Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ascara

Redaktor serwisu
Zamieszcza historie od: 23 marca 2011 - 22:55
Ostatnio: 18 października 2019 - 13:43
  • Historii na głównej: 4 z 20
  • Punktów za historie: 2380
  • Komentarzy: 218
  • Punktów za komentarze: 91
 

#85361

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia związana z pewnym wydawnictwem, wydawcą sporej większości podręczników akademickich.

Jakiś czas temu, z racji braku interesujących mnie pozycji w księgarni stacjonarnej, zamówiłam 4 pozycje (w tym jedną 2-tomową) na stronie internetowej wydawcy. Wszystko sprawnie i pięknie, wysyłka szybka. Cudownie, prawda?

No nie do końca.

W jednej z nich był błąd drukarski - po stronie 6 pojawiała się strona 391 i tak do końca książki, sądziłam, że są po prostu przestawione, niestety, zestaw 391-koniec powtarzał się dwukrotnie, stron 7-390 nie było w ogóle.

Inna książka (tom 1 pozycji 2-tomowej) miała z kolei uszkodzoną okładkę. Oczywiście nie jest to duży problem, jednak czegoś innego spodziewałabym się po książce zakupionej bezpośrednio u Wydawcy.

BOK odpisało, że sprawdzą, czy mają egzemplarze na wymianę.

Wkrótce pojawił się kolejny mail, informujący, że książki zostaną wymienione, że jutro będzie kurier. Dopytałam jeszcze dokładnie, czy wymienią też ten uszkodzony mechanicznie tom - odpowiedzieli, że tak, jeśli będą mieć na stanie cały.

No to w porządku, myślę sobie: napisali, że odeślą mi tę źle wydrukowaną książkę, to najwyżej, jak tego nie będą mieć na wymianę, to przyślą z powrotem. A raczej będą mieć, skoro na stronie internetowej widnieje informacja „stan magazynowy: duża ilość”.

Kurier istotnie się pojawił, oddałam mu źle wydrukowaną książkę oraz uszkodzony tom, zachowując przy tym drugi. I cisza...

Poczekałam tydzień, wczoraj zapytałam drogą mailową, co w sprawie.

Jaką odpowiedź otrzymałam? Ano taką (pisownia oryginalna):

"Dzień dobry,
bardzo nam przykro ale ponieważ w momencie składanej reklamacji nie były dostępne stany reklamowanych książek , wygenerowano dyspozycje zwrotu pieniędzy za odebrane pozycje i księgowość naliczyła kwotę 298,50 zł na to samo konto , z którego wpłynęła wpłata.
W tej sytuacji zapraszamy do złożenia nowego zamówienia lub możemy zaproponować ponowienie zamówienia na te pozycje ale z formą płatności za pobraniem .
Prosimy zatem o dyspozycje.

Biuro Obsługi Klienta"

Sprawdziłam - istotnie, otrzymałam wpłatę.

Co z tego, że nikt nie raczył mnie nawet o tym poinformować.

Co z tego, że przez cały czas na stronie internetowej przy wymienionych pozycjach widnieje informacja "stan magazynowy: duża ilość”.

Co z tego, że uzyskałam zwrot za całą książkę, choć mam cały czas przy sobie tom II.

Co z tego, że chciałabym z tych podręczników korzystać.

Co z tego, w kontekście uszkodzonej książki, że mieli mieć na stanie owe pozycje - przecież gdybym wiedziała, że tak się sprawy potoczą, machnęłabym ręką na uszkodzoną okładkę. Potrzebna mi jest wiedza z tego podręcznika, nie ładna okładka. Odesłałam tylko "przy okazji" odsyłania tego źle wydrukowanego.

wydawnictwo

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (115)

#85362

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś dupek najprawdopodobniej podał mój numer jakimś chwilówkom czy kij wie komu, bo od dłuższego czasu jestem zasypywana SMS-ami w stylu "Hej, Artur, sprawdź naszą nową ofertę - do X złotych bez zaświadczeń o dochodach! (tu link)", "Potrzebujesz pożyczki, wejdź w link"...

Wnioskuję, że to wina jakiegoś dupka, bo kilkukrotnie w ciągu kilku godzin próbowała się do mnie dodzwonić firma windykacyjna (nie odebrałam, bo byłam w pracy, później sprawdziłam namolny numer w sieci), a imię w mailach zawsze jest to samo.

Wszystkie linki prowadzą do różnych stron tego samego typu, więc nie wiem nawet, od której strony to ugryźć, by się skończyło.

SMS-y

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (89)
zarchiwizowany

#83423

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Do wszystkich ludzi, którzy protestują - przeciwko czemukolwiek.

Po obejrzeniu dzisiaj kolejnego protestu w lokalnej telewizji, poczułam, jak skacze mi ciśnienie na tyle, że tym razem czara goryczy się przelała i chcę zaapelować.

Jak chcecie sobie coś wywalczyć, to nie kosztem innych! Żyłka mi chyba pęknie, kiedy zobaczę kolejny protest w postaci ulicznej blokady. Na tym konkretnym tłum ludzi chodził po przejściu dla pieszych w tę i we w tę, bo lokalna władza wydała jakąś godzącą w mieszkańców decyzję (coś generującego smród).

I kurczę, ja rozumiem tych mieszkańców, ale dlaczego z powodu tego, że coś im się nie podoba, ktoś, kogo sprawa kompletnie nie dotyczy ma się spóźnić do pracy, jakieś dziecko do szkoły, a jeszcze ktoś inny na wizytę do lekarza? Dlaczego komuś ma uciec pociąg, a inny ktoś nie dojedzie na randkę, która mogła dobrze rokować? Podczas gdy zazwyczaj człowiek, którego protestujący chcą wzruszyć siedzi w tym czasie w gabinecie i pije świeżo zaparzoną kawę i blokada, transparenty i krzyki kilka kilometrów dalej niekoniecznie mu przeszkadzają.

Dlaczego nikt nie chce walczyć o swoje tak, by nikt na tym nie ucierpiał? Trzeba chodzić z tymi transparentami po ulicy? Nie można już np. pod budynkiem rzeczonych władz?

Przestańcie walczyć o siebie kosztem innych!!!

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (170)
zarchiwizowany

#79019

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jeśli wątpicie, panowie, we friendzone w drugą stronę, zapraszam do lektury.

Dwa lata temu poznałam kogoś na… NK. Na tej fikcyjnej jej części. Dla niewtajemniczonych: opisuje się tam różne sytuacje, każdy z perspektywy swojego bohatera, rozwijając stopniowo fabułę. Zawsze lubiłam pisać, za to nigdy nie lubiłam robić tego do szuflady, więc było to dla mnie coś wspaniałego. Powiedzmy.

Dlaczego „powiedzmy”? Ponieważ o rozmówcę na jakimś poziomie (nie tylko zachowana ortografia czy interpunkcja, ale także zwyczajnie pomysły na to, co chciałoby się napisać) naprawdę ciężko.

No i pewnego razu trafił się ON. Doskonale rozumiał moją postać (to były dość sztywne ramy, bo postać pochodząca z kanonu pewnej popularnej sagi), do tego potrafił wykreować własną w taki sposób, że czytałam jego odpowiedzi z szeroko rozdziawioną buzią. Skończyło się na tym, że wyjechałam wtedy na wakacje i… Zamiast się nimi cieszyć, wydałam kilkaset złotych na transfer, byle tylko podtrzymać te konwersacje. Jemu też bardzo na nich zależało, twierdził, że z nikim nie pisało mu się tak dobrze, jak ze mną. Sielanka.

On bardzo strzegł swojej prywatności, początkowo oboje zastrzegliśmy, że nie chcemy przenosić tej relacji w inny wymiar, ale sami wiecie, jak to jest… Wkrótce zaczęliśmy toczyć poza fabułą rozmowy o świecie realnym, choć nie zdradzając sobie imion ani żadnych szczegółów - wymienialiśmy się jedynie ogólnie pojętym światopoglądem.

Całkowicie przypadkiem okazało się, że chłopak jest z pewnego miasta, w którym wkrótce miałam być. Spotkaliśmy się. Po spotkaniu byłam nim zafascynowana jeszcze bardziej niż wcześniej, w realnym kontakcie okazał się równie interesujący, co w tym fikcyjnym. Chociaż dzieli nas wiele kilometrów, zaczęliśmy do siebie dzwonić (z jego nacisku, ja nigdy nie lubiłam rozmów przez telefon), z reguły mieliśmy przegadaną ponad godzinę dziennie. Później spotykaliśmy się jeszcze kilka razy.

Z każdym kolejnym dniem okazywało się, że łączy nas coraz więcej. Oboje jesteśmy dość mocno gorliwymi katolikami, oboje ambitni - na „dobrych” studiach i do tych studiów się przykładający (absolutnie nie chcę wykazać tutaj wyższości nad kimkolwiek, kto nie decyduje się na przykład studiów kończyć, raczej chodzi mi o to, że po prostu bardzo mocno dbamy o swoją edukację, chyba mamy wręcz coś z kujonów - ciężko przeżyć trójczynę, nie mówiąc o niezaliczeniu przedmiotu; kiedy wspomniałam mu, że moja przyjaciółka rzuciła studia... cóż, zareagował z pogardą). Oboje tak samo nie lubiliśmy obnażania się w sieci, wielokrotnie wyśmiewaliśmy po cichutku ludzi wylewających całe swoje życie na tablicę Facebooka.

Jednocześnie uzupełnialiśmy się bardzo w kwestiach, które nas różniły. Podczas gdy ja szybko popadam we wściekłość, on zawsze umiał mnie wyciszyć. Zawsze umiał podnieść moje poczucie własnej wartości (mam z nim pewne problemy, ot, ślady prześladowania z podstawówki), zawsze powtarzał, jak ceni moją „porządność” - wyznawane przeze mnie wartości, intelekt, cnotliwość.

Żeby nie było tak różowo, facet kompletnie nie widział się w związku. Nazywał mnie swoją najlepszą przyjaciółką. Mówił mi, że zwyczajnie nie potrafiłby z kimś dzielić swojego życia, druga osoba tak blisko by go ograniczała. Zwłaszcza, że kiedyś myślał o kapłaństwie, nadal był blisko struktur Kościoła (służba ołtarza) i zwyczajnie pomimo odejścia od decyzji o seminarium, chciał oddać swoje życie Bogu i tylko Jemu.

Jednocześnie był przy mnie emocjonalnie bliżej niż jest jakikolwiek przyjaciel, mówił, że bardzo ciężko mu przeżyć choćby jeden dzień bez kontaktu ze mną itp. Ja za to czułam, że to ten właściwy, że bardziej dopasowanego nie znajdę, po prostu zbyt wiele nas łączyło, na zbyt wiele rzeczy mieliśmy poglądy praktycznie identyczne - a nie było mi nigdy łatwo znaleźć osoby, z którą dzieliłabym choćby dwa-trzy z nich jednocześnie.

Jako, że nie jestem typem, w którym się zakochuje „od pierwszego wejrzenia” (powiedzmy, że nie jestem pięknością), liczyłam, iż po prostu pewnego dnia mój ideał uświadomi sobie, że darzy mnie innym uczuciem, niż mu się wydawało, zwłaszcza, że nie wiedział jeszcze, czym jest miłość.

Niby nie odwzajemniał moich uczuć, ale czasami zdarzały się sytuacje, w których niby przypadkiem przebąkiwał o jakiejś wspólnej przyszłości. Kiedy wspomniałam, że moim dzieciom to tatuś będzie śpiewał kołysanki, padła spontaniczna odpowiedź: „tatuś nic nie będzie śpiewał, wbrew pozorom nie potrafię”. Kiedy śmieszkowałam z markowych bokserek, którymi się zafascynował, a które mnie wydały się okropne, powiedziałam, że jak to złośliwa kobieta, kupię mu takie na noc poślubną, żeby zdenerwować jego wybrankę. Odrzekł, że gorzej, jeśli będę musiała sobie sama takie kupić. Moi znajomi i rodzice śmiali się, że jesteśmy w związku, choć jeszcze o tym nie wiemy.

Wiecie już, gdzie to zmierza?

Mój ideał się zakochał, owszem, ale nie we mnie. Nie mam nawet wiele wiedzy na temat tej dziewczyny, bo nigdy o niej nie wspominał - zanim się związał, trzymał jej istnienie w tajemnicy (podobno bojąc się mnie zranić). On twierdzi, że ona wyznaje podobne wartości jak on. Owszem, jest katoliczką.

Ja mogę wnioskować jedynie po tym, co widzę na jej profilach na Instagramie i Facebooku (na profilach, przypomnę; mój ideał nawet gmaila nie chce używać z obawy o swoją prywatność). A widzę filmiki z imprez w stanie zdecydowanie nietrzeźwym, tatuaż z logo popularnego zespołu metalowego, zdjęcia dokumentujące przebijanie sobie samej wargi wenflonem celem zrobienia kolczyków, co chwilę inny kolor włosów z tematyki wyskokowej (róż, fiolet, pomarańcz itp.). Od niego dowiedziałam się, że rzuciła jak na razie dwa kierunki studiów. Do tego są w związku na odległość (a to była dość istotna przeszkoda dla nas). Co trzeba przyznać - jest ładna.

Na pytanie, jak on to sobie wyobraża, odpowiada, że on nie ma zamiaru zacząć imprezować - najwyżej ona pójdzie na imprezę, a on sobie w domu zmówi różaniec. Nie to go ujęło, a to są jedynie nieistotne elementy. Obrusza się, że chyba mnie nie znał, skoro jestem kimś, kto ocenia kogoś innego po wyglądzie.

A ja… Ja naprawdę go kocham. Zwyczajnie się martwię. Kiedy powiedział, że kogoś ma, przyjęłam to dość spokojnie, bo zależy mi na jego szczęściu. Teraz, kiedy wiem, kogo ma, boję się, że pakuje się w bagno i nic nie mogę z tym zrobić. Wiem, że wszelkie odrady wyglądają jak zazdrość, a… Powiedzmy sobie szczerze, on ją kocha. Widzi ją w samych superlatywach, nie mam możliwości tego zmienić.

Ponadto przekonuje mnie, że przez dwa lata zaznaczał, iż nie odwzajemnia moich uczuć i o ile rozumie, że mi ciężko, o tyle nie ma pojęcia, o co mam do niego żal. Chce, byśmy dalej się przyjaźnili, tak samo, jak wcześniej. Nie widzi powodu, dla którego mielibyśmy traktować się nawzajem inaczej niż dotychczas. Ba, pragnie, bym nadal regularnie doradzała mu w kwestiach w stylu wybór butów czy decyzja, na które egzaminy pójść w przedterminie, a do których posiedzieć dłużej (nie żebym studiowała inny kierunek i i tak doradzała jedynie instynktownie). Nie rozumie, dlaczego mówię, by od tej pory to jej pytał o takie rzeczy. „Ale dlaczego? Przecież mogę ciebie, jesteś moją przyjaciółką”.

A ja… Chyba czas pójść w tango. Dobrze się bawić, olać zastanawianie się nad tym, co jest moralne, przefarbować włosy, być młodą i pełną życia, do tego zrobić coś z wyglądem (nie jestem strasznie brzydka, ale mam nadwagę). Albo strzelić sobie w łeb. Kiedyś miałam ogromne problemy z samooceną i wahało się to na granicy myśli samobójczych, on zapewniał mnie o mojej wartości, ale co to znaczy w sytuacji, w której życie decyduje się spędzić z kimś o cechach, za których przeciwieństwo podobno tak mnie cenił.

Jeśli nawet tacy mężczyźni jak mój ideał wybierają takie kobiety, to już oznacza z całą pewnością, że cnotliwe szare myszki mogą być tylko przyjaciółkami.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (59)

#78459

(PW) ·
| Do ulubionych
Idę dzisiaj do apteki. Proszę o lek X (nazwa handlowa, nie substancji). Babka do mnie, że akurat nie mają X, ale da mi Y, to jest to samo. No to poproszę.

Podaje mi, a ja patrzę na ten lek, na nią. Na lek, na nią. Mówię jej, że to jest substancja A, a ja prosiłam o preparat z substancją B.

Co słyszę?

- Aaaa, mogę pani dać z B, ale przecież to jest to samo.
Od razu szybka powtórka farmakologii w głowie, myślę sobie, że przecież substancja A to jest w ogóle prototyp tego typu leków, działanie niepożądane inne działanie niepożądane pogania, skuteczność dużo gorsza.

- No nie do końca to samo - mówię.
- Ale działa tak samo.

W tym momencie skapitulowałam. Nie wdawałam się w dyskusję już dłużej. Pomyślałam sobie tylko, że tym razem trafiło na studenta medycyny, ale ilu pacjentów ma tak wciskane "niby zamienniki"?

Pewnie tylko dlatego, że świadomie nikt tego nie kupi. Zwyczajnie przykro.

Apteka

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (206)
zarchiwizowany

#66413

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O telefonach słów kilka.
Od kilku dni dostaję połączenia od jakiegoś numeru, wcale nie zastrzeżonego, kierunkowy poznański. Udało mi się odebrać dopiero wczoraj, pani przedstawiła się jako jakiś tam konsultant Orange, sama się rozłączyła, kiedy zorientowała się, że nie jestem swoim ojcem (opisałam to w poprzedniej historii). Dzisiaj telefon zadzwonił ponownie, odebrałam od razu i co słyszę? Głos automatu: "Proszę czekać, trwa łączenie rozmowy", a później idiotyczną melodyjkę. Przeczekałam kilka sekund i się rozłączyłam - co to za czasy, dzwonią z jakimiś superofertami, tyłek trują, a ja mam jeszcze czekać na połączenie?

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (231)
zarchiwizowany

#66397

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiaj rano obudził mnie telefon (jak praktycznie codziennie, wiecznie odbieram telefony z milionem zaproszeń na jakieś pokazy, które z reguły odbywają się na drugim końcu Polski, gdzie od dawna nie mieszkam; zgłaszam tę informację i proszę o niedzwonienie więcej, działa na tydzień… ale dziś nie o tym).
[P]ani: Dzień dobry, tu XY z Pomarańczowej Sieci, czy ja mogę rozmawiać z panem Janem? (tata, właściciel konta, do którego przypisane są mój i mamy numery).
[J]a (przyzwyczajona do tego typu telefonów w sprawie zmiany umowy): Niestety, taty nie ma.
[P]: Kiedy będzie?
[J]: W najbliższym czasie w ogóle, jest za granicą. Ale od razu panią informuję, że wszelkich zmian w abonamencie dokonujemy wyłącznie w salonie, nigdy przez telefon.
[P]: Ale ja nie dzwonię w sprawie zmian, mam wiadomość dla pana Jana.
[J]: Może więc pani przekazać ją mnie.
[P]: Ale pani nie jest panem Janem.
[J] (trochę rozbawiona): Owszem, nie jestem, natomiast jestem użytkownikiem tego numeru i…
Chciałam dodać, że tata dał mi wszelkie możliwe dostępy do konta w postaci PIN-ów, haseł użytkownika i innych pierdół, których tam wymagają. Nie zdążyłam, pani się rozłączyła.
Mało piekielne, absurdalne? Przecież pani wykonywała swoją pracę? Moim zdaniem bardzo, skoro jestem według Pomarańczowej Sieci osobą wystarczająco decyzyjną, aby dokonywać zmian w umowie!*, natomiast zbyt mało, aby otrzymać jakąś głupią informację. Nie wiem nawet, jakiej natury jest ta wiadomość, może kasa z jakiejś faktury do nich nie dotarła i teraz będą naliczać odsetki do czasu, aż tata pojawi się w kraju.
A miałam zmienić sieć.

*W dzisiejszych czasach wystarczy potwierdzenie słowne. Kiedy mówię, że nie jestem właścicielem numeru, słyszę, że to nie szkodzi, skoro jestem jego użytkownikiem i znam parametry dostępu. Nie dokonuję żadnych zmian abonamentu przez telefon właśnie dlatego, że kiedyś jako trzynastoletnie dziecko aktywowałam jakąś drogą usługę i wtedy byłam wystarczająco decyzyjną osobą!

Pomarańczowa Sieć

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (166)

#47093

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o piekielnym ginekologu przypomniała mi moje pierwsze badanie ginekologiczne.
Będzie rekordowo krótko, w jednym zdaniu.
Chyba utworzę jakąś petycję postulującą prawny zakaz noszenia przez kobiety - ginekologów TIPSÓW.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 674 (754)
zarchiwizowany

#45962

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Odpisując na komentarz do jednej ze swoich historii, przypomniałam sobie swój egzamin na prawo jazdy.
Mam pewien apel. Kiedy już jakiś gamoń postanawia przeciąć główną bez zatrzymania się, mimo, iż do skrzyżowania główną zbliża się inny samochód, to niech już JEDZIE. Owego kierowcę ruszyły chyba wyrzuty sumienia, w związku z czym się zatrzymał. Z końcem maski na wysokości mojego lewego lusterka. Może dwa metry przed moją maską.
Gdybym nie zareagowała odruchowo (i nie miała wolnego pasa) i nie ominęła kretyna lewą stroną, a hamowała, miałabym oczywiście po egzaminie - nie było fizycznej możliwości wyhamowania i uderzyłabym w idiotę.
Zastanawia mnie tylko, czy, widząc "elkę" egzaminacyjną, zrobił to celowo, tak jak barany wbiegające na przejścia dla pieszych? Tylko czy rozwalenie samochodu, byłoby odpowiednią ceną za taką satysfakcję...

egzamin na prawko

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (34)
zarchiwizowany

#45899

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Od października jestem szczęśliwą studentką medycyny na Jednej z Uczelni (JzU). Dostałam się jednak w ostatniej chwili – w połowie września. Do tego czasu więc moje dokumenty spoczywały sobie spokojnie na kierunku awaryjnym na pewnej prestiżowej polskiej uczelni (PPU). Jako, że na JzU nie wymagano oryginałów, a miałam dość sporą drogę do pokonania na jeden i na drugi uniwersytet, pofatygowałam się z kserokopiami na wymarzony lekarski, o PPU odrobinę zapominając. Wiecie, jak jest – zaczęłam już żyć przyszłym spełnianiem marzeń, zaopatrywać się we wszystko, co na studia potrzebne, szukać stancji, co w tamtym terminie nie było już łatwym zadaniem. Warto również wspomnieć, że nie chciałam również zabierać dokumentów nim nie upewnię się, że jestem już zapisana na lekarski, nie dowierzałam w to na początku (ciągle obawiałam się, że zaraz zadzwonią raz jeszcze z informacją, że to pomyłka), a wyjazd 400 km pociągiem to nie jest coś, co się robi z minuty na minutę, zwłaszcza, że ja wówczas jeszcze trzymałam się maminej spódnicy i nigdzie sama nie jeździłam (poszłam do podstawówki w wieku 6 lat, w opisywanym momencie byłam świeżo po osiemnastce, a jako nastolatka faktycznie o nic sama nie musiałam się martwić). W efekcie rezygnację swoją, drogą e-mailową, przesłałam pod koniec września. I wówczas zaczęła się zabawa. Najpierw zostałam ostro „zjechana” przez panią z dziekanatu – w sumie rozumiem, blokowałam komuś miejsce. Przełknęłam. Jako, że wyjeżdżałam już do miasta, w którym mieści się JzU, zostawiłam mojej mamie upoważnienie do odebrania z PPU moich dokumentów. Mama wybrała się tam dwa dni później, aby usłyszeć, że…
No właśnie.
Że upoważnienie trzeciej osoby do odebrania z uczelni dokumentów jest ważne tylko wówczas, kiedy zostaje spisane na owej uczelni w obecności właśnie jej wysokości pani z dziekanatu. Czy ktoś może mi wyjaśnić, po co miałabym upoważniać moją mamę do odbierania moich dokumentów, stojąc sobie obok, popijając kawkę?

Ps. „Poproszono” mnie później (miałam już swoje dokumenty) również o przesłanie odręcznej, z oryginalnym podpisem, rezygnacji. Takiej w formie podania o skreślenie mnie z listy studentów. „Prośba” została napisana z caps lock’iem i kilkoma wykrzyknikami. Dla świętego spokoju to polecenie wypełniłam. Zastanawiam się do dziś, cóż zrobiliby mi, gdybym im tego nie wysłała? Nie daj Boże wyrzuciliby mnie ze studiów…

Ledwo rozpoczęła się moja przygoda ze studiami, a dziekanaty już nie przestają mnie zaskakiwać. Dziekanat JzU to już materiał na osobną (i pewnie niejedną) historię.

pewna Prestiżowa Polska Uczelnia

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (29)