Profil użytkownika
Absurdarium
| Zamieszcza historie od: | 19 listopada 2024 - 7:58 |
| Ostatnio: | 13 sierpnia 2025 - 12:47 |
- Historii na głównej: 7 z 9
- Punktów za historie: 822
- Komentarzy: 324
- Punktów za komentarze: 1742
| Zamieszcza historie od: | 19 listopada 2024 - 7:58 |
| Ostatnio: | 13 sierpnia 2025 - 12:47 |
|
Zobacz też inne serwisy:
|
|||
| Pewex | Faktopedia | Stylowi | Moto Memy |
| Demotywatory | Mistrzowie | ||
@Anexoza: Zgadzam się z tym. I może dlatego wrzuciła te historię, żeby może ktoś obcy doradził jakiś sposób na ogarnięcie tego bałaganu.
@Fahren: Ok, podsumujmy zatem. Swoją wypowiedź zaczynasz od złośliwości w moim kierunku. Słabiutko to o Tobie świadczy, no ale cóż... Cytat, na który się powolujesz, pokazuje, że jej mąż uważa, że potrzeba aż czterech osób żeby ją zastąpić. "Dzieci zostawione same sobie" rozumiem jako ona na miasto, on na motor, a one niech sobie radzą. Tymczasem tutaj będą miały nadzór i opiekę ze strony aż czterech osób. Na koniec twojego cytatu pada "reszta czasu razem", a tymczasem pierwsze popołudnie i wieczór, drugie przedpołudnie oraz trzeci prawie cały dzień spędził na motocyklu, z daleka od żony i dzieci. Nie dotrzymał słowa. I o to tu cały czas chodzi. Dlatego ona pękła. Ale ten fragment pominąłeś zarówno w historii jak i w moim komentarzu. Rozwód nie jest dobry. Ale tkwienie w związku, w którym zamiast zaufania i spokoju ma się emocjonalny rollercoaster też nie jest dobre. A z Twoich komentarzy wynika, że wszystko jest jej winą, bo powinna spełniać wszystkie jego zachcianki, nie mieć żadnych własnych potrzeb, oczekiwań, marzeń... Jemu wolno wszystko. Obiecał wyjazd nad jezioro, olał sprawę, nawet nie przeprosił... Każda normalna kobieta by pękła na jej miejscu. Za dużo tych niedotrzymanych obietnic.
@bloodcarver: Autorka wozi dzieci do przedszkola i dają sobie tam radę. Problemem był strach przed bijącym innym dzieckiem. Wystarczy zmienić przedszkole na prywatne (a jak oboje będą pracować to będzie ich stać) i po problemie. Rano zawożą dzieci do przedszkola, a po pracy oboje dzielą się opieką. Da się. Tylko ze względu na specjalne potrzeby starszego dziecka trzeba ograniczyć na jakiś czas inne rzeczy i na przykład na motor jeździć raz w tygodniu. Jak dziecko będzie dłużej w przedszkolu prywatnym, to zje tam obiad. Dla nich może kupić coś w garmazerce albo ugotować więcej na dwa lub trzy dni od razu. Jak nie będzie nikogo w domu to i nikt nie nabrudzi, więc ilość sprzątania się zmniejszy. A co najważniejsze dzięki powrotowi do pracy odzyska poczucie własnej wartości, poprawi jej się psychika, więc te obowiązki przestaną ją przytłaczać. Miałam depresję poporodową. Umycie podłogi zajmowało mi ponad godzinę, bo ciągle miałam negatywne myśli, nie miałam siły trzymać mopa, chciałam tylko iść spać. Wydawało mi się, że z niczym sobie nie radzę. A po skończonej pracy czułam się bardzo zmęczona. W tej chwili umycie podłogi zajmuje mi pół godziny. Włączam muzykę, tańczę na mapie ... To jest zupełnie inna jakość życia. Poczucie bezpieczeństwa, wiara w siebie, radość życia to podstawa.
@Wiewiorka16: Inaczej organizuje się życie, jeśli się wie, że można liczyć tylko na siebie, a inaczej, kiedy jest się razem. Owszem, dojdzie jej praca, ale odpadnie pranie jego gaci, gotowanie mu obiadów itd. a co najważniejsze odpadnie jej ten emocjonalny rollercoaster. Istotą tej historii nie jest motor sam w sobie czy sprzątanie. Istotą jest to, że nie może mu ufać, nie może na niego liczyć. Jedno mówi, drugie robi. Najważniejsza jest psychika, a bycie traktowanym przez męża w taki sposób jak opisała nie jest ok, bo uderza bardzo mocno w jej poczucie własnej wartości. Mąż mówi "nie masz nic do gadania, jesteś słaba i mogę z tobą zrobić co tylko chce, traktować cię jak chce, a ty nie masz prawa się sprzeciwić ". Jeśli pójdzie do pracy, a mąż się nie zmieni, to te wszystkie obowiązki, o których piszesz i tak nadal spadną na nią. Dzieci rosną. Jeszcze chwila i będzie lepiej. Same będą mogły choćby pozamiatac. Jaka jest wartość dodana posiadania takiego męża? Jakież to korzyści Twoim zdaniem odnosi z bycia w tym związku w takiej formie jak obecnie?
@Fahren: Czytasz mocno wybiórczo. Pierwszego "cytatu" nie ma ani w historii nr 1 ani w obecnej. W pierwszej jest napisane, że nie zabraniała, tylko prosiła o odłożenie w czasie. W obecnej historii napisała dlaczego - mają dziecko z jednej strony wybitnie zdolne, z drugiej zaś wymagające ciągłego dozoru. Według psychologa problem się rozwiąże przed ukończeniem 7 roku życia dziecka, czyli maks dwa lata. Drugi cytat jest, ale przepisałeś go połowicznie. Na tej fajnej randce umówili się na wspólny wyjazd następnego dnia o 13. On przyjechał o 16 i wyjazd odwołał. Gdyby dotrzymał słowa, to "foch" nie miałby miejsca. Ale dla niego ważniejsze były inne sprawy niż własna żona. A z obu historii wynika, że nie jest to pierwszy raz, kiedy coś obiecał i nie dotrzymał słowa. Dla mnie to mega słabe zachowanie. Człowiek, który notorycznie składa obietnice bez pokrycia jest g* wart. Nie można mu ufać ani bezpiecznie się czuć w tej relacji. Ja stosuję zasadę 80/20: czasem każdemu zdarza się coś nieprzewidzianego i może coś zawalić, nie dotrzymać słowa. Ale jeśli więcej razy mnie oszukuje niż spełnia obietnicę to kończę taką relację, bo szkoda moich nerwów. Na taką osobę nie można liczyć. "Dzieci sobie, dorośli sobie" też nie wiem, gdzie znalazłeś, bo pierwszego dnia urlopu dziećmi zajmowała się ona. Drugiego dnia też. Siostrzenice popilnowaly ich na czas robienia obiadu. Trzeciego dnia od rana do 16 też ona. Dopiero po 16 wyszła na spacer, ale wróciła przed dziewiątą, żeby położyć dzieci spać. Czwartego wyegzekwowala to, że miała ten obiecany dzień wolny dla siebie. Gdyby nie wyszła, to pewnie znowu on by miał wycieczkę, a ona gotowanie w zastępstwie "chorej" teściowej. "Nie ma szklanej kuli i nie mogl przewidzieć " - czego nie mógł przewidzieć? Że pierwszego dnia zniknie na całe popołudnie, drugiego na całe przedpołudnie, a trzeciego na prawie cały dzień? No to musi być kompletnym idiotą, skoro obiecał wspólne spędzanie czasu, a potem tego czasu nie znalazł. Zmusił go ktoś do tego? Czyjeś życie od tego zależało? Tak mu pasowało, tak wybrał. Nie rób z niego bezwolnego ciamajdy, który nie umie odmówić szwagrowi wspólnej jazdy po odbiór jednej paczki wielkości segregatora. Problem w tym, że on na pierwszym miejscu postawił motocykl, szwagrów i siostrę. Wolał jechać odebrać paczkę z jej prezentem urodzinowym niż DOTRZYMAĆ SŁOWA danego żonie dzień wcześniej. Zobacz, że ona zgodziła się na te wycieczkę po sakwę, cierpliwie czekała z obiadem. Autorka pisze wyraźnie, że chciała wrócić do pracy, ale mąż jej odradzał. Posłuchała go, zaufała mu i wyszła na tym źle. Ominales ten fragment celowo czy przypadkiem? Przeczytaj to jeszcze raz, bez uprzedzenia płcią. Możesz sobie zmienić, że to mąż zajmuje się dziećmi a żona tak się zachowuje. Ciekawe, czy wtedy też uznałbyś że składanie obietnic bez pokrycia jest ok
A mi w takich przypadkach nasuwa się jedno pytanie: kto tych współczesnych rodziców - "niemoty" tak wychował? Może właśnie panie takie jak ta. Bo że wychowała - w sensie: wykarmiła, dała dach nad głową i kieszonkowe na studia - w to nie wątpię. Wątpliwości moje budzi jedynie jakość tego wychowania od strony psychologicznej właśnie. Człowiek to nie maszyna. Nie wystarczy uzupełnić płyny i postawić pod dachem. Nawet zwierzęta potrzebują uczuć, obecności, akceptacji... a co dopiero dzieci.
@Tee_can_do_that: Dokładnie tak jest. Jeśli uzalezniasz swoje szczęście od drugiej osoby, to wkładasz jej na ramiona ogromny ciężar. Bo ona już nie może robić tego, co chce, być sobą, musi się w każdym momencie dostosowywać. Nie wolno jej mówić, co myśli, bo "będzie ci przykro". To nie związek, tylko teatr i dusząca pętla na szyi. Co do myśli drugiej też bardzo trafiona. Bałaganiarz z pedantką nie będą szczęśliwi, bo któreś będzie musiało ustąpić. Typ oszczędny z osobą lubiącą podróże czy restauracje też się nie dogada na dłuższą metę. i takie przykłady można mnożyć w nieskończoność. Namiętność może minąć, ale zamiłowanie do porządku raczej nie.
@digi51: Zgadzam się, z tym że rozszerzyłabym to na ludzi mających problemy z samooceną i poczuciem własnej wartości. Niektórzy wchodzą ze związku w związek powtarzając cały czas ten sam błąd. Obiekt uczuć zaczyna czuć się osaczony, ucieka, a zamiast refleksji "wyluzuj, bądź sobą, daj przestrzeń" jest poczucie, że "muszę się bardziej starać", więc w kolejnych związkach ta pętla jest coraz ciaśniejsza.
@Morog: Jeżeli facet jest tylko miły, a przy tym leniwy, niezaradny życiowo, jego ulubionym hobby jest picie piwa i oglądanie telewizji, ewentualnie scrollowanie fejsa, to masz w 100% rację. Mężczyźni tez nie szukają kobiet, które są bardzo miłe, ale mają dwie lewe ręce do robót domowych tak, że nawet wodę na herbatę są w stanie przypalić, interesują się głównie paznokciami i rolkami o makijażu. Zwykle nie interesują ich też kobiety bardzo miłe, ale grube, sporo starsze, rozwódki z kilkorgiem dzieci... Choćby były najmilsze na świecie. Bycie miłym to za mało, żeby stworzyć udany związek.
Twoja historia przypomniała mi o jednym z moich prawie - związków, widzę sporo analogii, więc może Ci się to do czegoś przyda. Miałam bardzo inteligentnego kolegę, który urodą nie grzeszył (takie 3/10). Dopóki się przyjaźniliśmy, wszystko było super. Ja wyrażałam swoją opinię, on swoją, argumentowalismy i czasem wychodziło na moje, czasem na jego, a czasem dochodziliśmy do tego, że żadne z nas nie miało racji. Imponował mi jego odmienny sposób patrzenia na świat, umiejętność zaskoczenia mnie trafnym argumentem, odmienne od moich zainteresowania. W pewnym momencie coś zaiskrzyło i niestety on zmienił się o 180 stopni. Zawsze się ze mną zgadzał, patrzył na mnie jak na święty obrazek i starał się mi nadskakiwać. Kiedyś powiedziałam, że lubię Nightwish. Nie wiedział co to. A następnego dnia miał całą ich dyskografie, znal historię zespołu i różne ciekawostki o nim. I tak było że wszystkim. Czułam, jakby stawał się moim cieniem, jakby oplatał mnie bluszcz. Moje zainteresowanie nim w ciągu kilkunastu dni spadło do zera. To "coś", co było w nim fajne, to bycie sobą, umiejętność sprzeciwienia mi się, dokonywania własnych wyborów, ciekawość świata. Chciałam kogoś, kto będzie o mnie dbał jak o księżniczkę, ale na równych prawach ze sobą; nie szukałam poddanego, adoratora, amanta, czy macho, ale księcia - partnera. Bądź prawdziwym sobą, bez tego nie warto wchodzić w związek, inaczej całe życie będziesz musiał udawać kogoś innego. Rozwijaj się, bądź otwarty na miłość, ale nie zafiksowany, jakby bez tego życie nie miało żadnego sensu ani wartości. To bardzo odstrasza (przynajmniej mnie). PS. Moja przyjaciółka mawia, że człowiek musi w życiu parę żab pocałować, zanim trafi na tę jedyną zaczarowaną... ;)
Ja bym to skomentowała jednym słowem: złodziejka. Sklepu nie okrada - jak przełoży jajka, to ktoś inny kupi M w cenie L i pokryje te różnice.
@Pantagruel: No niekoniecznie ponosi koszty. W pierwszej historii spędził dzień u niej, koszt - bilety teatralne- brak info, kto płacił. W drugiej źle, bo go kobieta na weekend do siebie zaprosiła. Jeśli ja kogoś zapraszam, to przygotowuje jedzenie dla tej osoby, zapewniam czystą pościel, ręcznik... Generalnie może być tak, że on kupuje symboliczną róże za dychę, a w tej cenie ma trzy posiłki, serwis "hotelowy" i seks. Z tym teatrem BTW też mi się trochę nie spina. Bywam na przedstawieniach i przed obiadem to grają przeważnie sztuki dla dzieci. "Poważne" przedstawienia dla dorosłych zaczynają się gdzieś od 16:00. No ale nie znam wszystkich teatrów w Polsce, mogę się mylić.
@HelikopterAugusto: A może by tak uczyć ludzi myślenia zamiast rozwiązywania testów? Samodzielności, zamiast liczenia, że ktoś coś zrobi, pomoże, załatwi...? Obecny system edukacyjny to dramat.
Kiedyś czytałam artykuł o liście, który szedł ponad 30 lat. Ktoś go gdzieś położył i wpadł za szafkę. Znaleźli go podczas remontu. Także te parę tygodni czy miesięcy... ;)
@Daro7777: Brakuje mi tam jakiejś emotki, na przykład ;), żeby odczytać to jako ironię. Bez tego brzmi to jak słaby trolling.
@tvh: Autor pisze, że były przeterminowane. Brak info o ile przeterminowane. Ja nie jestem autorką tej historii. Mi za ten złom nikt nie płacił.
@jjzz: Lakiery należą do grupy odpadów niebezpiecznych, powinny być utylizowane osobno. Wywalone tak po prostu mogą mocno zanieczyścić środowisko. Dla mnie to piekielne zachowanie.
@justangela: @Ohboy: Dzięki Ohboy, to samo bym napisała. Dzieci z rodzin alkoholowych bardzo często wiążą się z osobami uzależnionymi, bo taki schemat relacji najlepiej znają z domu. Piszę to z autopsji. Zanim przeszłam terapię, wszystkie moje związki były z osobami potrzebującymi "pomocy", uzależnionymi lub na drodze do uzależnienia (typu "piję, bo nikt mnie nie rozumie, oprócz ciebie"). Jeśli na imprezie w klubie było 200 facetów, ja bezbłędnie, choć nieświadomie, wykrywałam tego z problemami i z nim najłatwiej mi się rozmawiało. Oni też do mnie lgnęli, bo prezentowałam model opiekunki, której można się wyżalić. Dlatego może tak być, że autorka nieświadomie prowokuje zaburzone osoby do ujawnienia się przy niej, tak ja ja kiedyś. Dobra wiadomość jest taka, że da się z tego schematu wyjść. :)
"Ja przesadzam, czy lekarz zachował się ewidentnie niestosowanie?" Przede wszystkim zacznij ufać sobie, swoim odczuciom. Zdrowa osoba ma wewnętrzny wzorzec tego, co jest "normalne" i nie musi się posiłkować opiniami innych ludzi. Oczywiście warto zawsze zachować uwazność, otwartość, lekki dystans i mieć na uwadze, że nie jesteśmy nieomylni, niemniej jednak warto też ufać sobie. Gdybym miała zgadywać, to masz dysonans między tym, co czujesz, a tym, co wydaje ci się, że powinnaś czuć. Takie coś wytwarza się w sytuacji notorycznego zaprzeczania uczuciom (na przykład dziecko mówi, że nie lubi jak wujek całuje i mocno przytula, a w odpowiedzi słyszy, że wymyśla i przesadza, bo wujek je lubi i ma nie być niegrzeczne, tylko odwzajemnić przytulenie i się ładnie uśmiechać; matka krzyczy na dziecko, a potem twierdzi, że wcale nie krzyczała, tylko głośno mówiła, bo się przeziębiła, na przytkane ucho i niedosłyszy). Może się mylę. Jeśli jednak tak jest, to zacznij bardziej ufać sobie. Skorzystaj z pomocy profesjonalnego psychoterapeuty, bo samemu ciężko sobie z tym poradzić. Na szybko mogę Ci polecić czytanie książek, na przykład Anthony de Mello bardzo zmienił moje spojrzenie na wiele spraw i pomógł mi zrozumieć, że świata nie naprawię, mogę tylko siebie.
@licho13: Nie znasz jej męża. Jeśli jest osobą przemocową, narcystyczną lub coś w ten deseń, to jak najbardziej może być przyczyną. Depresja może mieć źródło organiczne (zaburzona biochemia), psychiczne ( na przykład zaniżona samoocena, poczucie braku możliwości samostanowienia, bezradność, traumatyczne doświadczenia w rodzaju śmierci dziecka, gwałtu) lub mieszane.
@Xynthia: Powinna zgłosić drugi raz. Za złamanie ręki trafiłby do aresztu. Niemniej jednak wiem jak działa psychika ofiary i wiem, że jest to bardzo trudne. Osoby złamane psychicznie zwykle nie wierzą, że cokolwiek da się zrobić. A są fundacje, które potrafią pomóc, dać mieszkanie, pomoc prawną i psychologiczną. A postawa niektórych policjantów swoją drogą pozostawia wiele do życzenia.
A co na to ta siostra? Bo jeśli policja przyjeżdża, a ona mówi, że się potknęła na schodach czy coś podobnego, to mają ręce związane. Tak samo jeśli Ty nie zgłaszasz przestępstwa, nie mają podstaw, żeby go zgarnąć. Byłaś na policji? Dostałaś potwierdzenie złożenia zeznań? A może odmówili przyjęcia zgłoszenia? Jak widzisz, że jedzie pijany autem, zadzwoń na 112 (można zgłosić anonimowo). Możesz też zgłosić sprawę do jednostki nadrzędnej, na przykład komendy wojewódzkiej. Jest też Ogólnopolski Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia": 800 120 002 (bezpłatny, czynny całą dobę). Tam będą w stanie sensowniej Ci doradzić niż ja. Możesz też wyszukać w internecie hasło "fundacja przeciw przemocy w rodzinie" + nazwa miejscowości. W Polsce działa kilkanaście tego typu organizacji. Też będą w stanie Ci doradzić albo przekazać zgłoszenie do odpowiednich ludzi.
Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 5 lipca 2025 o 9:37
@Samoyed: Pewnie dlatego ich nie dawali przy byle borowaniu. Logiczne, słuszne, niemniej jednak bolesne.
@krogulec: Nie wiem ile masz lat, ale kiedy ja byłam dzieckiem brak znieczulenia był normą :/ Też źle to wspominam.
Historia rzeczywiście piekielna. Ja bym wysłała pismo do zarządu z informacją, że rośliny są sztuczne, więc nie zagrażają budynkowi. A jeden z tych liści bym wyjęła i wręczyła Gustawowi do obmacania, bo najwyraźniej nie widzi już zbyt dobrze, a nie zaufa Ci na słowo. No i jeszcze jeden telefon do syna tego pana. Tyle tytułem próby polubownego załatwienia sprawy. Jak się nie odczepi, zgłosiłabym nękanie.