Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Armageddonis

Zamieszcza historie od: 2 czerwca 2014 - 18:37
Ostatnio: 26 kwietnia 2019 - 17:06
  • Historii na głównej: 62 z 132
  • Punktów za historie: 21046
  • Komentarzy: 304
  • Punktów za komentarze: 459
 

#71780

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o naszej wspaniałej Poczcie Polskiej.

Jak wiadomo, nadszedł ten rozkoszny czas w roku, gdzie pracodawcy wysyłają swym pracownikom rozliczenia za poprzedni rok. Zgodnie z prawem mają na to czas do 29 lutego [już mniej - przyp. red.].

Wiedząc o tym, cierpliwie czekałem na swój dokument. Luba dostała swój pod koniec lutego. Na początku marca, nieco już zaniepokojony, udaję się do przełożonej z prośbą, czy nie mogłaby napisać "wyżej" z pytaniem, co się z moim PIT-em dzieje. Ot tak, profilaktycznie. Odpowiedzi się nie doczekałem.

Kilka dni temu zacząłem się już srogo niepokoić. Wiem, że termin składania do końca kwietnia, więc czasu mnóstwo, ale jednak każdy w biurze już dostał swoje rozliczenie, oprócz mnie oczywiście.

Zaczynam więc szukać głębiej powodu, który może być przyczyną opóźnienia. Przypomniałem sobie, że na początku roku zmieniałem adres korespondencyjny. Po prostu uświadomiłem sobie, że nadal jest nim adres, pod którym od 6 miesięcy nie mieszkam. Piszę więc odpowiednie pismo do pracodawcy, wysyłam i mam z głowy, w końcu miesiąc na poprawę adresu to kupa czasu. Tak przynajmniej myślałem.

Dzisiaj, z uwagi na brak wieści, napisałem raz jeszcze za pośrednictwem przełożonej maila do odpowiedniej osoby (Kadry) z zapytaniem, co właściwie się z moim rozliczeniem dzieje. Odpowiedź zwaliła mnie z nóg.

Otóż okazało się, że PIT dostarczono pod adres... pod którym zastanie mnie od pół roku jest zwyczajnie niemożliwe, bo już tam nie mieszkam. Tu nawaliła firma, bo miała miesiąc na zmianę danych, a tego nie zrobiła. Co do przesyłki - oczywiście polecona oraz za potwierdzeniem odbioru. Skąd wiem?

Choćby stąd, że ojciec lubej, aby mógł odebrać polecony list skierowany do tejże na adres zameldowania (inny niż w historii), musiał otrzymać od niej pisemne upoważnienie wraz ze wszelkimi danymi.

Ale zaraz, zaraz. Powiedziałem "dostarczono"? Tak. Nie "awizowano", a "dostarczono". Dokładnie piętnastego lutego. Pytanie moje więc brzmi: Jak listonosz dostarczył mi pismo za potwierdzeniem odbioru pod adres, pod którym od dawna nie mieszkam? I czy mój podpis został podrobiony przez niego, czy przez osobę, która owe pismo odebrała?

Sprawę z firmą załatwiłem - wyślą ponownie na adres zameldowania. Skarga na listonosza poszła. Teraz tylko zostało mi udać się pod adres dostarczenia przesyłki, aby odebrać pismo ze wszystkimi moimi danymi osobowymi od obcej mi osoby.

poczta

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (153)

#69442

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed kwadransa.

Wychodzę właśnie ze sklepu z robalem w nazwie, gdy podchodzi do mnie [F]acet i pyta:

[J] - Ja, [F] - Facet.

[F] - Przepraszam... Nie da pan może jakichś drobnych na żarcie?

Patrzę na niego krzywo, bo gość lekko po 40-stce, zadbany, czysty, ogolony i o pieniądze żebrze, no ale dobra:

[J] - Pieniędzy panu nie dam, ale mogę panu coś kupić do jedzenia.
[F] - No, bo ja tylko chlebek i masło chciałem jakieś.
[J] - Dobra, zobaczę, co da się zrobić. - mówię, i wchodzę z powrotem do sklepu, gdzie moja druga połówka nadal buszuje po półkach. Będąc na progu otwieranych automatycznie drzwi, słyszę:
[F] - A jak pan będzie chlebek kupował, to ten 7 ziaren...

No chyba nie, gościu, myślę sobie, pukając się w głowę. Poczekałem chwilę na lepszą połówkę, po czym ulotniliśmy się, żegnani niezbyt przyjemnymi spojrzeniami typa.

Dla niedoinformowanych - 400 g tego chleba (10 małych kromeczek) kosztuje około 3zł. Bochenek zwykłego, białego chleba, kosztuje poniżej 2zł.

A do tego chlebka to pewnie masło o obniżonej zawartości tłuszczu, mleko sojowe i wędlinkę bez glutaminianu sodu.

żebractwo lvl over 9000

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (298)

#69434

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o moim wujaszku, który był... no właśnie, nie wiem kim. Januszem? Piekielnym? Sknerą? Oceńcie sami.

W Święto Zmarłych jak wygląda, wiadomo, zbiera się cała rodzinka celem powspominania bliskich. Wśród nich był i Wujaszek. Jest on człowiekiem specyficznym i gdybym miał wszystkie piekielności z jego udziałem przytoczyć, to musiałbym wydać tomik o dość sporej objętości.

Gdy wszyscy się zebrali, pojechaliśmy na cmentarz. Po pewnym czasie dotarliśmy do miejsca niedawnego spoczynku innego z moich wujków, który był bratem Wujaszka.

Cała rodzina w ciszy wspomina zmarłego, gdy nagle (W)ujaszek schyla się nad nagrobkiem i podnosi wielki, pusty znicz. Ogląda go chwilę, po czym do mojej (M)amy:

(W) - Ej, masz jakiś wkład na zbyciu?
(M) - Słucham?!
(W) - Czy wkład jakiś masz, bo muszę starej (czyt. swojej matce) coś na grób położyć.
(M) - Nie, nie mam. Idź kupić może, a nie bratu z nagrobka podprowadzasz.
(W) - Oj tam, kupić, jak tu są...

Po czym odłożył znicz i poszedł w siną dal z wielkim fochem. Wszyscy w szoku, wielkie WTF na twarzach, nikt nie zareagował, tak wszystkich wcięło, bo choć Wujaszek swoje wybryki ma, to czegoś takiego raczej nikt się nie spodziewał. Szczególnie że przed cmentarzem kilkadziesiąt stoisk ze zniczami wszelkiego sortu, i po "promocyjnych" cenach.

Zaskoczenie, jak i reakcja, byłyby o wiele bardziej adekwatne, gdyby nie fakt, że Wujaszek przyzwyczaił wszystkich do tego typu wyskoków w Święto Zmarłych.

Przykład? Rok temu, w Dzień Zaduszny, Ojciec wybrał się na cmentarz, sprawdzić, czy wszystko w porządku. Na grobie matki nie zastał ani jednego znicza, czy wiązanki.

Hieny cmentarne? Skądże znowu. To robota naszego wspaniałego Wujaszka. Pewnie zapytacie, skąd to wiem? O sprawie dawno zapomnieliśmy, do czasu, gdy w minione wakacje, będąc w odwiedzinach u Wujaszka, znaleźliśmy w kącie ogrodu ogromny stos wiązanek i zniczy. Ilość wskazywała na to, iż nie tylko z grobu matki zebrał łupy. Awantura, krzyki i w końcu pytanie "dlaczego?" przyniosły odpowiedź: "Boby ktoś to rozkradł jeszcze, a tak to będzie na ten rok".

Ba Dum Tss...

Święto zmarłych janusze wujaszek

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (305)
zarchiwizowany
Historyjka raczej śmieszna niż piekielna, ale niech będzie i tak.

Wraz z lubą byliśmy w Sobotni wieczór na filmie pt: "John Wick 2" (Polecam, film napakowany akcją po brzegi).
Z uwagi późnej pory wyświetlania filmu, seans skończył się grubo po północy. Stwierdziliśmy więc z lubą iż nie ma sensu marznąć na przystanku 30 minut, poczekamy w lobby kina.

Jakież było nasze zdziwienie gdy na kanapie na której chcieliśmy usiąść ktoś "zgubił" opakowanie (puste) ostro reklamowanych tabletek na potencję.

Ludzie.
Ja rozumiem że równocześnie z "Johnem Wickiem" puszczali "Ciemniejszą Stronę Gwałci... Greya", ale serio? Zabrać się tego nie dało ze sobą?
Swoją drogą, współczuję właścicielowi. Dziewczyna go zaciąnęła na film o ponoć erotycznej tematyce, a tak się biedaczysko znudził że aby "konar zapłonął" potrzebował pomocy.

A jeszcze bardziej współczuję pracownikom kina, którzy pewnie musieli sprzątać "produkty miłości"

Grej seans kino sebki

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (27)
zarchiwizowany
Historia o tym jak to nie każdy w święta potrafi poczuć ich ducha.

Słowem wstępu powiem iż jestem człowiekiem niewierzącym. Religiami wszelkimi gardzę i każdy kto moimi poglądami na ten temat jest zainteresowany jest o tym informowany na wstępie aby nie było potem żadnych nieporozumień. Nigdy jednakże nie próbowałem nikogo nawracać ani obrzucać inwektywami z powodu jego wiary. "Nie mój cyrk, nie moje konie". Dyskusja się z reguły na takim wstępie kończy, bo rozmawiać o farmazonach nie zwykłem.

Historia właściwa:
Przyjechałem na święta do rodziny, wiadomo, dawno nie odwiedzałem a święta są doskonałą do tego okazją.

Po wigilii i rozdaniu prezentów rodzice poszli na pasterkę, ja zaś, jak prawdziwy nolife, zasiadłem do komputera. I zaznałem natychmiastowego facepalmu. Dlaczego?

Otóż pewna koleżanka stwierdziła iż świetnym pomysłem będzie wyciągnięcie w święta tematu mojej pogardy dla wszelkich form zorganizowanego kultu. Śpieszę z wyjaśnieniem że nigdy zwady z osobami religijnymi nie szukam bo w co kto wierzy to nie moja sprawa. Nigdy nikogo nie próbowałem nawracać, a w dyskusję wdaję się na kulturalnym poziomie i ze zrozumieniem drugiej strony.

Koleżanka jednakże uznała że jej sprawą jest fakt, iż Ja nie wierzę w jej Boga. No i się zaczęło. Naskoczyła na mnie jakbym jej rodziców zamordował. Co mógłbym zrozumieć gdybym w święta rozesłał wszystkim katolikom życzenia śmierci, bądź tym podobne farmazony, czego oczywiście nie zrobiłem.
Naczytałem się w każdym razie o tym jak to Bóg jest wielki, dobry, jak wybacza nawet takim grzesznikom jak ja i generalnie to jak się nie nawrócę to spłonę w piekle, czyli nic ponad standard.

W końcu stwierdziłem iż przestała mnie sytuacja bawić (szczególnie że wiadomość napisała o 1 w nocy), napisałem jak najłagodniej się dało aby się "odstosunkowała" zanim się zrobi niemiło i życzyłem wesołych świąt.

Przy najbliższym spotkaniu ograniczyłem się do "cześć" co by nie kusić jej do podjęcia tematu, poza tym jakoś straciłem ochotę na wszelkie spotkania z tą osobą.

Nie pisałbym zaś tego wszystkiego gdyby nie wiadomość którą otrzymałem od tejże osoby w Sylwestra. Tak się składało że dla kilku najbliższych znajomych zorganizowaliśmy wraz z lepszą połówka imprezę. Jak się osoba z historii o niej dowiedziała nie wnikam, jednakże otrzymałem taką wiadomość, cytuję:

"Ziomek a gdzie macie sylwka? I o której zaczynacie? Bo bym wpadła życzenia noworoczne złożyć jakbym miała po drodze :D"

Nie spytała "Czy może wpaść". Nie spytała "Czy mogłabym złożyć życzenia". Nie. "Ziomek a gdzie macie sylwka (...) Bo bym wpadła (...)"
Cóż, mile widziana by nie była z uwagi na fakt iż nie byłem jedyną w zebranym gronie osobą którą próbowała umoralniać. Napisałem więc w kilku słowach dlaczego nie uważam jej odwiedzin za dobry pomysł i wróciłem do zabawy.

Zastanawiam się tylko od tamtej pory - jaki trzeba mieć tupet aby naskoczyć na kogoś w święta a następnie udawać że nic się nie stało i wpraszać się na imprezę na którą się nie było zaproszonym.

tupecik święta generalnie kupa

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (34)

#74234

(PW) ·
| Do ulubionych
Krotko o brakach w zasobach inteligencji niektórych osobników gatunku Homo Sapiens.

Dworzec Główny w Gdańsku, przystanek tramwajowy. Przy schodach do przejścia podziemnego stoi Seba z Karyną. Mają ze sobą wózek, w środku jakiś berbeć. I tak stoją i debatują jak by ten wózek znieść na dół. Tarasują przy tym połowę przejścia. Niby nic piekielnego, może w końcu wykoncypowaliby jakiś sposób na zniesienie wózka, ale jest jedno "ale".

"Ale" w postaci zjazdu dla wózków, znajdującego się dosłownie o krok na lewo od szczęśliwych rodziców.
Nie wiem skąd się tacy ludzie biorą, ale uważam że jeśli nie potrafisz odgadnąć przeznaczenia dwóch pochyłych ramp oddzielonych wąskimi schodkami, to nie powinieneś się brać za rozmnażanie.

inteligentni inaczej

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (261)

#74084

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko o tym jak zostać Kawalerem Orderu Chu***ego Parkowania.

Słowem wstępu: biuro w którym znajduje się firma mnie zatrudniająca dzielimy z kilkoma innymi firmami. Dyrektor jednej z nich ma irytujący nawyk parkowania tuż przed jedynym wejściem do budynku.
Krótki opis: Na posesję na której znajduje się biuro prowadzą dwa wjazdy: Jeden bezpośrednio na parking za budynkiem, i kolejny na przeciwko wejścia do budynku. Wjeżdżając bramą na przeciw wejścia, wjeżdża się na podjazd prowadzący wokół budynku na parking.

Dyrektor jednej z firm ubzdurał sobie, że parking mieszczący 10 pojazdów nie jest godzien zaszczytu, płynącego z ciężaru kół jego parkującej tam BMW-icy. Parkuje więc na chodniku przed wejściem. Tak niefortunnie, że klienci (czasami w podeszłym wieku, niepełnosprawni, lub z wózkiem dziecięcym) idący po chodniku w kierunku wejścia muszą przeciskać się pomiędzy jego wozem, a krzakami zaś, jeśli ktoś chciałby wjechać od strony frontowych drzwi na parking, to nie może tego zrobić z uwagi na zwalisty tył samochodu.

Aż do dzisiaj myślałem, że problem leży w umysłowym upośledzeniu właściciela samochodu, który żyjąc na tym świecie już dosyć długo, nie wie nadal do czego służy parking.

Tak się złożyło, że dziś wchodząc do pracy, tuż za mną przez bramę wjazdową wjechał pan w swoim czarnym BMW. Tak więc, człowiekiem wrednym będąc stanąłem na chodniku, w miejscu które wybrał sobie na parking dla swojego "maleństwa".
Gość się zatrzymuje, ja rżnę głupa i udaję że dostałem sms'a. Zerkam na samochód i po chwili gość odjeżdża w kierunku parkingu na tyłach.

Koniec historii? Skądże znowu. Wszedłem do biura, i siadając przy biurku zauważyłem BMW delikwenta, pod oknem. Na chodniku. Oznacza to, że geniusz musiał objechać cały budynek, mijając kilka wolnych miejsc parkingowych (miejsca musiały być wolne z uwagi na fakt iż są przeznaczone dla dyrektorów, których jest mniej niż miejsc parkingowych, z reguły stoją tam nie więcej niż dwa, trzy samochody), wysiąść z wozu by otworzyć jedną bramę, przejechać kilkanaście metrów, otworzyć drugą bramę, i zaparkować jak pospolity ku**s na rzeczonym chodniku. O nie. Tak się nie będziemy bawić.

Wydrukowałem więc na zwyczajnej kartce A4 "karnego ku**sa", którego włożyłem za przednią wycieraczkę. Miny gościa nie widziałem, gdyż pracę skończyłem wcześniej od niego. Jeśli jutro samochód znów będzie stał w niedozwolonym miejscu, zamiast kartki będzie musiał usuwać naklejkę z tym samym tekstem.

PS: Zachowanie gościa nie byłoby tak piekielnie durne, gdyby musiał co jakiś czas z tego samochodu skorzystać. Ale nie, parkując go o godzinie 9:00, wsiada do niego ponownie o godzinie 18:00 po za kończeniu pracy. Więc samochód cały dzień stoi zastawiając wejście, co jest cholernie uciążliwe dla pracowników i klientów.

mistrz ch***wego parkowania

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 283 (297)

#73836

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko o tym, jak zatrudniająca mnie firma sama strzela sobie w kolano.

Kilka dni temu do biura wpadł klient, zainteresowany dość dużą kwotą. Nie uściślając, jakieś kilkanaście tysięcy złotych. Prowadzi własną działalność gospodarczą, dochody takie, że z palcem w nosie dostałby i większą kwotę, gdyby chciał.

Kompletuję dokumenty, w tym PIT za ostatni rok, wysyłam, i czekam na decyzję. A tu zonk, kwota pożyczki obniżona do 2000 złotych. Wysyłam zapytanie dlaczego. Odpowiedź:
Na rozliczeniu za rok 2015 widoczny jest ryczałt.

Okazuje się, że firma z jakiegoś dziwnego powodu dzieli dochód przez 3 w przypadku, gdy w grę wchodzi ryczałt. I tak, pomimo tego, iż według wpływu wynagrodzenia oraz rozliczenia klient przychodu otrzymywał, na przykład, jakieś 3000 złotych, firma na podstawie swojego widzimisię stwierdzała, że zarabiał 1000 złotych.

Na pytanie jak do jasnej anielki wpadli na ten wspaniały pomysł, odpowiedź brzmi: "Bo tak".

I weź tu człowieku pracuj, gdy własny pracodawca rzuca ci kłody pod nogi.
A teraz zgadnijcie do kogo są kierowane pytania i reprymendy, jeśli nie wyrobię celu.

pracodawcy i ich durne zasady

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (182)

#73659

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie mały apel. Ludzie:
Nie fałszujcie dokumentów, nie opłaca się. Szczególnie jeśli nie potraficie tego robić.

Dlaczego to piszę? W czwartek do biura przyszła klientka kolegi. Dokumenty wszystkie miała, w tym wymagany wpływ wynagrodzenia. Ale coś tu było nie tak. Mianowicie fakt, iż wpływ wynagrodzenia był podrobiony.

I to podrobiony tak nieudolnie, że wyglądał jakby go 12-latek w Paincie robił, nie do końca wiedząc co właściwie ma przed oczyma.
Z uwagi na fakt, iż podrabianie dokumentów jest przestępstwem, została wezwana policja. Panią zabrano, zarzuty postawiono, czeka ją rozprawa w sądzie i grzywna bądź pozbawienie wolności.

Czy warto było to zrobić dla wyciągnięcia kilkuset złotych?
Odpowiedzcie sobie sami.

klienci i ich pomysły

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (210)

#73030

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia pokazująca jak prawdziwe jest powiedzenie "Chytry dwa razy traci".

Słowem wstępu: Jak pewnie niektórzy wiedzą, ostatnio weszła w życie ustawa uniemożliwiająca udzielanie pożyczek ubezpieczonych. Z ubezpieczeniem nierozerwalnie związane są dwie strony medalu. Jedna jest taka, że gdy klient z jakiegoś powodu stracił trwale zdolność do pracy bądź co gorsza mu się zmarło, to koszta pożyczki zamiast rodziny pokrywała ubezpieczalnia. Wygodne.

Druga strona medalu jest taka, że ubezpieczenie, siłą rzeczy, przewyższało wartość netto kwoty, którą wypłacało się klientowi. Wielu to odstraszało.

Po wejściu w życie nowej ustawy ubezpieczenie zostało zastąpione przez kosztujący kilkanaście złotych miesięcznie pakiet pozwalający na jednorazowe odłożenie dwóch rat bądź rozłożenie czterech na mniejsze kwoty. Wygodne, a jak by się coś zdarzyło nieprzewidzianego, to się nie ląduje z ręką w nocniku.

Po tym przydługim wstępie pora na właściwą historię.
W marcu, tuż po wprowadzeniu zmian, do biura przychodzi klientka wraz z mężem. Chce wziąć niewielka kwotę pożyczki. OK. Tłumaczę więc zasady, co chwila słuchając męża (dałbym sobie lewe jądro amputować w zakładzie o to, że miał na imię Janusz), że jakie to drogie, jak to długo się spłaca i w ogóle hurr durr "złodzieje i sprzedawczyki". OK.

Ignorując Janusza tłumaczę klientce do czego ten pakiet służy. I tu znowu wpada mąż w słowo: "A po co to, ja będę 200 zł odkładał? No nie będzie pan śmieszny". Dobra, nie to nie, zaznaczam opcję bez pakietu i huzia na wikinga. Umowa podpisana dzień później, aż do dzisiaj wszystko gra.

Dzisiaj następuje, przynajmniej na razie, finał historii. Dzwoni mąż klientki z prośbą o odłożenie raty, bo chrześniak komunię ma.
Żona podaje dane, spoglądam, ups, pożyczka bez pakietu. Mówię więc, że takiej opcji nie ma.

Tu następuje 2-minutowy monolog Janusza, że jak to tak klienta traktować można, że hańba, zero honoru i ogólnie maść na ból wiadomej części ciała bym mu wysłał w ilości hurtowej, bo wychodzi na to, że by mu się przydała.

Gdy skończył rzucać inwektywami i pluć kwasem odetchnąłem, i powiedziałem jak najspokojniej mogłem: "Ale proszę pana, sam pan mówił, że co to dla pana te 200 zł wpłacić, pakietu pan nie potrzebował, więc pakietu pan nie wziął. Skąd więc teraz myśl, że może pan skorzystać z czegoś, z czego świadomie pan zrezygnował?".

W słuchawce chwila ciszy, krótkie "Dziękuję, do widzenia" od żony i zakończenie rozmowy.
Więc... co to ja mówiłem na początku? Ach tak: "Chytry dwa razy traci".

klienci

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (232)