam się z przełożonym oko w oko, przedstawiłam swoje argumenty i cierpliwie czekałam na jego odpowiedź. A odpowiedź brzmiała: dostaniesz 0,30zł więcej od godziny.

Szczęka mi opadła. Po półtora roku pracy, pomijając ustawową podwyżkę do minimalnej 13zł/h, oni mi proponują 13,30. No, kur*a, chyba nie. Rozmawiam dalej. "No dobra, 13,50zł za godzinę, w tej chwili nie możemy pozwolić sobie na więcej, wiesz, firma nie zarabia kokosów... Chciałbym, ale to jest ostateczna decyzja."

No dobra, postanowiłam sobie, że przez najbliższy czas będę zapier*alać, żeby pokazać, że zasługuję na więcej niż te 50gr podwyżki.

Minął miesiąc, z niecierpliwością oczekuję wypłaty o zawrotnej wielkości, loguję się na konto w banku i co widzę? No wypłata jest, podwyżka jest, tylko coś mała, bo wyszło mi tylko o 6zł więcej niż normalnie... Jadę, wyjaśniam, słyszę: "Wiesz, bo to jest tak: jeśli w miesiącu przepracujesz 160h, stawkę masz taką, jak się umówiliśmy, czyli 13,50. Jeśli jest więcej niż 160h (bo tak wypada bo np miesiąc jest dłuższy i nikt nie ma na to wpływu), to wtedy jest liczone jako 13zł/h". AHA.

Jak się domyślacie, podziękowałam za współpracę. Poczułam się niedoceniona i oszukana. Wielokrotnego "pracownika miesiąca" chyba się nie powinno tak traktować, prawda? Po drugie - rozmowa na temat podwyżki odbyła się zeszłego roku w listopadzie. Po nowym roku podwyższyli minimalną do 13,70. Moja była firma naprawdę się szarpnęła...

PS: Ludzi stamtąd nadal będę miło wspominać. Ale tak się nie robi :(

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (190)