Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#83526

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako opiekunka osób starszych w domu opieki.

Nasz dom ochrania firma ochroniarska, na potrzeby tej historii nazwijmy ją FIRMĄ. Nocny dyżur włącza alarm, oczywiście nie wszystkie pomieszczenia są nim objęte, bo po domu poruszać się w nocy trzeba. Alarm czasami wyje, wtedy przyjeżdża FIRMA. Jeśli osoba z nocnego dyżuru nie zlokalizuje sama źródła alarmu (a czasem jest to niedopatrzenie typu - niedomknięte okno), to pracownicy FIRMY mają obowiązek wejść i sprawdzić dokładnie, czy wszystko jest OK.

Na "nocce" jest niestety tylko jedna osoba. Podczas nocnego dyżuru Jadzi włączył się alarm. Okna pozamykane, żaden z podopiecznych nie wszedł tam, gdzie nie trzeba, a więc - przyczyna alarmu nieznana. Przyjechała FIRMA w sile dwóch osób w wieku mocno emerytalnym. Bardzo niezadowoleni z faktu, że Jadzia nie odwołuje alarmu i że jednak mają sprawdzić. Ale umowa to umowa, mus to mus, robią po kolei obchód pomieszczeń. Wreszcie schodzą do piwnicy - oczywiście na noc pogaszone tam światła, najogólniej rzecz ujmując "ciemno jak w du*ie", chociaż po otworzeniu drzwi widać włącznik światła. Panowie zaglądają, po czym odwracają się do Jadzi ze słowami: "Pani tam wejdzie i włączy światło". Jadzia bez zastanowienia: "Panowie, mnie płacą za zmienianie ufajdanych pampersów, a nie za to, że w ciemnym pomieszczeniu mogę dostać w łeb! Zapraszam, włącznik światła jest na wprost panów!"

Nie ma to jak profesjonalna firma ochroniarska...

dom_opieki

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (197)

#71716

~Kryska ·
| Do ulubionych
Mój mąż prowadzi małą firmę, zajmującą się wykończeniówką.

Ostatnio dostał zlecenie od znajomej swoich rodziców (X). Kobiecina umyśliła sobie remont swojego biura i zaangażowała w to mojego ślubnego.

Od początku daje nam do zrozumienia, że gdyby nie jej zlecenie, to przymieralibyśmy głodem. Na porządku dziennym są stwierdzenia "Dobrze, że masz u mnie pracę, przynajmniej wpadnie wam trochę grosza, bo skoro Kryśka nie pracuje...".
Kryśka (czyli ja) pracuje, tyle, że w domu, co dla starszej pani jest absolutnie nie do pojęcia. Ale wracając do remontu...

Ostatnio pani X była u mojej teściowej na niezapowiedzianej herbatce. Teściowej było to nie w smak, bo nie przepada za znajomą, ale postanowiła to przełknąć. Siedzą, gawędzą o pierdołkach i nagle pani X wypala:
X: Ale jest biedny ten twój Maciek, dobrze, że dostał u mnie robotę, bo przecież będą mieli chociaż na rachunki. Ale ten twój syn to skóra i kości, blady, słaby! Dobrze, że ja mu dałam zlecenie, bo chyba nawet na jedzenie nie mają! Biedny chłopak! Mogłaby ta święta krowa (ja) iść do roboty, ale po co, niech się mąż zaharowuje na zachcianki księżniczki.

Teściowa się wkurzyła i mówi dobitnie, że pracuję w domu i zarabiam całkiem nieźle, więc z głodu nie umrzemy, zwłaszcza, że Maciek też ma sporo zleceń.

X: Ja wiem, że ty jej bronisz, bo to twoja synowa, ale wyjątkowo niewydarzona ci się trafiła. No nic, jak ja zapłacę Maćkowi za ten remont, to może sobie wreszcie chłopak zje porządnie, albo kupi coś do ubrania. Ja mu powiem żeby nie mówił Kryśce ile mu zapłaciłam, niech sobie biedak odłoży na czarną godzinę.

To już przelało czarę goryczy, teściowa wyprosiła babsko z domu z poleceniem żeby już nie przychodziła.
Obca kobieta, która widziała mnie może ze dwa razy w życiu, zrobiła ze mnie leniwą pindę, która oszczędza na harującym mężu, a sobie nie żałuje. Mąż skończył remont i obiecał sobie solennie, że w życiu już babie nie pomoże. A ona jest bardzo zdziwiona, że odmówił jej remontu mieszkania.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 390 (394)

#73090

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o panu na wózku inwalidzkim i cudownym ozdrowieniu coś mi przypomniała...

Gdańsk, jedna z najczęściej odwiedzanych ulic przez turystów - Długa.
Niedaleko fontanny Neptuna siedzi babcia na wózku. W ręku dzierży papierowy kubeczek po kawie, przykryta jakimś starym kocem, no obraz nędzy i rozpaczy, bo wygląda przyjaźnie i człowiekowi szkoda babulki. Siedzi tak cały dzień, od około 8:00 rano do zmierzchu a turyści rzucają "ojro" i inne waluty.

Kiedy robi się późno, wstaje z wózka, składa na nim kocyk i pcha go do tramwaju.
Większość miejscowych wie, że mieszka normalnie, ma rodzinę i generalnie niczego jej nie brakuje.
Biznes is biznes.

Gdańsk

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 389 (393)

#85035

(PW) ·
| Do ulubionych
Zgoda między sąsiadami.

Wyjazd do sąsiedniej wsi, pali się dom od uderzenia pioruna. Poszkodowany miał małe podwórko i po wjechaniu 2 aut z PSP i auta lokalnej OSP okazało się, że nie ma już więcej miejsca. Więc dowódca z PSP kazał nam wjechać na podwórze sąsiada i stamtąd podać wodę przez drugie wejście na strych.

W momencie gdy rozwijamy szybkie natarcie, z domu wyskakuje sąsiad i krzyczy że on nie pozwoli by z jego podwórza gaszono dom tego jak to on określił "sku***syna". Spławiamy go mówiąc, że takie dostaliśmy rozkazy i z protestami wysyłamy do dowódcy z PSP.

Będąc już na drabinie i gasząc strych, nagle woda z szybkiego natarcia przestaje mi lecieć. Oglądam się i widzę że "przyjacielski sąsiad" upitolił nam siekierą 6m węża od szybkiego natarcia.

Ech, ci "kochani" sąsiedzi.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (196)

#74136

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Takatamtali (http://piekielni.pl/74078) przypomniała mi jedną historię z mojego życia zawodowego.

Jeszcze niedawno pracowałam w biurze rachunkowym jako kadrowa. Do moich obowiązków należało m. in. wystawianie świadectw pracy dla pracowników naszych klientów.

Pewnego dnia przyszedł klient [R] i prosi, żeby poprawić jedno ze świadectw, bo Pani w Urzędzie Pracy nie chce pracownikowi przyjąć tego dokumentu. Czytam, oglądam z każdej strony. Świadectwo wystawione prawidłowo. Pytam więc:

Ja: No ale o co chodzi, Panie R.? Przecież świadectwo jest wystawione prawidłowo.
R: Bo w świadectwie napisane jest, że wymiar czasu pracy to pełny etat.
Ja: No tak ma być. Pracownik pracował na pełny etat.
R: Pani Smenko, ja wiem, że to jest dobrze, ale Pani w UP twierdzi, że to nie jest to samo i powinno być wpisane 1/1.
Ja: Ale to jest to samo!
R: No ale co Pani poradzi. Z koniem się będzie Pani kopała?

Przyznałam mu rację i poprawiłam. Nie będę się przecież koniowi (kobyle) pod kopyto podstawiała :)

Urząd Pracy procedury

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 388 (392)

#83928

(PW) ·
| Do ulubionych
Cenzura w internecie. Na dosyć śmieszną skalę, ale jednak.

Facebook. Forum osiedlowe. Pojawiło się pytanie o salon fryzjerski na naszym osiedlu, w którym byłam raz i usługę wykonano mi fatalnie. Napisałam, że nie polecam i wstawiłam zdjęcie włosów po.

Po paru minutach dostałam prośbę od administratora grupy i w dodatku jakiegoś działacza samorządowego z prośbą o usuniecie zdjęcia. Zapytałam, czy w takim razie dozwolone są tylko pochlebne komentarze i jeżeli tak, to jaki jest sens pytania o opinię, dodałam też, że to chyba nie te czasy, żeby stosować cenzurę. Pomyślałam sobie jednak, że w sumie mogę wstawić to samo zdjęcie, ale "ocenzurowane". Niestety nie było mi to dane, bo najpierw administrator wyłączył możliwość komentowania, a chwilę później i sam post zniknął.

A myślałam, że mamy wolność wypowiedzi, zwłaszcza odpowiadania, jeżeli ktoś pyta. No cóż, myliłam się...

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (194)

#77274

(PW) ·
| Do ulubionych
To chyba nowy typ osób z kupujących na OLX - znajomi.

Wystawiałam na tej stronie drukarkę. Kilka osób pisze, ale potem nagle przestaje, wiadomo, często tak jest.

Ale w końcu się prawie udało. Czemu prawie?
Miałam z kupującym już wszystko dogadane. Płacił przelewem, ja drukarkę wysyłam i wszystko ok. No ale jednak nie. Podczas dawania nr konta do przelewu, podałam adres (po prostu myślałam, że trzeba, bo gdy ja byłam kupującym, to zawsze dostawałam też adres). No i się okazało, że kupującym jest moja znajoma z liceum (znała mój adres, dodatkowo w danych do przelewu było nazwisko).

I się zaczęło. Od razu wiadomość, czy z racji, że jesteśmy przyjaciółkami z liceum (nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami, a ona zdawała się mnie nie lubić przez całą szkołę), to sprzedam jej drukarkę taniej o 100zł? (Drukarka kosztowała 200, i tak już cena była obniżona, bo nie mogłam jej sprzedać). Po kilku moich odmowach postanowiła załatwić sprawę osobiście. Przyjechała pod adres, który wysłałam w wiadomości, ale tu zonk, bo kilka lat temu przeprowadziłam się i nie zmieniłam adresu w banku. Otworzyli jej rodzice, zdziwieni o co chodzi.

W końcu zmieniła taktykę i... przelała mi 100 zł. Napisała, że jeśli nie wyślę jej drukarki, pójdzie na policję (taa... przyjaciółka z liceum...). Nie przewidziała funkcji "przelew zwrotny" na stornie banku.

I chyba w końcu dała sobie spokój, bo nie było u mnie ani policji, ani kolejnej wiadomości od niej, jednak czekam, co tam znowu wymyśli...

znajomi z olx

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 384 (388)
Jeśli czytaliście moje poprzednie historie wiecie pewnie, że pracuję w sądzie. Okazjonalnie, z uwagi na posiadaną wiedzę udzielę jakieś nieformalnej porady prawnej. Oczywiście zawsze nieodpłatnie i tylko wśród rodziny i bliższych znajomych. Ot taka zwykła przysługa, bez sporządzania żadnych pism, czy bawienia się w adwokata albo radcę prawnego.

Zdarzenia, o których piszę miały miejsce prawie 4 lata temu. Siedziałam w ciepłym mieszkaniu z kubkiem herbaty i pisałam jakieś uzasadnienie, kiedy zadzwonił mój małżonek. Zawsze bardzo chętnie zrobię sobie przerwę w pracy, zwłaszcza, że mąż wtedy dostał nową pracę i spędzał w niej bardzo dużo czasu, a pokonwersować z nim bardzo lubiłam. No więc rozmawiamy o dupie Maryny, śmiejemy się, dowcipkujemy, jak to świeżo upieczone, stęsknione za sobą małżeństwo. No i tak od słowa do słowa, mąż opowiada mi, że ma kolegę w pracy, który się rozwodzi, ale w zasadzie to nie wie co do czego i potrzebowałby porady. Dalsza rozmowa z moim małżonkiem wyglądała mniej więcej tak:

(nieco to skróciłam, żeby nie zanudzać Was prawniczym bełkotem)

Ja: O, to smutne, a już miał rozprawę, kto złożył pozew?
Mój Mąż: To trzeba z tym do sądu iść? Myślałem, że jak na amerykańskich filmach wysyła się jakieś papiery, żona to podpisuje i heja.
Ja: No nie, w Polsce trzeba złożyć pozew, uzasadnić, wpłacić opłatę sądową, a potem sędzia razem z ławnikami prowadzą rozprawę. Czasami się to potrafi ciągnąć, zwłaszcza przy orzekaniu o winie.
Mój Mąż: To, aż tak skomplikowane. To ja koledze to przekażę w wolnej chwili.
Ja: Aha, to się nie rozwodzi, a dopiero planuje złożyć pozew.
Mój Mąż: No tak. A duża ta opłata.
Ja: 600 zł, ale może wnieść o zwolnienie od kosztów.
Mój Mąż: Strasznie dużo, a jeszcze pewnie żona go o alimenty pozwie.
Ja: No na dzieci na pewno.
Mój Mąż: Oni dzieci nie mają, mają tylko ślub cywilny, tak jak my. Mi chodzi o te alimenty na żonę. Jak to jest?

Tu mu w skrócie opisałam, zasady orzekania rozwodu z winy którejś ze stron.

Mój Mąż: Aha, aha (notuje zawzięcie) A jeżeli on ją zostawi, bo ma inną kobietę, a ona się o tym dowie przed rozwodem to żona dostanie alimenty?
Ja: No kochanie, fajnego masz kolegę. Generalnie by się jej należały, jeżeli byłby uznany za winnego rozkładu pożycia, ale jeśli nie mają dzieci i ona zarabia więcej od niego, to raczej nikt się nie chce w takie rzeczy bawić. (w pracy mojego męża nowi zarabiali minimalne wynagrodzenie na śmieciówkach).
Mój Mąż: A czemu?
Ja: Bo, moim zdaniem udowadnianie komuś winy, czy romansu przed obcymi ludźmi, rozwalanie na kawałki tak intymnych spraw jest bardzo upokarzającym i bolesnym doświadczeniem i raczej mało kobiet uzyskuje taki wyrok z uznaniem winy męża dla samej zasady. To za dużo przykrych emocji.
Mój Mąż: Więc jest szansa, że jego żona nie będzie tego przeciągać, bo zarabiając więcej po prostu jej się to nie opłaca i alimentów nie dostanie?
Ja: Kochanie, nie znam jego żony i nie znam sytuacji. Wiem, że chcesz pomóc koledze, ale mógłby się wobec żony zachować lojalnie, zwłaszcza jeśli przygruchał sobie inną babę. Nie wiem jak jego żona się zachowa.
Mój Mąż: No dobra, nie moralizuj tak Pani Prawnik :). Pogadam z gościem i przekażę twoje uwagi. Muszę kończyć, kocham cię.
Ja: No, to do zobaczenia w domu.

A teraz konsekwencje powyższej rozmowy:
Dokładnie 3 tygodnie później mój mąż złożył przeciwko mnie pozew rozwodowy. Totalnie się tego nie spodziewałam, byliśmy 10 miesięcy po ślubie. Skubany zastosował się do wszystkich moich rad. I nie, nie zrezygnowałam z udowodnienia mu winy. Głupek przyszedł na rozprawę rozwodową ze swoją dziewczyną, dla towarzystwa.

darmowa porada prawna

Skomentuj (85) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1529 (1545)

#85514

~Motorbiker ·
| Do ulubionych
Dobry zwyczaj-nie pożyczaj.
Znajomy na wiosnę, konkretnie w maju, kupił motocykl. Ponieważ nie miał jeszcze wtedy prawa jazdy (był 2 tygodnie przed egzaminem), poprosił mnie, żebym mu go przyprowadził od poprzedniego właściciela, bo nie ma skąd busa czy przyczepki ogarnąć.

Miałem akurat wolne popołudnie, więc nie było problemu. Po przyjechaniu do niego na podwórko oglądał mój kask, dopytywał ile kosztuje, gdzie kupowałem itp. Spytał też, czy mu tego kasku nie pożyczę jak już zda prawko i będzie jeździł, bo u niego obecnie krucho z kasą przez zakup motocykla i prawo jazdy. Powiedziałem, że tego to nie, ale jak chce, to mam stary kask. Bardzo się ucieszył i jak tylko zrobił prawko to odezwał się, czy ta oferta nadal aktualna. Przyjechał, wziął, nie ustalaliśmy konkretnego terminu zwrotu. Wspomniał tylko, że z najbliższej wypłaty postara się już coś swojego kupić. Zapytał też, czy mu nie odsprzedam tego starego kasku (wątek ten będzie wspomniany w dalszej części historii). Powiedziałem, że nie, bo po prostu potrzebny mi jest zapasowy kask czasami. No ok, wszystko ładnie, podziękował, pojechał. Kask nie był mi potrzebny, a jak się widywaliśmy to jakoś zawsze schodziło na inne tematy.

3 tygodnie temu w moim mieście odbywało się zakończenie sezonu motocyklowego. 2 dni przed imprezą odezwała się do mnie siostra cioteczna. Kiedyś opowiadała, że bardzo chciałaby zobaczyć takie wydarzenie na żywo, bo na filmach i zdjęciach bardzo jej się to podobało. Teraz zapytała, czy mogłaby się zabrać "na plecaczek"? Powiedziałem, że jasne, nie ma problemu.
Odezwałem się do Kuby, że przykro mi, ale pilnie potrzebuję swojego kasku, i żeby mi wieczorem podrzucił. Odpowiedział, że jest w delegacji, wraca dopiero w dniu zakończenia sezonu po południu, przez co sam nie weźmie w imprezie nawet udziału. Powiedziałem więc, żeby zadzwonił do kogoś z domowników (mieszka z rodzicami, bratem, babcią, i ciotką z dwójką nastoletnich dzieci), żeby ten kask mi przywieźli, a jak nie mają jak, to po prostu dali jak podjadę. Kuba zaczął coś kręcić, w końcu po naciskach przyznał się, że mój kask jest u Michała - Kuby dosyć bliski kumpel, mój znajomy dalszy niż Kuba, mieszkający 2 wioski dalej.

Wkurzyłem się trochę, bo nawet słowem się o tym nie zająknął. Powiedziałem, żeby w takim razie odezwał się do Michała, żeby mi ten kask najpóźniej następnego dnia przywiózł. Kuba odparł mi na to, żebym ja się z nim dogadał, jak nie mam numeru, to na fb. Odpowiedziałem, że skoro on mu ten kask pożyczył, to niech on też ogarnia zwrot. Widać było, że mu to bardzo nie po myśli było, ale powiedział, że to załatwi.

Na następny dzień faktycznie Michał odezwał się na fb, że wpadnie po południu i mi przywiezie ten kask, dopytał się jeszcze o adres. Odpowiedziałem, że nie będzie mnie w domu, ale ktoś inny na pewno będzie, więc zostawi kogo tam zastanie. Plany się jednak pozmieniały, i akurat wróciłem do domu chwilę przed przyjazdem Michała. Jak zobaczył mnie otwierającego drzwi, to zrobił dziwną minę, jakby przestraszoną, Zapaliła mi się czerwona lampka. Michał próbował jak najszybciej wcisnąć mi kask w ręce, i opowiadając jak to mu się nie spieszy zaczął szybko iść w stronę auta. Spojrzałem na kask i od razu wrzasnąłem:
- "Czekaj! To nie mój kask!"
- Jak to nie Twój?!
- No nie mój- mój nie miał połamanego mechanizmu od zamykania szybki i nie miał tu takiej wielkiej, paskudnej rysy. Zabieraj ten szrot, i chcę swój kask. Swój, czyli w takim stanie w jakim go pożyczałem.
- Ale ja już w takim stanie od Kuby go dostałem.
- To sobie z Kubą wyjaśniajcie. Ja tego szrotu nie chcę, bo w tym i tak nie da się jeździć- pęd powietrza może wyrwać całkiem tę szybę.
Michał coś tam jeszcze poburczał, zabrał kask i odjechał.

Po jego odjeździe najpierw wysłałem zdjęcie (zdążyłem zrobić) tego kasku do Kuby z opisem sytuacji. Później zadzwoniłem do kuzynki, opowiedziałem jej całą sytuację, i przeprosiłem, że nie zabiorę jej, bo nie mam jak (ta część historii skończyła się happy endem- skądś ogarnęła kask i pojechała ze mną).

Następnie między Kubą a Michałem rozegrała się batalia. Obaj pisali do mnie i obaj przerzucali się winą. Wkurzyłem się w końcu, i zrobiłem na messengerze grupę, nas trzech, gdzie napisałem, że g... mnie obchodzi, niech oni dojdą między sobą czyja to wina. Ja chcę kask w takim stanie, w jakim go pożyczałem. Opieprzyłem Kubę, że bez pozwolenia pożyczył moją własność. Bronił się tym, że ja przez kilka miesięcy nie upominałem się o niego, więc uznał, że już mi nie potrzebny. No brawo... Następnie Kuba zaproponował, że odkupi ode mnie ten kask, bo niemożliwe jest, żeby teraz doprowadzić go do stanu w jakim go brał- o ile szybę można było naprawić, o tyle ta wielka rysa to już inna para kaloszy. I tu mnie dopiero zagotował - napisał coś w stylu "no ale wiesz, w takim stanie jak jest teraz to on jest niewiele wart, także ja ci za niego nie zapłacę". Tutaj już go zjechałem od góry do dołu, że jest bezczelnym ch..., skoro proponuje mi niższą cenę za to, że on albo jego kumpel, któremu kask pożyczył bez mojej wiedzy, zrobili przez kilka miesięcy z niego szrot.

Powiedziałem, że chcę 200 pln, bo na tyle wyceniam stan kasku na dzień, w którym go użyczałem. Kuba przywiózł pieniądze, ale wzrokiem o mało mnie nie zabił.
I tu nie chodzi o pieniądze, bo ten kask nowy kosztował coś koło 400 złotych. Chodzi o zwykłą kulturę, a raczej jej brak.

motocyklisci

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (191)

#72358

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność dnia codziennego.

Pracuję w sporej firmie. Na tyle dużej, że ma własny budynek, razem 3 piętra, spora powierzchnia. Całość zaplanowana na tyle dobrze, że na każdym piętrze są po 3 toalety damskie i męskie, w każdej po 3 kabiny. "Moje" piętro jest niedostępne dla osób z zewnątrz - sama księgowość, informatycy itp., generalnie pracownicy wewnętrzni (strzelam, że jakieś 150 osób, może troszkę więcej), więc w łazienkach jest tym bardziej czysto. Do tego serwis sprzątający zagląda tam dość często. Generalnie higiena aż miło.

Jeśli jednak komuś nadal to nie odpowiada, zawsze może przynosić jednorazowe nakładki podróżne czy "wić" je sobie z papieru. Proste? Niby tak.

A jednak jest jedna, jedyna lasencja - niezidentyfikowana jeszcze - która tego nie ogarnia. I zawsze wchodzi z butami na deskę, zostawiając po sobie brudne odciski podeszew i/lub mokre ślady zbrodni. Właśnie znalazłam kolejne. Dziewczyna nawet po sobie nie sprząta. Zostawia mokro-brudny syf. Nie jest to może wielki problem - kobiet na piętrze może 60, kabin łącznie 9, dajemy radę między jednym a drugim sprzątaniem - ale no kuźwa mać, ile można prosić i pisać kartki do spółki z paniami sprzątającymi...?

Jeśli to czytasz - zacznij po sobie sprzątać, dziewczyno.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 377 (381)