Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#73526

(PW) ·
| Do ulubionych
Siedziałam w poczekalni kliniki okulistycznej i chcąc nie chcąc słyszałam głośną rozmowę pomiędzy pacjentką, a panią z rejestracji.

[pacjentka podeszła do rejestracji i coś pomruczała]
- Ale pani miała termin operacji wyznaczony na miesiąc temu!
- No tak, ale potem przez jakiś czas trzeba na siebie uważać, pomyślałam, że to bez sensu tak przed wakacjami, na działkę nie mogłabym jeździć.
- Ale dlaczego pani nie zadzwoniła, nie poinformowała nas, nie poprosiła o zmianę terminu?
- A bo pomyślałam, że to się da przesunąć.
- Teraz już nic nie możemy zrobić. Dzwoniliśmy nawet do pani, żeby zapytać, dlaczego pani się nie pojawiła, to operacja na NFZ, jak zabieg się nie odbędzie, musimy się tłumaczyć...
- Bo wie pani, ja rzadko w domu bywam, a komórkę podałam córki. To na kiedy mogę przełożyć?
- Kierownictwo ma taką zasadę, że jeśli ktoś się nie stawi na zaplanowany zabieg, spada na koniec kolejki, najwcześniej początek 2018 r.
- A nie dałoby się wcześniej? Bo wie Pani, mi to już bardzo przeszkadza, ledwo co widzę...

Wyszłam, finału nie słyszałam. A potem dziwimy się, że do lekarzy są takie kolejki...

pacjenci

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 459 (463)

#76935

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka miesięcy temu dodałam historię o poszukiwaniu pracy.
Pracę chciałam zmienić głównie z jednego powodu - byłam zatrudniona na umowę zlecenie, a jako już dorosła osoba, która zakończyła uniwersytecką edukację, nie było mi to na rękę z logicznych powodów. Zresztą fajnie by było pójść na urlop, który nie skutkuje jednocześnie o połowę mniejszą wypłatą, bo nie wyrobiłam godzin.

Istotny tu jest fakt, że w umowy podpisywaliśmy na miesiąc, od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Przykładowo w okolicach 1-go bądź 2-go lutego podpisałabym umowę na luty właśnie. Co za tym idzie, mieliśmy układany grafik także na miesiąc.

Przyszedł w końcu ten szczęśliwy w moim życiu moment, że pracę znalazłam. Było to 20-go, umowę oraz grafik miałam do końca miesiąca, jak zawsze. Chciałam być w porządku i nie odchodzić od razu, nowy pracodawca zgodził się też na to, żebym zaczęła 1-go. Tak więc od razu jak otrzymałam list intencyjny, wte pędy mail do kierownika, że z ostatnim dniem tego miesiąca kończę współpracę z w/w względów.

Gównoburza jaka się rozpętała, była po prostu żałosna.
Na początku było zdziwienie, bo "jak to odchodzisz? Przecież Ci nie pozwoliłem!". Potem zaczęło się granie na emocjach, coś w stylu, że przecież w 10 dni nie znajdą pracownika, więc może mogłabym zostać jeszcze kolejny miesiąc? Yhy, na pewno.
Praca nie była wymagająca, więc gdyby szefowie się spięli, to pracownika znaleźliby w 2-3 dni, tym bardziej, że ciągle napływały do nas nowe CV. Wymaganiami były: status studenta i znajomość angielskiego na poziomie komunikatywnym, co w dzisiejszych czasach chyba nikogo nie powinno dziwić.

Potem zaczęło się "straszenie", bo przecież na umowie zlecenie jest miesięczny okres wypowiedzenia, więc mogę odejść 20-go, ale kolejnego miesiąca. Gratuluję w takim razie myślenia i znajomości przepisów. Umowę miałam podpisaną do końca miesiąca, ale szefostwo upierało się, że mimo, iż umowy na kolejny okres nie mam, to i tak muszę zostać. Nie docierało do nich to, że coś takiego nie obowiązuje. Skoro podpisałam umowę przykładowo do 31-go, to moim świętym prawem jest odjeść 31-go. Lamentów i płaczu, że toż to bezprawie, że pracodawcy tak NIE WOLNO zostawiać były na porządku dziennym.

Pewnego dnia w kuchni, szef wyskoczył do mnie z tekstem, że jestem nie fair, by tak z DNIA NA DZIEŃ odchodzić, no kto to widział! Oni się tego po mnie nie spodziewali, no wstyd! Jestem niepoważna i jeżeli ktoś zapyta ich o referencje, to oni wszystko powiedzą, o tym jak ich potraktowałam! Powiedziałam mu wtedy, że jakby zatrudniali jak porządny pracodawca na umowę o pracę, to takich problemów by nie było, bo zawsze byłby w zapasie okres wypowiedzenia. Wzrok jakim zostałam wtedy potraktowana, mógłby spokojnie zabić, uratowało mnie chyba tylko szybkie opuszczenie kuchni.

Do końca mojej pracy, codziennie towarzyszyły mi kąśliwe uwagi na mój temat, bo przecież lepsza praca nie istnieje, na pewno wrócę do nich z płaczem, okaże się, że umowy nie ma, no i ogólnie będę tego żałować do końca życia.

Dla smaczku dodam fakt, jak wyglądało to z drugiej strony. Gdy jakiś pracownik im podpadł, wzywali go do biura i stawiali przed faktem dokonanym: "Jutro nie przychodź do pracy, bo właśnie ją straciłeś". I tacy ludzie wmawiali mi, że to ja jestem jestem niepoważna.

Dobrze, że stamtąd odeszłam.

praca

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 451 (455)

#78446

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu, gdy byłem jeszcze na studiach, zacząłem szukać pracy. Padło na szkoły językowe, przede wszystkim ze względu na elastyczny grafik żeby pogodzić z nauką.

Trafiłem na ogłoszenie pewnej szkoły, która nie miała zbyt dobrej opinii wśród znajomych lektorów, ale wyszedłem z założenia że na początku "kariery" nie będę wybrzydzał. Pojechałem na rozmowę z dziewczyną, której poziom angielskiego do najwyższych nie należał. Zostałem poinformowany, że w weekend odbędzie się szkolenie techniczne czy jakoś tak to nazwała i że przypomną się jeszcze z dokładnymi informacjami.

Nadszedł piątek, czyli dzień w którym szkolenie miało się odbyć. Zadzwonili ok 12, że jednak przełożono szkolenie na inny termin bo jakaś awaria. OK, rozumiem.

Tego samego dnia była impreza w akademiku, na której miał być kolega z roku. Spóźniał się dość długo, więc napisałem czy w ogóle będzie i dostałem odpowiedź ... że jest na szkoleniu ww. szkoły i będzie trochę później.

Rozumiem że można znaleźć lepszego kandydata, nie rozumiem jednak tego, że dorośli ludzie nie są w stanie powiedzieć prawdy. Tego dnia postanowiłem, że już nigdy więcej nie będę miał nic wspólnego z tą szkołą. A oni mój numer zachowali i jeszcze kilka razy zapraszali na rozmowy, nie rozumiejąc dlaczego nie jestem zainteresowany.

białystok

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (225)

#75711

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana mi dzisiaj przez mojego, piekielnego kumpla.
Bo wychodzi na to, że będzie powtórka.

Kumpel mieszka w małej miejscowości, przy głównej ulicy, idealnie na przeciwko zespołu szkół (Przedszkole, podstawówka, gimnazjum).
Jak to w takich małych miejscowościach i okolicznych wsiach bywa, sporo rodziców przywozi i odbiera swoje pociechy samochodami.
Dla tychże rodziców zrobiony jest parking, mniej więcej ok 40m od wejścia.
Większość z niego korzysta i jest wszystko cacy.

Co ważne przed domem kumpel ma trawnik, ot pasek trawy długości 20 metrów i szerokości może 1,5m. Między drogą, a trawą jest chodnik z kostki, o szerokości 1m.
Trawnik jest odgrodzony od chodnika wysokim krawężnikiem.
Część rodziców "wysadzając" swoje pociechy z samochodów przystaje na tym chodniku, ale trafiła się pewna zawzięta pani, która regularnie pakowała się swoim Volvo kumplowi na trawnik, potrafiła kołem przejechać po całej długości. Kumpla szlag trafiał, bo trawnik miał wówczas świeżo założony, więc taki przejazd zostawiał głęboką błotnistą koleinę.
Zwracał kobiecie kilka razy uwagę i prosił o nie wjeżdżanie na trawnik. Niestety nic to nie dawało.

Po którejś awanturze z babsztylem, wygrzebał więc z czeluści garażu plastikowe pachołki, takie jakich używają drogowcy, biało pomarańczowe. Porozstawiał je wzdłuż trawnika i liczył że będzie spokój.
Niestety, pachołki zostawały regularnie przepychane zderzakiem tegoż Volvo.
I tutaj uruchomiła się piekielność kumpla.

Użył pachołków jako form, namieszał betoniarkę i odlał sobie słupki, z betonu...
Słupki pomalował na biało pomarańczowo, w beton były zalane rurki, tak żeby słupek wbić w ziemię.
Zainstalował słupki i długo czekać nie musiał. Kobieta przyrąbała zdrowo w taki słupek kasując przód samochodu. Pomogło.

Kumpel opowiedział mi tą historię dzisiaj, bo pomagałem mu wygrzebać betonowe słupki z garażu. Znowu jakaś cholera wjeżdża w trawnik.
Słupki postawione, kamera ustawiona, czekamy :D

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 665 (671)

#73558

(PW) ·
| Do ulubionych
Padłem dzisiaj z wrażenia, chyba nowy poziom głupoty został osiągnięty
Jadę ja sobie busikiem do naszej pięknej stolicy po jakieś części, za światłami obok chińczyków widzę VW sharana jadącego ok 80km/h zygzakiem, raz po poboczu, raz wychylając się na lewy pas, trochę szybciej, za chwilę 60, potem znowu 90 i tak w kółko.

Jako że nienawidzę pijanych za kierownicą już miałem dzwonić do naszych dzielnych służb mundurowych, gdy VW znowu zwalnia, więc ja myk na lewy pas, patrzę do wnętrza Sharana i opadającą szczęką rozbijam kierownicę.

Kierowca nie był pijany.
Nie rozmawiał przez telefon.
Nie pisał smsa.
Nie grzebał w radiu.
Babeczka karmiła dziecko... w ręku łyżka i słoik, dzieciak w foteliku na TYLNYM siedzeniu!!
Za każdym razem gdy pani odwracała się podać łychę z karmą samochód zaczynał zygzakować...

To już chyba nie piekielność, tylko głupota w czystej postaci..

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 659 (665)

#71261

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane...

Wynajmuję malutkie mieszkanko.

Jakiś czas temu mieszkanie wynajęła Laura, 17-letnia dziewczyna z kraju spoza UE, mówiąca językiem bardzo mało popularnym i praktycznie u nas niezrozumiałym, coś tak jak np. węgierski. Dziewczyna studiowała w PL, (za granicą wcześniej zdała maturę). Umowa w języku polskim, zawarta na czas określony (zawsze tak robię) z możliwością przedłużenia. Okres wypowiedzenia z mojej strony 3-mce, okres wypowiedzenia z jej strony dowolny, ale wynajem do końca miesiąca (czyli od 1 do 30 dni). Oczywiście kaucja. Mam jeszcze taką zasadę, że przez cały czas umowy lub kilku umów, jak ktoś ją przedłuża, jest stała stawka za wynajem. Taki bonus dla osób, które wynajmują na dłużej.

Przez cały czas nie było żadnych problemów, spokojnie się dogadywaliśmy.

Laura skończyła studia, znalazła jakąś pracę, dzwoni, że z końcem miesiąca, chce się wyprowadzić. Ok, 31 przyjeżdżam, żeby się rozliczyć, odebrać klucze, obejrzeć czy coś jest do naprawy czy odświeżenia. Na miejscu zastaję Laurę, jakiegoś typa (okazuje się, że to jej chłopak) oraz drugiego faceta (nie mam pojęcia jak się nazywał, więc niech będzie dalej facet). W mieszkaniu bałagan, jakieś torby, kartony, walizki. Oczekiwałem raczej pustego mieszkania, ale myślę, że może są w trakcie wynoszenia gratów, nie ma sprawy niech sobie wynoszą, a ja obejrzę mieszkanie, przygotuję wypowiedzenie umowy, sprawdzę i spiszę liczniki.

Okazało się, że Laura znalazła mi kolejnego najemcę, swojego rodaka i on od jutra chce zamieszkać. Właściwie to nie chce zamieszkać tylko będzie mieszkał, a ja mam się cieszyć, że mieszkanie będzie wynajęte. Szkoda tylko, że mnie nie uprzedziła, nigdy nawet nie wspomniała, że może kogoś mi znaleźć. Problem jest taki, że mieszkanie wynająłem od drugiego dnia miesiąca, ludzie podpisali umowę na 2 lata, zapłacili za miesiąc z góry, wpłacili kaucję i przeprowadzają się z dosyć daleka. Wszystko umówione, ustalone, a tu taka niespodzianka.

Mówię jaka jest sytuacja, nie ma możliwości, żeby facet został. Ona tłumaczy, facet się wścieka, zaczyna krzyczeć, machać rękami, nic nie rozumiem. No nie potrafią się dogadać. Ona mu obiecała, a ja mu nie chcę wynająć.

W dużym skrócie i trochę czasu później, facet Laury wymyślił, że ona się właściwie wyprowadziła, w zasadzie to nie ich problem, oni spadają, a ja mam się z typem dogadać, nie ich sprawa, baj, baj umywamy ręce, a wy się bawcie. o.O

Uświadomiłem Laurze, że dopóki nie opuści mieszkania razem z chłopakiem oraz z kolegą zza granicy i jego wszystkimi rzeczami, nie dostanie kaucji. Chłopak wymyślił, że facet zapłaci mi kaucję, a ja Laurze oddam jej kaucję. No super rozwiązanie, tylko, że ja nie podpiszę umowy z tym gościem i nie wezmę od niego kaucji.
Aha.
Pat. Szach i mat. Ślepy zaułek. Koniec świata.

Przyjechali panowie policjanci. Popatrzyli, poczytali, posłuchali i zapadł wyrok: Pani Laura do północy ma prawo przebywać w mieszkaniu. W mieszkaniu mogą przebywać zaproszone przez nią osoby. Do północy nic nie mogą zrobić, a nawet ja do północy na żądanie Laury musiałbym opuścić mieszkanie.

Taka sytuacja.

Czyli czekamy do północy, o północy wszyscy mają opuścić mieszkanie. Laura z chłopakiem, bo skończyła jej się umowa, a facet bo nigdy umowy nie miał. Proste i logiczne.

Rozumiem, że sytuacja dla faceta niewesoła, obcy kraj, dogadać się praktycznie nie można, gratów sporo nazbierał (w PL już mieszkał). Wspólnie z policjantami próbuję rozwiązać problem. Sugeruję znalezienie innego mieszkania. Nie. Może wynajęcie jakiegoś pokoju w hotelu. Nie. W hotelu pracowniczym. Nie. Może pod miastem, bo taniej. Nie.

No i nieoczekiwane zakończenie i rozwiązanie sytuacji w
jednym.

Pan policjant podał dane z paszportu gdzieś do centrali. Minęło z pół godzinki, przyjechało 2 panów w zielonych mundurach z bronią ostrą i zabrało faceta i jego graty. Przebywał w PL nielegalnie, wiza mu się skończyła pół roku wcześniej, więc najprawdopodobniej został deportowany.

W ramach podziękowań Laura stwierdziła, że jestem okropny, bez serca, bez litości i coś tam jeszcze, że miała o mnie inne zdanie. No cóż, pewnie dla niej byłem piekielny...

Wynajem z niespodzianką

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 658 (664)

#78203

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś opowieść o mechanikach samochodowych z tendencją do hmm... jak to nazwać?

Pokrótce: ujeżdżam wiekowy już bardzo francuski wynalazek ze stajni Peugeota. Rzadko spotykany, ale sobie chwalę. Tylne zawieszenie zaczęło coraz natarczywiej domagać się atencji, zatem zakupiłem niezbędne elementy - zawsze tak robię, jako że dostanie wszystkiego od ręki do tego auta raczej nie należy do zadań trywialnych -, pojechałem do polecanego przez znajomych warsztatu i po wysłuchaniu standardowej formułki typu "panie, a kto panu to tak spier...lił?", nakazałem wyraźnie dokonać wymiany zużytych części na zakupione przeze mnie. Zajęcie dość proste i niewymagające specjalnego wysiłku. Byle mieć podnośnik.

W ramach dodatkowego wyjaśnienia - mieszkam w tym mieście stosunkowo krótko i nie zdążyłem jeszcze znaleźć zaufanego fachowca dla siebie, toteż musiałem opierać się na opinii znajomych.

Po kilku dniach przybywam po swojego francuskiego gruchota, w trakcie krótkiej rozmowy słyszę kwotę przekraczającą tak z pięciokrotnie szacowany przeze mnie koszt usługi. Na pytanie, czemu tak drogo słyszę w odpowiedzi:

"A bo wie pan, te francuskie samochody to znane są z dziwnych patentów, myśmy musieli całe zawieszenie zdjąć, a jak żeśmy to zrobili, to się okazało, że cała belka skrętna jest do roboty, wie pan takie łożyska igiełkowe, we wszystkich francuzach to jest. Nowe są bardzo drogie, ale myśmy zrobili pełną regenerację za pół ceny, a robocizna wliczona, dajemy gwarancję na rok, będzie pan zadowolony".

W tym momencie podniosło mi się ciśnienie, kazałem podnieść auto na podnośnik i pokazać sobie dokładnie cóż takiego panowie specjaliści zregenerowali i powymieniali. Skracając dalszą część opowieści wyszło na to, że opuściłem warsztat nie płacąc w ogóle za cokolwiek. Oczywiście bez wątpienia mnie tam już nie zobaczą ponownie.

Dlaczego? Z bardzo prostej przyczyny. Mój samochód NIE MA belki skrętnej.

warsztat mechanik samochód

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 429 (433)

#79651

(PW) ·
| Do ulubionych
Świeżo po nocnym dyżurze. Jestem pielęgniarką, pracuję na Intensywnej Terapii w Anglii.

Zeszła noc to piekło i szatani, dwoje pacjentów - niemalże równocześnie - miało zatrzymanie akcji serca, więc naprawdę było niewesoło. Szczęście w nieszczęściu, że w łóżkach tuż obok siebie, więc 'lotni' mieli łatwiej, a i nam jakoś raźniej się pracowało...

Niestety ratowanie życia ma to do siebie, że jest głośne... maszyny pipczą i alarmują, ludzie pokrzykują do siebie komendy, ogólnie zorganizowany chaos...
I niestety, na moim oddziale wolno rodzinom pacjentów 'szczególnie źle rokujących' zostać z pacjentem na oddziale (tylko 1 osobie...)
I - jak łatwo przewidzieć - właśnie żona takiego pacjenta, który /nota bene/ dwie noce wcześniej dostarczył nam takich samych rozrywek - przyszła nas upomnieć żebyśmy ciszej byli, bo ONA spać nie może... pacjentowi wsio rybka, bo w śpiączce...

Kocham mojego głównego anestezjologa, który krótko i po żołniersku kazał jej się, khem... oddalić... a na krzyki o skargę pokazał międzynarodowy znak pokoju środkowym palcem :)

Teraz to tylko spać się chce.... Dobranoc :D :zzzz

słuzba_zdrowia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (216)

#80045

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś dowiedziałam się, że gdy przyjmuję u siebie gości, to do mnie należy pomoc trzylatkowi, który musi się wypróżnić. Nie mówię tu nawet o dzieciaku z najbliżej rodziny, tylko o małym chłopcu, którego dziś widziałam drugi raz w życiu (nasi goście to dalsi znajomi mojego partnera).
Nie mówię tu też o sytuacji, w której rodzice byli czymś zajęci- ot, wszyscy siedzieliśmy i gadaliśmy.

Może przesadzam, ale dla mnie takie zachowanie rodziców jest trochę dziwne.

wychowanie goście

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (215)

#79383

~Nehelenia ·
| Do ulubionych
Ostrzegam, że najsmaczniej to nie będzie.

Byłam dziś na tzw. badaniach diagnostycznych lub szerzej znanych „wynikach”. Zjawiłam się krótko przed otwarciem rejestracji, dzięki czemu byłam druga w kolejce. Przede mną tylko pani ok. 60-70 lat.

Rejestracja się otwiera, pielęgniarka przyjmuje skierowania i oznacza odpowiednio poszczególne badania krwi, moczu, kału etc. Pani przede mną (dalej nazywana (K)obietą) przekazuje swoje skierowanie. Wyciąga także, bardzo ostrożnie, niczym niezabezpieczony pojemnik z moczem. Wywiązuje się dialog pomiędzy nią, a (P)ielęgniarką.

P: Nie ma pani zapisanego badania moczu, ale kosztuje ono X zł, możemy je wykonać.
K: Ojej… A myślałam, że mam. Temu przyniosłam pojemniczek.
P: Jak mówię, kosztuje ono kilka złotych. Chce je pani wykonać?
K: A, to tak, złociuchna, tak.
P (sięgając po pojemnik z moczem): Ale jest niezakręcony, proszę go zakręcić, by zabezpieczyć przed badaniem.
K: O, a to musi być zakręcone, tak? Bo ja nie wiedziałam (!!!). Dobrze, to już zakręcam. Tak mocno, tak? Żeby to kolorowe (wieczko) nie było luźne, tak?
P: Tak.

Do tego momentu historia nie jest w żaden sposób piekielna, prawda? Piekielność nastąpiła kilka sekund później.

Pani zamiast zakręcić od razu, sięgnęła do torebki po portfel i zamaszystym ruchem ręki strąciła ten pojemnik, którego nieduża część rozlała się na blat okienka i podłogę (dzięki refleksowi nie padłam ofiarą rozprysku). Jednak prawdziwą ofiarą była pielęgniarka. Ze względu na brak szyby zabezpieczającej, zawartość sterylnego opakowania znalazła się na dokumentacji, twarzy, włosach i kitlu pani pielęgniarki.

Wszyscy zamarli w szoku, sama pielęgniarka była sparaliżowana szokiem lub gniewem. Wtem odzywa się winowajczyni.

K: Ojej… Przepraszam. To jak pani teraz przeprowadzi badanie z sikami?

Ton głosu, jakby upuściła długopis. Wyciąga zwykłe chusteczki higieniczne i zaczyna przecierać blat, z którego skapywał mocz. Potem pani niespiesznie schowała zużytą chusteczkę i pomaszerowała w stronę gabinetu zabiegowego, jakby nic się nie stało.

Historia ma też drugą piekielność:

Kobieta opowiedziała tę historię pielęgniarce, która wykonywała zabieg, podsumowując to, co się stało słowami: „Ale ta pani w rejestracji taka nieprzyjemna. Przeprosiłam, a ona była zła. Kto tu u was pracuje, żeby być taką niemiłą dla pacjentów. I jeszcze wstała i wyszła taka wściekła! Pani, kto to widział?”.

Myślę, że oblanie moczem kwalifikuje się pod coś znacznie więcej niż bycie "niemiłym".

Mam tylko nadzieję, że Pani Pielęgniarka mogła skorzystać z prysznica i przyborów toaletowych oraz że miała w co się przebrać. Albo że puścili ją do domu.

Przychodnia

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (214)