Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

252426

Zamieszcza historie od: 1 lutego 2014 - 10:06
Ostatnio: 1 sierpnia 2018 - 12:30
  • Historii na głównej: 19 z 19
  • Punktów za historie: 2866
  • Komentarzy: 176
  • Punktów za komentarze: 1343
 

#82577

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo czasu spędzam ostatnio w samochodzie, wprawdzie jako pasażer, ale prawo jazdy też posiadam. Widziałam też parę sytuacji, które może nie mrożą krwi w żyłach, ale skłaniają do zastanowienia, gdzie można tanio kupić helikopter.

- Trasa ekspresowa, spory ruch, nagle dziwne poruszenie na drodze przed nami, nagłe hamowania i zmiany pasa – o co chodzi? – zepsuty samochód stoi na poboczu, trójkąt ustawiony tuż za bagażnikiem pojazdu. Aż chciałoby się powiedzieć – koleś, jak już widzę twoje naklejki na zderzaku, to znak, że trójkąt jest za blisko (na trasie ekspresowej powinien być ustawiony ok. 100 metrów za pojazdem, żeby spełniał swoje zadanie, a nie tylko funkcję dekoracyjną).

- Inna sytuacja, jedziemy sobie spokojnie, bo deszcz leje, przed nami jakiś suv, a jeszcze przed nim mały opelek, który znacznie spowalnia ruch. Ten duży przed nami przymierza się do wyprzedzenia, ale widać, że z naprzeciwka jest spory ruch i nie bardzo ma jak. W końcu się zbiera, wrzuca kierunek i jak jest na lewym pasie, nagle słychać pisk hamulców i klakson. Okazuje się, że za nami jechała pani w audi. Najwyraźniej dostrzegła lukę na lewym pasie i w momencie, jak suv wyprzedzał opla, ona wyprzedziła nas i chciała chyba od razu pyknąć wszystkie trzy auta. Obserwowanie przy tym innych samochodów to dla niej za dużo, bo suv ewidentnie popsuł jej plany. Wjechała przed nas, ale co sobie potrąbiła, to jej. I to nie jest tak, że suv wjechał przed nią bez kontroli lusterek, jej tam po prostu nie było i nagle wyskoczyła na lewy. Suv szybko zniknął, pani jechała przed nami, co chwila przymierzając się do tego opelka. No ale duży ruch. W końcu wyprzedziła go na podwójnej ciągłej, na pasach, w zabudowanym…

- Wyprzedzamy samochód – do dziś pamiętam – żółty seat – jak nasz samochód jest na lewym pasie, nagle pani w seacie wrzuca kierunek i też sobie wjeżdża na lewy. Tuż przed nami. No tak, bo lusterka w samochodzie to są do parkowania tyłem…

- Inna sytuacja, trasa dwupasmowa, remont mostu i zwężenie do jednego pasa. O dziwo nawet dobrze oznakowane. W takiej sytuacji wiadomo, że raczej powinno się starać jechać na suwak. No ale po co. Przed nami trzech panów w kabinie samochodu ciężarowego uznało się za szeryfów. Jadą sobie pomalutku, przed nimi pusty pas – nie daj borze szumiący, żeby ktoś wjechał „poza kolejką”. Ruch mógłby być płynniejszy, ale każdy ma odstać swoje! Wracałyśmy tamtędy dwa dni później, remont nadal trwał, ale jakoś przeprawa poszła szybciej. Przy takim samym ruchu (weekendowe powroty).

- Manewrów–niespodzianek, robionych bez kierunkowskazu, nie zliczę, skrętów w prawo z pasa do jazdy prosto też nie, szybkich akcji na „późnym żółtym” tym bardziej. Mistrzem był też pan zapierdzielacz. Jechał szybko, agresywnie, wyprzedzał nas w takim stylu, że prawie wbił nam się w przód, nagle zmieniając pas, bo coś jechało z naprzeciwka. I tak cały czas. Spotkaliśmy go na światłach na wlocie do miasta. Miał charakterystyczne czerwone kierunkowskazy (o dziwo – używał!).

na drodze

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (83)

#82234

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajomy od kilku tygodni codziennie rano przed pracą odwozi synka do żłobka. Jeżdżą kolejką, no i niestety muszą korzystać z windy na peron. Czemu niestety? Bo winda jest w tak dogodnym miejscu na wprost przystanku, że zawsze jest zapchana i nikomu nie przeszkadzają wyraźne tabliczki, że jest dla osób z małymi dziećmi, podróżnych z dużymi bagażami oraz niepełnosprawnych. Schody są tuż za nią, no ale komu by się chciało, prawda?

Znajomy to niespotykanie spokojny człowiek, ale ostatnio i jemu nerwy puściły. Idą rano jak zawsze, dzieciak sobie w spacerówce dosypia, podchodzą do windy, drzwi się otwierają, a tam pełno ludzi. Same kobitki w różnym wieku, niektóre wyraźnie wkur*ione, bo widać już winda miała jechać jak ją przywołał (skąd mógł wiedzieć?). No, ale się tam przesuwają, robią miejsce, znajomy wsiada... ale drzwi się nie chcą zamknąć. W końcu jakaś odważna się znalazła:
- Pan wysiądzie, bo nie pojedziemy – i tu znajomemu żyłka pękła.
- Ja mam wysiąść? Ja? A która z szanownych pań ma wózek z dzieckiem, walizki, albo orzeczenie? – i pokazuje na tabliczki – wielkie niebieskie oznaczenia – Ja mam czas proszę pani, ja się do pracy zdążę spóźnić, możemy się tu licytować kto nie może ze schodów skorzystać.

Jakoś się cicho zrobiło, żadna się nie odezwała, ale też nagle się okazało, że jednak mogą się ścisnąć i drzwi się zamknęły.

Jak nam to znajomy opowiadał, to mówił, że on by może ustąpił, ale on ma takie sytuacje codziennie od kilu tygodni. A wózek nawet dla faceta nie jest łatwy do zniesienia, nie wiadomo czy na tych schodach łapać wózek czy dziecko (wie, bo winda nie raz miała awarię). Ale najbardziej go wkurzyło, że to głównie kobitki tak robią, które pewnie kiedyś same dzieci miały, albo będą miały, ale mają to w dupie, bo przecież "im nikt nigdy nie pomógł".

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (242)

#82142

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia, którą w majówkę opowiadał nam kuzyn męża.

Wprowadzili się niedawno z dziewczyną do nowego mieszkania, świeżo oddanego od dewelopera, jeszcze nie całkiem zamieszkanego.

Dowiedziałam się przy okazji o istnieniu nowego rodzaju… nawet nie wiem, jak to nazwać… cwaniactwa? Otóż budynek jest jeszcze prawie pusty, na parkingu podziemnym są wolne miejsca, zatem znaleźli się tacy, którzy zamiast parkować pod chmurką, jak idą na tramwaj do pracy, czatują pod bramą do garażu i jak ktoś ją otworzy, to robią szybki zjazd, zanim fotokomórka ją zamknie. Przy wyjeździe podobnie.

Mnie by było szkoda czasu, ale co kto lubi.

Tuż przed majówką jakiś koleś z prawem jazdy znalezionym w chipsach robił szybki wyjazd „na piątego”, ale no cóż, jak to bywa - nie zdążył. Na dodatek spanikował i zamiast się zatrzymać (no w sumie spora pochylnia, może nie kontroluje na tyle samochodu i bał się stoczyć), jechał rozpędzony do przodu i brama wylądowała mu na masce. Samochód uszkodzony, maska pogięta, szyba pęknięta, brama odkształcona od dołu, przez co nie może się zamykać. Ogólnie nieciekawie, koszty mogą być spore.

Po wszystkim wściekły facet sam poszedł z awanturą najpierw na ochronę, a potem do faceta z zarządu nieruchomości, że JEMU mają oddać pieniądze, bo go brama zaatakowała.

Sprawa może nie być taka prosta, bo teoretycznie po wjechaniu w wiązkę brama nie powinna się zamknąć, no chyba że atakował już prawie zamkniętą… wtedy po prostu mechanizm nie zdążył jej otworzyć. Ale to rozwiąże raczej przegląd monitoringu.

Obecnie, ku radości wszystkich parkujących partyzantów, jak to napisał klasyk:

„Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,
Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.”

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (164)

#81997

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzały się i w istocie zapewne nadal się zdarzają oszustwa polegające na wrzuceniu do skrzynek pocztowych w bloku, na ulicy czy całym osiedlu, informacji o zmianie numeru konta spółdzielni mieszkaniowej, na które należy wpłacać czynsz. Czasem mają postać dość prymitywną, a czasem są na tyle dobrze przygotowane, że zgadzają się nie tylko nazwiska członków Zarządu Spółdzielni, ale nawet podrobione podpisy są podobne do oryginałów.

Moi znajomi mieli do czynienia niestety z tym przypadkiem numer 2.

Koleżanka odziedziczyła po babci mieszkanie w Polsce, a na co dzień mieszkają z mężem w Niemczech. Nie wynajmują tego mieszkania, bo na chwilę wolną planują zrobić w nim gruntowny remont (stary blok). Co miesiąc uiszczają za nie czynsz i co 3-4 miesiące będąc w Polsce sprawdzają skrzynkę pocztową. W taki właśnie sposób weszli w posiadanie informacji ze spółdzielni, iż zmienia się numer konta, na który należy dokonywać wpłat czynszu. Jako, że spółdzielnia bardzo często zostawia informacje w skrzynkach, jak też pismo wyglądało identycznie jak poprzednie (w sensie - grafika, układ, podpisy, nazwiska itd.), nie wzbudziło to ich podejrzeń i tam uiszczali czynsz. I tak poszła kasa w grudniu, poszła w styczniu i kolejny przelew w lutym.

Właśnie w lutym skontaktował się z koleżanką pracownik banku, który powiedział, że coś jest nie tak z kontem, na które wysyła przelewy, bo nie dość, że nie jest to rachunek spółdzielni, to jeszcze zostało teraz najprawdopodobniej zablokowane.

Po telefonie z banku koleżanka niezwłocznie skontaktowała się ze spółdzielnią:

K - Chciałam się dowiedzieć, czy spółdzielnia wie o tym, że lokatorzy dostali informację o zmianie numeru konta wykonaną przez jakiegoś oszusta?

P (pani ze spółdzielni) - Wiemy, wiemy, został złapany jakiś chłopak na wrzucaniu do skrzynek.

K - To dlaczego my jako właściciele nie zostaliśmy poinformowani o tym?

P - Przecież były informacje na klatkach rozwieszone!

K - Ale ja mieszkam za granicą, tu mam adres do doręczeń i jakoś nic do mnie nie dotarło.

P - Ale proszę pani, my to zgłosiliśmy na policję i to już nie jest sprawa spółdzielni (sic!).

Po przyjeździe do Polski i wizycie w spółdzielni, i na policji okazało się, że chłopak został złapany na gorącym uczynku w jednym z bloków w okolicy, bo kogoś zaniepokoiło jego nerwowe zachowanie (a numer rachunku na spreparowanym zawiadomieniu był ten sam). Zaraz potem sprawą zajęła się policja, a spółdzielnia porozwieszała kartki z informacją i uznała sprawę za załatwioną. Nikogo nie zainteresowało to, czy informacja dotrze do wszystkich uiszczających czynsz.

A koleżanka z mężem teraz występują w charakterze pokrzywdzonych w sprawie karnej i po zgłoszeniu wniosku o naprawienie szkody mogą liczyć tylko na to, że oszust będzie wypłacalny. Fałszywy rachunek spółdzielni został wyczyszczony z pieniędzy i jak został zablokowany to nie za wiele na nim było, niby kwota niewielka, ale zawsze strata.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (187)

#81843

(PW) ·
| Do ulubionych
W kościele parafialnym w A zepsuł się system nagłośnienia, z kolei w pobliskiej parafii B mieli prowizoryczny system na czas remontu świątyni, który zakończył się tuż przed świętami. Księża dogadali się między sobą i już w niedzielę palmową ksiądz w parafii B mógł z dumą oznajmić z ambony przez nowe mikrofony, że tymczasowy system PODAROWAŁ parafii A z uwagi na ich kłopoty, żeby na święta mogli mieć ładnie odprawione.

W tym samym czasie ksiądz w parafii A oznajmił, że ODKUPIŁ system od parafii B za okrąglutką kwotę 6 tysięcy złotych.

Pomiędzy A i B odległość nieduża, parafianie się znają, mają krewnych, przyjaciół, szybko dodano dwa do dwóch.

Teraz pytanie czy kasę przytulił ksiądz z B nie wpłacając do kasy i mówiąc, że podarował, czy też ojczulek z A, biorąc pieniądze z kasy na zakup tego co mu zostało podarowane...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (181)

#81763

(PW) ·
| Do ulubionych
O konfliktach sąsiedzkich

Moi rodzice mają sąsiadkę, która jest osobą... trudną. Polega to na tym, że odkąd 30 lat temu wyszła za syna sąsiadów i się sprowadziła, to nie ma praktycznie chwili, żeby nie była z kimś w konflikcie. Potrafi się czepić dosłownie o wszystko i to nie tylko bezpośrednich sąsiadów. Kiedyś jej się nie spodobało miejsce, gdzie sąsiad z początku wsi stawia kosz na śmieci.

Nam się jakoś udawało przez te lata i większych jazd nie było, mimo tego, że mamy ją za płotem. Chociaż parę zgrzytów się zdarzyło.

Parę lat temu, jeszcze będąc w szkole średniej, wyprawiłam ognisko. Ale nie jakoś w ogrodzie czy przy budynkach, tylko na łące za domem i garażami, na samym końcu działki, gdzie jeszcze mój dziadek organizował takie imprezy. Nie ma szans, żeby dym czy hałas do niej dotarł (najpierw by dotarł do naszego domu).

Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia zaczęła się na mnie wydzierać. Ona przy płocie, a ja karmiłam psa w drugim końcu podwórka i słyszałam ją jakby była tuż obok. Co nie znaczy, że rozumiałam czego chce. W końcu poszedł do niej mój tata i on wyciągnął od niej, że nie spodobało jej się ognisko. Ale dym? NIE. Hałas? No nie. To co? Tak nie wolno! Ale co nie wolno? Ognisk palić. Na własnym, bezpiecznym terenie daleko od zbudowań? Tata jej powiedział, że to odważne się czepiać jak na kogoś, kto co roku zgrabia liście w jedno miejsce i podpala, podlewając benzyną. Na jakiś czas był spokój.

Inna sytuacja.
Rodzice musieli poszerzyć bramę, co wiązało się zmianą ogrodzenia. Stary, betonowy płot nie wytrzymałby ponownego montażu. Zdecydowali, że zrobią wjazd i jeszcze od frontu, żeby to jakoś wyglądało, ale nie mieli zamiaru ruszać płotu od jej strony. Tam był w dobrym stanie, plus biorąc pod uwagę całą długość granicy wyszedłby koszt, na który nie mogliby sobie pozwolić. Nasz płot graniczył z jej wjazdem na podwórko, a który traktowała chyba jak ziemię niczyją, bo rosły tam chwasty prawie równe ogrodzeniu, które raz do roku kosił jej mąż.
Zaczęły się prace przy wymianie płotu, a już następnego dnia sąsiad od rana zawzięcie kosi na swojej działce. Aż dziwne, czyżby się spodziewali, że tam robotnicy wejdą i chcieli to ułatwić? Ależ skąd. Skończył koszenie, zaraz się wziął za kopanie. Zanim nasz płot był skończony, tam już rosły pięknie drzewka pod samym płotem i nawet powstał skalniaczek.

Jakby i tam płot miał powstać, to na pewno tata by pogadał z sąsiadką o wejściu na jej działkę, ale skoro nie miał, to nie było potrzeby. Przez kilka lat była dumna, bo myślała, że postawiła na swoim.
Teraz sama wymienia ogrodzenie i zagaduje do taty, czy by tego płotu nie chciał wymienić.
Tata mówi, że dopiero co posadził porzeczki :)

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (158)

#81601

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna o sporach sąsiedzkich.

Moi teściowie mieszkają w małej miejscowości. Bardzo ładnej i malowniczej, wieś spokojna, wieś wesoła, sami emeryci - kto młody, to pracuje w mieście, a krowę to ma jeden sąsiad chyba rekreacyjnie. Ale nie o to chodzi.

Teściowa była ostatnio na zebraniu zwołanym przez sołtysa, są tam omawiane różne bieżące sprawy. Padła też propozycja, żeby, korzystając ze zbliżających się wyborów, zawalczyć o wyremontowanie drogi. Jakoś tak wyszło, że wieś jest trochę na uboczu, nie jest miejscowością przelotową, a oni są ostatni do wszelkich remontów. Asfalt jest tak połatany, że oryginalnego, kładzionego 25 lat temu, to już chyba nie ma ani kawałka, za to jazda wiosną po roztopach spokojnie może posłużyć jako trening dla kierowców offroadowych.

Wydawać by się mogło, że każdy się pod czymś takim podpisze, prawda?

Otóż nie. Zawsze się trafi taki, co wie lepiej. Jeden sąsiad jest tak bardzo przeciw, że aż się zapienił z wściekłości. On nie da, nie pozwoli, na co to komu!

Powód jego oporu wszyscy znają. Sąsiad mieszka na zakręcie, ze swoim płotem wszedł tak mocno w drogę, że zajął nawet rów przydrożny, który wszędzie jest, zaś u niego nagle się urywa i dalej znowu się pojawia.

Nasadził krzewów i tak zasłonił przejazd, że każdy tam jedzie 20 km/h, a i tak widać cokolwiek tylko dzięki temu, że ktoś po znajomości załatwił drogowe lustro. A jak będzie nowa droga, to przecież przyjdą geodeci, ktoś się dopatrzy, doliczy i będzie musiał płot zabrać, a przecież nie po to stawiał murowany.

sąsiedzi

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (238)

#81519

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej okolicy deweloper wybudował mini osiedle (A). Raptem trzy bloki, ogrodzone - co istotne. Brama i główna furtka są od jednej ulicy, ale przez cały czas budowy nabywcy mieli obiecywane, że żeby można było dojść do przystanku, powstanie z drugiej strony druga furtka i kawałek chodnika oraz schodki, bo osiedle jest 1,5 metra niżej niż sąsiednie bloki. W przeciwnym razie trzeba by było robić spore okrążenie, bo obok są same tereny ogrodzone (jakieś zakłady, warsztaty) i po prostu innego skrótu nie ma.

Jak deweloper obiecał, tak zrobił, każdy dostał klucz do furtki. Tylko coś blok oddany, płot zrobiony, a obiecany chodnik i schodki jakoś nie powstają. Kto odważny zaczął chodzić na skróty, pod górkę. Póki była trawa jeszcze jakoś szło, ale jak się wytarło, to zrobiło się błotko i niejeden przypłacił to brudnymi spodniami.

Dopiero wtedy ludzie zaczęli się interesować sprawą. Okazało się, że za ich ogrodzeniem jest wąski pas terenu należący do miasta, a dalej chodnik do którego chcieli się podłączyć należy do innej wspólnoty mieszkaniowej (B). Deweloper (A) coś tam robił, żeby uzyskać zgodę, ale teraz już mieszkania sprzedał, więc w sumie go za bardzo nie obchodzi, co tam ludzie sobie z tym zrobią.

To mieszkańcy się skrzyknęli, zrobili sobie "po partyzancku", ktoś żwiru nawiózł, ktoś kamienie przytaszczył i powstała rampa i prowizoryczne stopnie.

I tak sobie mijały lata. Niestety chodnik tej drugiej wspólnoty mieszkaniowej (B) zaczął się zapadać w miejscu, gdzie była ta prowizorka. Po prostu to wszystko wykonane nieprawidłowo się zapadało. W (B) ustalono, że zrobią remont chodnika, ale jako, że winni zniszczeń są ci z (A), to niech się dołożą. Ci z (B) w ogóle podeszli do tego tak, że jak się dogadają z (A), to może załatwią z miastem i przy okazji remontu się zrobi to przejście w końcu porządnie i będzie raz na lata.

Co na to mieszkańcy z (A)? Zachwyceni pomysłem sięgnęli po portfele? Ucieszyli się, że w końcu droga do pracy nie będzie wyprawą alpinistyczną? Ależ skąd. Ich zarząd odpisał coś w tym stylu, że "to wasz chodnik się zapada to go sobie naprawiajcie".

Na to (B) owszem naprawili chodnik. Przy okazji postawili też sobie płotek. Płot, który w sumie niczego nie zagradza, bo idzie tylko wzdłuż chodnika, ale mieszkańcy z (A) nie mają już swojego skrótu.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 235 (247)

#81156

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej miejscowości żył sobie pewien pan, powiedzmy Tomasz. Pan Tomasz miał dom, żonę, dzieci. Miał też zdiagnozowaną 20 lat wcześniej schizofrenię, której nie leczył, bo:
1) przecież nic mu nie jest;
2) leki się nie za bardzo komponują z alkoholem.

Pan Tomasz miał blisko domu wiejski sklepik, którego był stałym bywalcem. Miał też niestety jeszcze jeden problem – a raczej inni mieli z nim – po alkoholu stawał się agresywny i wszczynał awantury. Jego rodzice sami się wyprowadzili z domu do letniej kuchni bez toalety i bieżącej wody, bo wszystko było lepsze niż życie z nim. Żona udawała, że jest przezroczysta i próbowała wtopić się w ściany. Miał też kosę z połową wsi, a ostatnimi czasy w ogóle podpadł, bo porysował samochód sąsiadowi, który stanął „na jego terenie”, czyli przed sklepem. Skończyło się wezwaniem policji i pobytem „na dołku”. Pan Tomasz z tego zdarzenia wyniósł jedną nauczkę – nie lubimy się z niebieskimi.

Niestety pan Tomasz stawał się coraz bardziej uciążliwy, aż po wsi rozeszła się niepokojąca wieść - w ataku wściekłości zabił psa, czyli tak jakby przeszedł od słów do czynów i zaczyna się robić niebezpiecznie, bo nie wiadomo do kogo następnego wyskoczy i z czym. Któregoś dnia doszło do takiej awantury, której echo niosło się po całej wsi, że ktoś zadzwonił po siostrę pana Tomasza. Siostra była chyba jedyną osobą, która miała wpływ na niego, choć nie aż taki żeby zaczął się leczyć. Przyjechała, popatrzyła, zajrzała do rodziców i prosto pojechała na komendę policji, prosić o pomoc w przewiezieniu brata do psychiatryka.

Wysłano dwóch chłopaków, żeby sprawdzili jak sytuacja wygląda i ewentualnie wezwali karetkę. Po wejściu do domu zastali pana Tomasza, który niby zachowywał się spokojnie, ale mina przerażonej żony mówiła wszystko i jeden policjant dyskretnie wysłał drugiego, żeby wezwał wsparcie i karetkę. Decyzja słuszna, bo na widok munduru gospodarz wpadł w szał. Już wkrótce funkcjonariusze zostali zaatakowani wszystkim, co tylko dało się rzucić i co było w zasięgu ręki. Jeden z nich brał na siebie ataki, a drugi ewakuował żonę i dzieci poza zasięg rażenia. W pewnym momencie gospodarz nie wiadomo skąd wydobył nóż. I to nie jakiś tam kozik, ale solidne, blisko 20-centymetrowe ostrze. Policjanci byli bezsilni, bo pod płotem zaczęli się gromadzić gapie, facet coraz bardziej się nakręca, a tu wsparcia niet. W końcu nadjechał upragniony radiowóz i karetka. Policjanci spróbowali obezwładnić faceta, ale do kogoś wymachującego takim nożem nie da się nawet podejść, a co dopiero zaatakować. Lekarz wyjrzał z karetki, popatrzył, co się dzieje i powiedział, że on to za przeproszeniem pier***oli, ale życie mu miłe i policjanci mają go najpierw obezwładnić.

Nie było to proste, zwłaszcza, że rozpoznał jednego z policjantów z poprzedniej interwencji. Sytuacja zrobiła się niebezpieczna, gapie, rodzina i ten nóż. Próbowali go obezwładnić gazem, ale na powietrzu na nic się to zdało. W końcu zapadała decyzja o użyciu broni. Strzały ostrzegawcze jeszcze bardziej rozsierdziły gospodarza, ruszył wprost na policjanta. Wtedy oddano strzały w jego stronę. Niestety na tyle skuteczne, że podjęta reanimacja nie zdała się na nic.

Wszczęto śledztwo i nagle się okazało, że ten gospodarz to taki dobry chłopak był, pił bo pił, ale każdy pije, a tu przyjechali policjanty i zamordowali. Siostra wynajęła adwokata, żeby wystąpić jako oskarżyciel posiłkowy, znalazł się prokurator, który wniósł akt oskarżenia. Siostra cuda robiła, żeby ich skazali, wyszukiwała specjalistów, biegłych, najwyraźniej rodzina nie mogła jej darować, że to ona na tą policję poszła. Oskarżono ich wprawdzie o nieumyślne spowodowanie śmierci, ale argumentacja była taka, jakby policjanci tylko spiskowali, jakby tu przyjechać i postrzelać.

Przesłuchiwano nawet wykładowców ze szkół policyjnych, którzy stwierdzili mniej więcej tyle, że nikt nie jest Brucem Lee, a nawet najlepiej wyszkolony policjant nie tyle nie jest w stanie, co nie powinien rzucać się na człowieka z nożem. Bo jego rolą jest zapewnienie bezpieczeństwa nie tylko wszystkim dookoła, ale też sobie i nie ma prawa bezsensownie ryzykować. Z tego co wiem, zostali uniewinnieni i sąd apelacyjny ten wyrok utrzymał.

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (192)

#80977

(PW) ·
| Do ulubionych
Bliska mi osoba walczy teraz z pracodawcą o wynagrodzenie za nadgodziny. Wycenili je na 50% ustawowego dodatku, bez 100% normalnego wynagrodzenia za każdą godzinę, co czyni pracę w nadgodzinach płatną jeszcze mniej niż zwykła praca.

To mi przypomniało historię sprzed kilku lat. Moja kuzynka pracowała u pewnego Janusza biznesu, władającego siecią aptek (przy czym słowo "władający" nie jest tu jakimś nadużyciem).
Wszyscy tam pracowali za minimalne, reszta "do koperty i pod stołem" co było nagminną praktyką w tamtych czasach w tej miejscowości. I chyba nadal jest.

Za nadgodziny szef nie za bardzo chciał płacić, każdy miał brać wolne.
I kiedyś się kuzynce nazbierało, stwierdziła, że weźmie sobie trzy dni, kierowniczka jej klepnęła, zrobili grafik bez niej na te dni.

Pierwszego dnia rano, kuzynka odsypia, jak to w wolne, dzwoni telefon - pani kierownik mówi, że szef jest i jej szuka i będzie dzwonił. Za chwilę rzeczywiście telefon od szefa z pytaniem: a czemu jej nie ma w pracy?
- Ale przecież wolne.
- A bo ja myślałem, że cię tylko do grafiku nie wpiszemy, ale i tak przyjdziesz...

Ostatecznie nie poszła, pracowała tam jeszcze jakiś czas, ale z tym szefem zawsze były jazdy, udawał głupszego niż jest i o wszystko trzeba z nim było walczyć. A to była jej pierwsza praca, pierwsze odebrane wolne i facet chyba myślał, że znalazł naiwną.

pracodawca

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (133)