Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#71128

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszły piątek jadąc busem zauważyłam, że pani siedzącej w sąsiednim rzędzie siedzeń spadł telefon na podłogę. Z racji, że owa pani ucięła sobie drzemkę, lekko potrząsnęłam jej ramię. Gdy się ocknęła wywiązał się między nami taki dialog:
[j]-ja [k]-kobieta

[j]-Przepraszam, wypadł pani telefon
[k]-Co? Jak to?
[j]-Leży na podłodze pod pani siedzeniem.
[k]-No tak, leży! I co? Chciałoby się gówniarze znaleźne? Hehe, nie ze mną takie numery. A może jeszcze mam ci teraz dziękować na kolanach? Zajmij się lepiej sobą, a nie wtrącaj się w nie swoje sprawy!

Od dalszej wymiany zdań uratował mnie fakt, że właśnie musiałam wysiąść na moim przystanku. Nie wiem czego się spodziewałam... Może zwykłego dziękuję?

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 559 (567)

#74449

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z czasów, gdy pracowałem w ASO pewnej francuskiej marki.

Otóż przyjechał klient, znany mi już z wcześniejszych napraw, kilka aut mieli, więc dość regularnie przyjeżdżali.
Samochód innej marki niż obsługujemy, ale czego się nie robi dla dobrego klienta.

Zlecenie wystawione, zakres napraw (rozrząd + amortyzatory przednie, łożyska kół przednich, jakieś elementy zawieszenia z przodu, tarcze i klocki), termin i koszty ustalone (ok. 6000 zł).

Po naprawie samochodu telefon, odbiór, jak zwykle FV przelewowa i... klient zniknął... Wcześniej kilkanaście grubych napraw wykonane, zawsze przelew w terminie, a teraz nic, zero telefonów, zero kontaktu...
Standardowa procedura, kancelaria, komornik itp., wiadomo ile to trwa.

I tak minęły sobie 3 miesiące od tego zdarzenia, gdy wspomniane auto wjeżdża na plac. Jak się okazało, pracownik tejże firmy przyjechał na przegląd klimy, chyba zapominając o długu.
Szybko auto wylądowało na podnośniku, ja poprosiłem pracownika, żeby zadzwonił do swojego szefa, bo mojego telefonu oczywiście nie odbierał.
Wyjaśniłem, że samochód oddamy, jak przywiezie gotówkę za poprzednią naprawę.
Gość oznajmił, że za pół godziny jest z policją i mamy oddać samochód. Zaprosiłem pana.

Dla niewtajemniczonych, zgodnie z prawem musimy oddać samochód właścicielowi, nawet jeśli nie zapłacił za usługę, a swojego możemy dochodzić potem w sądzie.

Ale... na zleceniu w momencie przyjęcia samochodu jest informacja "Do momentu całkowitej zapłaty zamontowane części stanowią własność warsztatu".

I tak też kazałem zrobić mechanikom, zdjąć to co zmienialiśmy.
A samochód wystawiliśmy na plac na wózku (bez kół, części zawieszenia, hamulców, amorków i bez rozrządu).
Oczywiście gość przyjechał wraz z policją i awantura, co my zrobiliśmy z jego samochodem.

Pokazałem zlecenie mundurowym, podpisane przez klienta, powiedzieli, że mam rację i nic im do tego, po prostu zdemontowaliśmy naszą własność.

Wściekłość gościa sięgnęła zenitu, gdy poinformowałem go, że ponowny montaż części jest na jego koszt.

Zapowietrzył się i zapłacił, prawie 9000 zł.

Uprzedzając komentarze, których i tak nie mam czasu czytać: jego firma nie była w dołku, nie miała problemów, jak się okazało, że samochód jest mocno potrzebny (miał na sobie dość specjalistyczną zabudowę), to wyjął dosłownie z kieszenie plik banknotów i zapłacił.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 418 (424)

#79907

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadę szeroką, prostą drogą dla rowerów. Środek dnia, piękna pogoda, widać mnie z kilkuset metrów.

Wtem prawie taranuje mnie staruszek, wjeżdżający na ścieżkę z prostopadłego do niej chodnika. Padło wiele niecenzuralnych słów o mnie, mojej jeździe, wieku oraz nazwa najbliższego szpitala psychiatrycznego.

Tłumaczę, że włączał się do ruchu, z chodnika, miał mnie po prawej, na 120% miałam pierwszeństwo.

"To twoja wina, to ty powinnaś patrzeć, czy ci ktoś nie chce wjechać i ustąpić!”.

Patrzyłam, tylko dzięki temu zdążyłam zahamować, ale takiej wersji przepisów nie znałam. :D

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (141)

#72028

(PW) ·
| Do ulubionych
Od długiego czasu czekam na realizację zmówienia internetowego z pomarańczowej sieci (upłynął już regulaminowy termin na dostarczenie przesyłki). Pominę opis całej batalii z konsultantami, którzy mieli wszystko załatwić i nie załatwili, którzy mieli do mnie oddzwonić i nie oddzwonili ani razu, a także przełączanie od jednej niekompetentnej osoby do drugiej i zasłanianie się tekstem "Ja nie odpowiadam za fizyczną wysyłkę" (pomimo moich wielokrotnych próśb, aby z kimś "odpowiedzialnym fizycznie" mnie połączono).

Jednak to, co dzisiaj usłyszałam od [K]onsultantki, to już apogeum bezczelności i robienia z klienta debila.

K: Przesyłka została już dawno wydana firmie kurierskiej i to po ich stronie leży wina za niedostarczenie.

Zdziwiło mnie to, bo jeśli kurier zabrał paczkę, to powinnam jak zawsze otrzymać potwierdzenie tego zdarzenia smsem i na maila, no ale może? Może coś nie halo z systemem?

Ja: Dobrze, poproszę w takim razie nr listu przewozowego.

K: Takiego numeru nie ma, kurier zabrał paczkę nie nadając jej numeru.

Ludzie, serio? Czy brzmię jak kompletna kretynka, która uwierzy, że kurier zabrał towar za ponad 3000 zł i nie wystawił listu przewozowego, tym samym nie dając żadnego potwierdzenia swojej wizyty? Tak po prosu wziął paczkę i sobie poszedł?

Ręce, szczęka... wszystko opada.

call_center

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 416 (422)

#75437

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem aplikantką adwokacką.

W dniu dzisiejszym próbowałam dodzwonić się do Sądu w sąsiedniej miejscowości (z kancelarii mamy tam około 15-20 km), żeby dowiedzieć się, czy strona przeciwna złożyła apelację w sprawie. I akurat w tej sprawie nie możemy czekać na ewentualne pismo z sądu, w którym prześlą nam informację o przyjęciu apelacji i jej odpis.

Gdzie piekielność? W dodzwonieniu się ;)

Do sekretariatu odpowiedniego wydziału nie da się dodzwonić - jest automatyczne przekierowanie na Biuro Obsługi Interesanta (BOI). A na BOI... No cóż, nauczona doświadczeniem wykręcam numer, podkręcam głośność telefonu na maksa, odkładam słuchawkę na biurko i zajmując się swoimi innymi sprawami, nasłuchuję:
"Witamy w Sądzie Rejonowym (...). Prosimy oczekiwać na połączenie z konsultantem. Obecnie jesteś w kolejce:..."
Na dzień dobry byłam w kolejce siódma. Słuchawka leży przy laptopie, piszę jakieś pismo i nasłuchuję "umilającej" czas muzyczki przerywanej co chwila informacją o tym, która jestem w kolejce.

Po około 5 minutach byłam czwarta. Po kolejnych 15 awansowałam już na drugie miejsce. I chwilę potem byłam już pierwsza. Zadowolona z siebie już nie mogę się doczekać, aż ktoś po drugiej stronie odbierze słuchawkę (bądź co bądź zatrudnione tam panie to złote kobiety).
Po kolejnych dziesięciu minutach usłyszałam jedynie komunikat: "Przepraszamy. Czas oczekiwania jest zbyt długi. Prosimy zadzwonić później". I sygnał rozłączonej rozmowy.

Łączny czas oczekiwania na rozmowę, której nie było - ponad 30 minut.
A ja zakładam kurtkę i wybieram się do sądu samochodem, bo coś czuję, że dzwonienie tam nie ma sensu.

sądy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 274 (278)

#76123

~MechanikZPrzypadku ·
| Do ulubionych
Jestem mechanikiem.

Wraz z kolegami z czasów szkolnych, mamy hobby, kupujemy samochody i je naprawiamy.

Mamy jedną zasadę. Nie kupujemy samochodów powypadkowych, reszta nas nie interesuje.

Nasze naprawy nie kończą się jednak na wymianie kilku widocznych elementów. Rozbieramy samochód do gołej budy, następnie kolega blacharz zajmuje się blachą, później trafia on do obróbki lakierniczej (pozbywamy się starego lakieru i nakładamy nowy). Po tych zabiegach weryfikujemy które części mogą zostać, a które trzeba wymienić.

Kiedy samochód jest już skończony, robimy przegląd i sprzedajemy.

Nie wliczamy kosztów robocizny, bo robimy to z pasji, jednak jak wiadomo, stratni być nie chcemy, więc podliczamy koszt części i ogólną wartość pojazdu, sumujemy i za taką kwotę sprzedajemy. Kilka smaczków właśnie ze sprzedaży pojazdu.

(J) Ja
(K) Klient

K: Czemu tak drogo? W internecie widziałem tańsze.

J: Z pewnością, jednak jak Pan widzi, blacha jest idealna, samochód świeżo lakierowany, mechanicznie w 100% sprawny, co mogę Panu zagwarantować na piśmie. Dodatkowo samochód jest świeżo po przeglądzie, a na życzenie, możemy podjechać do dowolnej stacji diagnostycznej.

K: Ale w internecie są tańsze!

J: W takim razie czemu Pan nie pojechał na oględziny do tych tańszych?

K: Bo są w gorszym stanie.

Samochód był droższy o jakieś 3 tysiące...

--------------

Sprzedawaliśmy Renault Trafic. Cena 25000zł.

Przyjechał klient z kolegą "mechanikiem" (M)

Chodzi, sprawdza, podłoga, progi, grubość lakieru.

K: To ile za niego?

J: Dwadzieścia pięć tysięcy.

K: Co o tym myślisz? (zwracając się do kolegi)

M: Za drogo. Powypadkowe, malowany błotnik, zderzak i maska. Sprzęgło do wymiany, rozrząd, do tego wymień jeszcze filtry i oleje.

J: Samochód był lakierowany cały, co było dokładnie opisane na stronie, jednak grubość lakieru jest fabryczna, więc nie wiem skąd wniosek, że tylko błotnik i maska, dlatego proszę pokazać mi, że te wartości są inne. Samochód jest bezwypadkowy, co mogę w łatwy sposób udowodnić (posiadamy zdjęcia z każdego etapu rozbierania pojazdu).

Mechanik znawca się zapowietrzył, jednak zaraz dodał.

M: Ale sprzęgło jest do wymiany!

J: Drogi Panie. Sprzęgło, dwumasa, wysprzęglik, no ogólnie cały zestaw jest nowy, na co mam faktury. A jeżeli chodzi o filtry i oleje, to oczywistym jest, że nie są stare, a zostały wymienione po złożeniu całego pojazdu.

K: To ja się jeszcze zastanowię.

Tego samego dnia przyjechał klient, który z pocałowaniem ręki dał pełną kwotę, bez jakiejkolwiek próby targowania się.

2 dni później zadzwonił Pan od kolegi mechanika, że on kupi, ale za 22 tysiące. Cóż, zdziwił się, że samochód poszedł tamtego dnia w pełnej kwocie.

Samochody Mechanika Sprzedaż

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 410 (416)

#70940

(PW) ·
| Do ulubionych
Okres przedświąteczny, siedzę u klienta w ramach umowy serwisowej 4h na miejscu w siedzibie. Dalej kilka umówionych wizyt... czas się dłuży, wtem dzwoni telefon. To szef, dzwonili ze sklepu X, czytnik kodów na kasie nie działa, święta idą, ruchu mnóstwo, olaboga ratujcie, bo jedna kasa działa.
Sklep X ma 2 kasy, jedna nie działa, więc kolejki przez całą salę sprzedaży... dzwonię więc:

-Dzień, co się dzieje z czytnikiem?
-Olaboga, koniec świata, kolejki są, no nie działa, nic nie pika.
-Czy wszystkie kable są podłączone?
-Ja nie wiem, koleżanka mówi, ze nie działa, ja się na tym nie znam.
-W tej chwili nie mogę przyjechać, dlatego prosiłbym, żeby sprawdziła pani czy wszystkie kable są podłączone.
-To ja za chwilę oddzwonię.

5 minut później.

-Wszystko podłączone ale dalej nie pika, niech pan przyjedzie, bo kolejki są i ludzie się denerwują.
-Mogę być najwcześniej za 2h.

2h później.

Wchodzę do sklepu, podchodzę do kasy, największy zasilacz odłączony, zamiast niego podłączona ładowarka do komórki.
Podłączam zasilacz, sprawdzam czytnik, wszystko ok.
W duchu wkurzony, bo dojazd tam nie po drodze i godzinka w plecy, wypisuje protokół z wizyty i słyszę:

-Ale za co, przecież pan nic nie zrobił?!

serwis sklep

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 683 (693)
Pracowałam jako wychowawca kolonijny. Całe szczęście, że moim celem w tej pracy nie były pieniądze – bo one akurat są śmieszne (dostawałam około 650 złotych za 10-dniowy turnus, w czasie którego w teorii odpowiadałam za dzieciaki 24 godziny na dobę). Miałam (bardzo głupie) wyobrażenie, że praca z dzieciakami podczas wakacji, oprócz tego, że wymagająca, jest również fajna i pozwoli mi trochę odpocząć od miasta i nauki.

Łącznie przeżyłam 4 turnusy i po ostatnim powiedziałam – nigdy więcej. Dlaczego? Z wielu powodów, choć chyba najważniejszym są rodzice:

1) Zadaniem kadry podczas kolonii jest opieka na dziećmi. To oczywiste. Jednak rodzice wysyłają dziecko na wyjazd, muszą zdawać sobie sprawę z tego, że do pewnego stopnia dzieciak będzie musiał być samodzielny. Mimo to, rodzice nadal oczekują, że opiekun poświęci jego dziecku całą swoją uwagę.

Miałam w grupie bardzo fajnego, rozsądnego dzieciaczka. W czasie zajęć podszedł do mnie i powiedział, że źle się czuje – boli go brzuch. Mieliśmy wtedy falę zatruć pokarmowych na wyjeździe, więc nie była to szczególnie zaskakująca wiadomość. Zostawiłam grupę pod opieką koleżanki-wychowawczyni i zgarnęłam Młodego do pielęgniarki. Ta postawiła straszliwą diagnozę – to sraczka. Młody zaprowadzony do domku, w dobrym humorze, żartował z sytuacji i zapewnił, że sobie poradzi. Poprosiłam innego wychowawcę, który miał zajęcia parę metrów przed jego domkiem, żeby co jakiś czas do niego zajrzał i wróciłam do swojej grupy. Po skończeniu zajęć, czyli za jakąś godzinę, poszłam sprawdzić, co u niego słychać.

Wieczorem dzwoni matka. „Czemu moje dziecko zostało samo, jak było chore i cierpiące? To brak opieki, wezwę policję, naślę kuratorium, pozwę wszystkich za niedopełnienie obowiązków”. Rozumiem, że matka, kiedy jej dwunastoletni syn ma problemy żołądkowe, spędza z nim cały czas, kiedy biedny siedzi na toalecie i trzyma go za rękę? Rozumiem również, że inne dzieci mają nie realizować programu, bo jej syn ma sraczkę?

2) Z doświadczenia pamiętam, że jak zaczęłam wyjeżdżać na wyjazdy do miejsc, gdzie były również osoby sprzątające, naszą ulubioną historią było, jak to „panie sprzątaczki mnie okradły”. Pojawiała się ona zawsze, kiedy ktoś nie mógł czegoś znaleźć. Z doświadczenia pamiętam, że moi rodzice, a także rodzice moich znajomych, szybko nas ochrzaniali, kazali posprzątać pokój, nie oskarżać ciężko pracujących ludzi, a wszystko się znajdzie. Zaskakująco – mieli rację, a cała sytuacja była ważną lekcją o tym, że trzeba szanować innych i ich pracę. Tak było kiedyś.

Obecnie – wyjazd zimowy, siłą rzeczy pozwalaliśmy dzieciakom mieć odrobinę większy bałagan niż zwykle – ich rzeczy musiały się przecież gdzieś wysuszyć. Dostaję telefon od oburzonej mamy: „Moja córka powiedziała mi, że sprzątaczki ją okradły. Bardzo proszę, żeby przekonała pani sprzątaczki, żeby ruszyło je sumienie i oddały, co ukradły”.

Nie powiem, byłam bardzo zdziwiona, dziewczynka nie zgłaszała, że cokolwiek zgubiła. Ale zdecydowanie nie zamierzałam iść i prosić przemiłych pań sprzątających o oddanie czegokolwiek. Za to poszłam do pokoju dziewczynek i, wygodnie siedząc na krześle, poprosiłam, aby wyciągały swoje rzeczy z szuflad i układały je na boku. Zupełnie zaskakująco dla nich zagubiony zegarek odnalazł się w jednej z szuflad. Jak się okazało, dziewczynki nie podjęły nawet próby znalezienia zegarka. Ani córka, ani matka nie przeprosiły.

3) Jedna z dziewczynek miała tendencję do wpadania w histerię bez powodu. Podczas zajęć plastycznych pomyśleliśmy, że dla dzieciaków miłe będzie wysłanie swoich prac plastycznych rodzicom pocztą. Wspomnianej dziewczynce tak bardzo nie spodobał się ten pomysł, że zaczęła płakać, histeryzować i zupełnie nie dała się uspokoić. Mówienie, że skoro nie chce wysyłać, to nie musi tego robić, nie pomagało.

W stanie histerii Młoda zadzwoniła do matki, a matka do nas. Dowiedzieliśmy się, że znęcamy się nad dziećmi, wyzywamy i bijemy je (!) i ona już zaraz wzywa do nas policję. Na szczęście nigdy tego nie zrobiła, ale udało się jej całkiem solidnie nas zwyzywać.

Rozumiem, że rodzic powinien wierzyć swojemu dziecku, szczególnie, kiedy mówi, że dzieje mu się krzywda, ale być może zanim zacznie się obrażać innych ludzi, może warto spróbować wyjaśnić, jak naprawdę sytuacja wyglądała? Szczególnie, jeżeli dziecko ma skłonności do dramatyzowania.

4) Zawsze wydawało mi się, że oprócz tego, że wychowawcy mają opiekować się dziećmi, mogą mieć odrobinę luźniejszą, może trochę koleżeńską relację z wychowankami. W końcu kolonie to nie szkoła, jako wychowawca muszę dbać o bezpieczeństwo dzieci, ale też o to, żeby dobrze się bawiły.

Sjesta poobiednia. Czas dla instruktorów, żeby chwilę odpocząć, przygotować następne zajęcia. Dzieciak puka ze skargą, jest potraktowany poważnie. Ten sam dzieciak przychodzi kolejny i kolejny raz z coraz to nowymi problemami. Widać, że zaczął traktować to jak żart. Jego skargi stały się coraz bardziej absurdalne i wymyślone. Widać było, że robi to wyłącznie dlatego, że się nudzi, ale mimo próśb, nie chce przestać. W końcu jedna z wychowawczyń z uśmiechem i wyraźnym żartem powiedziała: „Jeśli jeszcze raz przyjdziesz, to wyrzucę cię przez balkon”. Dzieciak się roześmiał, ona się roześmiała, wszyscy myśleli, że problem rozwiązał się w miłej atmosferze.

Chwilę później dzwoni matka do szefa całego biura podróży: „Grożą mojemu dziecku, znęcają się nad nim, wzywam na kolonię prokuratora”. Prokurator nigdy nie przyjechał, koleżanka miała polecone, żeby więcej nie odzywała się do tego dziecka.

5) Program. Rozumiem, że wielu rodziców może uważać, że paintball / zorbing / quady / parki linowe / nocne wyjście do lasu / dowolna inna aktywność jest zbyt niebezpieczna dla ich dziecka. Ale pretensje do wychowawcy, że pozwolił dziecku na taką aktywność, wydają się być lekko niesprawiedliwe, kiedy program wyjazdu, zaprezentowany rodzicowi przed zakupem wyjazdu, dokładnie mówi, że tego typu aktywność jest dla dzieci przewidziana, a on w żaden sposób nie zaznaczył wcześniej, że nie chce, żeby jego dziecko w niej uczestniczyło.

6) Karta obozowa. Tak wielu rodzicom nie chce się jej dokładnie wypełnić, że w dużym stopniu przestała mieć jakąś wartość dla wychowawcy. Dla wyjaśnienia, wychowawcy przed zajęciami przeglądają karty i patrzą, czy muszą szczególnie uważać na jakieś dziecko. Dodatkowo mogą w razie potrzeby zweryfikować informację podaną im przez dziecko w karcie. Więc jeśli ośmiolatek mówi: „Jestem uczulony na mleko”, to można od razu zweryfikować, czy po prostu nie lubi czegoś i nie chce tego jeść, czy trzeba uważać, żeby aby na pewno nie zjadł niczego z mlekiem, patrząc do karty. Jednak w tym momencie karty są tak niestarannie wypełniane, że praktycznie trzeba z każdą głupotą dzwonić do rodziców i weryfikować informacje.

Jeszcze gorszą opcją jest kiedy rodzice świadomie nie podają schorzeń dziecka, z obawy, że nie zostanie przyjęte na wyjazd. Miałam kiedyś w grupie dzieciaka z wadą serca, który w teorii powinien unikać każdej aktywności fizycznej. Nie miał tego wpisanego w karcie, rodzice w żaden inny sposób nie przekazali tej informacji, on sam się wstydził i nic nie powiedział mnie albo pielęgniarce podczas kontroli.

Którejś nocy chłopcy hałasowali po ciszy nocnej i wyraźnie mieli za dużo energii. Więc zgarnęłam ich i stwierdziłam, żeby w ramach wytracenia nadmiaru energii pobiegali chwilę naokoło boiska – dla osoby zdrowiej mniej więcej tyle, żeby lekko się zmęczyli. Dla osoby chorej natomiast mogło się to skończyć tragicznie. Dzieciak dopiero po 10 minutach powiedział, że w sumie to on nie powinien biegać.

Skończyło się dobrze, dzieciak nie miał żadnych problemów ze zdrowiem przez to, ale świadomość, że ja odpowiadam za te dzieciaki prawnie była przytłaczająca.

I teraz mała uwaga z perspektywy wychowawcy. Mamy pod opieką paręnaście dzieciaków i robimy wszystko, żeby były bezpieczne i zadowolone z wyjazdu. Jednak nie możemy być w paru miejscach na raz i z każdym dzieckiem przez całą dobę – przecież musimy też spać, myć się, zajmować się formalnościami itd. Oznacza to, że jeśli dziecko bardzo chce oszukać wychowawcę, to prawdopodobnie mu się to uda. Dlatego też jeżeli nie ufasz swojemu dziecku, że będzie rozsądne i nie będzie chciało zrobić niczego głupiego, to proszę, dla dobra wszystkich, nie puszczaj go na kolonie.

kolonie

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (138)

#72150

(PW) ·
| Do ulubionych
"Robienie po znajomości".

Jak już wspomniałem w poprzedniej historii - jestem młodym programistą tworzącym strony internetowe i nieskomplikowane prace graficzne. Uczę się, przez co wiadomo - jak zarobię coś więcej to rodziców nieco finansowo odciążę, albo do rachunków się dołożę - a rodzice dumni, że syn w tak młodym wieku zarabia pieniądze. Ale nie w tym rzecz.

Znajomy mojego brata otwierał firmę zajmującą się instalacjami hydraulicznymi - potrzebował strony internetowej.

Nic trudnego, pogadałem z nim (widziałem się z nim drugi raz w życiu) i przy nim wyceniłem projekt - wyszło niewiele, bo ledwo pięćset złotych polskich (zestaw grafik + strona internetowa z zamawianiem i wyceną usługi online).

Nie było by w tym nic dziwnego, że takie coś kosztowałoby w normalnej agencji interaktywnej około 800-900zł. Sam nawet nie wiem dlaczego policzyłem tak mało, no ale mniejsza o to. Dobiliśmy interesu i za 500zł miałem startować już od zaraz. Oczywiście wiadomo - zabezpieczyłem się chociaż trochę i wziąłem na wstępie 100zł zaliczki. (zwykle biorę 50, jednak coś mnie tchnęło, że ten człowiek mnie wyr.. oszuka.)

I zacząłem. Klient był na bieżąco informowany o wszelkich pracach, miał możliwość zgłaszania poprawek czy zmian w każdym momencie.

Po tygodniu zaczęły się telefony.
- Kolego, słuchaj.. Wiesz, znamy się (DRUGI RAZ W ŻYCIU CZŁOWIEKA WIDZIAŁEM). Zejdziesz z ceny do... hmm... 300zł?

Powiem tak... Ładnie po schodach zszedł, ale nie zgodziłem się. Spotkałem się z odpowiedzią:
- Ok, luz - nie ma problemu. Pracuj dalej.

Poinformowałem "kolegę" o skończonej pracy - poprawek naniesione tysiące, bo co chwilę albo treść inna, albo logo się nie podoba. A tutaj uwaga... Kolejna negocjacja ceny! Ale to jaka!

- Dobra, strona wspaniała - sam bym lepszej nie zrobił! Ale wiesz... Może podarowałbyś mi to? Wiesz... sprzęt mnie kosztuje, samochód... (sprzęt kupił używany na allegro lub miał po dziadku/ojcu/koledze, a sam woził się jednym z najnowszych pojazdów terenowych marki zaczynającej się na H a kończącej na I).

O darowiźnie nie było mowy. Za dużo czasu na to przeznaczyłem, by oddać to za darmo. Odpowiedziałem, że nie pracuję za darmo. Kontakt zerwany.

A projekt? Na marne nie poszedł - po kilku przeróbkach zainteresowała się nim inna firma i zyskałem nawet więcej, niż miałem zamiar. Uważajcie na pracę "po znajomości"!

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 407 (413)

#78714

(PW) ·
| Do ulubionych
W poczekalni obok herbaty i wody, mamy wyłożone miętowe cukierki dla klientów. Tak, żeby "osłodzić" czekanie. Przychodzi ostatnio babeczka 60-70 lat.
- O cukierki a jakie to są.
- Miętowe, proszę się częstować.
- O nie, ja mięty nie mogę, jestem uczulona. Zaraz by mnie dusiło wie pani.
- No niestety, akurat dzisiaj mamy takie, mogę jedynie jeszcze wodę i herbatę zaproponować.
- Ale ja miętowych nie mogę, ale owocowego bym chętnie zjadła.

Nie porzucę stanowiska pracy i nie pobiegnę babce po owocowe cukierki, więc ostatnie zdanie zignorowałam.
3 minuty później słyszę jak babka zaczyna kaszleć, coraz mocniej. Wstaję do niej aby sprawdzić czy wszystko w porządku. Co robi pani? Wypluwa cukierka i jeszcze z pretensją w głosie mówi do mnie:
- No widzi pani, no, ja mówiłam, że na miętę jestem uczulona.

uslugi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 270 (274)