Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

AimeeSi

Zamieszcza historie od: 28 maja 2011 - 9:49
Ostatnio: 5 lipca 2019 - 14:54
Gadu-gadu: 6460111
  • Historii na głównej: 8 z 21
  • Punktów za historie: 2486
  • Komentarzy: 68
  • Punktów za komentarze: 58
 

#84705

(PW) ·
| Do ulubionych
Mąż miał dzisiaj załatwić coś w Energetyce. Postanowił zabrać ze sobą naszego dwuletniego syna. Po godzinie zadzwonił do mnie, że nic nie załatwił, bo utknął pod kościołem.

Otóż pod kościołem zauważył leżącego na ziemi człowieka. Człowiek ubrany był jakby na dworze było 5°, a nie 55. Obok niego leżały kule. Mąż próbował nawiązać z nim kontakt, ale był on "lekko" utrudniony. Jesteśmy realistami, ale nigdy nie można wykluczyć, że półprzytomny człowiek, od którego czuć alkohol, nie jest cukrzykiem, prawda? No i w tej wierze mój mąż zadzwonił na 112. Tu spotkała go pierwsza piekielność, bo przełączano go kilka razy. W końcu był pewny, że rozmawia z naszym miastem i użył potocznej nazwy tego kościoła. Tu dostał reprymendę, że przecież dzwoni z dużego miasta i tu jest kilka kościołów. Owszem, ale na podanej przez niego ulicy aż jeden.

Kiedy już się w końcu dogadał z dyspozytorką i po 15 minutach przyjechała karetka, oberwało mu się po raz drugi. Ratownik ledwo wysiadł z karetki i zaczął na niego krzyczeć: "Po cholerę pan wzywał karetkę, jak to jest bezdomny pan Sylwester?!". Jako że mój mąż nie lubi takich sytuacji, a i riposty ma czasowe i często celne, odparował: "A wie pan, nudziło mi się, więc postanowiłem postać sobie kwadrans w upale z dzieckiem na rękach, a wam przerwać picie kawki". Ratownik lekko spokorniał, ale i tak niesmak pozostał...

I cóż teraz? Mieć sumienie, być szlachetnym i reagować na "bezdomnych panów Sylwestrów", czy mieć w poważaniu i czytać w porannej gazecie, że zginął mężczyzna, bo nikt się nie zainteresował, hurr durr, znieczulica, źli ludzie?

I żeby nie było - ja wiem, że tacy stali bywalcy SOR-u są dla ratowników i lekarzy utrapieniem, ale czy ja mam obowiązek wiedzieć, że ten człowiek to bezdomny żul, który w tym miesiącu był na IP już 5 razy i za każdym razem odmawiał leczenia?

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (119)

#84532

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój syn za miesiąc kończy 2 lata. Urodziłam go w wyniku cc na zimno (nagła operacja w środku nocy; powodem był niewłaściwy zapis KTG - jego tętno wahało się w ciągu 2 minut od 90 do 220 uderzeń). Taki zapis był cały wcześniejszy tydzień, który spędziłam na patologii ciąży, ale dopiero w tę pamiętną dla mnie sobotę podjęto decyzję o porodzie. Syn urodził się zdrowy, wszystko było i jest w porządku.

Za to ja przeżyłam to bardzo. Przez 2 tygodnie po porodzie cały czas płakałam, nikt mnie nie wspierał. Rana zagoiła się bardzo szybko i bardzo ładnie, nie chodziło o fizyczny ból, pod tym względem doszłam do siebie błyskawicznie. Miałam wyrzuty sumienia, że nie zdołałam urodzić swojego dziecka, że jestem gorszą matką, bo już na starcie nie dałam mu tego, czego on najbardziej potrzebował. Około pół roku zajęło mi ułożenie sobie wszystkiego w głowie. Dopiero wtedy umiałam powiedział, że "urodziłam dziecko", zaczęłam używać słowa "poród", a nie "operacja" i dopiero wtedy zaczęłam odczuwać prawdziwą radość z macierzyństwa. Doskonale zdaję sobie sprawę, że wyłącznie dzięki tej operacji moje dziecko żyje, wiem, że i tak nie byłabym w stanie urodzić go w sposób naturalny. Wiedziałam to od samego początku, jednak tak bardzo pragnęłam sama wydać go na świat, że zafiksowałam się do tego stopnia, że długo sobie ten fakt wyrzucałam.

Po tym przydługim wstępie, przechodzę do sedna:

Aktualnie jestem w 24 tygodniu drugiej ciąży (5-6 miesiąc, sama nie wiem, w położnictwie nie używa się miesięcy do określania wieku ciąży). Na majówkę przyjechały do nas moja mama i babcia, a wczoraj byliśmy razem na obiedzie u teściów. Teściowa jednym stwierdzeniem sprawiła, że te wszystkie uczucia, niby przepracowane, wróciły. I chociaż wiem, że z medycznego punktu widzenia miała rację, to właśnie piszę tu wyznanie o 3.30, bo nie mogę spać.

"Ty nie rodziłaś".

Skomentuj (62) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (170)

#84125

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu wystawiłam na OLX ubranka po moim synu. Były wśród nich kombinezony (nie zimowe, zwykłe na co dzień). Syn je nosił, więc i one nosiły ślady użytkowania. Co więcej, przed moim potomkiem nosił je też siostrzeniec. Nie były jednak zniszczone, znoszone, dziurawe, poplamione. Ot, skulkowane (te pęczki, co się robią na ubraniach). Wystawiłam je w takim stanie, opisując, że są to rzeczy używane. Za zawrotne 15 zł za sztukę (czy to dużo, czy nie, zależy od osoby; dla mnie były tyle warte, koniec).

Napisał do mnie pan. Pan bez "dzień dobry" zażądał zniżki. "50 zł i biorę wszystkie trzy". Zgodziłam się, "dopłaciłam" to 5 zł za wysyłkę i poszło. Za kilka dni dostaję telefon od pani, że ona chce oddać kombinezony, bo one są niezgodne z opisem. Pytam, o co dokładnie chodzi. W odpowiedzi dostałam tyradę, że to szmaty i ona dziecka w to nawet po domu nie ubierze. Ogólnie, wszystko nadaje się jedynie do kosza.

Odpowiedziałam, że nie ma takiej opcji. Ubrania są używane, fakt, ale nie zniszczone. W końcu kobieta wysypała się i powiedziała, że chodzi jej o te pęczki. Na to odpowiedziałam, że wystarczy to przejechać golarką i nie ma tematu. Nie. Ja ją oszukałam i ona idzie na policję. Rozłączyła się, nawysyłała mi zdjęć "zniszczeń" i zaczęła nękać SMS-ami. W skrócie: oszukałam ją, jestem bez serca i sumienia, bo oszukałam też jej dziecko, jak ja mogę. Ona ma teścia policjanta i już ma ogarnięte, czeka tylko na moje zdanie w sprawie, do 15 dzisiaj!, i azymut Komenda.

Początkowo nie odpisywałam nic, bo te SMS-y przychodziły z prędkością światła, tak że nawet nie byłam w stanie zastanowić się, co tu odpisać, a już był następny. Postanowiłam poczekać na męża i razem skonstruowaliśmy wiadomość, w której powołaliśmy się na odpowiednie artykuły, że owszem, jest 14 dni na zwrot zakupów internetowych bez podania przyczyny, ale obowiązek jego przyjęcia ma wyłącznie przedsiębiorca, a nie osoba prywatna. Oprócz tego dopisaliśmy, że umowę zawierałam z mężczyzną, więc o co w ogóle chodzi? Moje stanowisko poszło. Oczywiście na nowo stałam się oszustką, a jej facet takich szmat by na pewno nie kupił.

To wszystko miało miejsce w piątek. Przez weekend dostawałam jeszcze kilka innych deadlinów, bo ona właśnie już jedzie na policję. Na końcu stałam się dodatkowo wyłudzaczką (sic!). Nie odpisywałam ani słowa na te SMS-y, ale kiedy zaczęła mi sypać imionami mojej rodziny ("matka D na pewno jest dumna z córki oszustki, brat A, mąż P i syn J również"), nie mogłam tego tak zostawić.

Tym razem ja oskarżyłam ją o stalking i zastraszanie, bo prócz tego obiecała mi rozpowiedzieć wszystkim moim znajomym o tym, jak ją "oszukałam". Z dopiskiem, że to ona nadaje się na zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, a nie ja. Jeszcze kilka SMS-ów skakała, obiecała, że w poniedziałek o 15 idzie na policję i zamilkła.

Na wezwanie czekam do dziś, a sprawa miała miejsce jakoś w październiku. ;-) W sumie to jakiś czas myślałam o tym, czy by na nią nie donieść z tym stalkingiem, tym bardziej, że miałam dowody (wyobraźcie sobie, że serio napisała na FB do mojej mamy i brata...), ale niedługo później dowiedziałam się, że jestem w ciąży i nie chciałam się na ten czas babrać w nerwach i stresie.

Ogólnie rzecz biorąc, ja wiedziałam, że ona nic nie może mi zrobić, bo wszystko było opisane, a i zdjęć mam w zwyczaju dodawać tyle, że jak inni tyle dodają, to się wkurzam ;-), ale sam fakt takiego oskarżenia i wciągania w to najbliższej rodziny przy świadomości, że ma mój adres (bo w końcu wysyłałam do niej paczkę, na której trzeba podać adres zwrotny) sprawia, że ten czas nie był najcudowniej spędzonym przeze mnie.

EDIT: Dobra, bo widzę, że u niektórych kuleje czytanie ze zrozumieniem. Napisałam wyraźnie, że ubrania nie były zniszczone. Pęczki, o które tej kobiecie chodziło, znajdowały się na jednym (z trzech) kombinezonie i to wyłącznie w okolicach kieszeni. Nie jestem idiotką, gdyby było ich więcej albo bym je wygoliła, albo dała niższą cenę. I co do ceny - rzecz jest warta tyle, ile ktoś jest w stanie za nią zapłacić. Mężczyzna kupił je ode mnie 2 dni po wystawieniu.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (133)
zarchiwizowany
Dzisiaj zmarł mój tata. Kiedy mama zadzwoniła do jego byłej żony, żeby ją o tym poinformować, ta bez pardonu zakomunikowała: "To ja już zabiorę jego prochy do Anglii, żeby go pochować obok jego rodziców".

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -10 (14)

#83559

(PW) ·
| Do ulubionych
5 września 2015 roku podpisałam umowę o pracę. We wrześniu 2016 roku zaszłam w ciążę. Umowę miałam wtedy na czas określony do 31 grudnia 2016 roku. Jako że w momencie zakończenia umowy ciąża była wyższa niż 12 tygodni, uległa ona przedłużeniu do dnia porodu, który teoretycznie miał się odbyć 13 czerwca 2017 roku.

Szybko, bo już w październiku, poszłam na zwolnienie (w miejscu, w którym pracowałam nie było żadnego ogrzewania). Szefowa szybko uporała się z zastępstwem, ja, w roli inkubatora, ze spokojem przygotowywałam się do wielkiego dnia. Urodziłam syna 4 czerwca 2017 roku.

Kiedy już doszłam do siebie, zaczęłam załatwiać papierki, których, jak część z was zapewne wie, jest niemało. Między becikowym, ubezpieczeniem i zasiłkiem macierzyńskim, musiałam odebrać również świadectwo pracy. Zrobiłam to jakoś pod koniec czerwca. Przed podpisaniem sprawdzam, a tam, pod datą rozwiązania umowy, 3 czerwca. Mówię, że błąd. Ona mówi, że mam dzwonić do księgowej. Dzwonię. Tłumaczę. "Co też pani wymyśla?! Ja tu jestem księgową, pani się nie zna!". No, ok. Skoro tak. Być może.

Idę do ZUSu z tym świadectwem. Pani w ZUSie mówi mi, że błąd. Tłumaczę, jak to wyglądało i pytam, czy mi przyjmie, czy mam załatwiać od razu. Mówi, że przyjmie, ale muszę to wyprostować, bo jak się Urząd kiedyś tam dopatrzy, to mi cały zasiłek każe oddać. Jeszcze tego samego dnia skontaktowałam się z szefową, która odesłała mnie do księgowej. Okazało się, że nie prowadzi już ksiąg szefowej, ale że ona wystawiała mój dokument, ona musi go poprawić. Dzwoniłam do kobiety, pisałam maile. Nic. Stwierdziłam, naiwnie, no wiem, że kicham, nie mam teraz sił na taką walkę, muszę się zająć dzieckiem, kiedyś do tego wrócę.

Skończył się macierzyński, zarejestrowałam się w UP. Urząd Pracy wysyłał mnie tu i tam, nigdzie nie chcieli młodej karmiącej matki. W końcu sama sobie znalazłam pracę. Wiadomo, że nowy pracodawca za chwilę poprosi mnie o dotychczasowe świadectwa pracy, więc trzeba sprawę załatwić. Piszę do pani księgowej maila o tytule: "Korekta dokumentów" i treści: "Proszę w trybie pilnym o poprawienie świadectwa pracy (tu dokładne wyjaśnienie). W przeciwnym razie przerzucę na panią wszelkie konsekwencje wynikające z pomyłki". W odpowiedzi otrzymałam stek gróźb i polecenie udania się do szefowej. Odpisałam, że to nie szefowa popełniła błąd, tylko ona i że ona ma go poprawić, bo nikt za nią nie będzie tego robił. Po 5 minutach otrzymałam soczyste: "Jest pani nieuprzejma". Zadzwoniłam do szefowej, wyjaśniłam sprawę. Powiedziałam, że ZUS może mi kazać zwracać pieniądze. Obiecała, że to załatwi, w co średnio wierzyłam, ale dałam szansę.

Następnego dnia rano pomknęłam do Lidla. Między pieluchami a papierem toaletowym dostaje SMSa: "Cześć, mam dla ciebie świadectwo pracy, podejdź". Nie powiem, byłam w szoku. Odebrałam, wszystko w porządku.

I moje pytanie - potrzebne to wszystko było? Jak bardzo trzeba być zadufanym w sobie, żeby z taką obrazą przyjąć skorygowanie? Rozumiem, że nie jestem księgową, ba! na studiach ledwo księgowość zaliczyłam, ale staram się mocno zgłębić temat, który mnie dotyczy.

Bądźmy pokorniejsi. To nie boli, a oszczędza nerwów.

uslugi ksiegowosc

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (124)

#77952

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele już było opowieści o matkach roku, dorzucę swoją.

Na wstępie napiszę, że jestem aktualnie w 33 tygodniu ciąży, a więc brzuszek już od dłuższego czasu jest mocno widoczny, co jest ważne dla dalszej części historii. Drugą, nie mniej ważną rzeczą jest fakt, iż nie wykorzystuję swojego stanu do żądania przepuszczenia w kolejce (nawet w Rossmannie jest mi głupio, jak kasjerki mnie przyuważą i wołają na początek). Czuję się dobrze. A jak się czuję źle, to nie wychodzę na zakupy.

Otóż, wybrałam się pewnego dnia do Lidla na małe zakupy, ot raptem mleko, banany i piwo oraz oliwki dla męża. Otwarta jedna kasa, ja na końcu, a kolejka ogromna, ale nie reaguję, bo wiem, że bardzo sprawnie to wszystko tu działa, za chwilę na pewno usłyszę: "Szanowni klienci, za chwilę otworzymy dla państwa kasę nr 3".

Komunikat poszedł, więc się ustawiłam jako pierwsza w nowej kolejce. Za mną już konkretne zakupy innych ludzi, a tu nagle słyszę ze starej kolejki: "Ja z wózkiem!". Pierwsze, co pomyślałam, to, że przecież w tym sklepie, to każdy praktycznie z wózkiem i o co babie chodzi (ach, ta ciążowa naiwność i problem w łączeniu faktów), ale po zlokalizowaniu głosu, okazało się, że należał on do kobiety z wózkiem, ale dziecięcym plus do tego jeszcze pięciolatka u boku.

Rozumiem, że babce łatwo z takim balastem nie było, ale po szybkim ogarnięciu scenografii, jaką był fakt, iż Matka Roku (wait for it) była druga w starej kolejce, miała podobną ilość zakupów do moich, a przed nią był chłopak z bodaj drożdżówką i jakimś piciem i to już kasowany, uprzejmie odparłam, że ja jestem w ciąży. Pani to jednak nie zraziło i odkrzyknęła, że w takim razie ona za mną i zaczęła się przepychać. Najpierw przez starą kolejkę, a potem przez nową (przypominam, że obie kolejki były już dość duże, a kobieta parła do przodu z siłą godną Rudego 102 z głębokim wózkiem i pacholęciem w wieku przedszkolnym). Mnie w międzyczasie kasjerka zaczęła już kasować, a za plecami słyszę syki, jęki i jeden zrezygnowany głos: "No jak już pani musi, to niech pani idzie...".

I doszła do mnie, ja już powoli płacę, a ona jadowitym głosem pod nosem: "Ciąża to nie choroba, a mi się dziecko zagrzeje".

I tu tłumaczę puentę: Owszem, ciąża to nie choroba, jak wspomniałam czuję się dobrze, ale 1) skąd ona to może wiedzieć?; 2) parę miesięcy temu była w identycznej do mojej sytuacji, ale widać poród kasuje pamięć i wreszcie 3) dziecko, które miało jej się zagrzać miało około 6 miesięcy i ubrane było w piękny różowy zimowy i dodatkowo ocieplany kombinezonik oraz czapkę i szalik.

Dlaczego na początku wspomniałam, że będzie to historia o Matce Roku? Bo był jeden z tych dni, kiedy wiosna budziła nasze zmysły, a na termometrze było 18 stopni. I nie, nie zaglądałam jej do wózka. Widziałam ją na sklepie, jak wyjmowała to biedne dziecko, bo płakało i tym samym jadowitym tonem, co do mnie, mówiła, że ma nie ryczeć.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 241 (275)
zarchiwizowany

#71044

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historii o piekielnych sąsiadach było tu już więcej niż dużo, dlatego dopiero wczorajsza sytuacja z naszym osobistym Piekielnym sprawiła, że postanowiłam dodać opowieść.

Otóż, ze dwa miesiące temu do naszego bloku (3 piętra, 10 mieszkań, 2 lokale użytkowe) wprowadził się Piekielny. Właściwie nie od razu został Piekielnym mianowany, jak chyba każdy ;)

Piekielny już kiedyś mieszkał w naszym bloku, nawet w tym samym mieszkaniu, ale pewnego razu je sprzedał, a teraz kupił z powrotem (ani mąż, ani ja nie pamiętamy czasów, kiedy mieszkał tu po raz pierwszy). I tu przechodzimy do sedna historii...

Mąż poszedł do pracy na trzecią zmianę. Ja jeszcze trochę poogarniałam mieszkanie i około 22.30 udałam się do łazienki celem wieczornej toalety. W międzyczasie wstawiłam jeszcze pranie i w pewnym momencie tak dziwnie zassało wodę. Trochę się wystraszyłam, że roczna pralka mi się psuje, ale zasys trwał kilka sekund i wszystko wróciło do normy. Umyłam zęby i chciałam wypłukać usta. Odkręcam wodę, a z kranu wyleciały może ze trzy krople. Odkręciłam więc drugi kurek, sytuacja podobna. Brodzik i zlew w kuchni to samo. I tak chodzę po całym domu z pianą na ustach (dosłownie i w przenośni). W końcu wzięłam z blatu butelkę mineralnej (nigdy nie płuczcie ust wodą gazowaną...) i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie ma wody. Wtedy nasza beagielka zaczęła niespokojnie chodzić przy drzwiach wejściowych. Wyjrzałam przez wizjer, światło się świeci i słychać głosy. Biorę więc sierściucha na smycz i wychodzimy. Na półpiętrze spotkałam sąsiada, który mówi, że mam się cofnąć do domu po kalosze, bo mamy powódź. Cóż się okazało? Szanowny pan Piekielny włączył pralkę i poszedł do drugiego pokoju rozmawiać przez telefon. Niby nic, sama tak robię, ale (co okazało się później, jego pralka miała już kilku właścicieli, a sama około 15 lat na karku) akurat tego dnia pralka postanowiła zakończyć swój żywot i wypluć wodę na podłogę. Podobno pan zorientował się w stanie rzeczy dopiero, jak mu woda ciurkiem zaczęła zalewać stopy (z łazienki do pokoju ma jakieś 2 metry). W międzyczasie woda zaczęła mu się wylewać progiem na korytarz i oczywiście płynąć pionem po ścianie.

Wspomniałam, że na parterze mamy dwa lokale użytkowe? Otóż w pionie pana Piekielnego jest sklep komputerowy. Nie wiem, co dokładnie uległo zniszczeniu, ale głośne wyrazy nienadające się do cytowania, sugerują, iż nie była to tylko ściana.

Co w tym wszystkim piekielnego, zapytacie? W końcu każdemu może się zdarzyć awaria pralki, prawda?

Otóż, moi drodzy, kiedy sąsiad, który jest w zarządzie zapytał, właściwie retorycznie: "Ubezpieczenie pan ma, prawda?", Piekielny odpowiedział: "A skąd ja mam to wiedzieć, jak ja to mieszkanie dopiero przed chwilą kupiłem?".

Cóż... Popatrzyłyśmy na siebie z sąsiadkami, uśmiechnęłyśmy się z politowaniem, życzyłyśmy dobrej nocy i wróciłyśmy do swoich mieszkań.

Epilogiem historii niech będzie zdziwione pytanie mojego męża wracającego do domu: "A co na korytarzu tak śmierdzi mokrym tynkiem?".

Natomiast morałem stwierdzenie: Ubezpieczajcie mieszkania w ryzyku OC. To ledwie 100-150 zł w skali roku, a możecie zaoszczędzić grube tysiące.

sąsiedzi

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (113)
zarchiwizowany

#68940

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dowiedziałam się dzisiaj od męża, że jego siostra wzięła psa ze schroniska. Powiecie pewnie: "Fajnie, szlachetnie, dobrzy ludzie". Może i tak by było, gdyby nie to, że szwagrostwo ma dwoje dzieci (oba nieplanowane), pracuje tylko szwagier (za wcale nieduże pieniądze), a dzieci mają 3 lata i rok.

Dlaczego więc wzięli tego psa? Bo starszy syn chodził za nimi i cały czas mówił: "hau, hau" (tak, trzylatek nie potrafi mówić; kolorów odróżniać też nie umie; nie, nie jest chory, jego rodzice uważają, że wszystko jest w jak najlepszym porządku). Kiedy próbowałam powiedzieć, że może mówił "hau, hau", bo chciał się pobawić z naszym psem, to mnie zakrzyczeli, że jestem samolubna (sic!).

Właściwie ok. Wzięli psa, bo dziecko chciało i chociaż nie pochwalam takiego zachowania, to przeżyłabym, gdyby nie to, że za dwa tygodnie mamy rodzinny wyjazd. Nie będzie nas od 7 rano do 19-20. Zgadnijcie, gdzie oni chcą zamknąć tę biedną suczkę.

W szklarni na działce. W połowie października. Na 12 godzin. Dlaczego? "Bo będzie mogła tam sobie biegać"...

rodzina ach

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (35)

#64808

(PW) ·
| Do ulubionych
Usłyszałam dzisiaj tę historię od znajomego, a ponieważ 4 lata w ubezpieczeniach (zwłaszcza samochodów) dały mi pewne doświadczenia w tej kwestii, nie miałam powodu uważać, że kłamie.

Otóż znajomy [R]omek miał swego czasu samochód (fiata), którego też fiata mu ukradli. Zakupił więc [R] nowe auto (seat), bo na gwałt potrzebne, a starego nie ma. [R]zdawał sobie sprawę, w jakim stanie pojazd kupuje (coś tam z silnikiem; tłumaczył mi, ale ja prosta kobieta jestem i z całej historii najbardziej zapamiętałam, że seat był czerwony). Szczęśliwym trafem fiat po dwóch miesiącach się odnalazł (w stanie nieuszkodzonym). [R] postanowił więc sprzedać seata, bo fiata bardziej lubił, poza tym stan tego pierwszego pozostawiał wiele do życzenia.

Kupiec na seata się znalazł szybko. [R] wytłumaczył klientowi, jakie są jego wady, klient się zgodził, podpisali umowę gawędząc sobie przy tym, kto będzie na co dzień samochód użytkował (bodaj żona). Rozstali się w zgodzie, a [R] ma w zwyczaju maksymalnie tydzień po sprzedaży zgłosić ten fakt w Wydziale Komunikacji. Tak też postąpił i tym razem.

Minęło kilkanaście dni. [R] dostaje telefon od wzburzonej kobiety, mieszkanki górniczego miasta na Dolnym Śląsku niedaleko innego miasta, w którym odbywa się Giełda Dolnośląska. Kobieta ta ma pretensje do [R], że sprzedał jej bubel, a nie samochód, że ona prawie wypadek miała, bo jej się silnik w trasie rozleciał. [R] zdziwiony, bo i owszem seata o takich numerach sprzedawał, ale nie na giełdzie i nie kobiecie, a ona twierdzi, że na umowie ma jego dane i jego podpis.

W tym momencie [R] już się domyślał, o co chodzi. Zasięgnął języka i okazało się, że pan, któremu sprzedał samochód jest handlarzem i kupował seata z zamiarem odsprzedaży. Proceder ten sam w sobie nie jest zły, jednak złe jest to, że zamienił umowy i podpisał się cudzym nazwiskiem.

[R] na drugi dzień skserował umowę i pojechał do pana handlarza. Urządził z nim sobie "przemiłą" pogawędkę, podczas której padły słowa "oszustwo", "policja" i "nieuczciwość". [R] przekazał mu numer do klientki i nakazał rozwiązać sprawę.

Kilka dni później [R] odebrał telefon od wdzięcznej kobiety z informacją, że sprawa została zamknięta.

Chciałabym was ostrzec przed tego rodzaju procederami. Zdarza się to nader często, a jeszcze częściej sprzedający zgadza się podpisać umowę in blanco. Wtedy już w ogóle jesteście na przegranej pozycji. Można się wybronić z takiej sytuacji, kiedy macie jakąś pieczątkę. Jakąkolwiek. Najlepiej z Wydziału Komunikacji o wyrejestrowaniu. Ale może być też z ubezpieczalni o zgłoszeniu sprzedaży. Pilnujcie tego. Prawnie jest na to 30 dni od dnia sprzedaży, jednak nie ma żadnych kar za nieprzestrzeganie tego przepisu, dlatego gro osób tego nie robi.

Róbcie. Warto.

samochód giełda handlarz oszust

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 257 (329)
zarchiwizowany

#64730

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Perypetii przedślubnych ciąg dalszy.

Do historii z obrączkami (która notabene jeszcze się nie wyjaśniła, choć minęły dwa tygodnie) doszła nowa - Goście.

Otóż, mój ojczym jest Anglikiem. Tam się urodził, wychował i mieszkał, dopóki 13 lat temu nie przyjechał na stałe do Polski, jasne więc jest, że ma tam rodzinę. Przy ustalaniu listy gości prosił o wysłanie zaproszeń do swoich synów (nie ma problemu, i tak chciałam ich zaprosić). Zdziwiłam się nieco, gdy nie chciał zapraszać nikogo ze swojego rodzeństwa (czterech braci i siostra), ale ok, nie chce, nie będę nalegać.

Zaproszenia do braci zostały wysłane już w lipcu (ślub w marcu, ale oni muszą odpowiednio wcześniej zabukować bilety). Teraz, kiedy do ślubu zostały dwa miesiące, ojczymowi się nagle przypomniało, że to jednak głupio nie zapraszać swojego rodzeństwa na ślub córki (co prawda nie przysposobił mnie, ale żyjemy dobrze). Nie spodobało mi się to, bo lista gości już zamknięta, poza tym, jak mi się zwali 10 osób na łeb kilka dni przed ślubem, którzy narobią harmidru (wiadomo, że im więcej ludzi w domu, tym głośniej i ciężej zapanować nad porządkiem), to ja nie będę miała żadnych warunków, żeby wypocząć przed ważnym dniem. Nie wspominając już o tym, że mamy jedną łazienkę. Ale dobra. Kłótnia się odbyła, a najważniejszym argumentem było: "Ja płacę, więc mogę zapraszać, kogo chcę!".

Bardzo mi się nie spodobała taka argumentacja, ale cóż robić. Nie stać mnie na to, żeby samej opłacić wesele. Zgodziłam się, szczególnie, że ojczym zapowiedział, że z Anglii przyjadą maksymalnie 3 osoby, bo wiek, bo zdrowie, bo cośtam.

W piątek dostałam maila. Zjawia się pięcioro Anglików (w tym dwie córki brata ojczyma, które zaproszenia nie dostały i nawet nikt nie raczył mnie zapytać, czy mogą przyjechać).

I teraz najlepsze. Ślub jest 28 marca. A oni zarezerwowali sobie lot na 27 marca. W sumie ok, gdyby nie to, że samolot ląduje w Polsce o 22.00. We Wrocławiu. 150 km w jedną stronę od mojego miasta.

ślub

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -12 (38)