Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Absurdarium

Zamieszcza historie od: 19 listopada 2024 - 7:58
Ostatnio: 13 sierpnia 2025 - 12:47
  • Historii na głównej: 7 z 9
  • Punktów za historie: 833
  • Komentarzy: 324
  • Punktów za komentarze: 1749
 

#92162

przez ~antynik ·
| Do ulubionych
Nie palę i nigdy nie paliłam. Mam odruch wymiotny, kiedy czuję dym. Mój mąż niestety pali. Przed ślubem obiecywał, że rzuci i rzeczywiście rzucił. Pół roku po ślubie wrócił do nałogu, bo był na męskim wyjściu i się skusił na jednego papierosa, a niestety na jednym się nie skończyło. Potem kolejna próba, i kolejna... W końcu zaczął używać e-papierosow twierdząc, że są zdrowsze (ta... wdychanie gliceryny, która jest składnikiem mydeł i kremów do rąk jest na pewno zdrowe... prędzej mi kaktus wyrośnie na dłoni, niż w to uwierzę, że e-fajek można używać bez konsekwencji).

Zwykle dobrze nam się układa, ale ostatnio na siłę próbuje mnie przekonać do tych e-fajek, a mnie to irytuje bardzo. Mój tato zmarł na raka płuc, palił dużo. Kochałam go i ciężko mi było patrzeć jak się rozpada (przez przerzuty do mózgu tracił zdolność chodzenia, mówienia, pamięć... zmieniał się w roślinę na moich oczach). Ten czas, kiedy już wiadomo było, że nic się nie da zrobić i można tylko czekać bezsilnie na śmierć, był bardzo trudny. Mam na tym tle uraz psychiczny i on o tym wie. Byliśmy już wtedy razem.

Mamy 1,5 roczne dziecko (wcześniak, odklejanie łożyska w 30 tygodniu), które jeszcze karmię piersią, dlatego podwójnie unikam zadymionych miejsc.

Stoję w parku i podziwiam rabatkę, on podchodzi, staje tak, że wiatr wieje w moją stronę, wyciąga e-papierosa i wydmuchuje w moją stronę chmurę "dymu". Zwracam uwagę, żeby tak nie robił, a on mi na to "ale dlaczego, przecież to ładnie pachnie "i się usmiecha. Zdenerwowałam się, odpowiedziałam "Masz rację, ślicznie pachnie, to daj się pozaciągam trochę " i sięgnęłam po jego faje, próbując mu ją zabrać z ręki. Stwierdził, że jestem wariatką, która nie zna się na żartach, bo przecież on tylko "żartował".

Znamy się dwanaście lat, wie o moim ojcu, o moim urazie do fajek, o karmieniu piersią, a mimo to "żartuje" w ten sposób. Gdyby powiedział "przepraszam", nie byłoby tematu. Ja sobie jakoś radzę z tym, że zrobił mnie w balona obiecując rzucić palenie. Nie robię awantur, nie zmuszam do rzucenia. Szanuję jego prawo do dysponowania własnymi płucami. Dlaczego on nie może uszanować tego, że ja nie lubię tego nałogu i musi dmuchać mi prosto w twarz? Dla mnie to mega piekielne zachowanie.

park

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (120)

#92080

przez ~vecvec ·
| Do ulubionych
Mam dzieci w przedszkolu. Panie bardzo dbają o różnorodność zajęć, rozrywki, dni tego i tamtego, co jest ogromnym plusem. Mam tylko jedno "ale", otóż często informacje o zapotrzebowaniu na różne rzeczy dostajemy przez grupę na messengerze w ostatniej chwili. Ja wiem, każdemu zdarzy się zapomnieć, ale jak sytuacja się powtarza, to jest to naprawdę irytujące.

Przykłady:
1. Dzień zebry i ochrony przyrody. Przy odbieraniu dzieci z przedszkola dostaję info, że na jutro potrzebna bluzka w paski, najlepiej motyw zebry, ale zwykłe paski też mogą być. Mieszkam na wsi, do najbliższego sklepu z odzieżą dziecięcą mam 15 km, a i tak nie ma gwarancji, że będą mieli bluzkę w paski w potrzebnym rozmiarze. Nie można było takiej informacji dać kilka dni wcześniej? Zamówiłabym przez internet i po problemie.

2. Wiadomość o 20:20: "przepraszam, że tak późno, ale proszę żeby każde dziecko miało na jutro agrafkę, bo na obchodach 11 listopada będziemy przypinać kotyliony". Trzy dni wcześniej dali znać, że mają być stroje galowe. I super. Tylko o tych agrafkach jakoś zapomnieli. Przeszukałam szuflady, jak na złość nie znalazłam. Zadzwoniłam do babci, miała, więc pojechałam. Największy wk* następnego dnia, bo pani stwierdziła, że jednak niepotrzebne, bo druga pani przyniosła.

3. Dzień pszczółki. Ubrać na żółto. Wiadomość analogicznie jak w punkcie pierwszym.

4. Dzień kolorów. Ubrać jutro na czerwono. Wiadomość na messengerze o 18:30,napisana przez jedną z matek z pytaniem, czy to prawda, bo syn tak mówił. Pani potwierdza. Przedszkolakom powiedziała, rodzicom tylko niektórym przy odbieraniu dzieci, bo dużo było odbieranych o tej samej godzinie i się zamieszanie zrobiło.

5. Dzień instrumentów muzycznych, na jutro przynieść pudełka po jogurtach. Śmieci wyrzuciłam, jogurtów w lodówce nie ma, planowałam zakupy następnego dnia. Ale ok, w trybie pilnym do sklepu, dzieci nie miały ochoty na jogurt, więc ja musiałam zjeść (tak, mogłam po prostu wywalić, ale nie lubię marnowania jedzenia). Następnego dnia pytam dzieci, co robiły z tych pudełek. Okazało się że nic, bo poszli na plac zabaw. Grzechotki z tych pudełek robili dwa dni później.

Dlaczego to dla mnie piekielne? Pracuję, zajmuję się domem, ogrodem i trójką dzieci, z czego dwoje przedszkolaków. Kluczem do skutecznego ogarnięcia tego jest dobre planowanie, tak, żeby mieć czas i na sprzątanie, i na wspólne czytanie bajek, i żeby obiad był, i żebyśmy też poszli na spacer, porozmawiali. Kiedy jadę na zakupy, mogę po drodze zajrzeć do sklepu odzieżowego albo zamówić rzeczy przez internet, co zajmuje może 10 minut. Kiedy muszę specjalnie jechać po bluzkę w jakimś kolorze, tracę co najmniej półtorej godziny, a do tego muszę przeorganizować całe popołudnie.

przedszkole

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (181)

#92133

przez ~motorra ·
| Do ulubionych
Mój mąż skończył czterdziestkę i postanowił zrealizować swoje marzenie sprzed lat o motocyklu. Zainspirował go starszy brat oraz szwagier, którzy w zeszłym roku zdali egzamin i teraz jeżdżą razem na wycieczki. Ja byłam przeciwna, ale mój mąż był nieugięty. Jak nie teraz to nigdy, bo może mu się zdrowie posypać, bo potem może nie dać rady zdać jak będzie stary. Prosiłam o odłożenie tego pomysłu o dwa lub trzy lata. Nie rezygnację, tylko odłożenie w czasie. Usłyszałam, że "to tylko 20 godzin", przez 20 godzin poradzę sobie bez niego.

Brat i szwagier obaj są po pięćdziesiątce (jeden kupił sobie motocykl jako prezent na pięćdziesiąte urodziny, drugi ma 52 lata), mają dzieci w wieku 13 lat i więcej. Same chodzą do szkoły, same wracają, same sprzątają swój pokój, zrobią sobie herbatę i kanapkę...

Ja (do tej pory myślałam "my", ale teraz coraz bardziej w to wątpię) mam dwoje przedszkolaków, 3 i 5 lat. Dzieci są cudowne, ale w tym wieku wszystkiego muszę pilnować ja - ubrania, jedzenie, żeby nie weszły na szafę, nie wypadły przez okno... Pranie, sprzątanie i gotowanie jest na mojej głowie. Większość zakupów też. Maluchy są bardzo aktywne i ciągle eksperymentują. Ostatnio córka poszła umyć ręce i zalała pół łazienki, bo była ciekawa, co się stanie, jak podstawi zabawkę pod kran. Jak jesteśmy razem, to jedno może się zająć dziećmi, a drugie może nadgonić pracę domowe. Jak jestem sama, to jedynym ratunkiem jest włączenie bajki. Ale tu oboje z mężem się zgadzamy, że nadmiar telewizji szkodzi.

Mąż robi prawo jazdy w ośrodku 40 km od domu, bo ktoś mu polecił, że tam jest instruktor z wysoką zdawalnoscia kursantów. Te "tylko dwadzieścia" godzin wygląda tak, że godzinę zajmuje mu dojazd, potem godzinę jeździ, potem godzina powrót, o ile nie zostanie jeszcze pogadać z innymi kursantami bądź instruktorem (tam robią tak, że kiedy jeden kursant jedzie na motocyklu, instruktor z drugim jedzie za nim autem; drugi może za darmo obserwować i słuchać komentarzy, może dlatego mają taką zdawalnosc).

Wczoraj na przykład poszedł na siódmą do pracy, od razu po pracy pojechał na te jazdy (miał na późniejszą godzinę, ale przecież na pół godziny nie opłaca się do domu wracać), do domu wrócił już po dwudziestej, bo jeszcze musiał coś tam do kasku dokupić i inne rękawiczki. Dzieci były już łóżkach. A w ramach "pomocy" przeczytał im bajkę na dobranoc, zebym ja w tym czasie mogłam załadować zmywarkę, wynieść śmieci itp.

Mój mąż uśmiechnięty, z błyskiem w oku zaproponował seks. Ja, zmęczona niemiłosiernie, może zbyt nerwowo, odmówiłam. On ma focha, bo ja ostatnio unikam zbliżeń. A ja coraz częściej myślę o rozwodzie.

Do tej pory myślałam, że to stereotypy, że faceci po czterdziestce dostają małpiego rozumu. Wychodzi na to, że jednak taki właśnie przypadek mi się trafił. Kocham go, ale czuję się przemęczona i mam totalnie dość. Próbowałam rozmawiać, ale on nie widzi problemu, bo "to tylko 20 godzin", a przecież nie muszę wszystkiego robić (podłogę można umyć innego dnia - jasne, a dzieci niech chodzą po ciastolinie czy plamach z rozlanej zupy; obiad może być prosty - ok, ale nie będę dzieciom dawać codziennie naleśników na przemian z kupionymi pierogami; a pranie robi pralka, wywieszenie i pozbieranie to pięć minut - ok, a zapieranie plam na dziecięcych ubraniach, prasowanie, składanie, zaszywanie dziur i naszywanie naszywek). Najchętniej spakowała bym się i wyjechała na weekend do przyjaciółki, a jego zostawiła z dziećmi, pustą lodówką, pełnym koszem na pranie, zalaną łazienką... Tylko dzieci mi szkoda. Za małe są, żeby to zrozumieć.

Mąż twierdzi, że jak już zda egzamin, to będzie więcej robił w domu, a na motor tylko godzinkę lub dwie w tygodniu. Jakoś mi się nie chce wierzyć, żeby świeżo upieczony kierowca z nowym motocyklem dał radę tak się ograniczyć. Raczej będzie jeździł co weekend z bratem i szwagrem.

W tej chwili dzieci w przedszkolu, mąż w pracy (po południu znów ma jazdy), podłoga się klei po śniadaniu, pralka wiruje, a ja mam serdecznie dość wszystkiego.

Skomentuj (171) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (178)

#92106

przez ~Bebube ·
| Do ulubionych
Przyszła dziś w odwiedziny moja matka, lat 72. Siedzimy w salonie, bawimy się z dziećmi (5,5 i 4 lata), w rozmowie wychodzi temat tej zaginionej jedenastolatki, która się odnalazła po dwóch dniach w mieszkaniu dorosłego faceta. Matka pyta, co piszą w internecie, czy coś nowego wiadomo. Odpowiadam, że na razie ustalono, że dziewczynka zostawiła list do matki, w którym pisze, że już nie będzie jej więcej sprawiać kłopotów, a potem pojechała pociągiem do tego chłopa. Policja bada jak długo utrzymywali przedtem kontakt przez internet. Zatrzymany ma zarzuty o przetrzymywanie wbrew woli rodziców oraz skrzywdzenie jej (celowo użyłam takiego zwrotu że względu na dzieci). Na co moja matka wygłasza nieznoszacym sprzeciwu tonem, że dziewczyna sama jest sobie winna, bo jakby była porządna, to by jej to nie spotkało, bo by siedziała grzecznie w domu. Odpowiadam, że ma 11 lat, dała się zmanipulować. Na co moja matka stwierdza, że na pewno jej matka takie rzeczy tłumaczyła, żeby na chłopów uważać, bo niektóre jedenastolatki to już okres mają i są dojrzałe, więc powinna być mądra, a nie się pchać do faceta. Podjęłam ostatnią próbę, mówiąc, że może w jej domu wcale nie jest dobrze i po prostu szukała przyjaciela, skoro zostawiła taki list, że już nie będzie sprawiać kłopotów matce. Na co moja matka zaczęła przechodzić na ton "co ty tam wiesz gowniaro" (a mam 40 lat) i powiedziała, że no właśnie, skoro od początku sprawiała matce kłopoty, to od razu widać, że to nic dobrego; szumiała, szalała, szukała przygód, to i znalazła. Widzę, że beton i dalsza dyskusja nie ma sensu, a co gorsza matka za chwilę będzie może jeszcze dzieciom moim tłumaczyć, co to gwałt, bo coraz bardziej się nakręca, uciekam temat mówiąc, że ona ma swoje zdanie, ja swoje i przy tym pozostańmy, bo widać, że żadna z nas go nie zmieni. Próbowała jeszcze dyskutować, ale ucinalam to metodą zdartej płyty. W końcu odpuściła, choć widać było, że jej nie w smak, że nie biłam jej braw. Trudno. Nauczyłam się ignorować jej niezadowolenie, stawiać skuteczny opór próbom rządów.

Zdaniem mojej matki to ja jestem piekielna, bo nie chce jej powierzyć opieki nad dziećmi, a przecież ona mogłaby się zająć, ma dużo czasu, ogromne doświadczenie, bo czworo wychowała (dwoje wyjechało i odzywa się może dwa razy do roku, jedno nie żyje, ja po psychoterapii, jako nastolatka cięłam się po ręce, niestety mieszkam w zasięgu spaceru) i dużo by mi pomogła i doradziła, a ja niewdzięczna ośmielam się robić po swojemu, co na pewno skończy się katastrofą...

Jak słyszę ją wyglaszajaca tego typu poglądy, to nam ochotę nie tylko nie powierzać jej dzieci, ale wręcz zabronić im się z nią widywać, żeby nie przesiąkły tym jadem. Żadna normalna jedenastolatka nie ucieka ze szczęśliwego i pełnego miłości domu po to, żeby dać się wykorzystać dorosłemu facetowi. A wygłaszanie tego typu opini (obwinianie dziecka) jest dla mnie piekielnoscia godną samego Belzebuba. No ale co ja tam wiem, w końcu jestem tylko czterdziestoletnią gówniarą, nie? ;)

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (132)

#92084

przez ~niemoc ·
| Do ulubionych
https://piekielni.pl/92079

Czytając tę historię oraz komentarze pod nią przypomniałam sobie jedną z najgorszych chyba historii, jakie w życiu słyszałam. Długo wahałam się, czy o tym pisać, ale ostatecznie sprawa jest prawdziwie piekielna.

Mam ciotkę ponad siedemdziesięcioletnią mieszkającą samotnie na zabitej dechami wsi (mąż umarł, dzieci w mieście, odwiedzają często, ale nie mieszkają z nią). A ona ma patologicznych sąsiadów, którzy wpadli na "genialny" pomysł zarabiania na psach. Parę domów dalej jest hodowla yorków, a kiedy patole się dowiedzieli, że jeden szczeniak może kosztować nawet dwa tysiące złotych, zwietrzyli w tym złoty interes. Zdobyli sukę w typie yorka, zadbali o jej zaszczenienie, a potem liczyli grube miliony. Niestety nikt nie chciał od nich kupić psa bez rodowodu. Ludzie proponowali, że wezmą za darmo, ale oni czekali na super klientów. Niestety czas mijał, szczeniaki rosły, a żaden jeleń chętny wydać dwa tysiące, czy choćby tysiąc, się nie trafiał.

Pewnego dnia ciotka zauważyła, że tych psów już nie ma. Spotkała na ulicy ich syna (wtedy jakieś 10-11 lat) i spytała, czy w końcu udało im się sprzedać szczeniaki. W odpowiedzi usłyszała, że nie, ale nie było ich czym karmić, dużo żarły, więc patusy zdecydowały, żeby się ich pozbyć. Najstarszy syn (wtedy jakieś 17-18 lat) rozpuścił trutkę na szczury w mleku i im dał do wypicia. Szczeniaki padały jeden po drugim, na końcu ich matka, trochę dłużej ruszała łapami, ale w końcu też umarła. A potem gdzieś ich zakopali.

Ciotka nigdzie tego nie zgłosiła, bo psom życia już by nie przywróciła, a bała się zemsty patusow. Ja dowiedziałam się o tym prawie pół roku później, opowiedziała mi to z oburzeniem i ze łzami w oczach. Też nie zgłosiłam, bo nie było żadnych dowodów. Oni tych psów nie rejestrowali, nie wiadomo było gdzie ich zakopali, nie było żadnych śladów. A ludzie na wsi? Część nie chciała się mieszać, część się też bała zemsty, a jeszcze inni machnęli ręką, bo "to tylko psy". Niestety im się upiekło.

pies hodowla patologia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (154)

#34721

przez Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Pracuję na ochronie.
Specyfika pracy sprawia, że nie zawsze jesteśmy lubiani czy nawet poważani – to los ludzi, których praca polega na kontrolowaniu poczynań innych. Nie jest jeszcze tragedią sytuacja, w której klient poddaje w wątpliwość zapatrywania ochrony na wdzięki nierogacizny plując mu w twarz. Tragedią jest, gdy niechęcią, cichą i skrywaną, pałają ludzie z obsady obiektu – wtedy każdy z nas jest Cezarem, a każda służba może zmienić się w idy marcowe.

Kiedyś zdarzyło mi się pracować na takim obiekcie.
Był to wielki magazyn z liczną obsadą pracowniczą i kilkoma ochroniarzami na jednej zmianie. Byliśmy jednak rozproszeni po całym obiekcie i nawet nie wychodziliśmy o jednej godzinie z pracy, więc nie było się jak zebrać w grupę. Pretensje do nas były tam spadkiem pozostawionym przez poprzednią firmę. Sytuacja była na tyle zła, że dochodziło nawet do jawnego wyzywania ochroniarzy w ich obecności. Mniejszych uszczypliwości, regularnych, partyzanckich ataków i sabotaży nawet nie liczę. Nasze kierownictwo nic nie robiło z uwagi na możliwość utraty obiektu, ich nie widziało potrzeby działań.

Dojazd na obiekt miałem iście parszywy. Wkoło szczere pole, jedynie droga biegnąca między kartofliskiem i nieużytkiem. Jedna linia autobusowa kursowała tam równo co czterdzieści minut w godzinach gdy wracałem do domu. Głupi byłem, że pierwszego dnia głośno się na to poskarżyłem.
Zazwyczaj kierowniczka obiektu starała się opóźnić moje wyjścia tak bym nie zdążył na najbliższy autobus i, niestety, często jej się to udawało.

Jednego dnia jednak wszystko się zmieniło.
Kierowniczka z uśmiechem pomagała mi odbębnić wszystkie czynności związane ze zdaniem służby i wciąż powtarzała, że nie chce bym się spóźnił na autobus. Prawdą jest chyba przysłowie mówiące, że „uwierzyć wrogu to znaczy przegrać”. Tuż przed wyjściem moja kierowniczka przeprosiła mnie za swoje poprzednie zachowanie, powiedziała, że postara się zażegnać wszystkie spory...
Wierzyłem w odmianę losu, toteż nie poganiałem jej mimo, że wiedziałem, iż ucieknie mi przez to transport. Gdy skończyła zapewniłem ją, że oczywiście, nie mam za złe, wszystkie swady puszczamy w niepamięć... Otworzyłem masywne drzwi, a tam ulewa jak nie przymierzając, początek potopu.
- Jesteś po godzinach pracy, won! – syknęła kierowniczka i zwyczajnie wypchnęła mnie za drzwi zatrzaskując drzwi.

Czterdzieści minut w ulewie, schronienia brak, drzwi mi nie otwarto.

Ochrona

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 810 (886)

#92069

przez ~miffi ·
| Do ulubionych
Mamy patologicznych sąsiadów. Kiedy byłam dzieckiem, sąsiadka też miała dzieci, młodsze ode mnie o kilka lat. Rano przyprowadzała je (albo tylko przepychała za furtkę, nawet nie pytając czy się zajmiemy), siedziały u nas po 12 godzin. Oczywiście trzeba je było nakarmić, nos wytrzeć, zabawić itp. itd. Nawet jeśli ich odprowadziłam, to za pół godziny byli u nas ponownie. Była to jakaś tam rodzina, wspólna prababka. A do tego moja matka próbowała być "kulturalna", więc ich zawsze ugościła, ogarnęła, nawet ubrania uprała, jak się u nas czym zalali, i dała za małe po mnie (oczywiście te ubrania nigdy do nas nie wróciły). Matka ciągle gadała, że to tylko dzieci, że nie ich wina, że mają nieporadną matkę, która nie umie się nimi zająć, nakarmić itd. Mieliśmy więc na utrzymaniu dodatkowo dwoje dzieci (a często i ich rodziców, bo potrafili razem przyjść w porze obiadu, a według matki nie wypadało nie poczęstować) i wieczne awantury o pieniądze, bo ciągle ich brakowało.

Kiedy dorosły, pojawił się konflikt między moja matką a ich matką (miedzy innymi w końcu do niej dotarło, że jest wykorzystywana, że nasi sąsiedzi uprawiają tzw."wyuczoną bezradność", bo pieniędzy mają więcej niż my, tylko tego nie okazują). Ich córka Ewusia zaczęła puszczać "strzałki" do mojej matki nocami, pisać obraźliwe SMS-y z anonimowych numerów. Taka wdzięczność za opiekę, karmienie i zabawianie. W końcu po grubych awanturach kontakty zostały ograniczone do "dzień dobry", kiedy się spotkaliśmy na ulicy.

Minęło czternaście lat. Ja mam dzieci w wieku przedszkolnym, Ewusia też. Nadal mieszkamy po sąsiedzku, więc nasze dzieci chodzą do tej samej grupy przedszkolnej. Ewusia zaczęła zagadywać do mnie i się przymilać. Ja nie chcę utrzymywać z nimi kontaktu, ponieważ ich mentalność się nie zmieniła. Ewusia znalazła sobie koleżankę (dziewczyna przyjezdna, nie znała ich, więc dała się wkręcić), u której zaczęła przesiadywać po kilka godzin dziennie codziennie, przychodzić w porze obiadu i czekać na poczęstunek, wychodzić po kolacji. W końcu teściowa tamtej dziewczyny ją pogoniła. A Ewusia nadal uważa, że jej się wszystko należy, bo jest biedna, ma dwoje dzieci na utrzymaniu i tylko jej mąż pracuje.

Wracając do meritum, kilka dni temu odwiedził nas kolega dzieci z przedszkola z rodzicami. Jak tylko dzieci Ewusi się zorientowały, że mamy gości, to natychmiast zaczęły "wisieć" na płocie, zagadywać, a w końcu płakać. Ewusia zamiast ich zabrać i zabawić, poszła grzebać w telefonie. Z jednej strony było mi szkoda tych dzieci, z drugiej miałam poczucie, że to z jej strony manipulacja, żeby tylko się wepchać w nasze towarzystwo. Wahałam się, czy ich nie zaprosić, bo szkoda mi było płaczu dzieci, ale z drugiej strony nie chciałam zawierać z nimi bliższej znajomości i czułam, że to manipulacja z wykorzystaniem dzieci przez Ewusię. Niestety wtrąciła się moja matka, która podeszła do płotu i ich zaprosiła. Ewusia złapała dzieci, natychmiast przyszła na nasze podwórko i wszyscy zaczęli się zachowywać jakby byli u siebie. Jakąś godzinę później nasi goście pojechali do domu. Ewusia siedziała u nas jeszcze ponad godzinę po ich wyjściu, ignorując moje komentarze, że czas iść na kąpiel i kolację. Chyba liczyła, że ich zaproszę na posiłek. W końcu udało mi się ich pozbyć.

Moja mamusia uważa, że dobrze zrobiła, bo żal jej było dzieci, ale "nie spodziewała się", że Ewusia się u nas zasiedzi i nie będzie chciała wyjść. Sęk w tym, że mamusia ich zaprosiła, a potem poszła do siebie. Mamy wspólne podwórko i uważam, że skoro ona ich zaprosiła, to ona powinna się nimi zająć, a potem dopilnować, żeby sobie poszli. Chce być "kulturalna,", to niech będzie, ale nie moim kosztem. Syn Ewusi napluł mojemu w twarz i do otwartych ust. Młody mało się nie porzygał. Komentarz Ewusi "to tylko dzieci". Ok, czyli jak dzieci to mogą wszystko i nie trzeba im zwracać uwagi?

Nienawidzę manipulantów, nie lubię być wykorzystywana. Owszem, szkoda mi tych dzieci, ale naprawdę nie chce się z nimi zaprzyjaźniać. Nie chcę, żeby powtórzyło się to samo, co było trzydzieści lat temu, że będę robić za kucharkę, służącą, opiekunkę i sponsorkę po kilkanaście godzin dziennie, jak kiedyś moja matka.

sąsiedzi

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (158)

#92071

przez ~Miffi ·
| Do ulubionych
https://piekielni.pl/92069

Dziękuję za komentarze.

Ewusia jest pod opieką MOPS-u, regularnie odwiedzają ją dwie panie. Dzieci nie są bite, w lodówce jedzenie jest, więc nic dalej nie robią, poza pisaniem protokołów i przyznawaniem kolejnych paczek. A to, że dzieci są emocjonalnie zaniedbane to już inna bajka.

Ewusia jest wiecznie zmęczona, bo ma dzieci. Zorganizowała im kojec na podwórku, do którego narzucała zabawek, wsadziła je tam, a sama siedziała na ławeczce parę metrów dalej i grzebała w telefonie. Dzieci godzinami zajmowały się sobą same (mam tu na myśli wiek gdzieś do trzech - czterech lat, bo potem były puszczane samopas po ogródku). Jedno z nich w wieku pięciu lat nadal było w pielusze, dopiero pani przedszkolanka nauczyła korzystać z toalety. Argumenty Ewusi "bo bez pieluchy się nie załatwi, a wstrzymywanie jest niezdrowe" oraz "bo woda jest droga i taniej wychodzi wymienić pieluchę niż prać ubrania". To wiem od woźnej, która też była bardzo oburzona, że opieka społeczna nic z tym nie robi i próbowała się czegoś dowiedzieć ode mnie, jako że jesteśmy sąsiadami.

Odnośnie pomysłu, żeby cały dzień siedzieć u niej - nie przejdzie. Ewusia nie ma czasu sprzątać, bo ma dwoje dzieci. Kiedyś byłam u niej służbowo (pani z przedszkola prosiła o podanie kartki o wycieczce), to miała ogarnięty cokolwiek środek domu, a po kątach dramat. Czternaście lat temu mieli też prusaki (nie wiem jak jest teraz i nie mam ochoty sprawdzać). Jeśli siedzielibyśmy u nich na podwórku, to najprawdopodobniej o głodzie. Za dawnych czasów baaaardzo rzadko czymkolwiek częstowali, a nawet jeśli coś dali, to bałam się jeść ze względu na bałagan i prusaki.

Ewusia bardzo często narzeka na brak pieniędzy, robi to publicznie, na przykład wśród rodziców dzieci przedszkolnych na zebraniu. Sęk w tym, że ona niewiele gotuje, za to często korzysta z gotowych pulpetów w słoiku itd. Po wypłacie męża kurierzy z różnych firm są u nich po kilka razy dziennie. A potem dramat, bo brakuje kasy. Ewusia do pracy nie pójdzie, bo ma dzieci (6 i 4 lata obecnie, młodsze też chodzi do przedszkola), bo nie ma prawa jazdy (a busem przecież jeździć nie będzie), a poza tym w okolicy nie ma dobrej pracy dla osoby z jej wykształceniem (zawodówka gastronomiczna plus kursy malowania paznokci). W okolicznych lokalach bardzo poszukują kelnerów, zwłaszcza teraz, w sezonie komunijno -weselnym, ale ona dzieci nie zostawi, bo są z nią baaaardzo związane i będą płakać.

Dodam jeszcze, że w tym domu mieszka z nią babka mająca emeryturę po mężu, matka nie mająca dochodu (bo całe życie na garnuszku MOPS-u, a mąż praca na czarno przez ostatnie kilka lat życia, tak że po jego śmierci renta rodzinna się nie należała), oraz brat, który pracuje. No i oczywiście ojciec dzieci, który też pracuje. A posprzątać nie ma kto. Ciągle tylko narzekania jak jest ciężko i źle, jaka drożyzna, jak zdrowie szwankuje, jakie zmęczenie...

sąsiedzi

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (147)

#92064

przez ~maddka ·
| Do ulubionych
W 2019 urodziłam syna w renomowanym szpitalu przy ulicy słynnego pisarza i polityka z okresu Księstwa Warszawskiego o inicjałach S.S., w mieście wojewódzkim na wschodzie kraju.

Chciałam naturalnie. Niestety przechodziłam termin o tydzień, więc lekarze zdecydowali, że poród trzeba wywołać. Podwójne niestety, bo wypadło to w weekend. Dostałam pompę z oksytocyną, bolało tak bardzo, że mój umysł się wyłączał, nie rejestrowałam niczego, co działo się pomiędzy skurczami. Tak, krzyczałam, bo takiego bólu nigdy w życiu nie czułam, a mam tak wysoki próg bólu, że leczę zęby bez znieczulenia. Naturalnie poziom oksytocyny podnosi się powoli, ja dostałam 7 jednostek od razu. Co jakiś czas położna sprawdzała rozwarcie i mówiła, że idzie powoli, ale dobrze.

Po kilku godzinach młody lekarz przyszedł zapytać o ruchy dziecka. Powiedziałam, że jest ich dużo mniej niż wcześniej, słabo je czuję. Na co pan doktor z wyższością w głosie powiedział "niech się pani nie obrazi, ale pani jest gruba, a grube kobiety gorzej odczuwają ruchy dziecka." Położna, która mi pomagała, jedynie spuściła głowę. Pan doktor rzucił jeszcze ironicznie, że cięcia nie będzie i sobie poszedł.

Riposta przyszła mi do głowy niestety za późno, cham już zakończył obchód. Niech pan doktor się też nie obrazi, ale ja nie przytyłam w jeden dzień. Wczoraj byłam tak samo gruba, a ruchów czułam dwa razy więcej.

Znowu podłączyli mi oksytocynę, znów odleciałam. Jakiś czas później wszyscy spanikowani zaczęli koło mnie latać. Okazało się, że ktg pokazuje spadki tętna do 40 (powinno być 180-200). Położne wzięły mnie pod ręce i zaprowadziły na salę operacyjną. Podwinęła mi się koszula szpitalna, szłam półprzytomna ze strachu o dziecko, świecąc gołą pi**, a korytarz pełen był matek z noworodkami oraz ludzi, którzy ich odwiedzali. Lekarz cham już na stole operacyjnym kazał mi podpisywać zgodę. Anestezjolog go opier*, że nie ma czasu. Dostałam pełne znieczulenie. Bliznę mam krzywą, widać "dochturowi" ręka zadrżała dość mocno.

Syn- wrodzone zapalenie płuc. Znajoma położna powiedziała mi nieoficjalnie, że nic na sali nie było przygotowane, dziecko powinno od razu trafić do takiego łóżeczka z lampą, która by go ogrzała, a tymczasem dopiero kompletowali sprzęt i szukali neonatologa. Syn był owinięty dwa razy pępowiną, miał węzeł prawdziwy. Naturalnego porodu by nie przeżył.

Wszystko skończyło się dobrze, syn nie wykazuje jak dotąd objawów niedotlenienia, rośnie i rozwija się dobrze. Tylko we mnie jest żal, jak można traktować kogoś tak bardzo "z góry". Ja naprawdę nie marzyłam o cięciu i bliźnie. Przed ciążą ważyłam 72 kg przy wzroście 161 cm. Nosiłam rozmiar 40. W ciąży przytyłam 13,5 kg. Tak wiem, że BMI za duże, że we wszystkich podręcznikach ginekologicznych piszą, że kobiety otyłe słabiej czują ruchy dziecka, ale ja naprawdę nie mam pojęcia jak czują inne osoby. Mogę jedynie porównywać siebie do siebie, to co czułam wczoraj czy tydzień temu do tego, co czuje dziś.

Minęło pięć i pół roku, a ilekroć sobie przypomnę tamtą sytuację, odczuwam żal i dyskomfort. Wtedy, gdy byłam najbardziej bezbronna i najbardziej potrzebowałam wsparcia i dobrego słowa, dostałam drwiny i poniżanie, bo nie wyglądałam jak modelka i ośmieliłam się krzyczeć z bólu. No i nie było "mojego" ginekologa prowadzącego ciążę. Czy gdybym była chuda, lekarz nie zignorowałby informacji o słabych ruchach dziecka? Czy może po prostu był zły, że inni mają długi weekend, a on musi być w pracy i sobie odreagował? Ne mam pojęcia. Ale dla mnie to była jedna z najbardziej piekielnych sytuacji w życiu.

szpital

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (217)

#91881

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia będzie o tym, jak chciałem być mądrym Polakiem PRZED szkodą, a wyszło, jak zawsze… Ostrzegam – jest dość długo i dość szczegółowo, ale uznałem, że dla ukazania zupełnego absurdu tej sytuacji jest to niezbędne. Wybaczcie też chaos, ale emocje trochę biorą już górę...

Historia właściwa:
Moja służąca niezawodnie przez wiele lat pralka zaczynała mieć grymasy. Coraz głośniejsza praca, dziwne dźwięki w czasie prania – postanowiłem więc kupić nową, ZANIM ta stara zupełnie wyzionie ducha. W tym celu 16 października wybrałem się do sklepu stacjonarnego RTVeuroAGD, żeby dokonać nowego zakupu. Tam doradzono mi pralkę firmy Whirpool, którą nabyłem. Z powodu braku możliwości samodzielnego przewiezienia pralki, poprosiłem o jej transport i wniesienie, co stało się 22 października. Wieczorem postanowiłem ją ochrzcić i włączyłem pierwsze pranie. Urządzenie nie pobierało jednak zupełnie płynu do płukania tkanin. Pomyślałem, że może ustawiłem akurat taki program prania, który nie pobiera tegoż płynu. Następnego dnia jednak, pomimo zmiany programów, nadal nie odnotowałem poboru płynu. Zgłosiłem ten fakt na infolinii w czwartek 24 października. Tam wmawiano mi, że problemem może być niewłaściwe ułożenie węża dopływowego i odpływowego. Zagięcie zanegowałem, jednakże dalej wciskano mi kit, że znaczenie ma także wysokość ułożenia tychże węży. Zbaraniałem, ale nie jestem przecież wszechwiedzący i może jednak faktycznie ma to jakieś znaczenie, mimo że przecież nie działa to na zasadzie grawitacji, tylko wytworzonego ciśnienia... Niemniej okej, uzbrojony w miarę ułożyłem węże tak, aby znajdowały się dokładnie na tej wysokości i w takim układzie, jaki rekomendowano mi na infolinii i jak polecał wujek Google. Jako że wszystko udało mi się wcześniej wyprać, na kolejny „test” musiałem poczekać kilka dni. We wtorek 29 października nadal jednak pralka nie pobierała płynu, więc znowu skontaktowałem się z infolinią. I tym razem znalazło się „magiczne” wyjaśnienie – ot, masz Pan za gęsty płyn do płukania! Trzeba go rozcieńczać! Mało tego! Musisz Pan filtr w pralce umyć! Tak, tak, dobrze Pan słyszysz, w tej Pańskiej nowiutkiej pralce! Powiedzieć, że byłem w szoku, to nic nie powiedzieć… Konsultantka zupełnie nie pojmowała, jak ja się w ogóle mogę dziwić jej absurdalnej rekomendacji! Ja wiem, że w mojej miejscowości woda jest tak twarda, że biorąc prysznic można dostać wpie*dol, ale bez przesady… Niemniej naiwnie i głupio wierząc, że może po prostu czegoś nie ogarniam, wyczyściłem filtr i umyłem dozownik. Przy okazji przypomniałem sobie lekcje chemii bawiąc się w rozcieńczanie 5:1. Płyn nadal nie był pobierany. 30 października kolejny telefon na infolinię, tym razem nie wierząc w jakiekolwiek zalecenia zgłosiłem, po prostu, reklamację. Powiedziano mi, że w czwartek 7 listopada między 8 a 13 zgłosi się do mnie technik. W międzyczasie, 2 listopada, dodatkowo wyskoczył błąd urządzenia F07. 7 listopada o godzinie 11:37 otrzymałem SMS od serwisu MGM Service:
„Witam, tu Twoj Serwisant Whirpool Tomasz. Bede u Ciebie za 22 minut.” [pisownia oryginalna].
Nikt jednak tego dnia ani się ze mną nie skontaktował, ani tym bardziej nie przyjechał do pralki. Zadzwoniłem więc z pretensjami na infolinię. Stwierdzono, że w sumie, to nie wiedzą, czemu nie było technika, ale proponują inny termin. Wyłuskując ostatki cierpliwości zgodziłem się. Niestety 14 listopada kolejna niemożność zrobienia prania spowodowała, że szlag mnie jasny trafił i poszedłem do RTVeuroAGD prosić o pomoc stacjonarnie. Tam bardzo uprzejma obsługa poleciła mi, żeby wycofać reklamację indywidualną, a złożyć za ich pośrednictwem. Tak też zrobiłem. 18 listopada dostałem telefon z informacją, że technik przybędzie do mnie 22 listopada. Wściekły z powodu odległego czasu zgodziłem się. 20 listopada otrzymuję jednak telefon z infolinii Whirpoola - oto poinformowano mnie, że technik nie pojawi się w wyznaczonym terminie, bo rzekomo jest chory. Wściekły ponad ludzkie pojęcie (przypomnę – drugi zmarnowany dzień wolny) dałem trochę upust swoim emocjom, ale zgodziłem się prać w rzece jeszcze przez kilka dni. Następny termin wizyty technika wyznaczono mi na… poniedziałek 2 grudnia po godzinie 13:00. Tego dnia (wykorzystane TRZECIE wolne), kiedy do godziny 18:30 nikt się nie pojawił, zadzwoniłem wściekły do teleobsługi RTVeuroAGD (infolinia Whirpoola czynna do 18). Konsultantka – swoją drogą bardzo miła, życzliwa i pomocna – obiecała, że sklep przyjrzy się temu problemowi. Jednocześnie zażądałem rozwiązania tej sytuacji poprzez wypowiedzenie umowy sprzedaży z powodu nienależytego wykonywania umowy. Następnie dostałem cztery następujące po sobie SMS-y – o godzinie 22:36, 22:37, 22:39 i 22:45. Wszystkie tej samej treści:
„Dobry wieczór,, przepraszam za dzisiejszą nieobecność i póżna porę Zgodnie z opisem usterki i błędem P07, który u Pana występuje, do naprawy konieczny jest moduł, który został już zamówiony. Po Pana stronie pozostaje teraz oczekiwanie na kontakt z infolinii – gdy tylko część zostanie skompletowana, skontaktują się z Panem w celu umówienia wizyty na wymianę modułu. Tomasz. Serwis Whirpool.” [pisownia oryginalna].

Pomyślałem wtedy, że to już szczyt bezczelności, ale nie! Whirpool ma ambicje i sam sobie podnosi poprzeczkę. Oto bowiem następnego dnia, tj. 3 grudnia następuje prawdziwy cud. O godzinie 7:23 otrzymuję od Whirpoola maila, w którym znajduje się załącznik, którym jest… „Podsumowanie wizyty serwisowej”! Z samego pliku z kolei wynika, że wizyta odbyła się dzień wcześniej, naprawa została zakończona, a nadto z treści można wywnioskować, że klient (ja) wprawdzie był dostępny, ale nie złożył podpisu. Tego samego dnia około 14:00 dostałem telefon z infolinii, że istnieje możliwość umówienia spotkania z technikiem na 9 grudnia. Kiedy już ustaliliśmy wizytę konsultantka ją odwołała uzasadniając tym, że jednak jeszcze nie mają modułu u siebie… Poczułem się, jak pierwszoplanowa postać jakiegoś filmu Barei, albo Monty Pythona.

19 grudnia nadszedł. O godzinie 12:36 SMS od technika, że będzie za 26 minut, czyli o 13:02. Spóźnił się o grubo ponad pół godziny, ale przyszedł. Wymienił jakiś tam moduł i stwierdził, że wszystko będzie działać. Wstawiłem pranie i… pralka po jakimś czasie wywaliła błąd F07 i przestała prać… Osiągnąłem ten rodzaj zdenerwowania, w którym nie czujesz już złości. Jesteś za to tak wybuchowy, że najmniejszy gest spowoduje eksplozję nienawiści… Postanowiłem dać sobie kilkadziesiąt minut na ochłonięcie i zadzwoniłem na infolinię. Tam dowiedziałem się, że wszystko, co Whirpool może mi zaoferować, to… kolejna naprawa :) RTVeuroAGD z kolei stwierdziło, że muszą najpierw poczekać na ekspertyzę technika i że odnotowali fakt niedziałającej pralki prosząc o oczekiwanie na kontakt nazajutrz. Kontakt ten jednak w roku 2024 już nie nastąpił…

W związku z brakiem jakiegokolwiek kontaktu 2 stycznia zadzwoniłem spytać, kiedy oddadzą mi pieniądze. Na infolinii dowiedziałem się, że zgłoszenie ma status „zamknięte”, a samo urządzenie jest „naprawione”. Zdziwieniu memu nie było końca. Po długiej i emocjonalnej rozmowie zaproponowano mi złożenie jeszcze jednej reklamacji. Tym razem jednak zażądałem zwrotu gotówki i zastrzegłem, że jeśli do 17 stycznia nie otrzymam informacji wiążącej i satysfakcjonującej mnie, to sprawa znajdzie swój finał w sądzie.

7 stycznia telefon z Whirpoola z propozycją umówienia spotkania serwisowego… Termin ustaliliśmy na piątek 17 stycznia po godzinie 13:00. Tego samego dnia o 13:14 SMS: „Witam, tu Twoj Serwisant Whirpool Tomasz. Bede u Ciebie za 15 minut.” [pisownia oryginalna]. Czekam i czekam, mija 16, technika nadal nie ma. Wchodzę na maila i widzę wiadomość z 15:13, z której wynika, że… nie zastano mnie w domu, a zgłoszenie jest zamknięte! Natychmiastowy telefon do Whirpoola – no max, co mogę zrobić, to złożyć kolejną reklamację. Pojechałem do RTVeuroAGD i zażądałem bezzwłocznej reakcji. Jako, że zbliżał się weekend, zapowiedziałem, że jeśli do poniedziałku nie będzie odpowiedzi, to sprawę kieruję do sądu i do UOKiK-u.

Jak nietrudno się domyślić – w poniedziałek żadna odpowiedź nie przyszła. We wtorek nadal cisza. W środę dostaję telefon z RTVeuroAGD, że moje żądanie zostało odrzucone i że mogę złożyć kolejną reklamację. Złożyłem, ale tylko po to, żeby sąd miał się z czego pośmiać. Dziś, 23 stycznia, poszła też obszerna skarga do UOKiK. Bez sądu się pewnie też nie obejdzie. RTVeuroAGD ma temat w poważaniu, Whirpool umywa ręce. MGM Service też ma wywalone, a ja jestem trzeci miesiąc bez działającej pralki :)

Whirpool RTVeuroAGD MGM Service

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (167)