Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Azja

Zamieszcza historie od: 20 marca 2011 - 10:47
Ostatnio: 24 lipca 2020 - 7:47
  • Historii na głównej: 14 z 14
  • Punktów za historie: 4593
  • Komentarzy: 31
  • Punktów za komentarze: 399
 

#86851

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam w pracy takiego jednego rodzynka. Pałęta się między boksami, zagaduje, snuje opowieści dziwnej treści. Wszędzie go pełno. Ciężko się od niego uwolnić, gdy już zacznie monolog, a żeby jeszcze miał coś ciekawego do powiedzenia. Wszelkie próby zakończenia tej, ekm, konwersacji spełzają na niczym. Ale ostatnio przeszedł samego siebie.

Dorwał nową ofiarę w pokoju socjalnym, ponieważ poczuł pilną potrzebę opowiedzenia jak to ostatnio patrzył w lustro i zobaczył dziwne plamki na powiekach. A może na tęczówkach? Albo tu i tu, on zaraz dokładnie wyjaśni. Temat był na tyle fascynujący, że ofiara tocząc błędnym wzrokiem próbowała zwiać. Do boksu - polazł za, nie przerywając ględzenia. No to z powrotem do socjalnego - a gdzie tam, obrót na pięcie i w trop z ofiarą. Osaczony w rozpaczy użył ostatecznego argumentu:

- Słuchaj, muszę na stronę, pogadamy jak wrócę.
- Ależ nie ma problemu, i tak idę w tym samym kierunku.

Gadał idąc korytarzem. Gadał wchodząc do toalety. Gdy ofiara zamknęła mu przed nosem drzwi do kabiny, umilkł tylko na chwilę. Oparł się o drzwi i nawijał dalej...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (152)

#86551

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny lokalny elektryk rodem z PRLu. Trochę długie, ale...

Kupiliśmy z małżonką działkę rekreacyjną i zaczęliśmy się urządzać. Domek udało się postawić własnymi siłami, korzystając z uprzejmości sąsiada od którego pociągnęliśmy kabel z prądem. Ale docelowo przydałoby się własne zasilanie, więc zadzwoniłem pod numer lokalnego elektryka, uzyskany także od sąsiada, żeby rozpoznać temat.

Przyjechał na działkę starszy pan, tak około 70 roku życia. Popatrzył, pokombinował i zaoferował kompleksowe załatwienie spraw - od złożenia papierów w zakładzie energetycznym, po wykonanie kompletnej kabelkologii w domku. Na pierwszy rzut oka - super, prawda?

Ale jak zacząłem drążyć, to coraz bardziej przestawało mi się podobać. Pan elektryk na wstępie podsunął papier do podpisu, że zlecam mu wykonanie robót instalacyjnych i zobowiązuję się do zapłaty. To jeszcze rozumiem, on coś zacznie załatwiać a ja się wypnę, ale żądanie podpisu bez uzgodnionej ceny jest, powiedzmy, przedwczesne. Potem wynikła różnica zdań co do materiałów.

- No to tutaj pociągnie się kabel aluminiowy do domku. 50 zł za metr - zadecydował pan elektryk.
- A nie lepiej miedziany? To raptem 30 metrów, różnica w cenie nie będzie jakaś zabójcza, a dobrze jest mieć miedź - zarzuciłem sucharem.
- Paaanie, miedziany to od razu ukradną! Na złom przetopią! Dołki wykopią co 10 metrów, i będą samochodem za hakiem wyciągać po kawałku! - pan elektryk błysnął fachową wiedzą, chociaż nie ze swojej dziedziny. Ciekawe.
- No a ta tablica rozdzielcza? Czemu nie ma wyłącznika? I przecież mówiłem, że potrzebuję siły, bo będę betoniarkę podłączał...
- A po co wyłącznik! Różnicówką będziesz pan sobie pstrykał. A siła niepotrzebna, po co siła w tak małym domku - pan elektryk wiedział lepiej.
Mała dygresja - różnicówka nadaje się do regularnego (2x na weekend) włączania i wyłączania jak do palenia w piecu. Da się, ale trochę szkoda i drogo, bo trzeba często brać nową. Można testowo "pstryknąć" co miesiąc, i nawet trzeba, ale do regularnego używania no trochę... niebardzo.
- A uziemienie? Do skrzynki rozdzielczej będzie minimum 30 metrów, mam polegać na tym kawałku bednarki co zwykle dają monterzy? Chcę własną sondę wbitą na minimum 8 metrów, tu jest bardzo sucho. Studnię mi niedawno wiercili, to wiem.
- Paanie, pan to chyba za dużo pieniędzy ma, uziomy, włączniki jakieś chce - elektryk przeszedł do kosztorysu - Za pięćdziesiąt złotych za metr zrobię.
- Ale co to znaczy za metr? Za metr kabla 50zł, czy za metr kabla z wykopem, czy całość policzona orientacyjne 50zł za 30 metrów przyłącza plus 20 w domku, czyli 2500zł za komplet? A jaka jest cena za gniazdka i rozdzielnię wewnątrz? I odbiór?
- No, 50 za metr.
- Podaj pan cenę ostateczną, za całość, bo chcę mieć to jasno zapisane w umowie.
- No mówię, 50 za metr.
I gadaj tu z takim.

Przez kwadrans próbowałem ustalić cenę. Nie udało się. Zacząłem z innej beczki.
- No dobra, a którędy pójdzie przyłącze i gdzie stanie skrzynka na granicy działki?
- A tutaj - i pan elektryk pokazał gęsty szpaler sosenek, częściowo po mojej stronie, a częściowo w pasie drogowym.
- Te drzewa się wytnie, żeby moja mała koparka mogła przejechać.
No chyba go obesrało, pomyślałem z westchnieniem.
- Nie zgadzam się na wycinanie żadnych drzew - oświadczyłem z naciskiem - nie ma innej możliwości?
- Paaaanie, co wy wszyscy z tymi drzewami! Wyciąć w cholerę, kwiaty posadzić! Drzewa to tylko liście gubią!

Ta, zwłaszcza sosny. Dosyć. Trzeba inaczej.
- Wie pan co? To ja sam pociągnę ten miedziany - podkreśliłem - kabel od skrzynki i zrobię instalację w domku, tyle to potrafię. Tablicę rozdzielczą też umiem zaprojektować i pozapinać zgodnie ze swoimi wymaganiami, ale nie mam uprawnień do odbioru i sprzętu do pomiarów. Ile za przejrzenie instalacji, pomiary i podpisanie odbioru?

Pan elektryk osłupiał, a ja poczułem się przez moment jak w anegdotce Tuwima o tandetnie zblindowanej droselklapie.
- Paanie (to "paaanie" już mocno drażniło), paaanie, ja wygrałem przetarg na roboty przyłączeniowe na tym terenie, pan musisz mnie wziąć do tego, bo i tak dostanę zlecenie na przyłącze!
- Na przyłącze od słupa do skrzynki - to się zgadza, wiem, że Zakład ma podpisane umowy z wykonawcami i Pan może nim być. Ale wewnątrz działki to już przecież każdy elektryk z uprawnieniami może robić - zanegowałem - to już nie elektrownia wyznacza, tylko inwestor.
- Paanie, (krwa...), kto panu takich głupot naopowiadał? Na tym terenie tylko ja robię instalacje - w głosie pana elektryka zabrzmiała nuta dumy lokalnego monopolisty. I groźby.
- No ale to dla pana i tak interes, bo materiał mój, robota moja, a pan tylko sprawdza wykonanie i przystawia pieczątkę jeżeli będzie dobrze. To ile za samo sprawdzenie i odbiór?
Pan elektryk zamyślił się na dłuższą chwilę.
- Czterysta.
- Z pomiarami?
- Paaanie (krwa...x2), pomiary, po co pomiary?
- Do ubezpieczenia - wyjaśniłem - są wymagane, jak ma obejmować pożar od instalacji elektrycznej.
- Z pomiarami to sześćset, ale ja żadnych pomiarów nie będę robił, bo mi to się nie opłaca (?) tylko papier podpiszę.
No ładnie, pomyślałem. Chcesz się podpisać pod niepomierzoną instalacją, twój problem. No mój trochę też, ale ja swoich uprawnień nie ryzykuję.
- No i dwieście za złożenie papierów w Zakładzie. Ja dla nich od czterdziestu lat robię, to przyjmą od razu. Bo inaczej to będzie trwało nawet sześć miesięcy albo odrzucą wniosek i każą brać prąd budowlany. A poza tym i tak tylko ja moge złożyć papiery, bo wygrałem przetarg - przypomniał.
- Czyli razem osiemset złotych? - upewniłem się (i więcej cię nie będę musiał oglądać, dodałem w duchu).
- No tak... - zawahał się - ...netto. No i jeszcze za projekt... to osobno.
O. Ty. Pazerny. Chamie.
- OK, zastanowię się, bo może jeszcze altanę postawię i też będę chciał dociągnąć prąd, to projekt się zmieni - dałem mu na odchodne nadzieję, chociaż zdecydowałem że nie będzie żadnego interesu - dam znać jak już będę gotowy. No to chyba na dzisiaj koniec. Do widzenia się z panem.

Pan elektryk zawinął się, pozostawiając papiery do podpisu (oczywiście bez ustalonej ceny), zabrał na wpół wypełniony wniosek do Zakładu Energetycznego (bez mojego podpisu) i pojechał w siną dal. A ja rzuciłem się do komputera w celu zasięgnięcia informacji o procedurze w Zakładzie Energetycznym.

(Tutaj wchodzi przebitka z płynącymi chmurami, zegarem i spadającymi kartkami z kalendarza. Znaczy się - minęło trochę czasu)

Wniosek złożony. Nie była to wiedza tajemna, wsparł mnie przy tym zupełnie inny fachowiec polecony przez szwagra. Zakład Energetyczny wniosek przyjął, po niezbyt długim czasie dostałem mapkę z umiejscowieniem przyłącza - całkiem gdzie indziej, niż pan elektryk planował, więc sosenki ocalały. Po kolejnym niezbyt długim czasie pojawiła się skrzynka. Może i firma tego buca ją stawiała, ale to już było dla mnie nieważne, ważne że stanęła. Wykopałem 30 metrów rowu, położyłem uczciwą miedź. Zrobiłem instalację w domku wg zaleceń fachowca, wbiłem sondę do uziomu, elektryk obejrzał, pomierzył, pochwalił i przybił pieczęć. Zainkasował... 400zł. Po dwóch tygodniach z szumem i świstem popłynął prąd. Na pohybel lokalnemu elektrykowi, który urodził się w poprzedniej epoce - i umrze też w poprzedniej epoce.


PS. W tak zwanym międzyczasie zadzwoniłem do buca, żeby go poinformować, że ma się, delikatnie mówiąc - walić. Przyjął to źle. Zarzucił mi, że go okłamałem że będę robił sam instalację, bo on przejeżdżał niedawno i widział ekipę trzech facetów, która mi dach kładła, więc pewnie i elektrykę zrobili bo ja nie umiem (gwoli ścisłości, mógł widzieć tylko mnie i moją osobistą córkę, jak kładliśmy dachówkę bitumiczną - trochę to daleko do widoku trzech facetów, nieprawdaż?). Krótko mówiąc, strzelił przepięknego focha, że jestem oszust i dusigrosz, i jeszcze będę go po rękach całował. Już pędzę z całuskami.

PPS. Miałem dawno temu uprawnienia SEP do 1kV - wygasły, bo nie korzystałem, no i przepisy się zmieniły, ale wiedza została. Dlatego bez obaw mogłem robić instalację.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (167)

#86444

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do #86442, o absolutnym zapóźnieniu polskich urzędów w kwestii korzystania z nowoczesnych technologii.

Dotarło niedawno do mojej firmy pismo od Ministra Cyfryzacji czy też Spraw Wewnętrznych na temat zagrożenia cyberatakiem - w sumie dla historii nieważne skąd i o czym. Ważne jest, że pismo zostało przesłane do nas mailem. W sumie i tak dobrze, ze nie faksem.

Dla niezorientowanych - podpis cyfrowy to coś na kształt "opakowania" pliku PDF czy Worda, gwarantujące, że nikt w nim nic nie zmienił, oraz że podpisał je faktycznie właściciel tegoż podpisu cyfrowego. Co jest do zweryfikowania - klika się w odpowiednim miejscu "weryfikuj podpis" i pokazuje się ścieżka: podpisał Jan Kowalski, którego tożsamość potwierdza wystawca jego certyfikatu np. Sigillum, którego tożsamość potwierdza Narodowe Centrum Certyfikacji. Ot, taka ścieżka "podpis jest ok, bo ważniejsi od niego to kolejno potwierdzają, a ten na końcu to jest wiarygodny z mocy ustawy".

Pod warunkiem, że jest gdzie kliknąć.

Do nas dotarło pismo w postaci pliku PDF, z widoczną wstawką "podpisano cyfrowo przez X.Y, aktualnie Ministra Spraw Wewnętrznych i Niewdzięcznych". Ale nie - to nie był oryginalny podpisany plik, który mógłbym sam sobie sprawdzić. To był chamski skan wydrukowanego wcześniej dokumentu, z przybitą zajebiaszczą pieczątką o treści "potwierdzam zgodność z podpisem cyfrowym" i parafką jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego urzędnika, w dodatku z innego ministerstwa.

Gdzie sens, gdzie logika - jak mawiał Jasio z dowcipu. Podpis cyfrowy jest właśnie po to, żebym mógł osobiście potwierdzić, że plik faktycznie podpisał Minister. Skan wydruku nie jest wiarygodny, mimo nawet stu pieczątek krzyczących że jest. To jaskrawy przykład kompletnego niezrozumienia jak to wszystko działa. Ale urzędnik nie jest od tego, żeby myśleć, on ma procedurę napisaną przez innego urzędnika. Lokalnych informatyków raczej nie pytali o co chodzi z tym podpisem, bo to nolife'y których nikt nie rozumie. I takie są efekty.

A urzędnik zamiast stawiać pieczęć i parafkę, powinien oryginalnego PDFa od Ministra po prostu przesłać dalej mailem do zainteresowanych. Każdy odbiorca sam otworzyłby je w Adobe Readerze, wyskoczyłby od razu komunikat "plik podpisany cyfrowo - czy zweryfikować podpis?" I wtedy wszystko byłoby jasne, czy to faktycznie Minister podpisał. Ale nie, pieczęć jest bardziej wiarygodna. Nadal, niestety...

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (151)

#85887

(PW) ·
| Do ulubionych
Zasłyszane w niedzielę na ulicy.

Wywiad w terenie - ekipa jakiegoś radia otoczyła faceta koło czterdziestki i podsunęła mikrofon pod nos:

- Dzień dobry, widzę że nie ma pan serduszka na kurtce, czy może pan zdradzić, czy wspomógł Orkiestrę w tym roku?

- Nie wspomogłem.

- Czy to dlatego, że jest nie podobają się panu poglądy Jurka Owsiaka? Albo sama jego osoba? Czy raczej dlatego że uważa pan, że pomoc charytatywna powinna być realizowana wyłącznie przez Caritas? A może jest pan zdania, że pieniądze na leczenie powinny pochodzić wyłącznie ze źródeł państwowych?

- Nie, nic z tych rzeczy. Ja jestem po prostu skąpy.

I, korzystając z chwilowego zawieszenia się pani redaktor, facet ruszył w dalszą drogę.

wosp

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (239)

#83157

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedaleko pada... ale od początku.

Od kiedy pamiętam, nie znoszę aktorstwa. To znaczy - w moim wydaniu. Obojętnie, czy to była recytacja na apelu, przedstawienie ku czci czy inny teatrzyk szkolny, po prostu nie mogłem, nie chciałem i nie potrafiłem. I już. Trochę było z tego powodu problemów, bo miałem wychowawczynię z gatunku tych, którym się nie odmawia, o ile nie chce się być martwym. W każdym razie zmusić się nie dawałem - i nigdy nie dałem.

Pamiętam też, jak kiedyś już w liceum padł pomysł na przedstawienie, udział miała brać cała klasa. Każdy miał dostać rolę i to nie jako krzak w dekoracji, tylko dość zaawansowaną. A przynajmniej kilka zdań. Spiritus movens i reżyserem w jednej osobie była jedna z koleżanek, osoba pozująca na mocno uduchowioną, subtelną, marząca o karierze teatralnej, ale jednocześnie przekonana o swej nieomylności. Wypisz wymaluj młodsza wersja wychowawczyni z podstawówki. Zero sprzeciwu, bo kęsim.

Konfrontacja nadeszła szybko i nieubłaganie.

- To twoja rola, naucz się na pojutrze. Pamiętaj o treningu ekspresji, bo masz wymagającą scenę, musisz dać z siebie wszystko.
- Nie ma mowy. Nie będę grał, bo to dla mnie męka. Mogę dekoracje zrobić albo coś, ale na scenie mnie nie zobaczysz. Nie będę z siebie małpy robił.
- Czyli że ja, on i wszyscy - tutaj dramatyczny gest w kierunku klasy - robią z siebie małpy? Tak nas widzisz? Jakim prawem tak mówisz?! Każdy chce być aktorem, a ty co?! Myślisz że jesteś lepszy od innych?!!!
- Jeżeli się czujesz jak małpa, to owszem, ale w sumie nie wiem, jak tam u ciebie. Ja w każdym razie dokładnie tak się czuję, gdy mam udawać kogoś, kim nie jestem. Taka skaza charakteru.

Sprzeciw? Wobec niej? Niesamowite. Furia wypełzła najpierw na twarz, potem na język. Powtórzyć dokładnie już nie potrafię, w każdym razie dowiedziałem się kilku nieprzyjemnych rzeczy o swym pochodzeniu gatunkowym, braku duszy i jeszcze kilku rzeczach pobocznych, acz dotkliwych. Dołączyło też jej wierne stadko aktorów in spe. Nie dałem się zakrzyczeć, więc zrobiło się ciekawie. W końcu do dysputy włączył się anglista, pod którego światłym nadzorem miała się odbyć cała ta heca.

- Będziesz grał, nie wyłamuj się z kolektywu.
- Nie.
- Chcesz dostać ocenę niedostateczną?
- Go ahead, make my day, p... (przy "punk" już ugryzłem się w język).

Angliście po tym tekście oko nawet nie zadrżało, chociaż uszy spłynęły szkarłatem. Sytuacja oparła się o dyrekcję, bo uczeń twardo odmawiał wykonania polecenia. I tutaj zwarte teatralne szeregi doznały porażki, bo dyrektorka machnęła ręką: "Nie chce grać, to po co go zmuszać? Póki co kółko teatralne to zajęcia pozalekcyjne. Poza tym jesteście klasą mat-fiz, a nie teatralną, nie ten profil, dajcie mu spokój". Potem dowiedziałem się, że też szczerze nie cierpiała publicznych występów. Zwalała ten obowiązek na zastępcę.

A czemu w ogóle o tym piszę?

Dzisiaj córka przyniosła w dzienniczku wezwanie wzniosłej treści: "Uczennica odmawia udziału w przedstawieniu realizowanym wspólnymi siłami przez klasę. Twierdzi, że Pan na to pozwoli i nawet pochwali jej nieodpowiednie zachowanie. Proszę o interwencję i wytłumaczenie córce, że udział w przedstawieniu jest jej obowiązkiem, a także dobrą zabawą i pozwoli rozwinąć pozytywne cechy charakteru".

Konfrontacja w szkole umówiona na pojutrze, nie mogę się doczekać. Znowu czuję się młody.

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 308 (352)

#81528

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałem perypetie z faksem w #81526, no to swoje też dorzucę.

Nie tak dawno, bo w 2008r. czekałem aż z centrali przyjdą nowe kody towarów, żebym mógł je umieścić w programie magazynowym. Trochę ich było, bo około 200.

No i są. Dostaję telefon od pewnej bardzo miłej pani w oddziale, że właśnie dostała je mailem. Ok, poproszę. I w tym momencie wycięło mnie z kapci.

- To ja je wydrukuję i puszczę Panu faksem.
- Eee? I będę je przepisywał z kiepskiej kopii? 200 pozycji? Poproszę tego oryginalnego maila, ma Pani przecież do mnie namiary. Wie Pani jak zrobić forward?
- No dobrze...

I dostałem. Mail, w nim plik doc, w docu zeskanowany, wydrukowany wcześniej spis kodów. Że też jej się chciało...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (184)

#81408

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowiastka pod tytułem "Uwielbiam straż miejską czyli hoplofobia poziomu żenującego".

Posiadam broń. Długą, palną i śmiertelnie niebezpieczną - jeżeli jest załadowana, przeładowana i stoi się po niewłaściwej stronie lufy. Tyle że taka sytuacja występuje wyłącznie na strzelnicy - oczywiście poza stawaniem przed lufą. W pozostałych przypadkach to narzędzie jest rozładowane, schowane w pokrowcu i co najwyżej może stłuc paznokieć, gdy spadnie na stopę. Niestety, według dzielnych strażaków miejskich, broń ma to do siebie, że zabija wszystkich w okolicy samą swoją obecnością. A tych, co przeżyją - zabija jeszcze raz, gwałci i potem znowu zabija.

Wracałem wieczorkiem, samochodem, ze strzelnicy, broń w pokrowcu zalegała na przednim siedzeniu, drzwi zablokowane centralnym zamkiem. Zatrzymałem się przed skrętem w uliczkę osiedlową, żeby przepuścić wolno drepczący patrol SM, sztuk dwie, płeć męska. Przechodząc przed maską jeden z nich odruchowo zajrzał do środka. Natychmiast obrócił się do kolegi i zaczął coś gardłować i pokazywać w moim kierunku. Ponieważ byłem zajęty kręceniem kierownicą, nie zwróciłem na to zbyt dużej uwagi, lecz ruszyłem i po przejechaniu może dwudziestu metrów zaparkowałem przed domem. Wysiadam i...

- Nie ruszaj się! - słyszę nagle wrzask zza pleców. Najpierw odruchowo skamieniałem, potem odwracam się i zobaczyłem dwie ciemne sylwetki biegnące w moim kierunku. Ponieważ jestem bardzo wyczulony na punkcie swojego bezpieczeństwa - zwłaszcza gdy przewożę broń - odchyliłem kurtkę, ukazując pistolet w kaburze przy pasku.

Tutaj mała dygresja dla osób nieobeznanych z tematem. Posiadacz pozwolenia sportowego może legalnie nosić załadowaną broń w miejscach publicznych, w sposób nie ujawniający jej posiadania. Czyli np. w kaburze przylegającej do ciała, ukrytej pod kurtką, wewnętrzną za paskiem, albo schowaną pod pachą - byle nie afiszować się jak kowboj z coltem na biodrze. Dokładnie reguluje to ubojka, czyli ustawa o broni i amunicji, oraz odpowiednie rozporządzenia MSWiA. A zdrowy rozsądek zaleca posiadanie załadowanej broni krótkiej do ochrony przewożonej, a rozładowanej broni długiej. Zwłaszcza gdy jest jej dużo - zdarzyła się próba odebrania karabinków wiezionych na zawody. Tutaj, co prawda, występował tylko jeden karabin w pokrowcu, ale liczy się zasada. Koniec dygresji, wracamy do opowieści.

Dwóch strażników wyhamowało prawie w miejscu i, z bezpiecznej odległości, zaczęło się:

- Co jest w samochodzie?! Nie dotykaj rewolweru(?), ręce na widoku!

Chłopakom ewidentnie włączył się hollywoodzki scenariusz. Szkoda tylko, że ich wrzaski nie były poparte dwoma lufami wycelowanymi w moją stronę, bo bez tego scena mocno traciła na wiarygodności. Gdy już zidentyfikowałem, że to nie dwa dresy chcą mi skroić samochód lub broń, odczułem dużą ulgę. Zakryłem kaburę, po czym z głupia frant łagodnie zapytałem:

- Stało się coś?

Nic innego mi nie przyszło do głowy, ale w tej sytuacji to była maksymalnie inteligentna wypowiedź, na jaką było mnie stać. Odpowiedź mocno mnie zdziwiła:

- Gleba! Na glebę! Kładź się! Rzuć broń!

Popatrzyłem pod nogi na opluty chodnik i już ze spokojem wycedziłem:

- Sam się kładź. Może byś mnie najpierw o pozwolenie zapytał, bara... strażniku miejski? To legalna broń, mam książeczkę przy sobie. Pokazać?

Strażniki pohamowały słowotok. Najwyraźniej dotarło do nich, że tym razem nie trafiły na bandytę z nielegalną klamką i nie zginą od razu jak poprzednim razem, więc już z mniejszym natężeniem decybeli zaczęli mnie rugać:

- Dlaczego pan ma broń w samochodzie i przy sobie? Nie wolno nosić broni na ulicy! To jest przestępstwo! Dokumenty! Tylko spokojnie i proszę nie dotykać broni! Co jest w samochodzie?

- Kałasznikow. A bo co?

Wręczyłem dowód osobisty i okazałem z daleka czerwoną książeczkę posiadacza broni. Nie chciałem się potem tłumaczyć ewentualnie wezwanej Policji, gdzie się podział ten dokument i dlaczego jest w kieszeni u strażnika, a nie u mnie. Po czym nastąpił dalszy ciąg tyrady. Nie będę jej dosłownie przytaczał, ale sens był taki: popełniłem przestępstwo; nie mam prawa nosić broni w miejscu publicznym; broń musi być przewożona w bagażniku; nie mam prawa transportować jej z domu, tylko muszę ją przechowywać na strzelnicy; broń nie może być załadowana; cywil nie może mieć kałasznikowa; nie wolno mieć naboi w magazynku, a broń musi być w pudełku, nie w kaburze (o, coś zaświtało, ten chyba czytał rozporządzenie - szkoda, że zdezaktualizowane od 2014 roku); broń może wystrzelić i będą dziesiątki ofiar!

Z całej tej tyrady sprzecznych bałwaństw tylko ostatnia rzecz trochę pokrywała się z prawdą, reszta to stek bzdur. Uświadomiłem panów, że kałasz jest rozładowany, więc nie ma bata, nie wystrzeli - a nawet jeśli zdarzy się cud, to zrobi dziurkę w dachu, a nie w przechodniach. Pistolet nie ma naboju w lufie (wiem, że są dwie szkoły noszenia - falenicka i otwocka), więc też wymaga pewnego manualnego zaangażowania przed rozpoczęciem masakry. Niestety, nie dotarło. Broń sama strzela, broń na ulicy to przestępstwo i konfiskata. W sumie - winien, pod ścianę, ostatni papieros, zakryć oczy? Tylko pan pożyczy spluwy, bo pluton egzekucyjny swojej nie ma.

- To ja poproszę o wezwanie Policji, skoro panowie boją się niekaranego, uczciwego obywatela z legalną bronią. Który w dodatku nie łamie w żaden sposób prawa, tylko wy jesteście niedouczeni - zaryzykowałem lekką obelgę.
- Oj, wezwiemy! Zobaczysz!
- Pożyczyć telefon?

Patrol pojawił się tempie ekspresowym - chyba zadziałało słowo-klucz "broń". Dzień dobry, co się tutaj dzieje, dowód poproszę. Panie strażnik, pan odda ten dowód! PESEL, baza danych, ile ma pan sztuk przy sobie? Gdzie reszta? W szafie S1, a gdzie ta szafa, a, za naszymi plecami (staliśmy pod moim domem). Obejrzeli książeczkę, chcieli odczytać numery z broni, ale zaczęło się robić ciemno. A na której strzelnicy pan był? Wpisał się pan do książki, czy mamy sprawdzić? A, no to nie ma sensu im d… zawracać. Przepisy pan zna? Wszystko w porządku, można iść. A właściwie to panom strażnikom o co chodziło?

I po wysłuchaniu długiej listy zarzutów jeden z policjantów nieparlamentarnie parsknął śmiechem. Drugi dał radę, chociaż widziałem, że było mu cieżko. Chyba był starszy stopniem, to i pewnie doświadczenie z kontaktach ze SM miał większe.

Zabrałem graty z samochodu, pożegnałem się z policjantami, ostentacyjnie ignorując strażników. Już z okna widziałem, jak jeden z policjantów coś im tłumaczy, a oni machają łapami. Ciemno już było, ale mam nieodparte wrażenie, że wyraz politowania dłuuugo nie schodził z twarzy starszego policjanta. Ubolewał pewnie srodze na stanem wiedzy prawnej reprezentantów tej jakże światłej, miejskiej formacji mundurowej. Mam nadzieję, że nie bardzo pojechał im po niebieskich pagonach, bo nie będę miał życia na dzielnicy, jeśli zechcą mścić upokorzenie.

straż miejska

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (236)

#78118

(PW) ·
| Do ulubionych
Zebrałem właśnie głośny i solidny opierdziel od koleżanki z pracy. A za co? Za niewinność, jak zwykle, panie władzo...

Trochę mnie drapie w gardle, więc zrobiłem sobie w wysokiej szklance fervexa czy innego terafluta z gorącą wodą. Przyniosłem z zaplecza, postawiłem na biurku i odwróciłem się do kompa. Koleżanka pomyślała chyba, że to jakiś napój gazowany, złapała za szklankę i pociągnęła solidny łyk :)

Po czym dowiedziałem się, że jestem nienormalny, żeby takie zasadzki urządzać, że ona się poparzyła! I co to w ogóle jest, takie gorzkie, że jestem poje....., żeby to pić!
Ręce opadają...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 291 (301)

#76908

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracałem dzisiaj z pracy autobusem. Obok mojego siedzenia ustawiła się czwórka młodzieży i dosyć głośno informowała współpasażerów o szkolnych perypetiach.

W szczególności tak wielce interesujących jak to, że gdy jeden się upalił, to zdemolował gablotkę. I zwalił winę na innego. Albo że taka jedna to lizała się na zielonej szkole, ale ponieważ była napier.., przepraszam, nietrzeźwa, to nie poczuła, że jej amant zaliczał właśnie zgon i nie stanął(!) na wysokości zadania, a te głupie opiekunki to myślały, że oni w szachy grają. Oraz inne szkolne opowieści pełne treści, plugawej i plugawie podane, bez skrępowania. Choć jedna z dziewczyn czasem zerkała na mnie i mojego sąsiada z krzesełka, czy aby nie zamierzamy interweniować po szczególnie głośnej i soczystej kłerwie. Sądząc z błysku w oku, chyba tylko na to czekała.

Z pewnych podanych szczegółów zidentyfikowałem do której to placówki edukacyjnej owa młodzież uczęszcza. Zwłaszcza gdy padła ksywka mojego znajomego, który ma nieszczęście tam nauczać. Ponieważ musiałem już wysiadać, nie odmówiłem sobie drobnej przyjemności.

- Przepraszam - rzuciłem wstając. Zero odzewu, blokada wyjścia.
- PRZEPRA…szam - decybele podziałały, stadko się rozstąpiło. Zszedłem pomiędzy, ekhm, te dzieci, poprawiając plecak. Czekając na otwarcie drzwi z lekka rzuciłem w przestrzeń:

- Wesoło macie w tym [slangowa nazwa własna szkoły]. I nikt was nigdy nie złapał na jaraniu tego drugiego? Janek Kowalski (wzmiankowany wcześniej kolega) mi mówił, że prawie kiedyś dorwał jakieś towarzycho z zielem, ale prysnęli.

Tutaj nastąpiło pewne zaskoczenie, stadko umilkło, popatrując na mnie z ukosa. Drzwi się otworzyły, obróciłem się na pięcie i dobiłem na koniec:

- Fajnie będzie sobie jeszcze pogadać, bo Janek prosił mnie o zastępstwo. Do zobaczenia na matematyce po feriach. A ciebie, Kosa (podłapana ksywa jednego z grupki), to sobie zapamiętałem. Gablotkę naprawisz.

I żwawym krokiem opuściłem busik, w którym zaległa gęsta cisza.

komunikacja_miejska

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 432 (476)

#74726

(PW) ·
| Do ulubionych
Posiadam od dawna numer na prepaidzie u jednego z operatorów, z dość archaiczną taryfą. Doładowuję co 3 miesiące po 50 zł aby przedłużyć ważność, a zwykle zostaje mi jeszcze kilkuzłotowa górka - mało dzwonię, głównie odbieram telefony. Transfer danych na poziomie 50MB miesięcznie. Można uznać, że średnio płacę 15 - 17 zł co miesiąc. Proste i zrozumiałe? Może dla mnie i dla Was, ale już nie dla pełnych entuzjazmu i zaangażowania pracowników call center.

Dzwonią regularnie co miesiąc. Za każdym razem specjalnie powołany zespół analitycznych dziewic i marketingowych jednorożców przeanalizował dogłębnie moją historię zasileń, odprawił modły nad bilingiem i w zamian przez bogów GSM zesłana została unikalna oferta. Przepraszam, OOOFERTAAAAA (tak to brzmi w słuchawce). Darmowe połączenia do wszystkich! SMSy same się piszą! Jeden giga internetu o najwyższej prędkości, czystości, przejrzystości i szczelności! Właściwie powinienem od razu paść na kolana i zapłakać ze szczęścia, zwłaszcza że standardowym tekstem jest "Zaledwie 30 zł miesięcznie! Obniży Pan znacząco zasilenia, to wyyyyyjątkowo korzystna oferrrta! To na który adres mam wysłać kuriera?"

Nie rozumiem. Kto tu jest durniem? Ja byłbym na pewno, gdybym zgodził się podpisać dwuletni cyrograf za dwa razy większą kwotę. To może są nimi dziewice, które przygotowały ofertę bez spojrzenia w historię konta? A może jednorożce, które każą biednym ludzikom z przyczepionymi słuchawkami wciskać kit, że "specjalna oferta, specjalnie dla Pana, dogłębna analiza"? No, chyba że jednak durniami są ludziki z call center, które nie ogarniają mnożenia i dzielenia w zakresie do 100.

Za każdym razem informuję, że interesowałaby mnie ta oferta, ale za cenę 12 zł co miesiąc. No, niech stracę, 14 zł. I już klika razy usłyszałem "Ale dlaczego nie? Przecież to zaledwie 30 zł, teraz płaci Pan więcej, przecież zasila Pan po 50 zł?" Kogo oni tam sadzają na tych słuchawkach, że 50 zł co kwartał to dla nich więcej niż 30 zł co miesiąc? Pewnie taką jedną panią znaną z YT, co zażyczyła sobie pokrojenia pizzy na osiem kawałków, a nie dwanaście, bo dwunastu nie da rady zjeść. Ręce opadają.

call_center

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 276 (312)