Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#77881

~Paralizator ·
| Do ulubionych
Czasami się zastanawiam, jak bardzo można "wyrzec się zasad moralnych dla osiągnięcia jakichś korzyści, zwłaszcza materialnych". Niestety, nie mogę użyć tego słowa, ale sama definicja powinna wystarczyć.

Teraz historia właściwa.

Zmarli rodzice mojej dziewczyny. Matka od dłuższego czasu chorowała, niestety walkę przegrała. Ojciec strasznie to przeżył i kilka dni później, dziewczyna idąc go obudzić, znalazła go martwego. Dostał zawału w nocy.

Wyobraźcie sobie teraz, jaki to jest potężny cios dla 19 letniej dziewczyny, stracić obojga rodziców w ciągu 2 tygodni.

Drugiego dnia po śmierci ojca, dostałem SMSa o treści "proszę, przyjedź jak najszybciej" Wystraszyłem się, w takiej sytuacji miałem już najgorsze przed oczami.

Pobiegłem do szefa, wytłumaczyłem jaka sytuacja, wyszedłem wcześniej z pracy i pojechałem.

Widok jaki zastałem na miejscu wyglądał tak:
Dziewczyna zapłakana siedziała na ziemi, a na fotelach i kanapie siedziała jej ciotka, wujek i kuzynka.

Na moje pytanie "co się stało" odpowiedział wujek "wyjdź stąd, to sprawy rodzinne, przybłęda niech się nie wpiernicza" z tym, że nie o pierniku tu mowa, a o dali.

Zignorowałem dziada i zapytałem dziewczyny co się stało. Jedyne co w tamtym momencie odpowiedziała to "Wyrzuć ich stąd, nie ważne jak, mają zniknąć na zawsze, nie chce ich widzieć" w płaczu.

Cóż, na początku spokojnie próbowałem ich wyprosić, skoro padła taka prośba, no ale na rodzince nic to nie robiło. Nadal miałem się nie wpierniczać. Rozmowa przybierała trochę na sile, padło sporo obraźliwych słów w moją stronę itp. No ale w końcu pogrożenie policją lub usunięciem siłą, jakoś przekonali się do wyjścia, jednocześnie odgrażając się w stronę dziewczyny, że sprawa nie jest zakończona i ma się szykować, bo oni nie będą czekać w nieskończoność.

Sytuacja jakoś się uspokoiła, dziewczyna też i jakoś od słowa do słowa przedstawiła mi całą sytuacje. Wyglądało to tak.

Rodzinka przyjechała. Dziewczyna myślała, że przyjechali pomóc w tych trudnych chwilach czy coś, ale nie. Nic z tych rzeczy.

Otóż, rodzinka stwierdziła, że skoro Kasia została teraz sama, to jej taki wielki dom nie jest potrzebny i oni z chęcią się zamienią na swoje 2 pokojowe mieszkanie, w którym mieszkają w 5 osób. To nawet nie była propozycja, tylko nakaz. Oni już mają wszystko ustalone i najlepiej jakby do niedzieli się wyniosła(tak, tego słowa użyli), bo będą mieć auto żeby przewieźć swoje graty.

Po odmowie zaczęli nie tylko naciskać na nią, ale nawet wyzywać od samolubnych bachorów, że ona nie wie jak im ciężko się żyje w tym małym mieszkaniu, że się jej w dupie poprzewracało od dobrobytu, że nie zna życia. Później kłamali w żywe oczy, że byli z jej rodzicami umówieni, że jak coś im się stanie to mogą się wprowadzić do Kasi, żeby ta nie była sama, a że jest pełnoletnia i im NIEPOTRZEBNA bo mają swoje dzieci to ma się wynieść. I że w ogóle powinna się cieszyć i być im wdzięczna, że oferują jej stare mieszkanie, bo mogliby sobie je sprzedać i Kasia by została na bruku.

Powiedzieli też, że oni choćby po trupach to jej ten dom wydrą, bo umowa na gębę jest wiążąca i oni pójdą do sądu, bo nikt im nie udowodni, że takiej umowy nie było.

To jeszcze nie koniec, na drugi dzień do Kasi przyjechali dziadkowie, wielce zdziwieni, że ona nie chce oddać wujostwu domu, bo po co jej samej taki duży. Przecież w mieszkaniu będzie miała lepiej i oni w ogóle nie rozumieją dlaczego się nie zgadza i że robi niepotrzebne zamieszanie w rodzinie. Powinna się zgodzić i już, a nie wymyślać.

Na pogrzebie ojca wujostwo jeszcze nastawiało przeciwko Kasi innych członków rodziny, że ona tak i owaka. Niektórzy się z nimi zgadzali. Na szczęście była tam jedna ciotka, siostra tego pseudo wujka i jedyna, która naprawdę interesowała się Kasią, prawdziwie jej pomagała itp. W żołnierskich słowach wytłumaczyła obecnej rodzince, co sądzi na ten temat i że jak jeszcze raz spróbują takich praktyk, to ona zrobi z nimi porządek. A jako, że ciotka jest z tych osób, przed którymi każdy w rodzinie czuje respekt, to jakoś sytuacja się uspokoiła.

Nie na długo. Tydzień po pogrzebie Kasia dostała telefon od babci, czy przestałą już wydziwiać, bo czas ucieka, a czym szybciej się wyniesie tym lepiej. Tutaj już nie wytrzymała. Wykrzyczała że mają się wszyscy pierniczyć i zostawić ją w spokoju.

Czasami się zastanawiam, jak nisko jeszcze może upaść istota zwana człowiekiem.

rodzina

Skomentuj (75) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 600 (608)

#78262

(PW) ·
| Do ulubionych
Taki tam cwaniaczek z OLX-a.

Znalazłem niedaleko ciekawy przedmiot za 15 zł. Sprzedający ma trzy warianty kolorystyczne: czarny, srebrny i biały. Każdy wystawiony oddzielnie w ogłoszeniu. Czarny za 15, srebrny za 15 i biały za 15. Interesuje mnie tylko biały. Treść ogłoszenia dokładnie precyzuje: sztuka białego 15 zł, do sprzedania 7 szt. Dzwonię, umawiam się, idę piechotą bo niedaleko.

Oglądam białego, wszystko ok, wyjmuję 15 zł i próbuję zapłacić.

Sprzedający jakiś taki zdziwiony:
-Co pan, biały jest w idealnym stanie, nowy kosztował 200 zł, za mniej niż niż 100 nie sprzedam.
-Przecież w ogłoszeniu była cena 15 zł za sztukę.
-No co pan? Przecież to prawie nowe, no za 90 sprzedam.
-W ogłoszeniu było 15 zł?
-Nie mam mowy, biały kosztuje 90.
-Przecież wystawił pan po 15 zł, a teraz nagle chce 90?
-Po 15 są srebrny i czarny, biały 90.

(Facet wiedział, że koniecznie potrzebuję białego, bo przez telefon mu powiedziałem).

-Ok, wezmę czarny, trysnę sobie sprayem za 20 na biało i
będzie ok.
-Ale czarny to też po 90, za czarnego też 200 zł dałem za nowego!
-Dobrze, poproszę w takim razie jakiegokolwiek z ogłoszenia za 15 zł.

-K...., idź pan w ch.., nic panu nie sprzedam, cwaniaczek się znalazł.

-Nawzajem, do widzenia.

Facet sprzedawał resztki wyposażenia sklepu, przedmioty te miały wartość około 10-50 zł (inne ogłoszenia). Z takim podejściem jakoś się nie dziwię, że sklep zamknął. Na szczęście nie musiałem daleko jechać...

OLX

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 299 (303)
Jestem kierowcą nie-zawodowym, ale dużo jeżdżę po Polsce, więc trochę historii już mi się uzbierało.

Droga nr 48 od Inowłódza do Tomaszowa przez Spałę - jedna z dróg dojazdowych do S8 i A1, więc jest tam trochę ruchu. Akurat powrót po świętach, natężenie ruchu jeszcze większe niż normalnie, ale udaje się płynnie jechać te 80 km/h za miastem... do czasu. Tuż za Spałą samochody przede mną zaczynają hamować, prędkość spada do 20-25 km/h. Myślałem że może jakiś wypadek. O nie!

Grupka rowerzystów postanowiła wybrać się na przejażdżkę, tworząc 5-6 osobową kolumnę. Nowe rowery warte pewnie więcej niż moje auto, firmowe ubranko - no zawodowcy. I w sumie nie byłoby historii gdyby nie jeden drobny szczegół - dosłownie 10 metrów od drogi zrobiono nową ścieżkę rowerową, jakieś 10 km długości. Zaczyna się przed Spałą, kończy w Tomaszowie. Szeroka, równa, dobrze zrobiona. Ale wiadomo, że lepiej jeździ się po ruchliwej drodze.
Na klaksony reagowali tylko rozkładając ręce.

(Od razu dodam, że droga rowerowa jest bardzo dobrze oznaczona i widoczna z drogi, plus ma masę wjazdów żeby nie przedzierać się przez krzaki).

polskie_drogi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (151)

#70331

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej pracy istnieje coś takiego jak kontrola.
Polega na tym, że człowiek od nas z firmy, do tego przeszkolony sprawdza stan kasy, zgodność ilości towaru z systemem, ale też porządek, ubiór pracowników... Ogólnie sprawdzić ma prawo wszystko, od tego czy zgadza się ilość kubeczków gadżetowych po aktualność plakatów na ścianach albo ważność gaśnic.

Kontrola, jako że przeprowadzana przez naszą firmę, nie musi być zapowiedziana. Po prostu wchodzi sobie facet, legitymuje się - pracownik zgłasza fakt gdzie trzeba i zaczyna się jazda.
Zdarza się, że kontrola sprawdzi tylko stan kasy i jeśli wszystko jest ok, to odpuszcza. Ale często jest tak, że patrzy dosłownie na pierdoły.
Wynik końcowy dostaje bezpośredni przełożony i dyrektor, razem z informacją co było źle w razie jeśli było.

Ostatnio dziewczyna dostała wynik kontroli negatywny, a kontroler nie ujął w raporcie przyczyny. Wiadomo jaki to generuje stres.
Po wyjaśnieniu okazało się że... brakło dwóch firmowych długopisów (tak, takich z nazwą firmy REKLAMOWYCH które leżą na biurku). Kontrolera nie interesował fakt, że może po prostu klient zabrał przy podpisywaniu umowy, a pracownik nie zauważył i nie odznaczył - co każdemu chyba się zdarza, z rozpędu schować do torby.
Najgorsze w tym jest to, że zasady w firmie mówią jasno - dwie negatywne kontrole i pogadasz sobie z kimś "wyżej" o swoim losie w firmie.

Żałosne, że w takim przypadku u dziewczyny pojawił się brak w kasie do uzupełnienia z własnej kieszeni, na zawrotną kwotę 28 groszy za zaginione długopisy.

Praca

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 446 (452)
Pracowałam jako wychowawca kolonijny. Całe szczęście, że moim celem w tej pracy nie były pieniądze – bo one akurat są śmieszne (dostawałam około 650 złotych za 10-dniowy turnus, w czasie którego w teorii odpowiadałam za dzieciaki 24 godziny na dobę). Miałam (bardzo głupie) wyobrażenie, że praca z dzieciakami podczas wakacji, oprócz tego, że wymagająca, jest również fajna i pozwoli mi trochę odpocząć od miasta i nauki.

Łącznie przeżyłam 4 turnusy i po ostatnim powiedziałam – nigdy więcej. Dlaczego? Z wielu powodów, choć chyba najważniejszym są rodzice:

1) Zadaniem kadry podczas kolonii jest opieka na dziećmi. To oczywiste. Jednak rodzice wysyłają dziecko na wyjazd, muszą zdawać sobie sprawę z tego, że do pewnego stopnia dzieciak będzie musiał być samodzielny. Mimo to, rodzice nadal oczekują, że opiekun poświęci jego dziecku całą swoją uwagę.

Miałam w grupie bardzo fajnego, rozsądnego dzieciaczka. W czasie zajęć podszedł do mnie i powiedział, że źle się czuje – boli go brzuch. Mieliśmy wtedy falę zatruć pokarmowych na wyjeździe, więc nie była to szczególnie zaskakująca wiadomość. Zostawiłam grupę pod opieką koleżanki-wychowawczyni i zgarnęłam Młodego do pielęgniarki. Ta postawiła straszliwą diagnozę – to sraczka. Młody zaprowadzony do domku, w dobrym humorze, żartował z sytuacji i zapewnił, że sobie poradzi. Poprosiłam innego wychowawcę, który miał zajęcia parę metrów przed jego domkiem, żeby co jakiś czas do niego zajrzał i wróciłam do swojej grupy. Po skończeniu zajęć, czyli za jakąś godzinę, poszłam sprawdzić, co u niego słychać.

Wieczorem dzwoni matka. „Czemu moje dziecko zostało samo, jak było chore i cierpiące? To brak opieki, wezwę policję, naślę kuratorium, pozwę wszystkich za niedopełnienie obowiązków”. Rozumiem, że matka, kiedy jej dwunastoletni syn ma problemy żołądkowe, spędza z nim cały czas, kiedy biedny siedzi na toalecie i trzyma go za rękę? Rozumiem również, że inne dzieci mają nie realizować programu, bo jej syn ma sraczkę?

2) Z doświadczenia pamiętam, że jak zaczęłam wyjeżdżać na wyjazdy do miejsc, gdzie były również osoby sprzątające, naszą ulubioną historią było, jak to „panie sprzątaczki mnie okradły”. Pojawiała się ona zawsze, kiedy ktoś nie mógł czegoś znaleźć. Z doświadczenia pamiętam, że moi rodzice, a także rodzice moich znajomych, szybko nas ochrzaniali, kazali posprzątać pokój, nie oskarżać ciężko pracujących ludzi, a wszystko się znajdzie. Zaskakująco – mieli rację, a cała sytuacja była ważną lekcją o tym, że trzeba szanować innych i ich pracę. Tak było kiedyś.

Obecnie – wyjazd zimowy, siłą rzeczy pozwalaliśmy dzieciakom mieć odrobinę większy bałagan niż zwykle – ich rzeczy musiały się przecież gdzieś wysuszyć. Dostaję telefon od oburzonej mamy: „Moja córka powiedziała mi, że sprzątaczki ją okradły. Bardzo proszę, żeby przekonała pani sprzątaczki, żeby ruszyło je sumienie i oddały, co ukradły”.

Nie powiem, byłam bardzo zdziwiona, dziewczynka nie zgłaszała, że cokolwiek zgubiła. Ale zdecydowanie nie zamierzałam iść i prosić przemiłych pań sprzątających o oddanie czegokolwiek. Za to poszłam do pokoju dziewczynek i, wygodnie siedząc na krześle, poprosiłam, aby wyciągały swoje rzeczy z szuflad i układały je na boku. Zupełnie zaskakująco dla nich zagubiony zegarek odnalazł się w jednej z szuflad. Jak się okazało, dziewczynki nie podjęły nawet próby znalezienia zegarka. Ani córka, ani matka nie przeprosiły.

3) Jedna z dziewczynek miała tendencję do wpadania w histerię bez powodu. Podczas zajęć plastycznych pomyśleliśmy, że dla dzieciaków miłe będzie wysłanie swoich prac plastycznych rodzicom pocztą. Wspomnianej dziewczynce tak bardzo nie spodobał się ten pomysł, że zaczęła płakać, histeryzować i zupełnie nie dała się uspokoić. Mówienie, że skoro nie chce wysyłać, to nie musi tego robić, nie pomagało.

W stanie histerii Młoda zadzwoniła do matki, a matka do nas. Dowiedzieliśmy się, że znęcamy się nad dziećmi, wyzywamy i bijemy je (!) i ona już zaraz wzywa do nas policję. Na szczęście nigdy tego nie zrobiła, ale udało się jej całkiem solidnie nas zwyzywać.

Rozumiem, że rodzic powinien wierzyć swojemu dziecku, szczególnie, kiedy mówi, że dzieje mu się krzywda, ale być może zanim zacznie się obrażać innych ludzi, może warto spróbować wyjaśnić, jak naprawdę sytuacja wyglądała? Szczególnie, jeżeli dziecko ma skłonności do dramatyzowania.

4) Zawsze wydawało mi się, że oprócz tego, że wychowawcy mają opiekować się dziećmi, mogą mieć odrobinę luźniejszą, może trochę koleżeńską relację z wychowankami. W końcu kolonie to nie szkoła, jako wychowawca muszę dbać o bezpieczeństwo dzieci, ale też o to, żeby dobrze się bawiły.

Sjesta poobiednia. Czas dla instruktorów, żeby chwilę odpocząć, przygotować następne zajęcia. Dzieciak puka ze skargą, jest potraktowany poważnie. Ten sam dzieciak przychodzi kolejny i kolejny raz z coraz to nowymi problemami. Widać, że zaczął traktować to jak żart. Jego skargi stały się coraz bardziej absurdalne i wymyślone. Widać było, że robi to wyłącznie dlatego, że się nudzi, ale mimo próśb, nie chce przestać. W końcu jedna z wychowawczyń z uśmiechem i wyraźnym żartem powiedziała: „Jeśli jeszcze raz przyjdziesz, to wyrzucę cię przez balkon”. Dzieciak się roześmiał, ona się roześmiała, wszyscy myśleli, że problem rozwiązał się w miłej atmosferze.

Chwilę później dzwoni matka do szefa całego biura podróży: „Grożą mojemu dziecku, znęcają się nad nim, wzywam na kolonię prokuratora”. Prokurator nigdy nie przyjechał, koleżanka miała polecone, żeby więcej nie odzywała się do tego dziecka.

5) Program. Rozumiem, że wielu rodziców może uważać, że paintball / zorbing / quady / parki linowe / nocne wyjście do lasu / dowolna inna aktywność jest zbyt niebezpieczna dla ich dziecka. Ale pretensje do wychowawcy, że pozwolił dziecku na taką aktywność, wydają się być lekko niesprawiedliwe, kiedy program wyjazdu, zaprezentowany rodzicowi przed zakupem wyjazdu, dokładnie mówi, że tego typu aktywność jest dla dzieci przewidziana, a on w żaden sposób nie zaznaczył wcześniej, że nie chce, żeby jego dziecko w niej uczestniczyło.

6) Karta obozowa. Tak wielu rodzicom nie chce się jej dokładnie wypełnić, że w dużym stopniu przestała mieć jakąś wartość dla wychowawcy. Dla wyjaśnienia, wychowawcy przed zajęciami przeglądają karty i patrzą, czy muszą szczególnie uważać na jakieś dziecko. Dodatkowo mogą w razie potrzeby zweryfikować informację podaną im przez dziecko w karcie. Więc jeśli ośmiolatek mówi: „Jestem uczulony na mleko”, to można od razu zweryfikować, czy po prostu nie lubi czegoś i nie chce tego jeść, czy trzeba uważać, żeby aby na pewno nie zjadł niczego z mlekiem, patrząc do karty. Jednak w tym momencie karty są tak niestarannie wypełniane, że praktycznie trzeba z każdą głupotą dzwonić do rodziców i weryfikować informacje.

Jeszcze gorszą opcją jest kiedy rodzice świadomie nie podają schorzeń dziecka, z obawy, że nie zostanie przyjęte na wyjazd. Miałam kiedyś w grupie dzieciaka z wadą serca, który w teorii powinien unikać każdej aktywności fizycznej. Nie miał tego wpisanego w karcie, rodzice w żaden inny sposób nie przekazali tej informacji, on sam się wstydził i nic nie powiedział mnie albo pielęgniarce podczas kontroli.

Którejś nocy chłopcy hałasowali po ciszy nocnej i wyraźnie mieli za dużo energii. Więc zgarnęłam ich i stwierdziłam, żeby w ramach wytracenia nadmiaru energii pobiegali chwilę naokoło boiska – dla osoby zdrowiej mniej więcej tyle, żeby lekko się zmęczyli. Dla osoby chorej natomiast mogło się to skończyć tragicznie. Dzieciak dopiero po 10 minutach powiedział, że w sumie to on nie powinien biegać.

Skończyło się dobrze, dzieciak nie miał żadnych problemów ze zdrowiem przez to, ale świadomość, że ja odpowiadam za te dzieciaki prawnie była przytłaczająca.

I teraz mała uwaga z perspektywy wychowawcy. Mamy pod opieką paręnaście dzieciaków i robimy wszystko, żeby były bezpieczne i zadowolone z wyjazdu. Jednak nie możemy być w paru miejscach na raz i z każdym dzieckiem przez całą dobę – przecież musimy też spać, myć się, zajmować się formalnościami itd. Oznacza to, że jeśli dziecko bardzo chce oszukać wychowawcę, to prawdopodobnie mu się to uda. Dlatego też jeżeli nie ufasz swojemu dziecku, że będzie rozsądne i nie będzie chciało zrobić niczego głupiego, to proszę, dla dobra wszystkich, nie puszczaj go na kolonie.

kolonie

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (144)

#70482

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygoda kolegi, też listonosza.
Kowalski złożył skargę. Nie dostaje ani awiz ani listów. Nic.
Po wyjaśnieniu z kolegą Jankiem, skarga odrzucona.
Jakiś czas później Janek wrzuca listy do skrzynki. Wchodzi Kowalski, otwiera skrzynkę, wyjmuje całą garścią zawartość (głównie ulotki, gazetki sklepów itp.) i rzuca na skrzynkę.
- Hola hola Kowalski, a nie przejrzy pan?
Po czym Janek bierze cały stosik makulatury i spomiędzy wyciąga korespondencję do Kowalskiego.

Tak. Gość nie przeglądał tego co ma w skrzynce tylko od razu wyrzucał. A potem złożył skargę na listonosza, że ten nie doręcza mu korespondencji.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 566 (574)

#79907

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadę szeroką, prostą drogą dla rowerów. Środek dnia, piękna pogoda, widać mnie z kilkuset metrów.

Wtem prawie taranuje mnie staruszek, wjeżdżający na ścieżkę z prostopadłego do niej chodnika. Padło wiele niecenzuralnych słów o mnie, mojej jeździe, wieku oraz nazwa najbliższego szpitala psychiatrycznego.

Tłumaczę, że włączał się do ruchu, z chodnika, miał mnie po prawej, na 120% miałam pierwszeństwo.

"To twoja wina, to ty powinnaś patrzeć, czy ci ktoś nie chce wjechać i ustąpić!”.

Patrzyłam, tylko dzięki temu zdążyłam zahamować, ale takiej wersji przepisów nie znałam. :D

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (143)

#71128

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszły piątek jadąc busem zauważyłam, że pani siedzącej w sąsiednim rzędzie siedzeń spadł telefon na podłogę. Z racji, że owa pani ucięła sobie drzemkę, lekko potrząsnęłam jej ramię. Gdy się ocknęła wywiązał się między nami taki dialog:
[j]-ja [k]-kobieta

[j]-Przepraszam, wypadł pani telefon
[k]-Co? Jak to?
[j]-Leży na podłodze pod pani siedzeniem.
[k]-No tak, leży! I co? Chciałoby się gówniarze znaleźne? Hehe, nie ze mną takie numery. A może jeszcze mam ci teraz dziękować na kolanach? Zajmij się lepiej sobą, a nie wtrącaj się w nie swoje sprawy!

Od dalszej wymiany zdań uratował mnie fakt, że właśnie musiałam wysiąść na moim przystanku. Nie wiem czego się spodziewałam... Może zwykłego dziękuję?

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 563 (571)

#74449

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z czasów, gdy pracowałem w ASO pewnej francuskiej marki.

Otóż przyjechał klient, znany mi już z wcześniejszych napraw, kilka aut mieli, więc dość regularnie przyjeżdżali.
Samochód innej marki niż obsługujemy, ale czego się nie robi dla dobrego klienta.

Zlecenie wystawione, zakres napraw (rozrząd + amortyzatory przednie, łożyska kół przednich, jakieś elementy zawieszenia z przodu, tarcze i klocki), termin i koszty ustalone (ok. 6000 zł).

Po naprawie samochodu telefon, odbiór, jak zwykle FV przelewowa i... klient zniknął... Wcześniej kilkanaście grubych napraw wykonane, zawsze przelew w terminie, a teraz nic, zero telefonów, zero kontaktu...
Standardowa procedura, kancelaria, komornik itp., wiadomo ile to trwa.

I tak minęły sobie 3 miesiące od tego zdarzenia, gdy wspomniane auto wjeżdża na plac. Jak się okazało, pracownik tejże firmy przyjechał na przegląd klimy, chyba zapominając o długu.
Szybko auto wylądowało na podnośniku, ja poprosiłem pracownika, żeby zadzwonił do swojego szefa, bo mojego telefonu oczywiście nie odbierał.
Wyjaśniłem, że samochód oddamy, jak przywiezie gotówkę za poprzednią naprawę.
Gość oznajmił, że za pół godziny jest z policją i mamy oddać samochód. Zaprosiłem pana.

Dla niewtajemniczonych, zgodnie z prawem musimy oddać samochód właścicielowi, nawet jeśli nie zapłacił za usługę, a swojego możemy dochodzić potem w sądzie.

Ale... na zleceniu w momencie przyjęcia samochodu jest informacja "Do momentu całkowitej zapłaty zamontowane części stanowią własność warsztatu".

I tak też kazałem zrobić mechanikom, zdjąć to co zmienialiśmy.
A samochód wystawiliśmy na plac na wózku (bez kół, części zawieszenia, hamulców, amorków i bez rozrządu).
Oczywiście gość przyjechał wraz z policją i awantura, co my zrobiliśmy z jego samochodem.

Pokazałem zlecenie mundurowym, podpisane przez klienta, powiedzieli, że mam rację i nic im do tego, po prostu zdemontowaliśmy naszą własność.

Wściekłość gościa sięgnęła zenitu, gdy poinformowałem go, że ponowny montaż części jest na jego koszt.

Zapowietrzył się i zapłacił, prawie 9000 zł.

Uprzedzając komentarze, których i tak nie mam czasu czytać: jego firma nie była w dołku, nie miała problemów, jak się okazało, że samochód jest mocno potrzebny (miał na sobie dość specjalistyczną zabudowę), to wyjął dosłownie z kieszenie plik banknotów i zapłacił.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 422 (428)

#85263

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #85262 przypomniała mi moją, niejako potwierdzającą, ale i przeczącą teorii "nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi".

Piekielna byłam ja, przyznaję, ale również "szkoła".

W pewnej znanej szkole policealnej robiłam technika administracji. Mimo, iż zdałam egzamin państwowy najlepiej ze szkoły, z pięknym wynikiem 99%, problem był z otrzymaniem dyplomu i świadectwa. Dlaczego - ot 2 lub nawet 3 miesiące po zakończeniu nauczania i napisaniu egzaminu potwierdzającego kwalifikację, w dniu ogłoszenia wyników, w którym można było również odebrać dyplom, szkoła doznała oświecenia, że nie ma moich praktyk.

Rozmowa z paniami z sekretariatu nie przyniosła efektów, więc udałam się na rozmowę z panią dyrektor. Jaka była moja radość, gdy okazało się, że to ta sama, której osobiście wręczałam dokumenty praktyk. O ja głupia. Dyrektorka w żywe oczy kłamie, że nie ma tych dokumentów. Ba! Nawet posuwa się do oskarżeń, że ja kłamię, że je składałam. Cóż, emocje nas obie poniosły, krzyki zwabiły drugą dyrektorkę z gabinetu obok. Tłumaczę jej sytuację, a nawet przypominam, że to właśnie do niej pierwsza pani dyrektor poszła się upewnić, czy tak wypełniony MÓJ dziennik może być, bo miała jakieś wątpliwości. Pierwsza przerywa mi non stop, że kłamię, że niemożliwe, a tu nagle nieśmiało druga wtrąca:
- No tak, było coś takiego.

Dalszej rozmowy nie ma co przytaczać, summa summarum przeprosin od pierwszej dyrektorki za zarzucanie mi kłamstwa nie otrzymałam, od szkoły za zgubienie praktyk również. Dokumenty, po kolejnej batalii, dostałam ponad miesiąc później. (Szkoła powiedziała, że trzeba złożyć wniosek do kuratorium o nowe świadectwo, dyplom etc., uparłam się, że skoro oni to zawalili, to mają to załatwić, bo ja do kuratorium owszem pójdę ale w celu złożenia skargi).

Na jakiś czas się na szkołę obraziłam, w innej zaczęłam inny kierunek. Niestety szkoła mi nie spasowała i z bólem serca wróciłam do "nieszczęsnej" szkoły na 3 semestr (kierunek trwał 4). Niestety praca, wesele i inne obowiązki zmusiły mnie do decyzji "zawieszenia" edukacji. Idąc doświadczeniem, mimo zapewnień sekretarek, że dokumenty będą w systemie, poszłam z prośbą o zrobienie kserokopii zaliczenia 3 semestru. Dostałam piękne podanie do wypełnienia, no to jazda. Gdy doszłam do pola "cel wydania kserokopii", grzecznie wpisałam "w celach osobistych".

Myślałam, że to było grzecznie, ale sekretarki mnie bardzo szybko wyprowadziły z błędu.
"Co to ma być cel osobisty, to nie jest odpowiedź na pytanie, mam tu napisać po co, ile ja mam lat i jak wypełniam ważne dokumenty itp... Nie dość, że zawracam głowę z pierdołami, one mi przysługę robią, bo to szkoły dokumenty, to jak ja wypełniam wnioski".

Patrzę na babki jak na wariatki, o co ta furia i odpowiadam, że po pierwsze dokumenty nie są wyłącznie szkoły, a ja do ich kopii mam pełne prawo, a po drugie już się przekonałam, że w tej ważnej, poważnej szkole jest taki burdel, że je gubią i nie chciałabym powtarzać niepotrzebnie 3 semestru. Troszkę spuściły z tonu, ale nie odpuściły i uparcie kazały wpisać cel wydania kopii. Cóż skoro "osobisty" był niepoważny, wpisałam:

"W celu oprawienia kserokopii zaliczenia 3 semestru w różową ramkę i powieszenia na ścianie."

Nie czekając aż przeczytają, wyszłam z sekretariatu. Cóż, ta odpowiedź okazała się zdecydowanie lepsza, bo 2 tygodnie później kopie dokumentów były gotowe.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (142)