Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Always_smile

Zamieszcza historie od: 10 czerwca 2014 - 17:04
Ostatnio: 14 sierpnia 2019 - 19:59
  • Historii na głównej: 37 z 37
  • Punktów za historie: 6659
  • Komentarzy: 133
  • Punktów za komentarze: 1234
 

#85020

(PW) ·
| Do ulubionych
Wjazd do naszego garażu wygląda ja kotwica. Jeden wjazd rozgałęzia się na 2 bloki. Nie jedzie się więc prosto tylko trzeba zakręcić. Każdy blok ma swoją bramę już za zakrętem. Otwieranie bramy jest sygnalizowane migającym światłem. Na ścianie są lusterka pokazujące wjeżdżającym do garażu sytuację pod bramą.

Wjazd ma 2 pasy, wjeżdżający i wyjeżdżający mieszczą się obok siebie. Nie jest może super szeroko, ale mamy m.in. Touarega, który ledwo mieści się na miejscu parkingowym, ale żeby wjechać na parking mieści się na 1 pasie. Uważać trzeba tylko, żeby ustąpić odpowiednio pierwszeństwa jak się te dwie odnogi kotwicy łączą.

Notorycznie zdarza się, że po otwarciu bramy samochód na przeciwko jedzie środkiem. Ok, nie spodziewał się, że nie tylko on otwiera bramę, chociaż za kierownicą wypadałoby myśleć nie tylko o sobie.

Ostatnio natomiast już na zakręcie kotwicy minęłam się z babką jadącą środkiem. Kobieta na mój widok zrobiła wielkie oczy, próbując uciekać mi z drogi. Minęła mnie na milimetry i to tylko dlatego, że jechałam akurat golfem i przytuliłam się odruchowo do ściany. Wieżdżając do garażu powinna widzieć w lusterku otwartą bramę i mój samochód oraz światło, które widać nie tylko w lustrze.

Żeby było ciekawiej to jechałam do sklepu. Pod sklepem parking w kształcie litery L. Pionowa kreska z miejscami po dwóch stronach i pozioma tylko po jednej, tak, że zaparkowane samochody stoją tam tuż pod sklepem, a na przeciwko miejsc stoją betonowe bloczki odgradzające pas zieleni i kolejny sklep.

Było pusto, więc przymierzyłam się do miejsca pod samym sklepem. Zawsze tam parkuję tyłem, więc i tym razem podjechałam pod same betonowe bloczki i chciałam wycofać na miejsce. Przed wycofaniem rozglądam się i już miałam ruszać, kiedy peryferycznie zarejestrowałam jakiś ruch.

Patrzę, a tam babką z wózkiem maszeruje w moją stronę. Musiała być w martwym punkcie, że nie zauważyłam jej wcześniej, zresztą czujniki też nie. Patrzę na nią co robi, bo między moim samochodem, a betonowymi bloczkami nie ma miejsca na przejście, a ona zatrzymała się dopiero przy moim przednim kole. Z wózkiem między bloczki nie wejdzie, bo stoją za blisko i są za wysokie. Stoi i coś mi rękoma macha. Ja że swojej perspektywy nie widzę dołu wózka, bo stoi tak blisko auta, więc nie będę ryzykować uszkodzenia dziecka.

Na hamulcu dodałam gazu, żeby silnik zawył. Spojrzała na mnie, gestykulując jeszcze silniej, ale się cofnęła. Zaparkowałam. Wysiadłam, a ta się drze, że z dzieckiem idzie to powinnam ją puścić, szczególnie, że sama zaraz dziecko będę miała i 0 empatii (jestem w widocznej ciąży). Odpowiedziałam tylko, że na parkingu to jednak warto uważać na samochody, a kierowca w miejscu nie wykręci, ani się nie teleportuje na widok dziecka. Coś tam jeszcze pofukała i poszła przed siebie.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (97)

#84869

(PW) ·
| Do ulubionych
3 sytuacje z hipermarketów reklamowanych obecnie jako skrzyżowanie bodajże ceny z jakością.

1. Gdańsk, lata temu, byłam w galerii i przy okazji chciałam zrobić zakupy spożywcze. Odechciało mi się w momencie, gdy w lodówce z serami do krojenia zauważyłam niby ser niepleśniowy, a jednak "pleśniowy". Nie miałam już wcześniej dobrej opinii o tej sieci, więc przestałam tam przychodzić.

2. Warszawa, pół roku temu. Zaprosiłam ludzi na imprezę, zawsze wtedy piekę ciasto i ogólnie nastawiam się na przekąski własnej roboty. Dzień przed imprezą byłam w kinie, w galerii z tym sklepem, a jako, że brakowało mi czasu na bieganie po "moich" sklepach to stwierdziłam, że brakujące produkty dokupię na miejscu. Potrzebowałam m.in. sporo śmietany nadającej się do bicia i serka mascarpone. Wybór przeogromy, ale nieprzeterminowaną śmietanę wygrzebałam dopiero z samego końca lodówki. Z mascarpone poszło mi łatwiej, ale z przodu również leżały przeterminowane produkty. Podczas tych zakupów znalazłam też chyba przeterminowane mleko i kilka innych produktów.

3. Warszawa, dzisiaj. Sklep, który jeszcze niedawno był Piotrem i Pawłem, także sklep, wśród bloków mieszkalnych o powierzchni supermarketu. Wpadłam dosłownie po 2 rzeczy, również z braku czasu. Byłam z dzieckiem, które koniecznie chciało jogurt. Wybrało sobie jakiś, patrzę na datę ważności, a tam do wczoraj i taką datę miały wszystkie upatrzone przez moje dziecko jogurty, przeszukałam całą półkę.

Między tymi sytuacjami nie byłam w tej sieci.

Ja rozumiem, że w dużym sklepie można przeoczyć coś przeterminowanego, ale tu ewidentnie polityka firmy jest nastawiona na klientów nie sprawdzających daty ważności.

Z drugiej strony, sklep, w którym regularnie robię zakupy co jakiś czas ma na półkach kartkę w stylu: "zamówiliśmy za dużo towaru, data ważności kończy się xx.xx.xxxx cena wynosi xx". Widać można sprzedać coś, z krótkim terminem nie robiąc debila z klienta.

sklepy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (196)

#85032

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno jechaliśmy na trasie samochodem. W pewnym momencie trafiliśmy na auto, które co prawda trzymało się swojego pasa, ale jeździło od krawędzi do krawędzi.

Po dłuższej chwili takiej jazdy stwierdziliśmy, że dzwonimy na 112. Jak wszystko jest ok, to kierowca zostanie tylko skontrolowany, a jak pijany, to żeby komuś krzywdy nie zrobił.

Mąż za kierownicą, więc dzwoniłam ja - po raz pierwszy w życiu, ale powiedziałam, jak sytuacja wygląda, gdzie dokładnie jesteśmy, jaka trasa, jaki to samochód, rejestrację też podałam, odpowiedziałam na wszystkie pytania, łącznie z podaniem swojego numeru telefonu.

Chcieliśmy po telefonie "uciec" od tego kierowcy, ale pech chciał, że przez kolejną godzinę albo był sznur samochodów w dwie strony, albo miasteczka/wioski, gdzie nie można było wyprzedzać.

Przez tę godzinę nikt go nie zatrzymał, nie było żadnego patrolu policji, nic. Nikt się też ze mną nie skontaktował odnośnie aktualnej lokalizacji.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (137)

#84671

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszłym roku kupiłam bilety na koncert, który miał się odbyć w lutym. W listopadzie dostałam informację, że koncert się nie odbędzie i środki zostaną zwrócone w ciągu 2 tygodni.

Po 3 tygodniach napisałam maila do organizatorów, że nadal nie dostałam zwrotu pieniędzy. Szybko dostałam odpowiedź, że pieniądze są zwracane i że jeszcze kilka dni to może potrwać. Zadowolona nie byłam, ale stwierdziłam, że może jest dużo ludzi oczekujących na zwrot i to faktycznie tyle trwa.

Kolejnego maila z przypomnieniem napisałam po Bożym Narodzeniu i odpowiedzi się już nie doczekałam. Stwierdziłam, że tak się bawić nie będziemy, bilety drogie nie były, ale obcym prezentów robić nie zamierzam.

Napisałam kolejnego maila, że czekam na zwrot do końca tygodnia w przeciwnym razie przekazuję sprawę prawnikowi.
Tu też się nie doczekałam odpowiedzi.

Poczekałam do pierwszego transferu w poniedziałek. Na koncie nic się nie zmieniło, więc napisałam maila do UOKiKU o poradę co dalej. Napisałam też do organizatora, że sprawa została przekazana do ww. instancji.

Zwrot na koncie i odpowiedź na maila miałam w ciągu 15 minut.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (139)
Na każdym kroku słyszę, że dzieci bez przerwy chorują. Z jednej strony ok, na pewno więcej niż dorośli, kiedyś muszą nabyć odporność, ale z drugiej strony...

W żłobku mojego dziecka na ogrzewaniu nie oszczędzają. Zimą, żeby ubrać/rozebrać dziecko w szatni sama musiałam się rozebrać, żeby się nie ugotować. Całą zimę moje dziecko było jedyne biegające na krótki rękaw (bluza w szatni w razie czego). W sumie do tej pory jest jednym z niewielu tak ubranych.

Ostatnio byliśmy w sali zabaw. Moje dziecko t-shirt, szorty i całe mokre, zdarzały się dzieciaki nie tylko w długich spodniach, ale i bluzkach z długim rękawem. Na wielką salę 1 szatnia i 1 suszarka. Kolejek do nich nie było.

Wczoraj byliśmy na placu zabaw. Fakt, pół dnia lało, ale jak przestało i wyszło słońce, to mieliśmy ok 25 stopni. Plac zabaw jest zamykany tylko dla mieszkańców osiedla, także odpada opcja, że ktoś przyszedł nie wiadomo skąd nieodpowiednio ubrany. Na placu ani jednego rodzica w długim rękawie. Większość biegających dzieci podobnie, ale kilka kwiatków w kurtach i czapkach było. Moją uwagę zwrócił chłopiec w grubej polarowej bluzie. Czerwony, cały mokry. Akurat bawił się koło mojego dziecka, gdy przyszła matka zdjąć mu tę bluzę. Myślałam, że padnę jak pod spodem miał jeszcze jeden długi rękaw.

I na koniec z rodzinnego podwórka. Moja siostra ma 2 przedszkolaków. Jak do niej przychodzimy, to nie da się wytrzymać. Bez względu na porę roku gorąco jest przeokropnie. Okna nie można otworzyć, bo przecież dzieci. Jej dzieci zawsze są w domu na długi rękaw, poza środkiem lata kiedy wszyscy chodzą "prawie nago". Spotykamy się raz na kilka miesięcy mimo, że mieszkamy dość blisko, bo jej dzieci wiecznie chore.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (130)
Wyjechaliśmy na majówkę na wieś. Fajna agroturystyka. Czyste pokoje, dobre jedzenie, świetlica w razie brzydkiej pogody i ze 30-40 arów zagospodarowanych terenów zielonych: piaskownica, huśtawki, zjeżdżalnie, boiska, gry terenowe, miejsce na ognisko itp.

Pogody najlepszej nie zapowiadali, więc kalosze i kurtki przeciwdeszczowe w torbie, poza tym logiczne dla mnie, że w takim miejscu ja się pobrudzę, a co dopiero dziecko. Tak że na zwiedzanie pobliskiego miasta jedne ciuchy, a do biegania po trawie buty z Pepco, które wcześniej były na plac zabaw.

Dwie inne rodziny wyszły z tego samego założenia i dzieciaki szaleją razem. Natomiast trzecia rodzina od przyjazdu tylko krzyczy na dzieci:

- Jak pobrudzisz buty, to resztę wyjazdu spędzisz w pokoju - do dziewczynki na huśtawce w jasnych markowych butach.
- Nawet nie próbuj, spodnie pobrudzisz - do chłopca w jasnych spodniach, który miał zamiar zjechać na zjeżdżalni.
- Nie biegaj, bo zaraz się przewrócisz.

W zasadzie dzieci te nawet jak świeci słońce siedzą na świetlicy.

W ośrodku tym każdy ma w pokoju łazienkę i czajnik, posiłki są w cenie pobytu, ale do dyspozycji gości jest ogólnodostępna kuchnia.

Dopóki nie było rodzinki nr 3, każdy korzystał z kuchni, sprzątał i wychodził, odkąd się pojawili, nie można wejść do kuchni, bo rodzinka tuż za drzwiami zostawia swoje buty (kuchnia i ich pokój mają wspólne wejście, kuchnia jest po lewej stronie, a ich pokój po prawej). W zlewie jest chlew, w całej kuchni brudne naczynia i nieważne, o jakiej porze potrzebuję kuchni, rodzice tych dzieciaków zawsze tam siedzą.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (156)

#84272

(PW) ·
| Do ulubionych
Wenę na historyjkę mam przez komentarz pod jedną z historyjek, że nauczyciele "ratowali swoje zdrowie" - pisane z ironią.

Wiecie, co jest dla mnie piekielne? Podejście do chorobowego wśród Polaków.

Nauczycielem nie jestem, ale zakładam, że problemy z gardłem mają. Sama się dziwię, że nauczyciele uczący moją klasę po miesiącu nie lądowali w zakładzie zamkniętym. Były oczywiście normalne osoby, nawet większość, ale najbardziej widoczne były te rozwydrzone i wulgarne. Byłam świadkiem, jak mama mojej koleżanki, na wieść, że jej córka dostała uwagę w szkole, powiedziała jej: "nie przejmuj się tym gównem", tak że koleżanka była zdyscyplinowana.

Nauczyciel żeby iść na roczny zdrowotny musi jakieś warunki chorobowe spełnić, nie ma później gwarancji powrotu do pracy, co ma znaczenie w miastach wyludniających się - i podczas tego roku nie dostaje żadnych dodatków typu trzynastka. Skoro lekarz go wysłał na taki urlop, to niech idzie, nic mi do tego.

Ja sama uslyszałam od szefowej, że w dupie mi się poprzewracało, że zwolnienie na rękę wzięłam. Miałam uraz. Lekarze nie wiedzieli, co mi jest - prześwietlenie czyste, USG czyste, wszystkie badania ok, a ja się zwijałam z bólu. Potem wyszło, że uszkodziłam sobie nerwy, ale przecież to tylko ręka - niezłamana, więc powinnam wziąć się w garść.

Byłam też w ciąży na L4. Na początku mdłości takie, że lekarz kazał mi miesiąc siedzieć w domu, unikać wszystkiego, co powoduje mdłości i wysłał mnie do babci na ten czas, żeby gotowała mi to, na co miałam ochotę i żebym nie musiała robić tego sama, bo chudłam, zamiast tyć. Morfologia leciała na łeb na szyję, ale - to tylko mdłości, kobiety w polu rodziły i wracały do roboty.

Jak mdłości ustąpiły, wróciłam do pracy, ale też nie na długo. Organizm osłabiony, zaczęły się problemy z mięśniem, tak bolesne, że nie mogłam w nocy pozycji zmienić. Pomogła rehabilitacja, ale do pracy nie wróciłam, bo 8 godzin za biurkiem bardzo szybko mogło mi ten stan pogorszyć, poza tym miałam regularnie chodzić na zajęcia dla ciężarnych, żeby te mięśnie wzmacniać, a zajęcia są zazwyczaj prowadzone w godzinach, kiedy ludzie są w pracy. Też się nasłuchałam, że nic mi nie jest, a w domu siedzę, zamiast w pracy. Tylko że nic mi nie było właśnie dlatego, że siedziałam w domu.

Ostatnio podejrzewałam kolejną ciążę, a w pracy kolega zasmarkany, zakichany. Niby żartem powiedziałam mu, żeby poszedł na zwolnienie, wyleczył się i nas nie zarażał, nie zadziałało.

Następnego dnia powtórzyłam bardziej serio i przy innych, nawet kilka osób mnie poparło, a kolega wreszcie nas posłuchał. Posiedział w domu przez kilka dni i wrócił w zupełnie innej formie.

Ja rozumiem, że są nauczyciele, którzy nadużywają przywilejów, że są ciężarne, które zwolnienie planują przed ciążą i pracownicy wiecznie chorzy, ale patologii z definicji powinno być mniej niż szarych obywateli.

Pozwólmy ludziom "ratować swoje zdrowie”, kiedy jest taka potrzeba, bez oceniania, czy aby na pewno mu się to należało.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (152)

#84326

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej dzielnicy ścieżki rowerowe są prawie wszędzie, również przy drodze, którą dzisiaj jechałam. Droga nie za szeroka, prawie osiedlowa, ruch w 2 strony, ciężko w takich warunkach wyprzedzić rowerzystę.

Rowerzysta nie dość, że ścieżkę miał "na siodełku", to mimo pięknego słońca jechał w głębokim kapturze, który z pewnością izolował go od świata. Na kaptur były założone wielkie nauszne słuchawki, a do tego jechał z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Bezpieczeństwo przede wszystkim.

ścieżka rowerowa

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (122)

#83340

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam koleżankę. Obie mamy dzieci w podobnym wieku, tak około roku. Na początku było super. Było z kim na spacer wyjść, do kogo buzię otworzyć jak mężowie w pracy. Wesprzeć się.

W połowie lata jej dziecko przestało spać. Do tej pory spało na spacerach, a nagle bum i nie chce. Koleżanka biega więc całymi dniami z drącym się dzieckiem i buja zawzięcie, żeby spało.

Mówiłam jej, że moje odkąd usiadło to na spacerach nie ma spania tylko zwiedzamy. Po prostu dziecko podrosło i śpi jak się wyciszy, tam gdzie jest mniej rzeczy do poznania.

Nie, jej dziecko śpi na spacerach. Obecnie jest mu po prostu niewygodnie, bo podrosło i trzeba zmienić wózek. Tych wózków przerobiła już z 5 i w każdym niewygodnie. Potem marudzi, że wózki takie drogie, że potem problem ze sprzedaniem. Pożyczyć ani kupić z drugiej ręki nie, bo wózek będzie wyprofilowany przez inne dziecko i jej dziecku będzie niewygodnie i nie będzie mogło spać.

Jej dziecko ma dwie drzemki i koniecznie musi mieć dwie drzemki, bo zawsze miało dwie drzemki. Dziecko musi mieć stały tryb dnia, żeby czuło się bezpiecznie. Ja jestem zlą matką, bo moje dziecko po urodzinach z dwóch drzemek zrobiło sobie jedną, a teraz to jeszcze godzinowo dopasowało się do innych dzieci. Jak ja mogłam do tego dopuścić.

Koleżanka nie może wrócić do pracy, bo jej dziecko nie śpi i nie będzie mu fundować stresu, że w żłobku nie będzie mogło spać na spacerach.

Dziecko jak to dziecko prędzej, czy później zaśnie, bo jest zmęczone. Tylko, że usypiane cały dzień raz zaśnie po jedzeniu, raz przed, raz jak koleżanka akurat wraca do domu, raz jak dopiero z niego wyjdzie, więc dziecko raz śpi 3h, raz 15 min. W związku z tym wieczorem raz zaśnie o 19 a innym razem o 22, więc rano raz wstaje bardzo wcześnie, a raz późno. Jak śpi nocy nie mam pojęcia, bo nie opowiada.

Proponowałam wizyty specjalistów skoro dziecko cierpi na bezsenność. Lekarze są źli, bo nierozumieją, że jej dziecko ma 2 drzemki i śpi na spacerach.

Jej też proponowałam wizytę u specjalisty :)

A ja jej nie rozumiem, bo moje dziecko nie ma takich problemów, bo wstaje 6-7, idzie do żłobka, tam śpi 12-14. W domu idzie spać ok. 20 i tak codziennie.

Madka

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (205)

#83149

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o chłopcach dokarmianych przez babcię przypomniała mi moją z czasów, kiedy moje dziecko było na początku rozszerzania diety (niemowlak na mleku + wprowadzane małe porcje "normalnego" jedzenia).

Zostawiliśmy dziecko na kilka godzin u dziadków z instrukcją, co i o której powinno zjeść, np. o 12 i 15 mleko, jeśli koło 13 nie będzie spało, to mogą dać kawałek marchewki*. Zaznaczyłam, że jeśli nie dostanie tej marchewki do 14, to potem mają już nie dawać, bo nie zje jej tyle, żeby się najeść, a potem mleka pije tyle, że ulewa**.

Wracamy koło 16, pytam, kiedy jadło, a w odpowiedzi dostaję, że marchewkę o 15, bo wcześniej się bawili, a potem spało i spacer. Mleka nie dali, bo przecież marchewka lepsza.

Dziecko, jak mnie zobaczyło, od razu do piersi, piło łapczywie, a potem do wieczora problem z ulewaniem.

Wieczorem przez telefon poskarżyłam się swojej mamie, że tamci dziadkowie mnie nie słuchają, że ja lepiej wiem, jak reaguje moje dziecko, a oni i tak zawsze swoje. Mama wsparła słowem, a przy kolejnej okazji zrobiła dokładnie tak samo, z takim samym zakończeniem, bo wydziwiam z tymi porami mleka i marchewka jest lepsza.

*Godziny i marchewka przykładowe, bo tego już dokładnie nie pamiętam.
**Z ulewaniem mieliśmy długo problem, konsultowany z lekarzami, niezdiagnozowany, dziecko z tego wyrosło.

Edit:
Moje dziecko ulewało strasznie, jak zbyt łapczywie jadło, a jadło w ten sposób, jak było bardzo głodne. Normalnie w domu karmione na żądanie, u dziadków czy jak mieliśmy gości, zapomniało, że jest głodne, bo się dużo działo i musiałam pilnować, żeby jadło co najmniej co 3-4 h, bo jak nie, to był problem. Zostawiając dziecko u dziadków mówiłam, o której powinno co jeść, żeby nie ulewało. O problemie z ulewaniem dziadkowie doskonale wiedzieli. Był to o tyle poważny problem, że w pewnym momencie (na szczęście nie za długim) dziecko za mało przybierało na wadze.

Dziadkowie

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (121)