Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#84345

(PW) ·
| Do ulubionych
Hipermarket. Ogólnie fajny, wszystko świeże, duży wybór, ceny niskie.

Potrzebowałam kilka zabezpieczeń do szuflad, więc z haka (wieszaka?) wzięłam cztery ostatnie. Zabezpieczenia były dwuczęściowe, jeden element przykleja się do szuflady, a drugi - do obudowy szafki.

Po przyjściu do domu zauważyłam, że w jednym opakowaniu jest tylko jeden element, chociaż opakowanie nie było otwarte ani w żaden sposób uszkodzone, ze wszystkich stron były fabryczne zgrzewy. Wadliwy produkt zwróciłam, wyjaśniłam o co chodzi, bez problemu zwrócili mi pieniądze.

Następnego dnia, w nadziei, że może dołożyli, wróciłam do sklepu i widzę, że jest tylko jedno opakowanie. To, które poprzedniego dnia zwróciłam. Wzięłam, zaniosłam do obsługi, powiedziałam o co chodzi.

Parę dni później znowu byłam w tym sklepie - niekompletne zabezpieczenie wisiało na swoim miejscu...

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (160)

#72939

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
O handlu samochodami używanymi można napisać pół biblioteki. Dorzucę więc i swój rozdzialik, czyli sagę o kłamstwie i kompletnym braku szacunku dla czyjegoś czasu.

Młody, czyli mój braciszek, rozliczył się po rozwodzie z obywatelką małżonką i postanowił podarować sobie odrobinę luksusu, w postaci auta o jakim marzył. A co ma się kawaler z odzysku ograniczać.

Jako, że w rodzinie robię za motoryzacyjnego guru, toteż braciak zwrócił się o pomoc do mnie. Wóz nieczęsto spotykany, o sporej jak na używkę wartości.

Auto, do którego Młody się zapalił, znaleźliśmy we firmie, mającej w nazwie "SALON samochodów używanych", a na stronie co rusz hasła "pojazdy sprawdzone", "gwarancja sprzedającego", "zaufanie" itepe itede. Fakt, wszystko wyglądało dobrze, samochód na zdjęciach także.
Odległość od naszego miasta około 300 km.

Z wykonanego telefonu wynikało, iż auto sprawdzone, prześwietlone, nie miało kolizji. Prosiłem mego interlokutora o dokładny opis wszelkich mankamentów, ponieważ sześćset kilometrów w obie strony to cały dzień w łeb. "Nie, zapewniam, wszystko gra i buczy".

Jedziemy.

Kupując auto, najpierw uskuteczniam przejażdżkę, później przyglądam dokładnie z zewnątrz.

Po pięciu minutach zacząłem się gotować. Cztery tryby jazdy - auto nie zmienia ustawień, obojętnie, który włączyć. Skrzynia (dwusprzęgłowa), redukuje jak automat w starym vito. Siła hamowania kompletnie nie dozowalna.

Wróciliśmy do "salonu". Oględziny od zewnątrz. Szyby - przednia wymieniana. Jedna felga spawana i absolutny hit - trzy zaciski hamulców ceramicznych, jeden zwykłych, stalowych.

Słychać mnie było chyba w promieniu stu metrów, a klątwy zawstydziłyby chyba pijanego grabarza.

Czy pieprzony handlowiec sądzi, iż po auto o naprawdę sporej wartości, przyjedzie tak kompletny dyletant, że nie zauważy mankamentów? Że samemu się nie znając, nie weźmie mechanika lub nie sprawdzi auta w warsztacie / serwisie?

Człowiek czasem ma ochotę wyjść z siebie i stanąć obok.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 473 (479)

#83265

(PW) ·
| Do ulubionych
Kredyt hipoteczny w Dobrym Banku (w skrócie DB).

Jak się ma kredyt na mieszkanie, to trzeba mieszkanie ubezpieczyć i dowód tego ubezpieczenia wraz z potwierdzeniem przelewu do banku dostarczyć. Nauczona doświadczeniem, wszystkie papiery dostarczam osobiście do oddziału i proszę pracownika o poświadczenie odbioru na kopii.

28.06.2018 - wizyta w oddziale, papierki złożone pieczątka, data, podpis.
Pani informuje mnie, że mają spore opóźnienia w rozpatrywaniu dokumentów, więc na 99% w lipcu dostanę automatycznie generowane pismo, że jestem zły klient i dokumentów nie ma. Kazała pismo po prostu zignorować.

16.07.2018 - Otrzymuję groźnie brzmiące pismo, że nie dostarczyłam dokumentów i mam 14 dni na ich uzupełnienie, bo inaczej DB sam mnie ubezpieczy i zgarnie sobie należność z mojego konta.
Na wszelki wypadek dzwonię - miły Pan na infolinii mówi "spokojnie, to jest generowane automatycznie przez system. My mamy adnotację w systemie, że dokumenty wpłynęły w terminie, jak tylko zostaną rozpatrzone to ustanowimy zabezpieczenie, pismo zignorować".

Czas leci. W jakoś połowie sierpnia, akurat mijam oddział to zaglądam i pytam jak się sprawa ma. "Oni mają adnotację, ale papierki jeszcze nie rozpatrzone, czekać".

19.09.2018 - SMS "W zw. z ustanowieniem przez DB brakującego zabezpieczenia kredytu, prosimy o zapewnienie do 30.09 środków na koncie na pokrycie opłaty za ubezpieczenie" Noż...

Dzwonię, pani sprawdza i...
"Tak my mamy adnotację (acha....), że pani dokumenty złożyła, ale my tych dokumentów nie mamy (?!), więc została pani zakwalifikowana do obowiązkowego ubezpieczenia (?!!!)".

"Zaraz, że co?" Pytam grzecznie, to w takim razie:

1. Gdzie są te dokumenty, z moimi danymi osobowymi, o które w związku z RODO obiecywaliście tak dbać?
2. Czemuż to ja mam płacić za to, że zgubiliście te dokumenty?

Pani nie wie, ale proponuje żebym jak najszybciej dosłała dokumenty przez formularz elektroniczny, to oni rozpatrzą i cofną opłatę.

Wypełniam więc formularz internetowy, załączam dokumenty. I nie dostaję nawet potwierdzenia, że formularz gdzieś poszedł.
Dzwonimy - tak otrzymali, bardzo dziękują, a potwierdzeniem był ten 30 znakowy numerek co się wyświetlił na ekranie na 3 sek przed przekierowaniem na stronę główną... aha...

Piszę e-mail do ichniego IODO co by mi wyjaśnił co to za Bank co gubi dokumenty między oddziałem a centralną i wskazanie czyj pies moje papiery zeżarł i czy na pewno dobrze przetrawił.

1.10.2018 - wchodzę na konto, a tam ściągnięta opłata za ubezpieczenie... Dzwonię, staram się być spokojna, naprawdę się staram:
"Dokumenty nie zostały jeszcze rozpatrzone, jak rozpatrzymy, to zwrócimy Pani opłatę za niewykorzystany okres ubezpieczenia".

Wróć, że co? A co z resztą?! A to musi pani reklamację napisać...

No to piszę... cdn.

PS. Od IODO dostałam jak na razie tylko automatyczną odpowiedź, że mają dużo zgłoszeń (jakoś mnie to nie dziwi) i odpowiedzą wkrótce (tia... byle przed końcem kredytu się wyrobili, mają jeszcze 22 lata).

Bardzo Dobry Bank

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (157)

#78286

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój tata jest właścicielem kilku sklepów spożywczych samoobsługowych. W jednym z nich przebywa na co dzień. Sklep znajduje się na osiedlu, gdzie większość mieszkańców to emeryci, toteż stanowią oni też gros klienteli sklepu. Tata ma monitoring w sklepie i w wolnych chwilach, gdy nie zajmuje się papierami, ogląda nagrania live z monitoringu i patrzy, co się dzieje w sklepie. Dzięki temu jest w stanie wychwycić wiele prób kradzieży i na nie zareagować, bo niestety sklep jest za mały by opłacało mu się wynająć ochroniarza, a bramek przy wyjściu również nie ma.

Ze względu na typ klienteli raczej nie dziwi fakt, że większość złodziei to emeryci, natomiast tatę przeraża fakt, jak przebiegli są w swoich działach, a co najważniejsze, jak reagują, kiedy się ich przyłapie.

Dla przykładu: klientka na stanowisku mięsnym bierze dwa kurczaki, do tego jakąś kiełbasę i wędlinę. W drodze do kasy, pomiędzy alejkami, wkłada do koszyka, który trzyma na przedramieniu, jednego kurczaka, a całą resztę pakuje do torby, którą ma na tym samym przedramieniu. Potem przy kasie, wykłada na taśmę jedynie tego jednego kurczaka. Z tego powodu ojciec wprowadził zaznaczanie na pakunkach z mięsem, ile sztuk pakunków powinno zostać skasowane przy kasie głównej, co jednak nie odstrasza kolejnych amatorów kradzieży. Przy kasie rżną głupa i albo udają, że ekspedientka na mięsnym się pomyliła i źle im zaznaczyła, a po naleganiach kasjerki w końcu wyciągają pozostałe rzeczy, mrucząc pod nosem, że o kilka złotych jest awantura. Tata mówi też, że towarem, który najczęściej emeryci kradną jest masło - jest małe i łatwo je schować.

Co najgorsze, są osoby, które angażują w to młodsze pokolenie - zachęcają swoje wnuczki, by schowali do kieszonki, czy torebki batonika albo to właśnie nieszczęsne masło i potem udają, że dzieci same sobie wzięły - podczas, gdy na nagraniu z monitoringu jednoznacznie widać, jak przedsiębiorcza babcia, czy dziadek pakują takiemu dzieciakowi do wózka fanty.

Tata jak tylko zauważy, że taka osoba próbuje wyjść ze sklepu bez płacenia za schowane rzeczy, wychodzi na halę, zaprasza taką osobę do swojego biura i pokazuje nagranie. Niektórzy przyłapani zaczynają płakać, prosić, by tata nie wzywał policji, oddają skradzione fanty i wychodzą, uprzedzeni przez tatę, by więcej nie przychodzili do tego sklepu. Są tacy jednak, którzy reagują agresywnie, a co najgorsze roszczeniowo w stosunku do mojego ojca i atakują: "a co panu ubędzie, jak wezmę sobie to masło? przecież to tylko jedno!", albo "o, za 5 zł będzie biednego starego człowieka ścigać!". Najgorszy typ to "mnie się należy". Wychodzą z założenia, że mój ojciec jako człowiek bogaty (bo ma sklep) może wspomóc ich - biednych. Często też wyzywają mojego ojca od niewdzięcznych gówniarzy (tata ma prawie 60 lat...), bo oni to za PRL to to czy tamto, a on im nie może podarować kilku groszy.

Mój tata ma takie podejście, że jeśli przyjdzie do niego ktoś potrzebujący (personel sklepu jest miejscowy, więc tata mniej więcej wie kto jest kim z bardziej stałych klientów), to nie widzi powodu, by nie dać kilku podstawowych produktów za darmo - pod warunkiem, że taka osoba uczciwie poprosi i nie będzie nadużywać jego dobroci. Natomiast ludzie, którzy uważają, że mają prawo oskubywać go z jego ciężko zarobionych pieniędzy, bo oni nie mają - sorry, mój tata nie jest pomocą społeczną ani Robin Hoodem, jeżeli ma kogoś wspomóc swoimi pieniędzmi to zrobi to tylko i wyłącznie jeśli sam będzie tego chciał.

P.S. Oczywiście, żeby uniknąć niedopowiedzeń dodam, że z tymi bezczelnymi tata się nie patyczkuje i od razu wzywa policję. Natomiast jeśli ktoś ze łzami w oczach go błaga, żeby policji nie wzywał, a przedmiotem kradzieży jest dajmy na to produkt za mniej niż 10 zł, to tata już woli taką osobę puścić.

sklepy

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 310 (314)

#75099

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika laborantki.
Uwaga, będzie trochę niesmacznie.

Tak, zdaję sobie sprawę, że słoiczki na badania moczu nie są zbyt szczelne, że trudno je prosto zakręcić i koszmarnie ciekną w transporcie, dlatego nigdy nie narzekam, jeśli komuś się rozchlapie, ale też stykając się z tym kilka/naście razy dziennie naprawdę wiem co zrobić i takie, a nie inne polecenia wydaję bynajmniej nie dla zabawy.

Przychodzi [P]an w średnim wieku, wyciąga pudełko z siatki foliowej, w siatce potop, z pudełka leci ciurkiem.
Ja - Poproszę ten słoiczek nad zlew, bo widzę, że pociekło.
P - Ale ja mam nieopisany. (Wyciąga rękę ze słoikiem w moją stronę)
J - Dobrze, zaraz się tym zajmiemy, ale na razie proszę postawić na zlew, bo cieknie na podłogę. (Zlew na wyciągniecie ręki).
P - Ale ja mam nieopisany! (Podaje mi jeszcze bliżej, odsuwam się, żeby nie zostać oblana - siedzę twarzą w twarz z pacjentem, nie mam przed sobą biurka itd).
J - Proszę odstawić, ja podpiszę. (Nieco głośniej i wyraźniej; może niedosłyszy, może zestresowany, że zaraz będzie miał pobieraną krew nie do końca "kontaktuje").
P - Ale ja mam NIEOPISANY! (Podepchnął mi gwałtownie pod nos, nie przesadzam, 20-30cm od twarzy, zawartość ciur ciur ciur na moje spodnie.

No nie ukrywam, poziomy mojej cierpliwości gwałtownie się zmniejszyły.
J - (stanowczo, wskazując kierunek otwartą dłonią) Proszę odstawić słoik na zlew. Cieknie i właśnie mnie pan oblał.
P - Toż mówię pani, że nieoznaczony mam.
Co pani taka drażliwa, wielka mi afera!
J - A pan lubi być oblany czyimś moczem?
P - Jak się pani brzydzi, to nie powinna pani tu pracować!

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 617 (625)

#85217

(PW) ·
| Do ulubionych
A dzisiaj o tym jak próbowano mnie okraść na 20 zł.
Mam niepotrzebne i już dość stare krzesło obrotowe. Postanowiłem je sprzedać za symboliczne 20 zł, żeby mi nie zajmowało miejsca w garażu.

Dzwoni facet że chętnie kupi. Umówiliśmy się na konkretną godzinę pod garażem. Przyjeżdża, ogląda, mówi że niestety nie ma odliczonej kwoty, ma tylko 50. Odpowiadam, że nie mam wydać, ale obok jest sklep, może rozmienić. On się zgadza, ale prosi żeby od razu wrzucić do samochodu, podjedzie do sklepu (ok 30 metrów od nas) i zaraz wróci z resztą. Odpowiadam żeby najpierw przyszedł z pieniędzmi, wtedy zapakujemy krzesło. Mniej chętnie, ale facet się zgodził. Wsiadł do samochodu, pojechał te 30! metrów i wszedł do sklepu. Wszystko obserwowałem. Dosłownie po chwili wyszedł, odjechał i już nie wrócił.

Gdybym się zgodził na jego chytry plan, to bym został i bez krzesła, i bez kasy.

Gdzieś w Polsce

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (156)

#83476

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna głupota. Chyba tak.

Pracuję. Razem ze mną pracował młody kolega. Ma dwadzieścia parę lat i postawę roszczeniową.

Pracował. A wiecie dlaczego?

Mieliśmy sobotnie nadgodziny. Oprócz płacy dostaliśmy gadżety elektroniczne, słodycze i piwo. Przy czym, było wyraźnie powiedziane, że piwa można wziąć, ile się chce, ale kilka razy powtórzono, że alkohol jest do konsumpcji po pracy.

A kolega? Kolega otworzył piwo przy biurku, napił się z koleżanką w obecności przełożonego, a filmik z tego zdarzenia opublikował na Facebooku. Do teraz ma pretensje, że go wyrzucono z pracy.

Edit: tak, koleżanka też wyleciała, ale ona nic nie publikowała na Facebooku, więc głupota jakby mniej piekielna.

call_center

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (155)

#78188

~recepcjonistaxax ·
| Do ulubionych
W trakcie studiów zatrudniłem się z jednym z hoteli jako recepcjonista. Z racji, że każdy w szafce ogólnej miał swój kubek, to też przyniosłem go swój, który był podpisany moim imieniem (wiadomo, można takie kupić co mają już na stałe wymalowane imiona - ja takich od czasów szkolnych miałem kilka). Zawsze po swojej zmianie myłem go i chowałem do ogólnej szafki. Do czasu, aż zniknął po moim tygodniowym pobycie na L4. Skoro nie miałem, to raz skorzystałem za pozwoleniem z kubka kolegi, po czym dokładnie go umyłem, a następnym razem przyniosłem znów nowy z podpisem.

Za jakiś czas jednak znów mój kubek zniknął, lecz zniknął też kubek kolegi. Zaczęliśmy się zastanawiać o co chodzi, więc popytaliśmy w naszej kuchni, czy czasami ktoś kubków nie przynosi do mycia. Okazało się, że jedna z koleżanek co jakiś czas daje wszystkie kubki, ale zawsze wszystkie wracały do nas na recepcję, chyba że się zbiły, ale to zawsze było nam mówione. Przynieśliśmy nowe kubki i stwierdziliśmy, że będziemy zamykać je, każdy w swojej prywatnej szafce.

Jak wiadomo, czasami w roztrzepaniu się o kubku zapomni, szczególnie kiedy człowiek się spieszy. I tak raz zapomniałem schować swój kubek do zamykanej szafki i zostawiłem go na stole na zapleczu. Na następnej zmianie już go nie miałem, ale nadzieja była, bo koleżanka mówiła, że zaniosła go do mycia. Gdy popytałem w kuchni okazało się, że był i chyba przez pomyłkę ktoś go wyniósł na ich zaplecze, gdzie przechowują naczynia. Poszedłem z pomocą kuchenną i go znalazłem: leżał na wierzchu siatki jednej z kelnerek. Gdy ją zapytałem dlaczego go schowała, to powiedziała: bo on taki ładny, jak tamte dwa poprzednie, i że chciała swojemu dziecku dać.

Kubek zabrałem i od tamtego dnia zacząłem używać tylko naczyń hotelowych, gdyż nie znoszę złodziejstwa.

hotel współpracownicy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 305 (309)

#85609

(PW) ·
| Do ulubionych
Losując historie, trafiła się między innymi taka, w której opisywano "dokarmianie" zwierzątek pod blokiem (zazwyczaj śmieciami). Historyjka ta przypomniała mi o pewnym babsku, z którym miałam styczność.

Baba w okolicach półwiecza, prezentująca absolutny beton umysłowy - miała jakieś swoje wyssane z palca "prawdy objawione" i wszelkie tłumaczenia, że coś w tych jej "prawdach" jest jednak nie teges, odbijały się jak grochem o ścianę.

Babsko prezentowało się jako "wielka miłośniczka zwierząt" i jako niby taka - przybyła do schroniska pracować. Pech chciał, że przydzielono ją jako pomoc do mojego rejonu - czyli kociarni (kwarantanna + szpital).

Jednym z elementów sprzątania to wywalanie żarcia, które zostało z poprzedniego dnia - babka już praktycznie na samym początku wyskoczyła do mnie z prośbą, żebym to żarcie pakowała do osobnego wora, to ona je zabierze "żeby pod blokiem ptaszki dokarmiać". Chwalebne, że nie chciała by żarcie się marnowało? Takiego wała! Koci szpital w schronisku to w 99% choroby zakaźne. Króluje koci katar - w zmutowanych wersjach, odpornych na leki, zdarzają się rzuty panleukopenii - czyli przykładowo trafiko się na kwarantannie - gdzie koty są luzem - z 22 przeżyły dwa (tylko dlatego, że okazały się odporne). Bywają również przypadki zakaźnej białaczki (felv) czy kociego "aids" (fiv).

I ta kretynka zbierała żarcie naszpikowane wirusami i bakteriami - po to by wywalić to przed blokiem. Żadne tlumaczenie, że robiąc to roznosi zarazy nie docierało, "bo ptaki to szybko zjadają". Nie docierało, że nieważne, czy zostanie coś z tego żarcia, czy nie - sam teren gdzie to żarcie wywala staje się skażony.

I tak na koniec - baba chwaliła się nagminnie - będąc z tego autentycznie dumna - że kota, który powinien ważyć 4 kg, spasła do 10kg. Później była też wybitnie dumna z tego, że "uratowała koteczka" - fakt, uratowała, bo miał zostać uśpiony - nosiciel fiv + felv. To, że opchnie wirusy jej drugiemu kotu - jej nie obchodziło.

Durna baba

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (154)

#83387

(PW) ·
| Do ulubionych
Mglisty poranek, niektórzy już czują weekend, byle szybciej do pracy, a potem jeszcze szybciej wyjść z niej.
Ulica nieco wąska, korek na tej ulicy w godzinach szczytu jest codzienną "radością" z podróżowania tą przelotówką, ale dzisiaj sięgnął prawie dwóch kilometrów.

Pierwsza myśl, że kolizja, wypadek, nawet jeśli sygnalizacja świetlna nawaliła na skrzyżowaniu to nie było tak zakorkowane. Po doturlaniu się do skrzyżowania okazało się, że pani samochód odmówił posłuszeństwa, sama nie miała siły zepchnąć go i czekała na lawetę. Korek wziął się stąd, że aby ją ominąć trzeba zjechać na przeciwny pas ruchu, a przy natężeniu ruchu jakie jest w tym miejscu jest to dość trudne. Do skrzyżowania od momentu zatoru jechałem ok 20 minut, nikt pani nie pomógł, dopiero ja i dwójka nastolatków zepchnęliśmy samochód na chodnik. Wracając do samochodu komentarz wymijającego kierowcy:

- Gdzie chu.u parkujesz. Życie utrudniasz kuta.e.

Człowiek chce być pomocny, to takie kwiatki go spotykają.

droga

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (154)