Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#81457

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam dziadka. Dziadek ma działkę i nadmiar wolnego czasu. Efektem tego na działce ma m.in. drzewka owocowe. Drzewo jak to drzewo - jest wyższe nieco od krzaka, do jego obsługi potrzebna jest więc drabina. I miał mój dziadek taką, używał jej od lat 70'. Drzewo jednak ma to do siebie, że rośnie - w przeciwieństwie do drabiny.

No i przychodzi któregoś dnia (jesienią) dziadek na obiad i kuśtyka. Mama zaczęła więc go przesłuchiwać i po 15 minutach zadawania krzyżowych pytań i wysłuchiwania wymijających odpowiedzi dowiedziała się prawdy:

(teraz proszę usiąść i złapać się za głowę)

Drabina była za krótka, więc dziadek dosztukował do niej dwie listewki (całkiem dobre listewki, które ktoś zupełnie głupio wywalił na śmietnik), przy pomocy sznurka (takiego konopnego, co tam w szufladzie leżał) i tak tej drabiny używał. Ale chyba związał za lekko, bo ja stanął na górze tej drabiny, to to łączenie się rozwiązało, drabina poleciała, a dziadek został uczepiony gałęzi. I tak wisiał. Póki nie spadł. A jak spadł, to teraz kuśtyka.

Po tym jak pierwsza fala żywej reakcji mojej mamy przeszła, a środki uspokajające zaczęły działać i mój wujek przestał w krótkich, żołnierskich słowach wyrażać swoją opinię nt. drabin, wiśni i jabłonek, doszliśmy wszyscy do porozumienia.

Ojciec pojedzie z dziadkiem na pogotowie zobaczyć, czy NA PEWNO nic mu się nie stało, a ja kupię mu drabinę.

Żeby było ciekawiej - faktycznie dziadkowi nic się nie stało, tylko się potłukł.

No to kupiłam - aluminiową, lekką (tak, że mogłam ją nieść jedną ręką), składającą się z trzech elementów, które można było dowolnie zestawiać, z zapięciami, żeby jak się te elementy zestawi, to konstrukcja była stabilna.

Pojechałam też na działkę i zabrałam starą drabinę z przywiązaną jedną listewką boazeryjną. I wszystkim nam się wydawało, że sprawa drabiny jest załatwiona. Do wczoraj.

…(werble)...

Jako że jestem jedyną osobą, która ma auto terenowe w rodzinie, oddelegowano mnie do odebrania dziadka z działki. Dziadek tam sobie chodzi pieszo.

No i ja przyjeżdżam i patrzę co dziadek robi - a on przycina drzewka. Stojąc na drabinie. Nie - nie na drabinie - na 1/3 drabiny aluminiowej, przedłużonej przywiązanymi do niej jakimiś patykami.

Powtórzyłam sobie trzy razy, że jestem białą lilią spokoju na falującej tafli urfa jeziora spokoju i pytam się go, co robi.

No drzewa przycina, bo już czas. No to widzę, ale dlaczego na 1/3 drabiny? Dlaczego sobie nie zestawił dziadzio dwóch elementów i nie zabezpieczył ich na te zapięcia, jak dziadziowi pokazałam? Tylko tak sztucznie drabinę przedłuża.

No bo:

- 1/3 drabiny jest w garażu. Dziadzio sobie nią wychodzi na dach garażu i zamiata. Ten dach garażu. Żeby był czysty.
- 1/3 drabiny jest w mieszkaniu. Bo dziadziowi wygodniej wyciągać rzeczy z szafek niż ze stołka. Dziadzio zabezpieczył górę drabiny dwiema skarpetkami, żeby nie porysować mebli na wysoki połysk, o które opiera 1/3 drabiny.
- no i 1/3 jest na działce, ale jest za krótka, żeby z niej obsługiwać drzewa, to se dziadzio dosztukował na długość.

!

A komórkę trzyma w domu w krysztale, bo nie chce żeby go inwigilowali. No i co z tego, że jak spadnie, to umrze. To będzie spokój.

I gadaj tu z nim.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 314 (318)

#83476

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna głupota. Chyba tak.

Pracuję. Razem ze mną pracował młody kolega. Ma dwadzieścia parę lat i postawę roszczeniową.

Pracował. A wiecie dlaczego?

Mieliśmy sobotnie nadgodziny. Oprócz płacy dostaliśmy gadżety elektroniczne, słodycze i piwo. Przy czym, było wyraźnie powiedziane, że piwa można wziąć, ile się chce, ale kilka razy powtórzono, że alkohol jest do konsumpcji po pracy.

A kolega? Kolega otworzył piwo przy biurku, napił się z koleżanką w obecności przełożonego, a filmik z tego zdarzenia opublikował na Facebooku. Do teraz ma pretensje, że go wyrzucono z pracy.

Edit: tak, koleżanka też wyleciała, ale ona nic nie publikowała na Facebooku, więc głupota jakby mniej piekielna.

call_center

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (158)

#83387

(PW) ·
| Do ulubionych
Mglisty poranek, niektórzy już czują weekend, byle szybciej do pracy, a potem jeszcze szybciej wyjść z niej.
Ulica nieco wąska, korek na tej ulicy w godzinach szczytu jest codzienną "radością" z podróżowania tą przelotówką, ale dzisiaj sięgnął prawie dwóch kilometrów.

Pierwsza myśl, że kolizja, wypadek, nawet jeśli sygnalizacja świetlna nawaliła na skrzyżowaniu to nie było tak zakorkowane. Po doturlaniu się do skrzyżowania okazało się, że pani samochód odmówił posłuszeństwa, sama nie miała siły zepchnąć go i czekała na lawetę. Korek wziął się stąd, że aby ją ominąć trzeba zjechać na przeciwny pas ruchu, a przy natężeniu ruchu jakie jest w tym miejscu jest to dość trudne. Do skrzyżowania od momentu zatoru jechałem ok 20 minut, nikt pani nie pomógł, dopiero ja i dwójka nastolatków zepchnęliśmy samochód na chodnik. Wracając do samochodu komentarz wymijającego kierowcy:

- Gdzie chu.u parkujesz. Życie utrudniasz kuta.e.

Człowiek chce być pomocny, to takie kwiatki go spotykają.

droga

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (158)

#78286

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój tata jest właścicielem kilku sklepów spożywczych samoobsługowych. W jednym z nich przebywa na co dzień. Sklep znajduje się na osiedlu, gdzie większość mieszkańców to emeryci, toteż stanowią oni też gros klienteli sklepu. Tata ma monitoring w sklepie i w wolnych chwilach, gdy nie zajmuje się papierami, ogląda nagrania live z monitoringu i patrzy, co się dzieje w sklepie. Dzięki temu jest w stanie wychwycić wiele prób kradzieży i na nie zareagować, bo niestety sklep jest za mały by opłacało mu się wynająć ochroniarza, a bramek przy wyjściu również nie ma.

Ze względu na typ klienteli raczej nie dziwi fakt, że większość złodziei to emeryci, natomiast tatę przeraża fakt, jak przebiegli są w swoich działach, a co najważniejsze, jak reagują, kiedy się ich przyłapie.

Dla przykładu: klientka na stanowisku mięsnym bierze dwa kurczaki, do tego jakąś kiełbasę i wędlinę. W drodze do kasy, pomiędzy alejkami, wkłada do koszyka, który trzyma na przedramieniu, jednego kurczaka, a całą resztę pakuje do torby, którą ma na tym samym przedramieniu. Potem przy kasie, wykłada na taśmę jedynie tego jednego kurczaka. Z tego powodu ojciec wprowadził zaznaczanie na pakunkach z mięsem, ile sztuk pakunków powinno zostać skasowane przy kasie głównej, co jednak nie odstrasza kolejnych amatorów kradzieży. Przy kasie rżną głupa i albo udają, że ekspedientka na mięsnym się pomyliła i źle im zaznaczyła, a po naleganiach kasjerki w końcu wyciągają pozostałe rzeczy, mrucząc pod nosem, że o kilka złotych jest awantura. Tata mówi też, że towarem, który najczęściej emeryci kradną jest masło - jest małe i łatwo je schować.

Co najgorsze, są osoby, które angażują w to młodsze pokolenie - zachęcają swoje wnuczki, by schowali do kieszonki, czy torebki batonika albo to właśnie nieszczęsne masło i potem udają, że dzieci same sobie wzięły - podczas, gdy na nagraniu z monitoringu jednoznacznie widać, jak przedsiębiorcza babcia, czy dziadek pakują takiemu dzieciakowi do wózka fanty.

Tata jak tylko zauważy, że taka osoba próbuje wyjść ze sklepu bez płacenia za schowane rzeczy, wychodzi na halę, zaprasza taką osobę do swojego biura i pokazuje nagranie. Niektórzy przyłapani zaczynają płakać, prosić, by tata nie wzywał policji, oddają skradzione fanty i wychodzą, uprzedzeni przez tatę, by więcej nie przychodzili do tego sklepu. Są tacy jednak, którzy reagują agresywnie, a co najgorsze roszczeniowo w stosunku do mojego ojca i atakują: "a co panu ubędzie, jak wezmę sobie to masło? przecież to tylko jedno!", albo "o, za 5 zł będzie biednego starego człowieka ścigać!". Najgorszy typ to "mnie się należy". Wychodzą z założenia, że mój ojciec jako człowiek bogaty (bo ma sklep) może wspomóc ich - biednych. Często też wyzywają mojego ojca od niewdzięcznych gówniarzy (tata ma prawie 60 lat...), bo oni to za PRL to to czy tamto, a on im nie może podarować kilku groszy.

Mój tata ma takie podejście, że jeśli przyjdzie do niego ktoś potrzebujący (personel sklepu jest miejscowy, więc tata mniej więcej wie kto jest kim z bardziej stałych klientów), to nie widzi powodu, by nie dać kilku podstawowych produktów za darmo - pod warunkiem, że taka osoba uczciwie poprosi i nie będzie nadużywać jego dobroci. Natomiast ludzie, którzy uważają, że mają prawo oskubywać go z jego ciężko zarobionych pieniędzy, bo oni nie mają - sorry, mój tata nie jest pomocą społeczną ani Robin Hoodem, jeżeli ma kogoś wspomóc swoimi pieniędzmi to zrobi to tylko i wyłącznie jeśli sam będzie tego chciał.

P.S. Oczywiście, żeby uniknąć niedopowiedzeń dodam, że z tymi bezczelnymi tata się nie patyczkuje i od razu wzywa policję. Natomiast jeśli ktoś ze łzami w oczach go błaga, żeby policji nie wzywał, a przedmiotem kradzieży jest dajmy na to produkt za mniej niż 10 zł, to tata już woli taką osobę puścić.

sklepy

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 311 (315)

#75099

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika laborantki.
Uwaga, będzie trochę niesmacznie.

Tak, zdaję sobie sprawę, że słoiczki na badania moczu nie są zbyt szczelne, że trudno je prosto zakręcić i koszmarnie ciekną w transporcie, dlatego nigdy nie narzekam, jeśli komuś się rozchlapie, ale też stykając się z tym kilka/naście razy dziennie naprawdę wiem co zrobić i takie, a nie inne polecenia wydaję bynajmniej nie dla zabawy.

Przychodzi [P]an w średnim wieku, wyciąga pudełko z siatki foliowej, w siatce potop, z pudełka leci ciurkiem.
Ja - Poproszę ten słoiczek nad zlew, bo widzę, że pociekło.
P - Ale ja mam nieopisany. (Wyciąga rękę ze słoikiem w moją stronę)
J - Dobrze, zaraz się tym zajmiemy, ale na razie proszę postawić na zlew, bo cieknie na podłogę. (Zlew na wyciągniecie ręki).
P - Ale ja mam nieopisany! (Podaje mi jeszcze bliżej, odsuwam się, żeby nie zostać oblana - siedzę twarzą w twarz z pacjentem, nie mam przed sobą biurka itd).
J - Proszę odstawić, ja podpiszę. (Nieco głośniej i wyraźniej; może niedosłyszy, może zestresowany, że zaraz będzie miał pobieraną krew nie do końca "kontaktuje").
P - Ale ja mam NIEOPISANY! (Podepchnął mi gwałtownie pod nos, nie przesadzam, 20-30cm od twarzy, zawartość ciur ciur ciur na moje spodnie.

No nie ukrywam, poziomy mojej cierpliwości gwałtownie się zmniejszyły.
J - (stanowczo, wskazując kierunek otwartą dłonią) Proszę odstawić słoik na zlew. Cieknie i właśnie mnie pan oblał.
P - Toż mówię pani, że nieoznaczony mam.
Co pani taka drażliwa, wielka mi afera!
J - A pan lubi być oblany czyimś moczem?
P - Jak się pani brzydzi, to nie powinna pani tu pracować!

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 619 (627)

#85508

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieliśmy w pracy kontrolę z Inspekcji Pracy.
Biuro w stanie naturalnym, czyli 17 osób na małej przestrzeni, 4 osoby bez swojego stanowiska tj. biurek oraz pełno kartonów z dokumentami, których nie ma już gdzie upychać, bo każda wolna przestrzeń zajęta jest przez inne kartony lub segregatory.
Wiele razy upominaliśmy szefów o biurka, o właściwe doświetlenie biura, o wynajęcie archiwum, aby wszystkie szpargały wynieść. Cały czas słyszeliśmy, że to problem tymczasowy, bo już za X (wstaw dowolną ilość miesięcy) będziemy się przenosić do nowego biura. I tak przynajmniej od pół roku.

Jak się domyślacie, kontrola nie przeszła pozytywnie. Tydzień na poprawki całej listy zastrzeżeń.

Co na to szefowie? Zrozumieli swoje błędy? Nie.

Wezwali mnie na dywanik, jako ich asystentkę i zganili za to, że gdy weszła inspekcja, a ich nie było, nie pokierowałam zespołem i kolejno:
- nie wynieśliśmy dokumentów (bo nie ma gdzie, chyba że na dwór);
- nie wysłałam ludzi w teren, żeby w biurze było mniej osób;
- cały zespół nie popisał się bystrością, bo nie zrobił nic, aby biuro odgracić, wynieść zalegające śmieci i prywatne worki z ubraniami kierowników;
- nie odesłałam osób bez biurek (w tym siebie) na miejsca bardziej dostosowane, bądź w teren (bo nie ma gdzie);
- na moje słowa, że tak normalnie funkcjonujemy, starali się zaprzeczyć, bo przecież "to nie jest normalny stan biura!"

Nie dotarło do nich, że nim kobieta usiadła w ich gabinecie i zaczęła przeglądać dokumenty, obeszła całe biuro i sprzątanie nie miałoby sensu.
A dwa - w duchu cały zespół miał dość. Ci co mogą, szukają nowej pracy, bo tu chęci zmiany warunków, nigdy chyba nie przejdą, więc kontrola była w pewnym sensie na naszą korzyść.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (155)

#78188

~recepcjonistaxax ·
| Do ulubionych
W trakcie studiów zatrudniłem się z jednym z hoteli jako recepcjonista. Z racji, że każdy w szafce ogólnej miał swój kubek, to też przyniosłem go swój, który był podpisany moim imieniem (wiadomo, można takie kupić co mają już na stałe wymalowane imiona - ja takich od czasów szkolnych miałem kilka). Zawsze po swojej zmianie myłem go i chowałem do ogólnej szafki. Do czasu, aż zniknął po moim tygodniowym pobycie na L4. Skoro nie miałem, to raz skorzystałem za pozwoleniem z kubka kolegi, po czym dokładnie go umyłem, a następnym razem przyniosłem znów nowy z podpisem.

Za jakiś czas jednak znów mój kubek zniknął, lecz zniknął też kubek kolegi. Zaczęliśmy się zastanawiać o co chodzi, więc popytaliśmy w naszej kuchni, czy czasami ktoś kubków nie przynosi do mycia. Okazało się, że jedna z koleżanek co jakiś czas daje wszystkie kubki, ale zawsze wszystkie wracały do nas na recepcję, chyba że się zbiły, ale to zawsze było nam mówione. Przynieśliśmy nowe kubki i stwierdziliśmy, że będziemy zamykać je, każdy w swojej prywatnej szafce.

Jak wiadomo, czasami w roztrzepaniu się o kubku zapomni, szczególnie kiedy człowiek się spieszy. I tak raz zapomniałem schować swój kubek do zamykanej szafki i zostawiłem go na stole na zapleczu. Na następnej zmianie już go nie miałem, ale nadzieja była, bo koleżanka mówiła, że zaniosła go do mycia. Gdy popytałem w kuchni okazało się, że był i chyba przez pomyłkę ktoś go wyniósł na ich zaplecze, gdzie przechowują naczynia. Poszedłem z pomocą kuchenną i go znalazłem: leżał na wierzchu siatki jednej z kelnerek. Gdy ją zapytałem dlaczego go schowała, to powiedziała: bo on taki ładny, jak tamte dwa poprzednie, i że chciała swojemu dziecku dać.

Kubek zabrałem i od tamtego dnia zacząłem używać tylko naczyń hotelowych, gdyż nie znoszę złodziejstwa.

hotel współpracownicy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 306 (310)

#76935

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka miesięcy temu dodałam historię o poszukiwaniu pracy.
Pracę chciałam zmienić głównie z jednego powodu - byłam zatrudniona na umowę zlecenie, a jako już dorosła osoba, która zakończyła uniwersytecką edukację, nie było mi to na rękę z logicznych powodów. Zresztą fajnie by było pójść na urlop, który nie skutkuje jednocześnie o połowę mniejszą wypłatą, bo nie wyrobiłam godzin.

Istotny tu jest fakt, że w umowy podpisywaliśmy na miesiąc, od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Przykładowo w okolicach 1-go bądź 2-go lutego podpisałabym umowę na luty właśnie. Co za tym idzie, mieliśmy układany grafik także na miesiąc.

Przyszedł w końcu ten szczęśliwy w moim życiu moment, że pracę znalazłam. Było to 20-go, umowę oraz grafik miałam do końca miesiąca, jak zawsze. Chciałam być w porządku i nie odchodzić od razu, nowy pracodawca zgodził się też na to, żebym zaczęła 1-go. Tak więc od razu jak otrzymałam list intencyjny, wte pędy mail do kierownika, że z ostatnim dniem tego miesiąca kończę współpracę z w/w względów.

Gównoburza jaka się rozpętała, była po prostu żałosna.
Na początku było zdziwienie, bo "jak to odchodzisz? Przecież Ci nie pozwoliłem!". Potem zaczęło się granie na emocjach, coś w stylu, że przecież w 10 dni nie znajdą pracownika, więc może mogłabym zostać jeszcze kolejny miesiąc? Yhy, na pewno.
Praca nie była wymagająca, więc gdyby szefowie się spięli, to pracownika znaleźliby w 2-3 dni, tym bardziej, że ciągle napływały do nas nowe CV. Wymaganiami były: status studenta i znajomość angielskiego na poziomie komunikatywnym, co w dzisiejszych czasach chyba nikogo nie powinno dziwić.

Potem zaczęło się "straszenie", bo przecież na umowie zlecenie jest miesięczny okres wypowiedzenia, więc mogę odejść 20-go, ale kolejnego miesiąca. Gratuluję w takim razie myślenia i znajomości przepisów. Umowę miałam podpisaną do końca miesiąca, ale szefostwo upierało się, że mimo, iż umowy na kolejny okres nie mam, to i tak muszę zostać. Nie docierało do nich to, że coś takiego nie obowiązuje. Skoro podpisałam umowę przykładowo do 31-go, to moim świętym prawem jest odjeść 31-go. Lamentów i płaczu, że toż to bezprawie, że pracodawcy tak NIE WOLNO zostawiać były na porządku dziennym.

Pewnego dnia w kuchni, szef wyskoczył do mnie z tekstem, że jestem nie fair, by tak z DNIA NA DZIEŃ odchodzić, no kto to widział! Oni się tego po mnie nie spodziewali, no wstyd! Jestem niepoważna i jeżeli ktoś zapyta ich o referencje, to oni wszystko powiedzą, o tym jak ich potraktowałam! Powiedziałam mu wtedy, że jakby zatrudniali jak porządny pracodawca na umowę o pracę, to takich problemów by nie było, bo zawsze byłby w zapasie okres wypowiedzenia. Wzrok jakim zostałam wtedy potraktowana, mógłby spokojnie zabić, uratowało mnie chyba tylko szybkie opuszczenie kuchni.

Do końca mojej pracy, codziennie towarzyszyły mi kąśliwe uwagi na mój temat, bo przecież lepsza praca nie istnieje, na pewno wrócę do nich z płaczem, okaże się, że umowy nie ma, no i ogólnie będę tego żałować do końca życia.

Dla smaczku dodam fakt, jak wyglądało to z drugiej strony. Gdy jakiś pracownik im podpadł, wzywali go do biura i stawiali przed faktem dokonanym: "Jutro nie przychodź do pracy, bo właśnie ją straciłeś". I tacy ludzie wmawiali mi, że to ja jestem jestem niepoważna.

Dobrze, że stamtąd odeszłam.

praca

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 458 (464)

#72997

(PW) ·
| Do ulubionych
Urodziny czterolatka. Zamówiona salka w dziecięcej „bawialni”, zaproszone koleżanki i koledzy z przedszkola, super tort ze Spidermanem. Ekscytacja do granic wytrzymałości.

No właśnie, tort. Co usłyszała mama jubilata, gdy przed imprezą zjawiła się po odbiór tortu w cukierni Blikle na warszawskich Kabatach?

„NIE ZROBILIŚMY PANI ZAMÓWIENIA. MOŻE BYĆ NA POJUTRZE”.

Kurtyna.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 608 (616)

#78262

(PW) ·
| Do ulubionych
Taki tam cwaniaczek z OLX-a.

Znalazłem niedaleko ciekawy przedmiot za 15 zł. Sprzedający ma trzy warianty kolorystyczne: czarny, srebrny i biały. Każdy wystawiony oddzielnie w ogłoszeniu. Czarny za 15, srebrny za 15 i biały za 15. Interesuje mnie tylko biały. Treść ogłoszenia dokładnie precyzuje: sztuka białego 15 zł, do sprzedania 7 szt. Dzwonię, umawiam się, idę piechotą bo niedaleko.

Oglądam białego, wszystko ok, wyjmuję 15 zł i próbuję zapłacić.

Sprzedający jakiś taki zdziwiony:
-Co pan, biały jest w idealnym stanie, nowy kosztował 200 zł, za mniej niż niż 100 nie sprzedam.
-Przecież w ogłoszeniu była cena 15 zł za sztukę.
-No co pan? Przecież to prawie nowe, no za 90 sprzedam.
-W ogłoszeniu było 15 zł?
-Nie mam mowy, biały kosztuje 90.
-Przecież wystawił pan po 15 zł, a teraz nagle chce 90?
-Po 15 są srebrny i czarny, biały 90.

(Facet wiedział, że koniecznie potrzebuję białego, bo przez telefon mu powiedziałem).

-Ok, wezmę czarny, trysnę sobie sprayem za 20 na biało i
będzie ok.
-Ale czarny to też po 90, za czarnego też 200 zł dałem za nowego!
-Dobrze, poproszę w takim razie jakiegokolwiek z ogłoszenia za 15 zł.

-K...., idź pan w ch.., nic panu nie sprzedam, cwaniaczek się znalazł.

-Nawzajem, do widzenia.

Facet sprzedawał resztki wyposażenia sklepu, przedmioty te miały wartość około 10-50 zł (inne ogłoszenia). Z takim podejściem jakoś się nie dziwię, że sklep zamknął. Na szczęście nie musiałem daleko jechać...

OLX

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 302 (306)