Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#77274

(PW) ·
| Do ulubionych
To chyba nowy typ osób z kupujących na OLX - znajomi.

Wystawiałam na tej stronie drukarkę. Kilka osób pisze, ale potem nagle przestaje, wiadomo, często tak jest.

Ale w końcu się prawie udało. Czemu prawie?
Miałam z kupującym już wszystko dogadane. Płacił przelewem, ja drukarkę wysyłam i wszystko ok. No ale jednak nie. Podczas dawania nr konta do przelewu, podałam adres (po prostu myślałam, że trzeba, bo gdy ja byłam kupującym, to zawsze dostawałam też adres). No i się okazało, że kupującym jest moja znajoma z liceum (znała mój adres, dodatkowo w danych do przelewu było nazwisko).

I się zaczęło. Od razu wiadomość, czy z racji, że jesteśmy przyjaciółkami z liceum (nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami, a ona zdawała się mnie nie lubić przez całą szkołę), to sprzedam jej drukarkę taniej o 100zł? (Drukarka kosztowała 200, i tak już cena była obniżona, bo nie mogłam jej sprzedać). Po kilku moich odmowach postanowiła załatwić sprawę osobiście. Przyjechała pod adres, który wysłałam w wiadomości, ale tu zonk, bo kilka lat temu przeprowadziłam się i nie zmieniłam adresu w banku. Otworzyli jej rodzice, zdziwieni o co chodzi.

W końcu zmieniła taktykę i... przelała mi 100 zł. Napisała, że jeśli nie wyślę jej drukarki, pójdzie na policję (taa... przyjaciółka z liceum...). Nie przewidziała funkcji "przelew zwrotny" na stornie banku.

I chyba w końcu dała sobie spokój, bo nie było u mnie ani policji, ani kolejnej wiadomości od niej, jednak czekam, co tam znowu wymyśli...

znajomi z olx

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 387 (391)
Jeśli czytaliście moje poprzednie historie wiecie pewnie, że pracuję w sądzie. Okazjonalnie, z uwagi na posiadaną wiedzę udzielę jakieś nieformalnej porady prawnej. Oczywiście zawsze nieodpłatnie i tylko wśród rodziny i bliższych znajomych. Ot taka zwykła przysługa, bez sporządzania żadnych pism, czy bawienia się w adwokata albo radcę prawnego.

Zdarzenia, o których piszę miały miejsce prawie 4 lata temu. Siedziałam w ciepłym mieszkaniu z kubkiem herbaty i pisałam jakieś uzasadnienie, kiedy zadzwonił mój małżonek. Zawsze bardzo chętnie zrobię sobie przerwę w pracy, zwłaszcza, że mąż wtedy dostał nową pracę i spędzał w niej bardzo dużo czasu, a pokonwersować z nim bardzo lubiłam. No więc rozmawiamy o dupie Maryny, śmiejemy się, dowcipkujemy, jak to świeżo upieczone, stęsknione za sobą małżeństwo. No i tak od słowa do słowa, mąż opowiada mi, że ma kolegę w pracy, który się rozwodzi, ale w zasadzie to nie wie co do czego i potrzebowałby porady. Dalsza rozmowa z moim małżonkiem wyglądała mniej więcej tak:

(nieco to skróciłam, żeby nie zanudzać Was prawniczym bełkotem)

Ja: O, to smutne, a już miał rozprawę, kto złożył pozew?
Mój Mąż: To trzeba z tym do sądu iść? Myślałem, że jak na amerykańskich filmach wysyła się jakieś papiery, żona to podpisuje i heja.
Ja: No nie, w Polsce trzeba złożyć pozew, uzasadnić, wpłacić opłatę sądową, a potem sędzia razem z ławnikami prowadzą rozprawę. Czasami się to potrafi ciągnąć, zwłaszcza przy orzekaniu o winie.
Mój Mąż: To, aż tak skomplikowane. To ja koledze to przekażę w wolnej chwili.
Ja: Aha, to się nie rozwodzi, a dopiero planuje złożyć pozew.
Mój Mąż: No tak. A duża ta opłata.
Ja: 600 zł, ale może wnieść o zwolnienie od kosztów.
Mój Mąż: Strasznie dużo, a jeszcze pewnie żona go o alimenty pozwie.
Ja: No na dzieci na pewno.
Mój Mąż: Oni dzieci nie mają, mają tylko ślub cywilny, tak jak my. Mi chodzi o te alimenty na żonę. Jak to jest?

Tu mu w skrócie opisałam, zasady orzekania rozwodu z winy którejś ze stron.

Mój Mąż: Aha, aha (notuje zawzięcie) A jeżeli on ją zostawi, bo ma inną kobietę, a ona się o tym dowie przed rozwodem to żona dostanie alimenty?
Ja: No kochanie, fajnego masz kolegę. Generalnie by się jej należały, jeżeli byłby uznany za winnego rozkładu pożycia, ale jeśli nie mają dzieci i ona zarabia więcej od niego, to raczej nikt się nie chce w takie rzeczy bawić. (w pracy mojego męża nowi zarabiali minimalne wynagrodzenie na śmieciówkach).
Mój Mąż: A czemu?
Ja: Bo, moim zdaniem udowadnianie komuś winy, czy romansu przed obcymi ludźmi, rozwalanie na kawałki tak intymnych spraw jest bardzo upokarzającym i bolesnym doświadczeniem i raczej mało kobiet uzyskuje taki wyrok z uznaniem winy męża dla samej zasady. To za dużo przykrych emocji.
Mój Mąż: Więc jest szansa, że jego żona nie będzie tego przeciągać, bo zarabiając więcej po prostu jej się to nie opłaca i alimentów nie dostanie?
Ja: Kochanie, nie znam jego żony i nie znam sytuacji. Wiem, że chcesz pomóc koledze, ale mógłby się wobec żony zachować lojalnie, zwłaszcza jeśli przygruchał sobie inną babę. Nie wiem jak jego żona się zachowa.
Mój Mąż: No dobra, nie moralizuj tak Pani Prawnik :). Pogadam z gościem i przekażę twoje uwagi. Muszę kończyć, kocham cię.
Ja: No, to do zobaczenia w domu.

A teraz konsekwencje powyższej rozmowy:
Dokładnie 3 tygodnie później mój mąż złożył przeciwko mnie pozew rozwodowy. Totalnie się tego nie spodziewałam, byliśmy 10 miesięcy po ślubie. Skubany zastosował się do wszystkich moich rad. I nie, nie zrezygnowałam z udowodnienia mu winy. Głupek przyszedł na rozprawę rozwodową ze swoją dziewczyną, dla towarzystwa.

darmowa porada prawna

Skomentuj (85) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1533 (1549)

#72634

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając historie Very o portalu randkowym przypomniałam sobie podryw, którego kiedyś dane mi było doświadczyć.

Kilka słów wstępu. Wychowałam się na wsi, od dawna tam nie mieszkam, ale nadal mam znajomych, z którymi utrzymuję dość bliskie kontakty. Podczas opisywanego zdarzenia byłam już po rozwodzie, ale nawet przed rozwodem odwiedzałam tych znajomych sama - Eks wstydził się mojego pochodzenia i na wieś nie jeździł ze mną nigdy.

Byłam gościem na weselu znajomych na wsi. Był tam też [K]uzyn znajomego, kawaler po 50, nadal na utrzymaniu mamusi. Znaliśmy się, ale raczej z widzenia, kilka razy zdarzyło nam się rozmawiać i tyle. Poprosił mnie do tańca, a ponieważ był już nieźle podchmielony, zebrało mu się na konkrety. I taka nam się zdarzyła rozmowa:
[K] Wiesz co, ja ci się tak przyglądam...
[Ja] Tak? I co?
[K] Bo ty to tak zawsze sama przyjeżdżasz... nie masz chłopa?
[Ja] No nie mam.
[K] A ty bardzo bogata jesteś?
[Ja] Jakoś tam sobie radzę.
[K] A te seksowanie to ty lubisz?
Myślę sobie - oho, będzie ciekawie. Ciągnę temat, zobaczymy, co z tego wyniknie;)
[Ja] A po co ci to wiedzieć?
[K] Bo wiesz, jakbyś ty mi dawała pieniądze, to ja bym się mógł z tobą seksować.
[Ja] A bez pieniędzy to byś nie chciał?
[K] Nieee... Bo wiesz, ty to trochę stara jesteś. I teraz są modne takie chude, a ty trochę nie tego. I cycki masz małe. Ale jakbyś mi dawała pieniądze, to ja bym dał radę. A jakbyś mi dawała dużo pieniędzy, to ja bym nawet mógł u ciebie w tej Warszawie mieszkać...

Tu już nie wytrzymałam, parsknęłam śmiechem na całą salę, [K] strzelił focha i poszedł sobie. I taka wspaniała okazja przeszła mi koło nosa... ;)

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 569 (575)

#72358

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność dnia codziennego.

Pracuję w sporej firmie. Na tyle dużej, że ma własny budynek, razem 3 piętra, spora powierzchnia. Całość zaplanowana na tyle dobrze, że na każdym piętrze są po 3 toalety damskie i męskie, w każdej po 3 kabiny. "Moje" piętro jest niedostępne dla osób z zewnątrz - sama księgowość, informatycy itp., generalnie pracownicy wewnętrzni (strzelam, że jakieś 150 osób, może troszkę więcej), więc w łazienkach jest tym bardziej czysto. Do tego serwis sprzątający zagląda tam dość często. Generalnie higiena aż miło.

Jeśli jednak komuś nadal to nie odpowiada, zawsze może przynosić jednorazowe nakładki podróżne czy "wić" je sobie z papieru. Proste? Niby tak.

A jednak jest jedna, jedyna lasencja - niezidentyfikowana jeszcze - która tego nie ogarnia. I zawsze wchodzi z butami na deskę, zostawiając po sobie brudne odciski podeszew i/lub mokre ślady zbrodni. Właśnie znalazłam kolejne. Dziewczyna nawet po sobie nie sprząta. Zostawia mokro-brudny syf. Nie jest to może wielki problem - kobiet na piętrze może 60, kabin łącznie 9, dajemy radę między jednym a drugim sprzątaniem - ale no kuźwa mać, ile można prosić i pisać kartki do spółki z paniami sprzątającymi...?

Jeśli to czytasz - zacznij po sobie sprzątać, dziewczyno.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 379 (383)

#82769

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałem właśnie historię http://piekielni.pl/82765 o ulotkach na cmentarzu wciskanych w znicze.

Moja historia też będzie o ulotkach i panu ulotkarzu/domokrążcy, tyle że w nieco innej scenerii.

Było to już jakiś czas temu, bo w okresie wymiany skrzynek pocztowych na nowe, zgodne z normami UE. Fakt, że stare były lepsze już pominę, ale jednak były.

Na klatce schodowej w naszej kamienicy (6 mieszkań) zamontowaliśmy tablicę korkową na ogłoszenia i ulotki, dodatkowo przy samym wejściu zamontowaliśmy taki koszyczek na ulotki.
Reasumując... Są aż dwa miejsca, gdzie można te ulotki zostawić.

Pomijam fakt, że i tak skrzynki mamy zapchane makulaturą ulotkową, bo już przywykłem.

Sprawa dotyczy pewnego Pana Roznosiciela, który postanowił przykleić ulotkę do naszej nowej skrzynki pocztowej za pomocą kleju polimerowego. Jeśli ktoś nie kojarzy, to podpowiem, że jest to ten klej, którym m.in. można kleić kasetony do sufitu. Taki przeźroczysty gęsty, lepki klej.
Koleś wysmarował cały bok skrzynki i przywalił na to ulotkę...

Zrobił to, jak mniemam, na chwilę przed tym, jak wychodziłem z domu, bo woń kleju dosięgnęła mnie od razu. Ulotkę zerwałem, bo klej był jeszcze na tyle świeży, ale i na tyle złapał, że na samej skrzynce nie dało się go tak łatwo usunąć.

Co zrobić... Zadzwoniłem na numer telefonu z ulotki i bardzo konkretnie i stanowczo kazałem Panu z drugiej strony słuchawki przysłać kogoś do wyczyszczenia skrzynki.

W pierwszej chwili nie widział problemu, ale mu wyjaśniłem, że zanim jego as reklamy dotarł do skrzynki pocztowej, minął dwa miejsca przeznaczone na ten cel i to miejsca bardzo dobrze widoczne, a w związku z tym, celowo dokonał czynu o znamionach wandalizmu.

Następnego dnia, gdy wracałem z pracy, skrzynka była wyczyszczona, aczkolwiek pozostał jaśniejszy, widoczny do dziś ślad, bo facet pewnie użył jakiegoś acetonu czy innego paskudztwa.

ulotkarz kontra skrzynka na listy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (189)

#76785

(PW) ·
| Do ulubionych
Pani sprzątająca u mnie w pracy podzieliła się ze mną opowieścią o właścicielu obiektu, który zasłużył na Złotą Cebulę w konkursie na największego sknerę biznesu.

Żeby zaoszczędzić na kosztach utrzymania budynku, ekipie sprzątającej kazał przychodzić z własną wodą (! - bo zużywają na własną pracę, a pewnie w dodatku kradną z jego krwawicy) i pokrywać część kosztów odprowadzania ścieków (! - bo brudną wodę wylewają do jego kanalizacji). Po proteście i tłumaczeniu, że nikt nie wywozi mu z budynku beczek Chlorowianki Kran Deluxe, nikt też wwozić nie ma zamiaru, a woda do sprzątania jest niezbędna stwierdził, że rozwiąże sprawę inaczej - przed przyjściem sprzątaczy zakręcał główny zawór wody i wydawał sprzątającym po pięciolitrowej butli kranówki na głowę. Bo w domu patrzył, jak żona sprząta i wyliczył, że tyle wystarczy.

Ceremonia taka odbyła się raz. Pan podobno nie mógł zrozumieć, dlaczego firma sprzątająca wymówiła umowę świadczenia usług w trybie natychmiastowym - i to jeszcze z winy zleceniodawcy, tacy bezczelni ci sprzątacze byli.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 560 (566)

#84732

(PW) ·
| Do ulubionych
Kopernikańskie teorie w praktyce*

Po dzisiejszej rozmowie ze znajomą, mam jeszcze zwarcia w mózgu. Pochwaliła się, że zrobiła kurs ratownika wodnego i sternika motorowodnego. Oba w ramach wyjazdów integracyjnych z korpo. Teraz szykuje się na kurs wspinaczki skałkowej.
Kiedyś ratownikiem byłem, pociągnąłem trochę temat. Co się dowiedziałem.

1. Oba kursy w systemie weekendowym. Konkretnie po jednym weekendzie na kurs - lampka ostrzegawcza zamigała.

2. Zajęcia od piątku do soboty, w niedziele egzamin. Włączył się buczek - bo gdzie czas na naukę i na zbudowanie kondycji?

3. Kurs ratownika. Sześćdziesiąt osób. Jeden instruktor. Cztery godziny w wodzie. Teorii trochę więcej. Na fantoma każdy miał mniej niż kwadrans - łot?!

4. Kurs sternika. Czterdzieści osób i dwóch instruktorów. Kilka godzin teorii i mniej więcej po pół godziny na kursanta na łodzi. Odbij, przybij, zrób ósemkę, popłyń po prostej rufą naprzód - co kur*a?!

5. W obu kursach 100% zdawalność.

Efekt?

Uprawnienia ratownika zyskała osoba, pływająca na poziomie karta pływacka plus, bez wyrobionych odruchów, znajomości przepisów, bez wiedzy jak podjąć poszkodowanego z wody, w praktyce bez umiejętności holowania, ledwo nurkująca, i bez umiejętności obsługi choćby rzutki rękawowej.

Ten sam człowiek, zyskuje też prawo do kierowania motorówkami o mocy do 60KW i długości 12m. Pomimo tego, że nie zna do końca prawa drogi, z oznaczeń kojarzy te najczęstsze, o oświetleniu nawigacyjnym nie wie nic, podobnie jak o rodzajach boi torowch czy znakach kardynalnych. Nie potrafi też podejść na mocy do osoby tonącej - bo nigdy nikt jej tego nie pokazał.

Ja pier**ę. Szkoleniowiec w dwa weekendy wyprodukował kilkadziesiąt osób, które nie mają pojęcia co robić na wodzie, a z racji nabytych uprawnień są przekonane o własnej zajebi**ści.
Ci ludzie tego lata wezmą skutery z wypożyczalni.
Takich ludzi jest rzesza, a będzie coraz więcej, bo te kursy odbywają się cały czas.

Co do tego ma Kopernik - "gorszy pieniądz wypiera lepszy".

ratownictwo korpo integracja

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (187)

#80614

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno szukałam pracy.

Wymagań nie miałam jakichś wielkich, chciałam tylko, aby praca była od poniedziałku do piątku (w weekendy studiuję), nie w gastronomii i nie na nocki. Praca i tak byłaby pracą dodatkową (mam pracę zdalną, która jest nieźle płatna i nie zajmuje mi wielu godzin), więc na spokojnie sobie szukałam. Trafiłam na takie świetne oferty:

1. "Praca dla studentów zaocznych, elastyczny grafik, możliwość pogodzenia pracy z nauką."
Na rozmowie okazało się, że praca jest od poniedziałku do soboty po 8 h dziennie, czasami też w niedziele. To kiedy ja mam iść na te studia? Co ciekawe, takich ofert miałam mnóstwo, niby dla studentów, ale chcą na pełen etat 7 dni w tygodniu. Po co marnować czas, skoro taki student i tak się nie zatrudni?

2. Praca dorywcza, w moim zawodzie, na stanowisku stażysty - asystenta.
Poszukują pracownika z dyplomem uczelni wyższej (najlepiej magister), statusem studenta, doświadczeniem minimum 2 lata, własnym komputerem, programem komputerowym i z orzeczeniem o niepełnosprawności. I frytki do tego. Dodam, że w tej branży osoby po studiach raczej nie bawią się w żadne staże (bo mają je już za sobą), tylko zakładają własną działalność. Oferowane wynagrodzenie to oczywiście najniższa krajowa (za pełen etat). Nic, tylko brać!

3. Praca dla studentki na stanowisku recepcjonistki w salonie urody.
Ogłoszenie zwyczajne, praca 8-16, wynagrodzenie odpowiednie, jak za taką robotę, nic podejrzanego. Po telefonie okazało się, że to praca w godzinach 10-22, w salonie masażu, na stanowisku masażystki. Do obowiązków należy wykonywanie masażu manualnego intymnych części ciała (dokładnie tymi słowami mi to przedstawiono). No cóż, przynajmniej płacili przyzwoicie, ale jakoś nie skorzystałam.

4. Praca fizyczna przy produkcji, wynagrodzenie 18,50 zł brutto.
Stawka całkiem fajna, przed świętami przyda się dorobić, więc lecę na spotkanie rekrutacyjne. Babeczka zachwala pracę, że taka fajna, lekka, cudowna, normalnie robota życia, stawka też taka świetna, w dodatku teraz będą ją zmieniać... no i ogólnie praca super mega fajna, tak mi opowiada w kółko o tym, dlaczego od razu pokocham tę robotę. Tak mnie zaciekawiła informacja o zmianie stawki, więc pytam o szczegóły - jaka to zmiana? No do końca miesiąca będzie 18,50, a potem 10 zł na rękę. Był 25, do końca miesiąca zostało ledwie kilka dni roboczych, to bym sobie dorobiła...

5. Praca w centrum miasta, mi to pasuje, bo nie będę musiała dojeżdżać.
W ogłoszeniu podkreślone, że praca w centrum, dogodny dojazd tramwajem i autobusem. Na rozmowie okazało się, że w centrum mieści się główna siedziba firmy, natomiast miejsce pracy będzie 30 km za miastem. Osoba prowadząca rozmowę powiedziała wprost, że nakłamali w ogłoszeniu, bo nikt nie chciał dojeżdżać tak daleko.

6. Na rozmowie o pracę dowiedziałam się, że stawka podana w ogłoszeniu była zawyżona o 3 zł, bo nikt nie chciał przyjść za taką kwotę, jaką oferowali.
Super.

7. Na rozmowie: "No wie pani co, bo my już mamy kogoś na to stanowisko, ale ta osoba pracuje u nas już od miesiąca, a pracownicy uciekają nam tak średnio po dwóch miesiącach. Jak tamta osoba złoży wymówienie, to zadzwonimy do pani”.
Dzięki, nie musicie dzwonić.

8. Praca biurowa, w moim zawodzie, godziny 6-14, fajna stawka.
Na rozmowie okazało się, że po pierwsze moje niedoszłe stanowisko jest już obstawione (od dwóch lat), po drugie oni nie chcą nikogo na to stanowisko, tylko na kuchnię, po trzecie praca jest od 3-4 rano, a po czwarte stawka jest znacznie niższa. Po co więc szukali kogoś z mojej branży na zupełnie inne stanowisko? Wystarczyło dać ogłoszenie, że szukają kucharki, a nie osoby do pracy biurowej. Niestety niedoszła szefowa nie umiała mi tego wytłumaczyć, nie odpowiedziała też na pytanie, dlaczego zaprasza mnie na rozmowę o 6 rano, skoro w moim CV widać, że nie jestem po szkole gastronomicznej i nie pracowałam w zakładzie żywienia zbiorowego (przynajmniej nie na kuchni, tylko w biurze).

Byłam na kilkunastu rozmowach o pracę i z każdą kolejną byłam coraz bardziej załamana. Finalnie znalazłam sobie fajną pracę w moim zawodzie, ale co się nachodziłam, to moje. Przynajmniej teraz mogę się pośmiać z propozycji pracy na stanowisku masażystki okolic intymnych.

praca

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (186)

#76775

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracam z dziewczyną autobusem z uczelni. Tłok dosyć duży, bo czas powrotu zarówno ze szkoły, jak i z pracy. Miejsc siedzących brak, stojących prawie też. Pod oknem siedzi starsza pani, obok młoda dziewczyna chyba w wieku szkolnym.

Na przystanku wysiada kilka osób, a kilka wsiada. Wśród wsiadających jest pan. Starszy, nieogolony, trochę niechlujnie ubrany, trochę przypominał typowego menela. Co najważniejsze, nie śmierdział alkoholem, zachowywał się spokojnie i miał widocznie problem z nogą. Jak siedząca młoda dziewczyna go zauważyła, wstała żeby ustąpić mu miejsca. Pan się uśmiechnął i z widocznym trudem zaczął przemieszczać się w stronę zwolnionego miejsca. Wtedy do akcji wkroczyła starsza pani siedząca na miejscu obok. Położyła torebkę na miejsce po dziewczynie i zaczęła wołać coś w stylu "Terenia, chodź szybko, miejsce ci trzymam". Kompletnie ignorowała próby dziewczyny zwrócenia jej uwagi, że to miejsce zwalnia dla tamtego pana. Pan przystanął z widocznym bólem nogi, a na to miejsce przepchała się owa Terenia. Dziewczyna już próbowała zacząć kłótnię, ale z innego miejsca wstała i ustąpiła inna starsza pani z tekstem "Nie kłóć się, nie warto".

komunikacja_miejska

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 365 (369)

#78409

(PW) ·
| Do ulubionych
Dorabiam sobie jako grafik komputerowy oraz webmaster. Link do mojego portfolio i dane do kontaktu ze mną są umieszczone na wielu stronach internetowych związanych z tematyką. Z tego względu często jest tak, że klienci sami się do mnie zgłaszają. Tym razem było podobnie.

Otrzymałem wiadomość e-mail od managera pewnej firmy. Poprosił mnie on o wykonanie nowego sygnetu (grafiki wchodzącej w skład logo). Oczekiwania bardzo dokładnie sprecyzowane, kwota proponowana za wykonanie zlecenia bardzo kusząca, umowa jasna i pozbawiona miliona kruczków. Nic tylko brać! Zatrzymajmy się jednak przy tej umowie... W skrócie firma zobowiązała się wypłacić mi powiedzmy 2000 złotych za wykonanie sygnetu, który zostanie zaakceptowany przez managera. Jak to wyglądało to w rzeczywistości?

Po kilku poprawkach stworzona przeze mnie grafika została zaakceptowana. Zapytałem się więc, kiedy mogę spodziewać się zapłaty. W odpowiedzi otrzymałem wiadomość o treści:

"Pana grafika przeszła pomyślnie pierwszy etap eliminacji do konkursu. Wszystkie prace, które również przeszły eliminację, zostaną teraz sprawdzone i ocenione przez wyłonioną w tym celu komisję. Wyniki powinny pojawić w przeciągu miesiąca.".
Zaraz, zaraz, zaraz...? Jaki konkurs? Tak się nie będziemy bawić.

Na w/w wiadomość nie odpisałem, ale postanowiłem znaleźć inne osoby biorące udział w "konkursie". Nie było to zbyt trudne, gdyż na jednym z for poświęconych grafice już trwała zażarta dyskusja na ten temat. Okazało się, że firma oszukała trochę ponad 20 osób (przynajmniej taką liczbę udało nam się ustalić). Ostatecznie umówiliśmy się wszyscy jednego dnia w Warszawie i udaliśmy się do prawnika. Chcieliśmy złożyć wniosek zbiorowy, ale okazało się, że jest to niemożliwe i musimy składać wnioski osobno. Mimo to według prawnika mieliśmy wygraną w kieszeni, gdyż firma w żaden sposób nie poinformowała nas, że bierzemy udział w konkursie.

Kilka dni później wszystkie wnioski o pozew zostały złożone a na stronie głównej firmy i jej profilu na Facebooku pojawiła się informacja o konkursie na wykonanie sygnetu :) Sprawy sądowe ciągnęły się dość długo, jednak w ostateczności firma zmuszona była wypłacić nam wszystkim kwotę zamieszczoną w umowie plus ustawowe odsetki.

Reasumując, firma chciała być sprytna i móc wybierać wśród prac wielu uzdolnionych grafików, nie ponosząc przy tym większych kosztów. Wyszło na to, że za ponad 60 tysięcy złotych mają ponad 20 różnych sygnetów, które zgodnie z umową mogą wykorzystać tylko na potrzeby reklamowe swojej firmy. Nie wliczam w to oczywiście kosztów sądowych :D

Edytując stare polskie przysłowie: Chytry trzydzieści razy traci :D

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 363 (367)