Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Always_smile

Zamieszcza historie od: 10 czerwca 2014 - 17:04
Ostatnio: 8 października 2019 - 16:28
  • Historii na głównej: 38 z 39
  • Punktów za historie: 6929
  • Komentarzy: 144
  • Punktów za komentarze: 1304
 
poczekalnia

#85319

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem w 8. miesiącu ciąży, brzucha nie da się przegapić. Ostatnio byłam z mężem i synkiem w biedronce. Zdecydowanie łatwiej obecnie mi chodzić niż stać, ale nie proszę o przypuszczenie w kolejce.

Staliśmy więc w kolejce. Mąż tuż za wózkiem sklepowym, a ja bokiem do kolejki, żeby obserwować naszego 2 latka stojącego przy sklepowym wózku i w razie czego łatwo zareagować, a jednocześnie miałam możliwość się lekko przemieszczać, żeby mniej obciążać kręgosłup.

W pewnym momencie otworzyli kasę obok nas. Staliśmy w takim punkcie, że najwygodniej nam było podejść jako pierwsi do kasy, ale nie zdążyliśmy. Babka za nami prawie mnie przewróciła przepychając się i zaczęła wyrzucać swoje produkty na taśmę. Dosłownie wyrzucała je, bo wykładaniem tego nie nazwę, wyglądało to po prostu jakby nie chciała dać możliwości kasjerowi, żeby nas poprosił przed nią. Miała pełny wózek rzeczy.

Kiedy kasjer zapytał ją czy zbiera naklejki, obczaiła nas od góry do dołu i z miną i tonem jakby przynajmniej utarła komuś nosa odpowiedziała, że oczywiście.

Nasze dziecko promocją biedronki nie interesuje się kompletnie, naklejki bierzemy, bo młody lubi naklejki jako takie, do szczęścia ich nie potrzebujemy.

Przykre jest to, że takie zachowanie jest obecnie nagminne. W pierwszej ciąży notorycznie byłam przepuszczana w kolejkach, czasami wręcz chciał przepuścić mnie ktoś z dużo mniejszą ilością zakupów, w tej ciąży 2x bez kolejki poprosiła mnie ekspedientka, a wpychanie się przede mnie jest nieustanne. Do walki nie staje, bo nie będę ryzykowała zdrowia dziecka w starciu z wózkiem. Poruszam się raczej samochodem, ale zdarza się komunikacja i tak w pierwszej ciąży nie zdążyłam jeszcze dobrze wejść, a już ktoś mi oferował miejsce, obecnie nikt nie widzi. Będąc w ciąży i z dzieckiem sama pomagałam młodej matce z wózkiem wyjść z autobusu, bo inni tylko jej drogę tarasowali.

Nie jestem roszczeniową madką, moje dziecko wychowuję, a nie hoduję, za żłobek płacimy prawie 4x więcej niż dostajemy osławionego 500+, które zresztą pobieramy od lipca i nie uważam, że mam honorowo go nie pobierać, skoro obydwoje z mężem pracujemy i płacimy podatki, a po 2 latach rekrutacji do państwowego żłobka jesteśmy najbliżej na 351 miejscu. Nie oczekuję specjalnego traktowania, tylko trochę empatii i traktowania jak człowieka.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (112)

#85174

(PW) ·
| Do ulubionych
Też mam historię z banku.

Mój mąż od lat ma konto w jednym banku, który niedawno stał się częścią większej grupy. Mąż ma tam konto i prywatne, i firmowe.

Pierwszy zgrzyt pojawił się tuż po zmianie nazwy. Konto firmowe miało swojego opiekuna w pobliskiej placówce, a tu nagle okazało się, że mąż został przydzielony do opiekuna w innej dzielnicy. Niby nic takiego, ale w banku wielu rzeczy nie da się załatwić przez Internet.

Potrzebowaliśmy dodatkowych dwóch kart do konta firmowego. Pojechaliśmy do placówki, oczywiście nie ma problemu, konto wyjdzie drożej niż do tej pory, ale papiery podpisane, czekamy na karty. Opiekun od razu zapytał, czy nie potrzebujemy kredytu.

Stwierdziliśmy, że może przygotować ofertę, bo mamy kredyt w innym banku, który nie do końca nam pasuje, więc jeśli byłoby to opłacalne, to rozważymy przeniesienie.

Ofertę kredytu dostaliśmy po 2-3 dniach. Nie była korzystna, więc podziękowaliśmy i pytamy, co z kartami. Sprawa w toku, mamy czekać. Po miesiącu mąż dzwoni, co z kartami. Okazuje się, że brakuje jakiegoś podpisu. Mąż się wkurzył, bo koleś ma maila i telefon i sam nie raczył się odezwać. Pojechał ponownie do placówki, podpisać brakujący papier.

Kilka dni później zadzwonił opiekun, akurat mąż nie mógł rozmawiać, więc ja odebrałam. Opiekun dzwonił z pytaniem, czy zdecydowaliśmy się na kredyt. Wkurzona odpowiedziałam, że nie potrzebujemy kredytu, tylko kart i kiedy je dostaniemy. On już wypełnia wnioski...

Przepychanki trwają od kwietnia.

W zeszłym miesiącu po prostu otworzyliśmy konto firmowe w innym banku, niższe opłaty, karty od ręki, a stare konto zostanie zamknięte za 2 miesiące, razem ze spłatą ostatniej raty starego kredytu. Czas idealny, żeby przyzwyczaić kontrahentów do nowego numeru konta.

Bank

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (144)

#85020

(PW) ·
| Do ulubionych
Wjazd do naszego garażu wygląda ja kotwica. Jeden wjazd rozgałęzia się na 2 bloki. Nie jedzie się więc prosto tylko trzeba zakręcić. Każdy blok ma swoją bramę już za zakrętem. Otwieranie bramy jest sygnalizowane migającym światłem. Na ścianie są lusterka pokazujące wjeżdżającym do garażu sytuację pod bramą.

Wjazd ma 2 pasy, wjeżdżający i wyjeżdżający mieszczą się obok siebie. Nie jest może super szeroko, ale mamy m.in. Touarega, który ledwo mieści się na miejscu parkingowym, ale żeby wjechać na parking mieści się na 1 pasie. Uważać trzeba tylko, żeby ustąpić odpowiednio pierwszeństwa jak się te dwie odnogi kotwicy łączą.

Notorycznie zdarza się, że po otwarciu bramy samochód na przeciwko jedzie środkiem. Ok, nie spodziewał się, że nie tylko on otwiera bramę, chociaż za kierownicą wypadałoby myśleć nie tylko o sobie.

Ostatnio natomiast już na zakręcie kotwicy minęłam się z babką jadącą środkiem. Kobieta na mój widok zrobiła wielkie oczy, próbując uciekać mi z drogi. Minęła mnie na milimetry i to tylko dlatego, że jechałam akurat golfem i przytuliłam się odruchowo do ściany. Wieżdżając do garażu powinna widzieć w lusterku otwartą bramę i mój samochód oraz światło, które widać nie tylko w lustrze.

Żeby było ciekawiej to jechałam do sklepu. Pod sklepem parking w kształcie litery L. Pionowa kreska z miejscami po dwóch stronach i pozioma tylko po jednej, tak, że zaparkowane samochody stoją tam tuż pod sklepem, a na przeciwko miejsc stoją betonowe bloczki odgradzające pas zieleni i kolejny sklep.

Było pusto, więc przymierzyłam się do miejsca pod samym sklepem. Zawsze tam parkuję tyłem, więc i tym razem podjechałam pod same betonowe bloczki i chciałam wycofać na miejsce. Przed wycofaniem rozglądam się i już miałam ruszać, kiedy peryferycznie zarejestrowałam jakiś ruch.

Patrzę, a tam babką z wózkiem maszeruje w moją stronę. Musiała być w martwym punkcie, że nie zauważyłam jej wcześniej, zresztą czujniki też nie. Patrzę na nią co robi, bo między moim samochodem, a betonowymi bloczkami nie ma miejsca na przejście, a ona zatrzymała się dopiero przy moim przednim kole. Z wózkiem między bloczki nie wejdzie, bo stoją za blisko i są za wysokie. Stoi i coś mi rękoma macha. Ja że swojej perspektywy nie widzę dołu wózka, bo stoi tak blisko auta, więc nie będę ryzykować uszkodzenia dziecka.

Na hamulcu dodałam gazu, żeby silnik zawył. Spojrzała na mnie, gestykulując jeszcze silniej, ale się cofnęła. Zaparkowałam. Wysiadłam, a ta się drze, że z dzieckiem idzie to powinnam ją puścić, szczególnie, że sama zaraz dziecko będę miała i 0 empatii (jestem w widocznej ciąży). Odpowiedziałam tylko, że na parkingu to jednak warto uważać na samochody, a kierowca w miejscu nie wykręci, ani się nie teleportuje na widok dziecka. Coś tam jeszcze pofukała i poszła przed siebie.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (101)

#84869

(PW) ·
| Do ulubionych
3 sytuacje z hipermarketów reklamowanych obecnie jako skrzyżowanie bodajże ceny z jakością.

1. Gdańsk, lata temu, byłam w galerii i przy okazji chciałam zrobić zakupy spożywcze. Odechciało mi się w momencie, gdy w lodówce z serami do krojenia zauważyłam niby ser niepleśniowy, a jednak "pleśniowy". Nie miałam już wcześniej dobrej opinii o tej sieci, więc przestałam tam przychodzić.

2. Warszawa, pół roku temu. Zaprosiłam ludzi na imprezę, zawsze wtedy piekę ciasto i ogólnie nastawiam się na przekąski własnej roboty. Dzień przed imprezą byłam w kinie, w galerii z tym sklepem, a jako, że brakowało mi czasu na bieganie po "moich" sklepach to stwierdziłam, że brakujące produkty dokupię na miejscu. Potrzebowałam m.in. sporo śmietany nadającej się do bicia i serka mascarpone. Wybór przeogromy, ale nieprzeterminowaną śmietanę wygrzebałam dopiero z samego końca lodówki. Z mascarpone poszło mi łatwiej, ale z przodu również leżały przeterminowane produkty. Podczas tych zakupów znalazłam też chyba przeterminowane mleko i kilka innych produktów.

3. Warszawa, dzisiaj. Sklep, który jeszcze niedawno był Piotrem i Pawłem, także sklep, wśród bloków mieszkalnych o powierzchni supermarketu. Wpadłam dosłownie po 2 rzeczy, również z braku czasu. Byłam z dzieckiem, które koniecznie chciało jogurt. Wybrało sobie jakiś, patrzę na datę ważności, a tam do wczoraj i taką datę miały wszystkie upatrzone przez moje dziecko jogurty, przeszukałam całą półkę.

Między tymi sytuacjami nie byłam w tej sieci.

Ja rozumiem, że w dużym sklepie można przeoczyć coś przeterminowanego, ale tu ewidentnie polityka firmy jest nastawiona na klientów nie sprawdzających daty ważności.

Z drugiej strony, sklep, w którym regularnie robię zakupy co jakiś czas ma na półkach kartkę w stylu: "zamówiliśmy za dużo towaru, data ważności kończy się xx.xx.xxxx cena wynosi xx". Widać można sprzedać coś, z krótkim terminem nie robiąc debila z klienta.

sklepy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (200)

#85032

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno jechaliśmy na trasie samochodem. W pewnym momencie trafiliśmy na auto, które co prawda trzymało się swojego pasa, ale jeździło od krawędzi do krawędzi.

Po dłuższej chwili takiej jazdy stwierdziliśmy, że dzwonimy na 112. Jak wszystko jest ok, to kierowca zostanie tylko skontrolowany, a jak pijany, to żeby komuś krzywdy nie zrobił.

Mąż za kierownicą, więc dzwoniłam ja - po raz pierwszy w życiu, ale powiedziałam, jak sytuacja wygląda, gdzie dokładnie jesteśmy, jaka trasa, jaki to samochód, rejestrację też podałam, odpowiedziałam na wszystkie pytania, łącznie z podaniem swojego numeru telefonu.

Chcieliśmy po telefonie "uciec" od tego kierowcy, ale pech chciał, że przez kolejną godzinę albo był sznur samochodów w dwie strony, albo miasteczka/wioski, gdzie nie można było wyprzedzać.

Przez tę godzinę nikt go nie zatrzymał, nie było żadnego patrolu policji, nic. Nikt się też ze mną nie skontaktował odnośnie aktualnej lokalizacji.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (142)

#84671

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszłym roku kupiłam bilety na koncert, który miał się odbyć w lutym. W listopadzie dostałam informację, że koncert się nie odbędzie i środki zostaną zwrócone w ciągu 2 tygodni.

Po 3 tygodniach napisałam maila do organizatorów, że nadal nie dostałam zwrotu pieniędzy. Szybko dostałam odpowiedź, że pieniądze są zwracane i że jeszcze kilka dni to może potrwać. Zadowolona nie byłam, ale stwierdziłam, że może jest dużo ludzi oczekujących na zwrot i to faktycznie tyle trwa.

Kolejnego maila z przypomnieniem napisałam po Bożym Narodzeniu i odpowiedzi się już nie doczekałam. Stwierdziłam, że tak się bawić nie będziemy, bilety drogie nie były, ale obcym prezentów robić nie zamierzam.

Napisałam kolejnego maila, że czekam na zwrot do końca tygodnia w przeciwnym razie przekazuję sprawę prawnikowi.
Tu też się nie doczekałam odpowiedzi.

Poczekałam do pierwszego transferu w poniedziałek. Na koncie nic się nie zmieniło, więc napisałam maila do UOKiKU o poradę co dalej. Napisałam też do organizatora, że sprawa została przekazana do ww. instancji.

Zwrot na koncie i odpowiedź na maila miałam w ciągu 15 minut.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (140)
Na każdym kroku słyszę, że dzieci bez przerwy chorują. Z jednej strony ok, na pewno więcej niż dorośli, kiedyś muszą nabyć odporność, ale z drugiej strony...

W żłobku mojego dziecka na ogrzewaniu nie oszczędzają. Zimą, żeby ubrać/rozebrać dziecko w szatni sama musiałam się rozebrać, żeby się nie ugotować. Całą zimę moje dziecko było jedyne biegające na krótki rękaw (bluza w szatni w razie czego). W sumie do tej pory jest jednym z niewielu tak ubranych.

Ostatnio byliśmy w sali zabaw. Moje dziecko t-shirt, szorty i całe mokre, zdarzały się dzieciaki nie tylko w długich spodniach, ale i bluzkach z długim rękawem. Na wielką salę 1 szatnia i 1 suszarka. Kolejek do nich nie było.

Wczoraj byliśmy na placu zabaw. Fakt, pół dnia lało, ale jak przestało i wyszło słońce, to mieliśmy ok 25 stopni. Plac zabaw jest zamykany tylko dla mieszkańców osiedla, także odpada opcja, że ktoś przyszedł nie wiadomo skąd nieodpowiednio ubrany. Na placu ani jednego rodzica w długim rękawie. Większość biegających dzieci podobnie, ale kilka kwiatków w kurtach i czapkach było. Moją uwagę zwrócił chłopiec w grubej polarowej bluzie. Czerwony, cały mokry. Akurat bawił się koło mojego dziecka, gdy przyszła matka zdjąć mu tę bluzę. Myślałam, że padnę jak pod spodem miał jeszcze jeden długi rękaw.

I na koniec z rodzinnego podwórka. Moja siostra ma 2 przedszkolaków. Jak do niej przychodzimy, to nie da się wytrzymać. Bez względu na porę roku gorąco jest przeokropnie. Okna nie można otworzyć, bo przecież dzieci. Jej dzieci zawsze są w domu na długi rękaw, poza środkiem lata kiedy wszyscy chodzą "prawie nago". Spotykamy się raz na kilka miesięcy mimo, że mieszkamy dość blisko, bo jej dzieci wiecznie chore.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (133)
Wyjechaliśmy na majówkę na wieś. Fajna agroturystyka. Czyste pokoje, dobre jedzenie, świetlica w razie brzydkiej pogody i ze 30-40 arów zagospodarowanych terenów zielonych: piaskownica, huśtawki, zjeżdżalnie, boiska, gry terenowe, miejsce na ognisko itp.

Pogody najlepszej nie zapowiadali, więc kalosze i kurtki przeciwdeszczowe w torbie, poza tym logiczne dla mnie, że w takim miejscu ja się pobrudzę, a co dopiero dziecko. Tak że na zwiedzanie pobliskiego miasta jedne ciuchy, a do biegania po trawie buty z Pepco, które wcześniej były na plac zabaw.

Dwie inne rodziny wyszły z tego samego założenia i dzieciaki szaleją razem. Natomiast trzecia rodzina od przyjazdu tylko krzyczy na dzieci:

- Jak pobrudzisz buty, to resztę wyjazdu spędzisz w pokoju - do dziewczynki na huśtawce w jasnych markowych butach.
- Nawet nie próbuj, spodnie pobrudzisz - do chłopca w jasnych spodniach, który miał zamiar zjechać na zjeżdżalni.
- Nie biegaj, bo zaraz się przewrócisz.

W zasadzie dzieci te nawet jak świeci słońce siedzą na świetlicy.

W ośrodku tym każdy ma w pokoju łazienkę i czajnik, posiłki są w cenie pobytu, ale do dyspozycji gości jest ogólnodostępna kuchnia.

Dopóki nie było rodzinki nr 3, każdy korzystał z kuchni, sprzątał i wychodził, odkąd się pojawili, nie można wejść do kuchni, bo rodzinka tuż za drzwiami zostawia swoje buty (kuchnia i ich pokój mają wspólne wejście, kuchnia jest po lewej stronie, a ich pokój po prawej). W zlewie jest chlew, w całej kuchni brudne naczynia i nieważne, o jakiej porze potrzebuję kuchni, rodzice tych dzieciaków zawsze tam siedzą.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (157)

#84272

(PW) ·
| Do ulubionych
Wenę na historyjkę mam przez komentarz pod jedną z historyjek, że nauczyciele "ratowali swoje zdrowie" - pisane z ironią.

Wiecie, co jest dla mnie piekielne? Podejście do chorobowego wśród Polaków.

Nauczycielem nie jestem, ale zakładam, że problemy z gardłem mają. Sama się dziwię, że nauczyciele uczący moją klasę po miesiącu nie lądowali w zakładzie zamkniętym. Były oczywiście normalne osoby, nawet większość, ale najbardziej widoczne były te rozwydrzone i wulgarne. Byłam świadkiem, jak mama mojej koleżanki, na wieść, że jej córka dostała uwagę w szkole, powiedziała jej: "nie przejmuj się tym gównem", tak że koleżanka była zdyscyplinowana.

Nauczyciel żeby iść na roczny zdrowotny musi jakieś warunki chorobowe spełnić, nie ma później gwarancji powrotu do pracy, co ma znaczenie w miastach wyludniających się - i podczas tego roku nie dostaje żadnych dodatków typu trzynastka. Skoro lekarz go wysłał na taki urlop, to niech idzie, nic mi do tego.

Ja sama uslyszałam od szefowej, że w dupie mi się poprzewracało, że zwolnienie na rękę wzięłam. Miałam uraz. Lekarze nie wiedzieli, co mi jest - prześwietlenie czyste, USG czyste, wszystkie badania ok, a ja się zwijałam z bólu. Potem wyszło, że uszkodziłam sobie nerwy, ale przecież to tylko ręka - niezłamana, więc powinnam wziąć się w garść.

Byłam też w ciąży na L4. Na początku mdłości takie, że lekarz kazał mi miesiąc siedzieć w domu, unikać wszystkiego, co powoduje mdłości i wysłał mnie do babci na ten czas, żeby gotowała mi to, na co miałam ochotę i żebym nie musiała robić tego sama, bo chudłam, zamiast tyć. Morfologia leciała na łeb na szyję, ale - to tylko mdłości, kobiety w polu rodziły i wracały do roboty.

Jak mdłości ustąpiły, wróciłam do pracy, ale też nie na długo. Organizm osłabiony, zaczęły się problemy z mięśniem, tak bolesne, że nie mogłam w nocy pozycji zmienić. Pomogła rehabilitacja, ale do pracy nie wróciłam, bo 8 godzin za biurkiem bardzo szybko mogło mi ten stan pogorszyć, poza tym miałam regularnie chodzić na zajęcia dla ciężarnych, żeby te mięśnie wzmacniać, a zajęcia są zazwyczaj prowadzone w godzinach, kiedy ludzie są w pracy. Też się nasłuchałam, że nic mi nie jest, a w domu siedzę, zamiast w pracy. Tylko że nic mi nie było właśnie dlatego, że siedziałam w domu.

Ostatnio podejrzewałam kolejną ciążę, a w pracy kolega zasmarkany, zakichany. Niby żartem powiedziałam mu, żeby poszedł na zwolnienie, wyleczył się i nas nie zarażał, nie zadziałało.

Następnego dnia powtórzyłam bardziej serio i przy innych, nawet kilka osób mnie poparło, a kolega wreszcie nas posłuchał. Posiedział w domu przez kilka dni i wrócił w zupełnie innej formie.

Ja rozumiem, że są nauczyciele, którzy nadużywają przywilejów, że są ciężarne, które zwolnienie planują przed ciążą i pracownicy wiecznie chorzy, ale patologii z definicji powinno być mniej niż szarych obywateli.

Pozwólmy ludziom "ratować swoje zdrowie”, kiedy jest taka potrzeba, bez oceniania, czy aby na pewno mu się to należało.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (154)

#84326

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej dzielnicy ścieżki rowerowe są prawie wszędzie, również przy drodze, którą dzisiaj jechałam. Droga nie za szeroka, prawie osiedlowa, ruch w 2 strony, ciężko w takich warunkach wyprzedzić rowerzystę.

Rowerzysta nie dość, że ścieżkę miał "na siodełku", to mimo pięknego słońca jechał w głębokim kapturze, który z pewnością izolował go od świata. Na kaptur były założone wielkie nauszne słuchawki, a do tego jechał z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Bezpieczeństwo przede wszystkim.

ścieżka rowerowa

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (123)