Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#84734

(PW) ·
| Do ulubionych
Studiuję sobie w Łodzi, wywodzę się ze wsi pod Bełchatowem, jest to istotne dla puenty.

W ubiegłym tygodniu, w pobliżu politechniki zaczepił mnie facet, który potrzebował pieniędzy na bilet. Streścił mi jaki to on poszkodowany i poprosił o pomoc. 10 zł na bilet do Bełchatowa, to nie jest suma którą chciałbym się dzielić, ale facet wyglądał na potrzebującego. Z natury jestem nieufny, ale rozmówca powiedział, że mogę mu ten bilet kupić.

Jak na złość podjechał Bełchatowski PKS. Szybka decyzja, stwierdziłem, że jednak kupie ten bilet.
Facet zaczął kręcić, stwierdził, że pociąg jest znacznie wygodniejszy, że z dworca kolejowego ma bliżej do domu.
Życzyłem mu wygodnej podróży.
Przez Bełchatów nie jeżdżą pociągi osobowe.

Drugą piekielnością jest to, że Bełchatów jest największym miastem w Polsce bez dworca kolejowego, jak i autobusowego.

Łódź

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (148)

#81457

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam dziadka. Dziadek ma działkę i nadmiar wolnego czasu. Efektem tego na działce ma m.in. drzewka owocowe. Drzewo jak to drzewo - jest wyższe nieco od krzaka, do jego obsługi potrzebna jest więc drabina. I miał mój dziadek taką, używał jej od lat 70'. Drzewo jednak ma to do siebie, że rośnie - w przeciwieństwie do drabiny.

No i przychodzi któregoś dnia (jesienią) dziadek na obiad i kuśtyka. Mama zaczęła więc go przesłuchiwać i po 15 minutach zadawania krzyżowych pytań i wysłuchiwania wymijających odpowiedzi dowiedziała się prawdy:

(teraz proszę usiąść i złapać się za głowę)

Drabina była za krótka, więc dziadek dosztukował do niej dwie listewki (całkiem dobre listewki, które ktoś zupełnie głupio wywalił na śmietnik), przy pomocy sznurka (takiego konopnego, co tam w szufladzie leżał) i tak tej drabiny używał. Ale chyba związał za lekko, bo ja stanął na górze tej drabiny, to to łączenie się rozwiązało, drabina poleciała, a dziadek został uczepiony gałęzi. I tak wisiał. Póki nie spadł. A jak spadł, to teraz kuśtyka.

Po tym jak pierwsza fala żywej reakcji mojej mamy przeszła, a środki uspokajające zaczęły działać i mój wujek przestał w krótkich, żołnierskich słowach wyrażać swoją opinię nt. drabin, wiśni i jabłonek, doszliśmy wszyscy do porozumienia.

Ojciec pojedzie z dziadkiem na pogotowie zobaczyć, czy NA PEWNO nic mu się nie stało, a ja kupię mu drabinę.

Żeby było ciekawiej - faktycznie dziadkowi nic się nie stało, tylko się potłukł.

No to kupiłam - aluminiową, lekką (tak, że mogłam ją nieść jedną ręką), składającą się z trzech elementów, które można było dowolnie zestawiać, z zapięciami, żeby jak się te elementy zestawi, to konstrukcja była stabilna.

Pojechałam też na działkę i zabrałam starą drabinę z przywiązaną jedną listewką boazeryjną. I wszystkim nam się wydawało, że sprawa drabiny jest załatwiona. Do wczoraj.

…(werble)...

Jako że jestem jedyną osobą, która ma auto terenowe w rodzinie, oddelegowano mnie do odebrania dziadka z działki. Dziadek tam sobie chodzi pieszo.

No i ja przyjeżdżam i patrzę co dziadek robi - a on przycina drzewka. Stojąc na drabinie. Nie - nie na drabinie - na 1/3 drabiny aluminiowej, przedłużonej przywiązanymi do niej jakimiś patykami.

Powtórzyłam sobie trzy razy, że jestem białą lilią spokoju na falującej tafli urfa jeziora spokoju i pytam się go, co robi.

No drzewa przycina, bo już czas. No to widzę, ale dlaczego na 1/3 drabiny? Dlaczego sobie nie zestawił dziadzio dwóch elementów i nie zabezpieczył ich na te zapięcia, jak dziadziowi pokazałam? Tylko tak sztucznie drabinę przedłuża.

No bo:

- 1/3 drabiny jest w garażu. Dziadzio sobie nią wychodzi na dach garażu i zamiata. Ten dach garażu. Żeby był czysty.
- 1/3 drabiny jest w mieszkaniu. Bo dziadziowi wygodniej wyciągać rzeczy z szafek niż ze stołka. Dziadzio zabezpieczył górę drabiny dwiema skarpetkami, żeby nie porysować mebli na wysoki połysk, o które opiera 1/3 drabiny.
- no i 1/3 jest na działce, ale jest za krótka, żeby z niej obsługiwać drzewa, to se dziadzio dosztukował na długość.

!

A komórkę trzyma w domu w krysztale, bo nie chce żeby go inwigilowali. No i co z tego, że jak spadnie, to umrze. To będzie spokój.

I gadaj tu z nim.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 292 (296)
Jestem kierowcą nie-zawodowym, ale dużo jeżdżę po Polsce, więc trochę historii już mi się uzbierało.

Droga nr 48 od Inowłódza do Tomaszowa przez Spałę - jedna z dróg dojazdowych do S8 i A1, więc jest tam trochę ruchu. Akurat powrót po świętach, natężenie ruchu jeszcze większe niż normalnie, ale udaje się płynnie jechać te 80 km/h za miastem... do czasu. Tuż za Spałą samochody przede mną zaczynają hamować, prędkość spada do 20-25 km/h. Myślałem że może jakiś wypadek. O nie!

Grupka rowerzystów postanowiła wybrać się na przejażdżkę, tworząc 5-6 osobową kolumnę. Nowe rowery warte pewnie więcej niż moje auto, firmowe ubranko - no zawodowcy. I w sumie nie byłoby historii gdyby nie jeden drobny szczegół - dosłownie 10 metrów od drogi zrobiono nową ścieżkę rowerową, jakieś 10 km długości. Zaczyna się przed Spałą, kończy w Tomaszowie. Szeroka, równa, dobrze zrobiona. Ale wiadomo, że lepiej jeździ się po ruchliwej drodze.
Na klaksony reagowali tylko rozkładając ręce.

(Od razu dodam, że droga rowerowa jest bardzo dobrze oznaczona i widoczna z drogi, plus ma masę wjazdów żeby nie przedzierać się przez krzaki).

polskie_drogi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (147)

#70482

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygoda kolegi, też listonosza.
Kowalski złożył skargę. Nie dostaje ani awiz ani listów. Nic.
Po wyjaśnieniu z kolegą Jankiem, skarga odrzucona.
Jakiś czas później Janek wrzuca listy do skrzynki. Wchodzi Kowalski, otwiera skrzynkę, wyjmuje całą garścią zawartość (głównie ulotki, gazetki sklepów itp.) i rzuca na skrzynkę.
- Hola hola Kowalski, a nie przejrzy pan?
Po czym Janek bierze cały stosik makulatury i spomiędzy wyciąga korespondencję do Kowalskiego.

Tak. Gość nie przeglądał tego co ma w skrzynce tylko od razu wyrzucał. A potem złożył skargę na listonosza, że ten nie doręcza mu korespondencji.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 563 (571)

#71128

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszły piątek jadąc busem zauważyłam, że pani siedzącej w sąsiednim rzędzie siedzeń spadł telefon na podłogę. Z racji, że owa pani ucięła sobie drzemkę, lekko potrząsnęłam jej ramię. Gdy się ocknęła wywiązał się między nami taki dialog:
[j]-ja [k]-kobieta

[j]-Przepraszam, wypadł pani telefon
[k]-Co? Jak to?
[j]-Leży na podłodze pod pani siedzeniem.
[k]-No tak, leży! I co? Chciałoby się gówniarze znaleźne? Hehe, nie ze mną takie numery. A może jeszcze mam ci teraz dziękować na kolanach? Zajmij się lepiej sobą, a nie wtrącaj się w nie swoje sprawy!

Od dalszej wymiany zdań uratował mnie fakt, że właśnie musiałam wysiąść na moim przystanku. Nie wiem czego się spodziewałam... Może zwykłego dziękuję?

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 561 (569)

#79907

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadę szeroką, prostą drogą dla rowerów. Środek dnia, piękna pogoda, widać mnie z kilkuset metrów.

Wtem prawie taranuje mnie staruszek, wjeżdżający na ścieżkę z prostopadłego do niej chodnika. Padło wiele niecenzuralnych słów o mnie, mojej jeździe, wieku oraz nazwa najbliższego szpitala psychiatrycznego.

Tłumaczę, że włączał się do ruchu, z chodnika, miał mnie po prawej, na 120% miałam pierwszeństwo.

"To twoja wina, to ty powinnaś patrzeć, czy ci ktoś nie chce wjechać i ustąpić!”.

Patrzyłam, tylko dzięki temu zdążyłam zahamować, ale takiej wersji przepisów nie znałam. :D

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (142)

#74449

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z czasów, gdy pracowałem w ASO pewnej francuskiej marki.

Otóż przyjechał klient, znany mi już z wcześniejszych napraw, kilka aut mieli, więc dość regularnie przyjeżdżali.
Samochód innej marki niż obsługujemy, ale czego się nie robi dla dobrego klienta.

Zlecenie wystawione, zakres napraw (rozrząd + amortyzatory przednie, łożyska kół przednich, jakieś elementy zawieszenia z przodu, tarcze i klocki), termin i koszty ustalone (ok. 6000 zł).

Po naprawie samochodu telefon, odbiór, jak zwykle FV przelewowa i... klient zniknął... Wcześniej kilkanaście grubych napraw wykonane, zawsze przelew w terminie, a teraz nic, zero telefonów, zero kontaktu...
Standardowa procedura, kancelaria, komornik itp., wiadomo ile to trwa.

I tak minęły sobie 3 miesiące od tego zdarzenia, gdy wspomniane auto wjeżdża na plac. Jak się okazało, pracownik tejże firmy przyjechał na przegląd klimy, chyba zapominając o długu.
Szybko auto wylądowało na podnośniku, ja poprosiłem pracownika, żeby zadzwonił do swojego szefa, bo mojego telefonu oczywiście nie odbierał.
Wyjaśniłem, że samochód oddamy, jak przywiezie gotówkę za poprzednią naprawę.
Gość oznajmił, że za pół godziny jest z policją i mamy oddać samochód. Zaprosiłem pana.

Dla niewtajemniczonych, zgodnie z prawem musimy oddać samochód właścicielowi, nawet jeśli nie zapłacił za usługę, a swojego możemy dochodzić potem w sądzie.

Ale... na zleceniu w momencie przyjęcia samochodu jest informacja "Do momentu całkowitej zapłaty zamontowane części stanowią własność warsztatu".

I tak też kazałem zrobić mechanikom, zdjąć to co zmienialiśmy.
A samochód wystawiliśmy na plac na wózku (bez kół, części zawieszenia, hamulców, amorków i bez rozrządu).
Oczywiście gość przyjechał wraz z policją i awantura, co my zrobiliśmy z jego samochodem.

Pokazałem zlecenie mundurowym, podpisane przez klienta, powiedzieli, że mam rację i nic im do tego, po prostu zdemontowaliśmy naszą własność.

Wściekłość gościa sięgnęła zenitu, gdy poinformowałem go, że ponowny montaż części jest na jego koszt.

Zapowietrzył się i zapłacił, prawie 9000 zł.

Uprzedzając komentarze, których i tak nie mam czasu czytać: jego firma nie była w dołku, nie miała problemów, jak się okazało, że samochód jest mocno potrzebny (miał na sobie dość specjalistyczną zabudowę), to wyjął dosłownie z kieszenie plik banknotów i zapłacił.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 420 (426)

#72028

(PW) ·
| Do ulubionych
Od długiego czasu czekam na realizację zmówienia internetowego z pomarańczowej sieci (upłynął już regulaminowy termin na dostarczenie przesyłki). Pominę opis całej batalii z konsultantami, którzy mieli wszystko załatwić i nie załatwili, którzy mieli do mnie oddzwonić i nie oddzwonili ani razu, a także przełączanie od jednej niekompetentnej osoby do drugiej i zasłanianie się tekstem "Ja nie odpowiadam za fizyczną wysyłkę" (pomimo moich wielokrotnych próśb, aby z kimś "odpowiedzialnym fizycznie" mnie połączono).

Jednak to, co dzisiaj usłyszałam od [K]onsultantki, to już apogeum bezczelności i robienia z klienta debila.

K: Przesyłka została już dawno wydana firmie kurierskiej i to po ich stronie leży wina za niedostarczenie.

Zdziwiło mnie to, bo jeśli kurier zabrał paczkę, to powinnam jak zawsze otrzymać potwierdzenie tego zdarzenia smsem i na maila, no ale może? Może coś nie halo z systemem?

Ja: Dobrze, poproszę w takim razie nr listu przewozowego.

K: Takiego numeru nie ma, kurier zabrał paczkę nie nadając jej numeru.

Ludzie, serio? Czy brzmię jak kompletna kretynka, która uwierzy, że kurier zabrał towar za ponad 3000 zł i nie wystawił listu przewozowego, tym samym nie dając żadnego potwierdzenia swojej wizyty? Tak po prosu wziął paczkę i sobie poszedł?

Ręce, szczęka... wszystko opada.

call_center

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 417 (423)
Pracowałam jako wychowawca kolonijny. Całe szczęście, że moim celem w tej pracy nie były pieniądze – bo one akurat są śmieszne (dostawałam około 650 złotych za 10-dniowy turnus, w czasie którego w teorii odpowiadałam za dzieciaki 24 godziny na dobę). Miałam (bardzo głupie) wyobrażenie, że praca z dzieciakami podczas wakacji, oprócz tego, że wymagająca, jest również fajna i pozwoli mi trochę odpocząć od miasta i nauki.

Łącznie przeżyłam 4 turnusy i po ostatnim powiedziałam – nigdy więcej. Dlaczego? Z wielu powodów, choć chyba najważniejszym są rodzice:

1) Zadaniem kadry podczas kolonii jest opieka na dziećmi. To oczywiste. Jednak rodzice wysyłają dziecko na wyjazd, muszą zdawać sobie sprawę z tego, że do pewnego stopnia dzieciak będzie musiał być samodzielny. Mimo to, rodzice nadal oczekują, że opiekun poświęci jego dziecku całą swoją uwagę.

Miałam w grupie bardzo fajnego, rozsądnego dzieciaczka. W czasie zajęć podszedł do mnie i powiedział, że źle się czuje – boli go brzuch. Mieliśmy wtedy falę zatruć pokarmowych na wyjeździe, więc nie była to szczególnie zaskakująca wiadomość. Zostawiłam grupę pod opieką koleżanki-wychowawczyni i zgarnęłam Młodego do pielęgniarki. Ta postawiła straszliwą diagnozę – to sraczka. Młody zaprowadzony do domku, w dobrym humorze, żartował z sytuacji i zapewnił, że sobie poradzi. Poprosiłam innego wychowawcę, który miał zajęcia parę metrów przed jego domkiem, żeby co jakiś czas do niego zajrzał i wróciłam do swojej grupy. Po skończeniu zajęć, czyli za jakąś godzinę, poszłam sprawdzić, co u niego słychać.

Wieczorem dzwoni matka. „Czemu moje dziecko zostało samo, jak było chore i cierpiące? To brak opieki, wezwę policję, naślę kuratorium, pozwę wszystkich za niedopełnienie obowiązków”. Rozumiem, że matka, kiedy jej dwunastoletni syn ma problemy żołądkowe, spędza z nim cały czas, kiedy biedny siedzi na toalecie i trzyma go za rękę? Rozumiem również, że inne dzieci mają nie realizować programu, bo jej syn ma sraczkę?

2) Z doświadczenia pamiętam, że jak zaczęłam wyjeżdżać na wyjazdy do miejsc, gdzie były również osoby sprzątające, naszą ulubioną historią było, jak to „panie sprzątaczki mnie okradły”. Pojawiała się ona zawsze, kiedy ktoś nie mógł czegoś znaleźć. Z doświadczenia pamiętam, że moi rodzice, a także rodzice moich znajomych, szybko nas ochrzaniali, kazali posprzątać pokój, nie oskarżać ciężko pracujących ludzi, a wszystko się znajdzie. Zaskakująco – mieli rację, a cała sytuacja była ważną lekcją o tym, że trzeba szanować innych i ich pracę. Tak było kiedyś.

Obecnie – wyjazd zimowy, siłą rzeczy pozwalaliśmy dzieciakom mieć odrobinę większy bałagan niż zwykle – ich rzeczy musiały się przecież gdzieś wysuszyć. Dostaję telefon od oburzonej mamy: „Moja córka powiedziała mi, że sprzątaczki ją okradły. Bardzo proszę, żeby przekonała pani sprzątaczki, żeby ruszyło je sumienie i oddały, co ukradły”.

Nie powiem, byłam bardzo zdziwiona, dziewczynka nie zgłaszała, że cokolwiek zgubiła. Ale zdecydowanie nie zamierzałam iść i prosić przemiłych pań sprzątających o oddanie czegokolwiek. Za to poszłam do pokoju dziewczynek i, wygodnie siedząc na krześle, poprosiłam, aby wyciągały swoje rzeczy z szuflad i układały je na boku. Zupełnie zaskakująco dla nich zagubiony zegarek odnalazł się w jednej z szuflad. Jak się okazało, dziewczynki nie podjęły nawet próby znalezienia zegarka. Ani córka, ani matka nie przeprosiły.

3) Jedna z dziewczynek miała tendencję do wpadania w histerię bez powodu. Podczas zajęć plastycznych pomyśleliśmy, że dla dzieciaków miłe będzie wysłanie swoich prac plastycznych rodzicom pocztą. Wspomnianej dziewczynce tak bardzo nie spodobał się ten pomysł, że zaczęła płakać, histeryzować i zupełnie nie dała się uspokoić. Mówienie, że skoro nie chce wysyłać, to nie musi tego robić, nie pomagało.

W stanie histerii Młoda zadzwoniła do matki, a matka do nas. Dowiedzieliśmy się, że znęcamy się nad dziećmi, wyzywamy i bijemy je (!) i ona już zaraz wzywa do nas policję. Na szczęście nigdy tego nie zrobiła, ale udało się jej całkiem solidnie nas zwyzywać.

Rozumiem, że rodzic powinien wierzyć swojemu dziecku, szczególnie, kiedy mówi, że dzieje mu się krzywda, ale być może zanim zacznie się obrażać innych ludzi, może warto spróbować wyjaśnić, jak naprawdę sytuacja wyglądała? Szczególnie, jeżeli dziecko ma skłonności do dramatyzowania.

4) Zawsze wydawało mi się, że oprócz tego, że wychowawcy mają opiekować się dziećmi, mogą mieć odrobinę luźniejszą, może trochę koleżeńską relację z wychowankami. W końcu kolonie to nie szkoła, jako wychowawca muszę dbać o bezpieczeństwo dzieci, ale też o to, żeby dobrze się bawiły.

Sjesta poobiednia. Czas dla instruktorów, żeby chwilę odpocząć, przygotować następne zajęcia. Dzieciak puka ze skargą, jest potraktowany poważnie. Ten sam dzieciak przychodzi kolejny i kolejny raz z coraz to nowymi problemami. Widać, że zaczął traktować to jak żart. Jego skargi stały się coraz bardziej absurdalne i wymyślone. Widać było, że robi to wyłącznie dlatego, że się nudzi, ale mimo próśb, nie chce przestać. W końcu jedna z wychowawczyń z uśmiechem i wyraźnym żartem powiedziała: „Jeśli jeszcze raz przyjdziesz, to wyrzucę cię przez balkon”. Dzieciak się roześmiał, ona się roześmiała, wszyscy myśleli, że problem rozwiązał się w miłej atmosferze.

Chwilę później dzwoni matka do szefa całego biura podróży: „Grożą mojemu dziecku, znęcają się nad nim, wzywam na kolonię prokuratora”. Prokurator nigdy nie przyjechał, koleżanka miała polecone, żeby więcej nie odzywała się do tego dziecka.

5) Program. Rozumiem, że wielu rodziców może uważać, że paintball / zorbing / quady / parki linowe / nocne wyjście do lasu / dowolna inna aktywność jest zbyt niebezpieczna dla ich dziecka. Ale pretensje do wychowawcy, że pozwolił dziecku na taką aktywność, wydają się być lekko niesprawiedliwe, kiedy program wyjazdu, zaprezentowany rodzicowi przed zakupem wyjazdu, dokładnie mówi, że tego typu aktywność jest dla dzieci przewidziana, a on w żaden sposób nie zaznaczył wcześniej, że nie chce, żeby jego dziecko w niej uczestniczyło.

6) Karta obozowa. Tak wielu rodzicom nie chce się jej dokładnie wypełnić, że w dużym stopniu przestała mieć jakąś wartość dla wychowawcy. Dla wyjaśnienia, wychowawcy przed zajęciami przeglądają karty i patrzą, czy muszą szczególnie uważać na jakieś dziecko. Dodatkowo mogą w razie potrzeby zweryfikować informację podaną im przez dziecko w karcie. Więc jeśli ośmiolatek mówi: „Jestem uczulony na mleko”, to można od razu zweryfikować, czy po prostu nie lubi czegoś i nie chce tego jeść, czy trzeba uważać, żeby aby na pewno nie zjadł niczego z mlekiem, patrząc do karty. Jednak w tym momencie karty są tak niestarannie wypełniane, że praktycznie trzeba z każdą głupotą dzwonić do rodziców i weryfikować informacje.

Jeszcze gorszą opcją jest kiedy rodzice świadomie nie podają schorzeń dziecka, z obawy, że nie zostanie przyjęte na wyjazd. Miałam kiedyś w grupie dzieciaka z wadą serca, który w teorii powinien unikać każdej aktywności fizycznej. Nie miał tego wpisanego w karcie, rodzice w żaden inny sposób nie przekazali tej informacji, on sam się wstydził i nic nie powiedział mnie albo pielęgniarce podczas kontroli.

Którejś nocy chłopcy hałasowali po ciszy nocnej i wyraźnie mieli za dużo energii. Więc zgarnęłam ich i stwierdziłam, żeby w ramach wytracenia nadmiaru energii pobiegali chwilę naokoło boiska – dla osoby zdrowiej mniej więcej tyle, żeby lekko się zmęczyli. Dla osoby chorej natomiast mogło się to skończyć tragicznie. Dzieciak dopiero po 10 minutach powiedział, że w sumie to on nie powinien biegać.

Skończyło się dobrze, dzieciak nie miał żadnych problemów ze zdrowiem przez to, ale świadomość, że ja odpowiadam za te dzieciaki prawnie była przytłaczająca.

I teraz mała uwaga z perspektywy wychowawcy. Mamy pod opieką paręnaście dzieciaków i robimy wszystko, żeby były bezpieczne i zadowolone z wyjazdu. Jednak nie możemy być w paru miejscach na raz i z każdym dzieckiem przez całą dobę – przecież musimy też spać, myć się, zajmować się formalnościami itd. Oznacza to, że jeśli dziecko bardzo chce oszukać wychowawcę, to prawdopodobnie mu się to uda. Dlatego też jeżeli nie ufasz swojemu dziecku, że będzie rozsądne i nie będzie chciało zrobić niczego głupiego, to proszę, dla dobra wszystkich, nie puszczaj go na kolonie.

kolonie

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (140)

#75437

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem aplikantką adwokacką.

W dniu dzisiejszym próbowałam dodzwonić się do Sądu w sąsiedniej miejscowości (z kancelarii mamy tam około 15-20 km), żeby dowiedzieć się, czy strona przeciwna złożyła apelację w sprawie. I akurat w tej sprawie nie możemy czekać na ewentualne pismo z sądu, w którym prześlą nam informację o przyjęciu apelacji i jej odpis.

Gdzie piekielność? W dodzwonieniu się ;)

Do sekretariatu odpowiedniego wydziału nie da się dodzwonić - jest automatyczne przekierowanie na Biuro Obsługi Interesanta (BOI). A na BOI... No cóż, nauczona doświadczeniem wykręcam numer, podkręcam głośność telefonu na maksa, odkładam słuchawkę na biurko i zajmując się swoimi innymi sprawami, nasłuchuję:
"Witamy w Sądzie Rejonowym (...). Prosimy oczekiwać na połączenie z konsultantem. Obecnie jesteś w kolejce:..."
Na dzień dobry byłam w kolejce siódma. Słuchawka leży przy laptopie, piszę jakieś pismo i nasłuchuję "umilającej" czas muzyczki przerywanej co chwila informacją o tym, która jestem w kolejce.

Po około 5 minutach byłam czwarta. Po kolejnych 15 awansowałam już na drugie miejsce. I chwilę potem byłam już pierwsza. Zadowolona z siebie już nie mogę się doczekać, aż ktoś po drugiej stronie odbierze słuchawkę (bądź co bądź zatrudnione tam panie to złote kobiety).
Po kolejnych dziesięciu minutach usłyszałam jedynie komunikat: "Przepraszamy. Czas oczekiwania jest zbyt długi. Prosimy zadzwonić później". I sygnał rozłączonej rozmowy.

Łączny czas oczekiwania na rozmowę, której nie było - ponad 30 minut.
A ja zakładam kurtkę i wybieram się do sądu samochodem, bo coś czuję, że dzwonienie tam nie ma sensu.

sądy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 276 (280)