Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii


Jestem motorniczym.

Ścisłe centrum miasta. Skończyłam obsługę przystanku, czekam już tylko na swoje "zielone" światło w postaci pionowej kreski (sygnalizator ST). Na przejściu dla pieszych znajdującym się tuż za moim sygnalizatorem czerwone światło wyświetla się już od kilkunastu-kilkudziesięciu sekund.

Upragniony sygnał pojawia się na sygnalizatorze, zaczynam więc ruszać moim wozem.
I nagle hamuję gwałtownie i odruchowo dzwonię, gdyż rowerzyści w postaci tatusia z synkiem na jednym rowerze (berbeć najwyżej trzyletni w foteliku na bagażniku), córeczki w wieku na oko ośmiu lat i mamusi zamykającej peleton postanowili przejechać sobie właśnie teraz.

Tatuś jeszcze mnie serdecznie pozdrowił bardzo szczególnym palcem i słowami "Ty k*rwo!".

Tym samym palcem teraz pozdrawiam. Świetny przykład dla dzieciaków.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (123)

#86117

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja postpeerelowska spółdzielnia mieszkaniowa kupę lat temu uruchomiła system internetowy, w którym można podejrzeć między innymi saldo i wysokość czynszu. Z racji tego, że czynsz potrafi się zmieniać co 2 miesiące jest to wygodna sprawa. Dostęp aktywowałem więc najszybciej jak się dało.

Kilka lat później kupiłem garaż. Poszedłem więc do spółdzielni aktywować dostęp do konta garażu.
Odesłano mnie do pokoju zajmowanego przez "dział IT". W pokoju - kilka pań plus "naczelny informatyk", pan po 60-tce.
Powiedziałem, z czym przychodzę.

- A do mieszkania dawno pan konto zakładał? - spytał pan Naczelny.
- Dawno, najszybciej jak się dało.
- I hasła pan od tego czasu nie zmieniał?
- No nie.
- A to super. To w excelu będę miał.

Po czym pan otworzył arkusz excela, odszukał wpis z moim mieszkaniem.

- No bardzo ładne hasło pan ma, Piekielny1, to takie samo panu do garażu ustawię. Bo wie pan, jak ktoś teraz zmienia to ja nie mogę już mieć tutaj, a tak mi najwygodniej. A co to komu przeszkadza, nawet jak ktoś się włamie to co, zobaczy ile pan ma czynszu?

Zatkało mnie. Całe szczęście, że z racji mojej nieufności do systemów informatycznych postpeerelowych instytucji ustawiłem bzdurne hasło nieużyte gdzie indziej. Tak czy siak - zmiana hasła była pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po powrocie do domu.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (129)

#85229

(PW) ·
| Do ulubionych
Komentarze pod historią https://piekielni.pl/85228#comments nasunęły mi pewne skojarzenie.

Pracowałam wtedy w Domu Opieki, gdzie siłą rzeczy była również pralnia. Pralnia prała wszystko - pościel, ręczniki, rzeczy podopiecznych, ogólne obrusy, zasłony, firanki, służbowe stroje, ścierki, ściereczki, mopy, no po prostu WSZYSTKO. I owo "wszystko" obsługiwała jedna osoba oraz dwie pralki - bynajmniej nie przemysłowe, chociaż trochę lepszej jakości niż "marketowe". Na nasze jęczenia i błagania pani dyrektor odpowiadała, że pralki przemysłowe są za drogie, Domu na to nie stać. Wreszcie nadszedł taki czas, że nowa osoba zatrudniona na pralni stwierdziła, że "nie da rady" i na tych dwóch pralkach nie uda się oprać całego Domu.

Rozwiązanie? Część prania zaczęła być oddawana do prywatnej pralni, przychodziła stamtąd owszem ładnie uprana, z fakturką od 300 do 500 zł... Trzy razy w tygodniu (poniedziałek, środa, piątek).

Zadanie na poziomie piątej klasy szkoły podstawowej - po jakim czasie zwróciłby się dyrekcji zakup pralek przemysłowych?

dom_opieki

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (137)

#85064

(PW) ·
| Do ulubionych
Są miejsca w których powiedzenie czegoś o robieniu kupy, albo użycie słów takich jak "pochwa" czy "odbyt" wywołuje salwy śmiechu.

Jednym z takich miejsc jest szkoła, ale w życiu bym się nie spodziewała, że będzie to szkoła rodzenia.

Dwie panie notorycznie zagłuszają wykład chichocząc, ewentualnie komentując głośno okrzykami w stylu "o fuuuuj". Obie są po trzydziestce i dla jednej z nich będzie to już drugi poród.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (116)

#83286

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to zrobić, żeby nie tylko nie zarobić, ale i stracić, czyli...
Historia o piekielnym taksówkarzu.

Wracałam z miasta X., do którego się udałam w celu spotkania służbowego, do Piekiełkowa, w którym mieszkam.

Wysiadłam na dworcu PKP.

Zwykle korzystam z usług jednej firmy taksówkarskiej, często też pokonuję taksówką trasę dworzec-mój dom, więc wiem dokładnie, ile wychodzi za taki kurs.

Jednak wtedy się śpieszyłam, na przyjazd taxi z "mojej" firmy musiałabym poczekać około 10 minut, a pod dworcem stały i czekały wolne taksówki, więc po spojrzeniu na cennik - kwoty takie same jak u "moich" - wsiadłam.

Pan taksówkarz zawiózł mnie na miejsce i przyszło do płacenia... teoretycznie, bo usłyszałam kwotę 2 x wyższą, niż płacę normalnie (jechaliśmy trasą tą, którą zwykle jeżdżę). Więc mówię ok, zapłacę, ale proszę o paragon, którego jakoś taksówkarz nie kwapił się wydać. Ojojoj, zaczął się krygować, zapomniał włączyć taksometru, ojej, ale przypadek. I co teraz?

No to już nie był mój problem, bo uprzejmie poinformowałam pana taksówkarza, że z przejazdu muszę się rozliczyć, a zatem paragon jest mi potrzebny. Wyraziłam też zdziwienie, że aż tyle wyszło...

Taksówkarz poczerwieniał, zacisnął zębiszcza i kazał wysiadać, mrucząc coś, że "przejazd gratis".

Oszustwo nie zawsze popłaca.

taxi piekielny_taksówkarz

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 286 (286)

#82159

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako programista i moim zadaniem miało być rozwijanie systemu informatycznego. System ten tworzony jest od około 1999 roku, więc można powiedzieć że ma on już swoje lata. Rzesze ambitnych programistów podobnych do mnie wylewało z siebie siódme poty, próbując zmusić krnąbrną aplikację do współpracy. Efektem tej krucjaty jest istny miszmasz archaizmów i nowoczesnych rozwiązań, mieszanka kodu napisanego w miarę dobrze i tego tworzonego pod presją zbliżającej się nieubłaganie linii śmierci. Ogólnie cyrk na kółkach, ale przynajmniej jest zabawnie.

Jakiś czas temu, zajęty ogarnianiem wszechobecnego syfu, jaki powstał po kolejnej awarii bazy danych, zdałem sobie sprawę, że podobne sytuacje od jakiegoś czasu powtarzają się niepokojąco często. Zainteresowany tematem, zagłębiłem się w starożytne pisma, zwane przez niektórych logami systemowymi, i rozpocząłem analizę bebechów w poszukiwaniu źródła problemu. Niestety mistyczne duchy bazy danych najwyraźniej wyczuły moją ingerencję w ich tajemne knowania. Kolejna awaria była istnym pierdo... Była bardzo poważna i administratorzy za cholerę nie mogli podnieść bazy na nogi. Wybuchła panika. Zapytacie o kopię zapasową. A co to jest kopia zapasowa, kto by się takimi pierdołami w ogóle przejmował? Po tygodniowej walce wiktoria, wszystko chyba działa.

Sytuacja ta dała zarządowi firmy co nieco do myślenia. Nasze wcześniejsze błagania o zatrudnienie kilku nowych pracowników były za każdym razem zbywane. Dajecie se jakoś radę? To po jaki wałek kręcicie temat? Tym razem zatrudniono pięciu nowych pracowników do działu IT. Czterech juniorów i ON. Dla ułatwienia sprawy nazwijmy go Mietek.

Mietek jest tak zwanym "Uber Senior Master Yoda Developerem". Serio, można mu zarzucić wiele, ale wiedzę chłop ma ogromną. I być może współpraca z nim nie byłaby taka zła, gdyby Miecio za punkt honoru nie obrał sobie przekształcenia naszego małego działu IT w trybik wielkiej maszyny zwanej korpo. I nie zrozumcie mnie źle, nie mam kompletnie nic do wielkich korporacji. Jednak nie zawsze systemy, które działają w przypadku licznej ekipy projektowej sprawdzą się w przypadku małego ośmioosobowego zespołu. Chociaż jeżeli w korpo odwalają się takie jaja, jakie Mietek zgotował nam, to ja chyba nie chcę pracować w korporacji. :)

Początek nie był aż tak zły. Miecio stwierdził, że zanim zacznie działać, musi poznać zarówno aplikację, jak i ekipę. Zrozumiałe. Sprowadzało się to do tego, że Mietek pół dnia siedział i dłubał coś w kodzie, przeklinając pod nosem. Natomiast drugie pół chodził między biurkami, podrzucając piłeczkę i raz po raz zadając irracjonalne pytania. Serio, skąd mam wiedzieć, co się stanie, jak zmienię warunek w metodzie klasy, którą ostatnio na oczy widziałem ponad pół roku temu. Dla zobrazowania debilizmu tego pytania: wyobraźcie sobie, że jesteście na plaży, zrobiliście babkę z piasku i nagle ktoś was pyta, czy to ziarenko piasku, na lewo od tego kamyczka, jest szare, czy brązowe...

Aż w końcu nadszedł dzień, gdy nasz nowy szef stwierdził, że już wszystko wie i zaczynamy działać. Hurra!

Plan był taki, że on będzie analizował kod i pisał, co i jak mamy zmienić, a my zajmiemy się gwałceniem klawiatur. Sensowne, ale:

- za wszystko dostawaliśmy gwiazdki lub czaszki (przedszkole wita).Osoba, która nazbierała najwięcej gwiazdek mogła (UWAGA!) wybrać sobie, czym będzie się zajmować w następnym tygodniu, natomiast najskuteczniejszy nekromanta w zespole dostawał najtrudniejsze zadanie.

- zadania (poza dwoma w/w przypadkami) były losowane z magicznego pudełka. Co z tego, że A świetnie znał daną część systemu, jeśli to B wylosował zadanie jej modyfikacji. A tylko spróbuj się zamienić!

- wygodne krzesła zostały wymienione na piłki. Ogólnie rozumiem, dobre to dla kręgosłupa, ale na niższe biurka do kompletu to chyba budżetu zabrakło.

- codziennie rano organizowane było spotkanie, które wyglądało następująco - Mietek rzucał piłkę do losowej osoby, a ta musiała natychmiast powiedzieć, co wczoraj robiła w pracy. Zawahałeś się chociaż sekundę, dostawałeś czaszkę.

- Mieciu lubił prowadzić tak zwane testy dyspozycyjności. Dostajesz maila od Mietka i nie odpisujesz w ciągu 20 sekund? Dostajesz czachę! Byłeś w kiblu na dwójce i nie odebrałeś telefonu od Miecia? CZACHA!

- Masz problem i chcesz skorzystać z wiedzy bardziej doświadczonego przełożonego? Cytat: "Google jest jak Bóg, znajdziesz tam wszystkie odpowiedzi.". To ja z szefem gadam, czy znowu na elektrodę wszedłem?

- Mieciu stwierdził, że załatwi nam książki, które na bank pomogą nam w pracy. Super! Z niecierpliwością czekamy na jakieś książki opisujące zaawansowane meandry języka, którego używamy. Dostajemy cztery pseudokołczingowe ścierwa a la "JESTEŚ ZWYCIĘZCĄ!" i poradnik podstaw języka. Super!

Było ciężko, ale jakoś wytrzymywaliśmy z męczącym szefuńciem. Nadszedł jednak dzień, w którym Mietek oznajmił nam, że zarząd jest niezadowolony i trzeba jak najszybciej napisać cały system od nowa, utrzymując w międzyczasie stary w jako takim porządku. Poza tym zagroził, że od teraz osoba z co najmniej pięcioma czaszkami może zapomnieć o premii, a delikwent z aż dziesięcioma czaszkami wyleci na zbity pysk. Postanowiliśmy przyśpieszyć trochę tę akcję i stara ekipa tego samego dnia złożyła wypowiedzenie.

Za kilka dni kończy nam się okres wypowiedzenia, a Mietek zostanie z czterema juniorami, którzy ledwo poruszają się po kodzie, zaczątkiem nowej aplikacji i dogorywającym trupem, który ledwo działa.

Powodzenia. :)

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 380 (382)

#82845

(PW) ·
| Do ulubionych
Jacy są ludzie.

Mam w firmie kilku magazynierów/dostawców, w tym Mareczka. Jest to osoba specyficzna, ale jednocześnie złota pod względem bycia pracownikiem.

Tj.:
- Nie biega co 15 minut na papierosa (niepalący).
- Szanuje towar firmy.
- Jego robota jest zawsze zrobiona i nie ma „opóźnień".
- Papierologia jest zawsze ok.
- Praktycznie chorobowego i dni wolnych nie brał.
W związku z tym jest bardzo nielubiany przez innych magazynierów.

W każdym razie wchodzę dziś do firmy i kilka kroków za portiernią widzę kierownika magazynu, trzymającego w ręku alkomat.

Co jest? Wyciągamy go, jak podejrzewamy, iż ktoś jest łyknięty w pracy.

J-Kto jest pod wpływem?
K-Mareczek.
J-Ile wydmuchał?
K-Jeszcze nic, ale chłopaki dali info, jak widzieli go koło 23 nawalonego i kupującego alkohol. Tak że od razu jak się pojawi, to go sprawdzę.

Kątem oka widzę kawałek dalej magazynierów prawie jak stado hien. I w tym momencie przypominam sobie, iż w czwartek podpisywałem 3-dniowy urlop Mareczka i będzie dopiero w czwartek.

Cóż, plan podpier... kolegi nie wyszedł. Ale wyszedł za to mój.

Pojechałem i kupiłem Alcoblow. Do odwołania każdy pracownik wchodzący na zakład ma dmuchać w alkomat. Magazynierzy podobno są bardzo wqr…ni.

ludzie

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 348 (350)

#80048

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem przewodnikiem muzealnym. Placówka jest dość specyficzna, stanowi ją nieczynny zakład przemysłowy. Ekspozycja to oryginalne wyposażenie, nie ma nowoczesnych "wodotrysków" pokroju multimedialnych gadżetów czy innych kącików dla dzieci.

Pewnego dnia sprzedawałem bilety i zbierałem grupę do wejścia. W pewnym momencie podszedł do mnie około czterdziestoletni mężczyzna.

- Dzień dobry. Czy tam w ogóle warto iść? Jest tam coś ciekawego?
- Kwestia gustu, proszę pana. Moim zdaniem miejsce warto poznać, aczkolwiek nie każdego interesuje akurat taka tematyka - odparłem. "Naganiaczem" ludzi nie jestem, staram się poważnie traktować klienta.
- A jest tam coś interesującego dla sześciolatka? Przyjechałem z żoną, jest z nami jeszcze Kacperek, nie ma kto z nim zostać.
- Nie mam nic przeciwko wzięciu ze sobą dziecka. Ale uczciwie uprzedzam, że dzieci najczęściej zaczynają się nudzić i hałasować. Miejsce jest szare i ciemne, łatwo się ubrudzić. W ciągu godziny zwiedzania trasy większość czasu poświęcona jest na słuchanie opowieści przewodnika.
- A bilety ile kosztują?
- 10 złotych dla jednej osoby.
- Hmm... To w sumie dziecka nie zainteresuje raczej. Proszę tylko dwa bilety w takim razie.
- Czyli zostawią państwo dziecko same sobie? - Poczułem się zaskoczony.
- Nie, Kacperek idzie z nami. Ale on się nie będzie interesował, więc jemu biletu kupować nie trzeba.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 311 (313)

#79682

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z pracy. Może mało piekielna, ale mnie wkurzyła.

Jakiś czas temu przeglądając papiery w pracy zauważyłem, że wkradł się dosyć pokaźny błąd w kwocie jednej faktury. Błąd na kilkadziesiąt tysięcy PLN. Normalnie pewnie bym na to nie wpadł, ale przed urlopem zajmowałem się tym zleceniem, a dzień przed moim wolnym przekazałem je mojej przełożonej. Z natury jeśli chodzi o takie coś to jestem perfekcjonistą więc wystarczyło tylko sprawę doprowadzić do końca, poprawnie wystawić fakturę i czekać na pieniądze.

Gdy zobaczyłem fakturę, zaczęło coś mi nie grać, bo kwota była dużo mniejsza niż ja ustalałem i zacząłem szperać w systemie jak to ostatecznie wyglądało. Po sprawdzeniu i podliczeniu wszystkiego okazało się, że kwota powinna być nawet wyższa niż ja ustaliłem, gdyż nastąpiły dosyć poważne zmiany. Po ponownym przeliczeniu i sprawdzeniu jeszcze raz korespondencji z tą firmą potwierdziło się moje pierwotne przypuszczenie. Piszę maila do przełożonej, że taka faktura na firmę X jest źle naliczona i że trzeba zrobić korektę. Dodatkowo załączam moje wyliczenia dlaczego mi tak wyszło.

W mailu zwrotnym dostaję informację, że wszystko jest dobrze, że mam się nie przejmować i że tak to zostawić. Napisałem, że w takim razie nie biorę odpowiedzialności jak dział kontroli wykaże, że miałem rację, na co dostałem odpowiedź że ok i że ona uważa, że nie ma żadnego problemu. Całą wymianę maili zachowałem sobie w razie czego. Zapytacie zatem gdzie piekielność?

Przedwczoraj dział kontroli wysmarował do nas maila, że kwota z umową i zamówieniem się nie zgadza i że chcą wyjaśnienia dlaczego tak jest. Ze swojej strony napisałem, że w dniu tym i tym zgłosiłem sprawę przełożonej, że jest tam błąd i zgodnie z zasadami naszej firmy załączyłem naszą konwersację na ten temat. Nie minęła godzina, a wpada do mnie przełożona i krzyczy, że chcę ją pogrążyć i zająć jej miejsce, że ja za ten błąd odpowiadam bo nie zauważyłem go wcześniej, że mam go wyjaśnić i że mi się jeszcze odpłaci za to, że tak robię jak tylko wróci z dywanu u prezesa.

Zostałem po prostu zjechany za to, że dobrze wykonuję swoją pracę i jestem dokładny.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 300 (302)

#83034

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to dzięki wczasom nad morzem dowiedziałam się, do czego służy pralka.

Na czas pobytu wynajęłam tzw. apartament. Apartamentem w ogłoszeniu jest nazywane wszystko, co ma oddzielnie wejście i aneks kuchenny. W miejscowości, do której jeżdżę, jest agencja, skupiająca właścicieli takich mieszkań. Załatwia się wszystko z pośrednikiem, właścicieli lokum nie ogląda się na oczy. No i wynajęłam dla rodziny taki cud za całkiem spore pieniądze.

W internecie wszystko wyglądało znośnie. Na żywo - no cóż - meble swoją młodość przeżyły jakieś 40 lat temu w Holandii, sprzęty podobnie. Dało się to wytrzymać, przy założeniu, że przyjechaliśmy nad morze, a nie na kwaterę.

Co ważne, w mieszkaniu była pralka. Przy dłuższym pobycie jest to dość wygodne, zwłaszcza jak jest się z dziećmi. Zdarzyło mi się zrobić kilka prań. Poza tym normalne korzystanie z łazienki.

Urlop się skończył, należność za pobyt uregulowana i po wakacjach zostały tylko wspomnienia. Nie do końca.

Kilka dni temu telefon. Pan się przedstawia jako właściciel mieszkania i wyskakuje z pretensjami, że rachunek za wodę dostał zbyt wysoki. To nasza wina, bo pewnie robiliśmy pranie i mamy dopłacić! Oczywiście że robiliśmy - nie zaprzeczam. Przecież jak jest pralka, to oczywiste, że można z niej skorzystać.

Właściciel natychmiast mi odpowiedział - pralka w apartamencie nie jest do prania, tylko do podniesienia standardu! Zapytałam, czy prysznic i sedes też były tylko do podniesienia standardu, bo też korzystaliśmy i może powinniśmy extra dopłacić i się rozłączyłam.

Czekam na kolejny telefon z informacją o rachunku za prąd, bo kuchenki też używałam.

Nad morzem

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 288 (290)