Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Bananananana

Zamieszcza historie od: 12 maja 2020 - 7:21
Ostatnio: 29 listopada 2022 - 8:43
  • Historii na głównej: 15 z 16
  • Punktów za historie: 1661
  • Komentarzy: 23
  • Punktów za komentarze: 172
 

#89816

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mam sąsiadkę, która mnie mocno wkurzyła.

Mały rys sytuacyjny: Mieszkanie, które zamieszkuję jest prawną własnością moich rodziców, którzy również w tym samym mieście posiadają dom jednorodzinny. Dom rodzinny zazwyczaj odwiedzam w weekend.

Wracam z pracy (coś koło wtorku) i na klatce dopada mnie sąsiadka. Mówi coś o uchwale i petycji do podpisania (warto zaznaczyć, że sąsiadka owa jest emerytką, która we wszystkim widzi próbę wyłudzenia od niej pieniędzy), że ona się nie zgadza na takie warunki bo to złodziejstwo itp. Jednocześnie mówiąc mi abym podpisała jej petycje, że zgadzamy się na remont ale nie takim kosztem (nota bene cena za remont w uchwale nie byłą wygórowana, ale inflacja i cała reszta robi swoje). Zmęczona po całym dniu odpowiadam, że mój podpis i tak nie ma mocy prawnej. I na odczepne zgadzam się zanieść petycje rodzicom, a że tym razem jadę do nich w niedzielę, to w sobotę wieczorem sąsiadka ma przyjść i mi owo pisemko zostawić.

Sobota. Wróciłam do domu o 17:40 (aż specjalnie sprawdziłam na gogle timeline). Dobija już 22:00, sąsiadki jak nie było tak nie ma. Myślę, że może zdążyła już zgromadzić interesująca ją liczbę podpisów, albo ktoś jej wytłumaczył, że w ten sposób nigdy remont się nie odbędzie.

Niedziela. Źle się czuję. Robię test i wynik pozytywny. Zostaję w domu.

Poniedziałek. Pracuje zdalnie, siedzę z milionem posmarkanych chusteczek i słucham przepychanki na spotkaniu pomiędzy naszym PM a PM firmy która ma dla nas coś wykonać. Słyszę jakieś nieśmiałe pukanie do drzwi. Drzwi mam mocne więc nawet jakbym krzyczała nic nie byłoby słychać na korytarzu ( sprawdziłam to już przy docinaniu blatu do kuchni, przy zamkniętych drzwiach nie było nic słychać na klatce). Uchylam delikatnie drzwi, a tam sąsiadka (S) od razu.
(S) - Dlaczego nie było cię w sobotę w domu?!
(J) - Wieczorem byłam. Proszę się nie...
(S) - Umawiałyśmy się że będziesz, a Ciebie nie było!!
(J) – Proszę się nie zbliżać, mam covid, nie chce Pani zarazić.
(S) – Bezczelna jesteś! Powinnaś od razu przez drzwi krzyczeć! W sobotę Cię nie było pukałam. Mam na to świadków!
(J) - Po 18 byłam. Do widzenia. – Zamknęłam drzwi

Jak pisałam wcześniej mam solidne, dźwiękoszczelne drzwi. Jeżeli pukała tak jak teraz to mając włączony telewizor lub drzemiąc nie byłabym w stanie tego usłyszeć. Przy drzwiach znajduje się dzwonek, który mogłaby nacisnąć, lub też posiada ona mój numer telefonu (mieszka dokładnie pode mną, więc na wypadek zalania).

Oceńcie sami kto był piekielny.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (126)

#89919

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Losując historie natrafiłam na taką o faworyzowaniu dzieci nauczycieli. Mam co do tego mieszane odczucie dlatego opiszę moje doświadczenie.

W gimnazjum byłam w klasie w której była aż 2 dzieci nauczycieli z tej samej szkoły. Przemek (imię zmienione) syn historyczki i Karolina (imię zmienione) córka polonistki. Oczywiście, ani ta historyczka, ani ta polonistka nie prowadziła naszej klasy.

Karolinka była prymuską, z każdego przedmiotu musiała mieć 5 lub 6. Potrafiła 3-4 krotnie podchodzić do tego samego sprawdzianu z którego dostała 4 aby końcu zdobyć 5, tutaj ważne, że dla reszty klasy była tylko jedna próba, ewentualnie druga przy ocenie niedostatecznej. Karolinka często miała naciągane oceny np. przy średniej w okolicach 4,2 dostawała 6 . Często przy odpytywaniu dostawała łatwiejsze pytania. Gdy raz, nazwijmy ją, Patrycja pokłóciła się z Karolinką (normalna nastoletnia kłótnia, żadnych wulgaryzmów, po prostu Patrycja wprost zarzuciła jej faworyzowanie), mieliśmy pogadankę z psychologiem na temat „dlaczego to dyskryminujemy Karolinkę”.

Przemek był typem sportowca/klasowego śmieszka. Oceniany był tak samo jak reszta klasy, czasem nawet surowiej „bo on powinien to wiedzieć”. Nigdy nie miał naciąganych ocen. Jak chciał coś od nauczyciela to nie wysyłał swojej mamy, tylko sam tak jak reszta prosił o kolejną szansę, czy też przełożenie terminu. Argument jego mamy był przez nauczycieli wykorzystywany jako taka szybsza uwaga w dzienniku do dyscyplinowania Przemka.

Podsumowując jednocześnie spotkałam się dwoma różnymi podejściami stosowanymi przez tych samych nauczycieli. Co jest przyczyną takiej rozbieżności ? Tego niestety nie wiem.

nauczyciele

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (142)

#89898

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na początku pragnę zaznaczyć, iż ten tekst nie ma na celu krytykować ani obrażać czyiś uczuć lub poglądów religijnych, a jedynie przedstawić moje doświadczenia na tym polu.

Moi rodzice byli religijni choć nie do przesady. Zawsze co niedziela i w święta do kościoła. Babcia, która razem z nami mieszkała dodatkowo uczęszczała na wszelkiego typu różańce, roraty, drogi krzyżowe itp. Mnie od dziecka też ciągali do kościoła, czasem z rodzicami, czasem z babcią. Tyle że dla mnie to byłą tortura. Nigdy tego nie czułam. Rodzice i babcia wielokrotnie mi tłumaczyli że „Bozia patrzy i trzeba chodzić”, „Tak trzeba”, „Jak to tak nie odwiedzić Boga raz w tygodniu?”, „Jak będziesz niegrzeczna to Pan Bóg się pogniewa i trafisz do piekła”. Niby nic takiego strasznego, ale w świecie 4-7 latka ma to inny wydźwięk.

Dobrze pamiętam jak bodajże w 2 klasie szkoły podstawowej na religii był temat stworzenia człowieka, nie pamiętam teraz czy poruszony przez kogoś a propos homilii wygłoszonej na mszy niedzielnej czy temat z katechizmu. Jednak Pani Katechetka zaczęła nam opowiadać dobrze znaną wszystkim historię o stworzeniu człowieka, w pewnym momencie podniosłam rękę i się zapytałam jak to możliwe skoro pochodzimy od małp, a ewolucja człowieka trwała o wiele dłużej (zawsze lubiłam programy Discovery i tym podobne). Katechetka na to odpowiedziała coś w stylu „ Dziecko kto ci takich kłamstw naopowiadał? Czy ty widziałaś u kogoś z nas albo u swoich dziadków ogon jak u małpy? Lepiej się już nie odzywaj.” Przez parę następnych dni cała klasa miała mnie za kłamczuchę i przezywali mnie od małp.

W okolicach bierzmowania dałam się namówić na oazę, cóż, 2 moje najbliższe przyjaciółki zaczęły tam uczęszczać, mówiły ze jest fajnie miło itp. Spróbować nie zaszkodzi. Wytrwałam 4 miesiące tyle co do bierzmowania. Plus był taki, że jako członek oazy byłam zwolniona z egzaminu z modlitw/ katechizmu przed bierzmowaniem. W każdym razie czułam się jak na spotkaniach sekty. „Tylko jedna jest prawda i należy ona do Boga, a każdy kto śmie choćby myśleć inaczej będzie potępiony.” Tym zdaniem można podsumować treści, które mam przekazywano na oazowych spotkaniach. Miało też być miło i przyjaźnie prawda była taka, że to była jedna z najbardziej fałszywych i dyskryminujących społeczności z jakimi się spotkałam.

Szkoła średnia. Potrzeba 18 lat aby się wypisać z religii, chyba że rodzic ci podpisze. U mnie ta druga opcja była niemożliwa, po każdej prośbie następowała odmowa, wielka awantura pod hasłem „Nie tak cię wychowaliśmy” oraz rozległe kary i zakazy zwane szlabanem. Katechetka ze szkoły średniej potrafiła puścić film o „leczeniu” homoseksualnych osób niczym osób umysłowo chorych w 19 /20 wieku. Głosić, że każda kobieta w sukience/spódniczce powyżej kolana trudni się najstarszym zawodem świata i nie należy się jej żaden szacunek. Że źle jak mężczyzna zgwałci kobietę, jednak gdy ta miała na sobie nieprzyzwoity strój (patrz poprzedni przykład) to mężczyzna nie ponosi winy. Że poronienie to zabójstwo. Na początku wdawałam się z nią w dyskusje/ kłótnie które oczywiście skutkowały uwagą o pyskowaniu, ta awanturą w domu i szlabanem.

Do tej pory mam jakiś uraz i niechęć do wszystkiego co z religią związane.

religia

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (188)

#89836

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Opiszę mojego poprzedniego szefa. Na wstępie pragnę zaznaczyć, że prywatnie był on naprawdę wspaniałym człowiekiem, a jako przełożony był bardzo wyrozumiały. Jednak gdyby wszystko byłoby tak pięknie nie byłoby tej historii.

Pracowałam dla naprawdę dużej zagranicznej korporacji na jednym z niższych technicznych stanowisk. Wszystko było cacy, aż „góra” doszła do wniosku, że technicznej części mojego działu nie warto trzymać u siebie. Zapadła decyzja o outsorsingu. Wtedy to przyjechał/przyleciał sobie pewien pan (nazwijmy go Pan X) z ojczystego kraju owej korporacji i zostało obwieszczone, że założona została nowa firma na potrzeby outsorsingu, a Pan X zostanie naszym szefem (jak negocjacje dobrze pójdą). Czas ujawnił parę piekielności:

- Pan X nie mówi ani po polsku ani po angielsku. Jedyny znany mu język to jego ojczysty, oczywiście nam całkowicie nieznany. W efekcie czego rozmowy o przejściu do jego firmy były za pomocą translatora. (Ten język nie jest wymagany przy zatrudnieniu, a gdybym go znała to raczej pracowałabym tam jako tłumacz na o wiele wyższym stanowisku). Pozytywne jest to, że Pan X szybko rozpoczął naukę angielskiego i po ok 2 miesiącach można było już z nim porozmawiać (choć bardziej to porozumieć) używając prostych zwrotów.

- Pan X nie znał żadnych praw, przepisów, zwyczajów panujących w Polsce. W przypadku pierwszych dwóch pomogło zatrudnienie biura, które prowadziło jego działalność. Zaś w trzeciej kwestii miał szok kulturowy. Uciążliwe było na początku tłumaczenie dlaczego ludzie się tak, a nie inaczej zachowują. (Tutaj chciałabym zaznaczyć iż kultura panująca w Polsce jest w niczym niepodobna do tej z jego kraju).

- Pan X nie miał pojęcia o zakresie naszej pracy. Nie potrafił jasno sprecyzować którymi tematami jaka podgrupa ma się zajmować. Co było bardzo uciążliwe, gdyż miał on tendencję dawać nam zadania do wykonania które były poza naszymi uprawnieniami, czy też niezgodne z posiadanymi przez nas szkoleniami BHP czy zezwoleniami.

- Był roztrzepanym człowiekiem.
Potrafił zapomnieć zrobić przelew z wynagrodzeniami. (Nie było to celowe, bo gdy tylko zwróciliśmy uwagę, że nie dostaliśmy wypłat od razu przy nas wykonał te przelewy).
Zgubić wniosek urlopowy. (Nie robił z tego powodu problemu tylko się nieźle zdziwił, gdy kolega nie przyszedł do pracy, a tydzień wcześniej widzieliśmy jak mu zanosi odpowiednią karteczkę).
Zapomnieć o spotkaniu, które to on ustalił.
Pomylić budynek w którym pracuje (po miesiącu pracy).
I tak dalej. Sytuacje się naprostowała gdy zatrudnił asystentkę/tłumaczkę/kadrową takie combo.

- Rozmowy o pracę dla nowych (planowaliśmy 2 krotnie powiększyć liczbę osób technicznych jak i czas dostępności pomocy technicznej) przeprowadzać na chodniku przed siedzibą firmy, na parkingu, lub na recepcji.

Wytrzymałam tam pół roku. Wychodzę z założenia, że przełożony powinien znać moją pracę i udzielać wskazówek, gdy potrzebuję pomocy z jakimś tematem. Być jakby moim mentorem, przy którym mogę się rozwijać. W nowej pracy nowy przełożony właśnie taką funkcję pełni.

Pan X

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (148)

#89641

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio trafiło się parę śmierdzących historii, które chyba wywołały wilka z lasu, a raczej kupę z ****. Dziś, rano koło 7 wychodzę sobie do pracy, ale gdy tylko otwieram drzwi na klatkę smród niesamowity. Szybko zlokalizowałam jego przyczynę, rozmazane gówno na drugim piętrze po całym korytarzu. Z racji, iż ja z 4 piętra, a blok nie posiada windy musiałam przelawirować między nowo nabytą brązową ozdobą korytarza. Jak będę wracać do domu pewnie będzie ta sama przeprawa.

Sprawca nie złapany, ale znany, to nie pierwszy jego taki wybryk. Akurat na 2 piętrze mieszka pan żulik. Chronicznie bezrobotny i nabąbelkowany gościu, który dostaje mieszkanie komunalne i hajs od naszego państwa za siedzenie na ławce pod sklepem, upijanie się i śmierdzenie. Od jego drzwi zawsze bije ta sama woń, która jego podobnym pozwala utrzymać przestrzeń osobistą w autobusach i tramwajach.

Tylko jadąc do pracy, tak się zastanawiałam dlaczego ja rano muszę wstać i iść do pracy, aby takie ludzkie mendy mogły dostać pieniądze za nic nie robienie i wysmarować wszystko swoimi fekaliami.

żul sra na klatkę

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (207)

#89615

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielno - irytująca polityka Airbnb.
Zachciało mi się wyjechać na wycieczkę, więc trzeba znaleźć jakiś nocleg. Postanowiłam zobaczyć co wyżej wymieniony portal jest w stanie mi zaoferować, gdyż wcześniej już parę razy z niego korzystałam z zadowoleniem. Jednak tym razem cztery litery postanowiłam przewieść własnym autkiem, więc patrzę na dostępne filtry i jest opcja ”Bezpłatny Parking”.

Od razu wyszukuje mi ileś ofert mniej, zrozumiałe. Ja patrzę sobie na mapce bo jednak im bliżej centrum zwiedzanego miasta tym lepiej. Patrzę ciekawą ofertę i BACH „Tego brakuje: Bezpłatny Parking”. Taki sam komunikat na wszystkich innych ofertach. NOSZ KURCZAKOWA TWARZ nie można po prostu napisać, że na danym obszarze wyszukiwania nie ma żadnych ofert spełniających kryteria?

To samo miałam jak w drodze powrotnej szukałam rozpusty w postaci apartamentu/domku/czegoś z jacuzzi.

Podsumowując: wybierasz sobie odpowiadające ci filtry, dostajesz ileś tam ofert tylko po to aby na każdej był dopisek, że jednak nie są tym czego szukasz. Cóż może akurat nie przeczytasz i zarezerwujesz sobie nocleg bez parkingu/jacuzzi/klimatyzacji/akceptacji zwierząt, czy na czym ci tam zależało bo zaufałeś filtrom...

Uważajcie na to bo według mnie jest to celowe wprowadzanie w błąd.

AirBnB

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (189)

#89516

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni rodzice.

Moje stosunki z rodzicami zazwyczaj były dobre, dość mocno się poprawiły po tym jak się wyprowadziłam, więc przez pewien czas były bardzo dobre. Wszystko co dobre skończyło się w chwili, gdy przedstawiłam im kandydata na zięcia.

Mój narzeczony jest pracowity, kochający, miły taki cud, miód i orzeszki. Marzy o ustatkowaniu się, o dzieciach, ma dobrą, stabilną pracę. Idealny zięć co nie? Jednak nie. Ma jedną cechę (choć nie wiem czy można to nazwać cechą) która w mniemaniu moich rodziców sprawia, że zawsze będzie tym najgorszym. Jest 15 lat ode mnie starszy.

Pewnie zaraz sypnie się fala hejtu na mnie, ale ja go kocham. To nie była miłość jak w bajkach od pierwszego wejrzenia. Stopniowo się poznawaliśmy. Najpierw jako współpracownicy (inne działy), potem znajomi i przyjaciele. Wspaniale się nam rozmawiało i przebywało w swoim towarzystwie, aż w końcu przyszło uczucie. Na początku walczyłam z tym co czuję, jednak uczucie wygrało.

Rozumiem moich rodziców, że się boją, że on chce mnie wykorzystać itp. Jednak od chwili ich zapoznania minął rok, a oni nadal przy każdej mojej wizycie, lub telefonie pokazują jak bardzo go nie akceptują. My powoli planujemy ślub, a ja się zastanawiam czy na weselu będzie mi dane zatańczyć z tatą i usłyszeć gratulacje od mamy.

związek

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (182)

#89373

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio przypomniało mi się o stronce z dawnych lat. Podekscytowana wspomnieniami z dzieciństwa szybko wklepałam kurnik.pl. Jest, działa nadal, tak samo jak parę lub paręnaście lat temu. Jednak gdyby było tak różowo to nie byłoby tej historii. Otóż weszłam na moje ulubione kalambury. Działa to tak, że jest lista „stołów” do których można się dosiąść i wtedy można grać. Część stołów jest prywatna i można się tam dostać mając zaproszenie, reszta publiczna. Każdy stół ma swojego „operatora” takie coś a'la admin (oczywiście można stworzyć własny stół i zostać jego operatorem). Operator może zmienić parametry rozgrywki takie jak czas gry, czy ilość punktów, która jest potrzebna do wygrania partii, jak i wypraszać graczy ze stołu.Właśnie wypraszać.

Dołączam do jakiegoś publicznego stołu. Coś tam próbuję zgadnąć. Nadchodzi moja kolej rysowania. Nie zdążam nawet narysować kreski i pach „zostałeś wyproszony przez operatora stołu. Niestety nie jest to sytuacja jednorazowa. Dzieje się zazwyczaj tak gdy przy stole są podłączone osoby z tego samego IP (kurnik jest mądry i podają informacje którzy gracze są z tego samego IP). Przypuszczam, że dzieci w szkole na informatyce się nudzą i grają. Ale na litość boską nie mogą zaznaczyć tego kwadracika przy tworzeniu stołu, że ma być prywatny? Albo napisać coś na czacie? Bądź tu normalnym człowiekiem próbujesz się pobawić jak za dawnych lat i nagle dostajesz takiego bana. Nie potrafię tego zrozumieć. Może ktoś jest w stanie mi wytłumaczyć ten proceder?

kurnik

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (117)

#89334

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Taka śmieszna sytuacja z pozoru, w skryciu piekielna.
Osiedle domków jednorodzinnych na obrzeżach. Istna sielanka i idylla. Nagle do drzwi sąsiada naprzeciwko puka policja. Wszystkie osiedlowe monitoringi zwrócone w tamtą stronę, w końcu afera jest bo policja przyjechała. Sąsiad otwiera i taki oto dialog się wywiązuje:

- Dzień dobry starszy aspirant XYZ. Czy jest Bartłomiej Iksiński? – Nazwisko sąsiada jednak nie jego imię. Sąsiad mocno zaskoczony intensywnie myśli, aż nagle go oświeca.
- Bartek kici kici.
Miny policjantów teraz równie zaskoczone jak sąsiada na początku.
Tak kochani piekielni, sąsiad ma kota, którego nazwał „Bartek”.

Z tej piekielnej strony okazało się, iż Bartłomiej Iksiński został oskarżony o włamanie się do garażu Igrekowych (graniczących płotem z Iksińskimi) i zniszczenie mienia w postaci samochodu (podrapanie). Prawda jest taka, iż Igrekowy gdzieś przetarł sobie bok i teraz szukał kota ofiarnego (jego teściowa się gdzieś na plotkach osiedlowych sypnęła). Niestety Iksińscy muszą w sądzie udowadniać niewinność swojego pupila.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (168)

#89268

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kobiety, co my sobie robimy?

Walczymy o równouprawnienie, chcemy wykonywać tę samą pracę co mężczyźni i zarabiać tyle samo co oni za tą samą pracę. Walczymy z dyskryminacją płci, a same dyskryminujemy. Może nie wszystkie, może tylko ja spotykam te które tak robią. Co więcej dyskryminujemy inne kobiety.

Wybrałam sobie mało kobiecy zawód - informatyk. Teraz może już bardziej „kobiecy niż parę lat temu”, jednak przedstawię co spotyka mnie ze strony innych kobiet.

1. Gdy jeszcze uczyłam się
– Technikum informatyczne? Ty? Nie poradzisz sobie, to przecież męskie. Przyznaj się jesteś tam aby znaleźć chłopaka. To słyszałam od połowy koleżanek, które to wybrały kierunki bardziej „kobiece”.

2. Na studiach
– Pewnie masz dobre oceny, bo jest was (kobiet) mało na kierunku, a profesor lubi sobie popatrzyć.
- Na zaliczenie załóż krótką spódniczkę i bluzkę z dekoltem, albo prześwitującą. Nie będziesz musiała się uczyć .

Takie komentarze i złote rady słyszałam jak mówiłam, że na mojej specjalizacji włącznie ze mną są 3 kobiety na 25 osób

3. W pracy
– Kobieta w IT?! Ja zaczekam aż informatycy wrócą z fajki. (wtedy jako jedyna w dziale nie paliłam)


I wiele podobnych. O dziwo nigdy z takim komentarzem się nie spotkałam z męskiej strony, najwyżej z zdziwioną miną i zaciekawieniem.

Jeszcze jednym aspektem jest praca zespołowa kobiet. Często czy przy ogarnianiu problemu czy we wspólnej kuchni, koleżanki pytają mnie jak mi się pracuje jako jedyna kobieta w dziale z samymi facetami. Zawsze odpowiadam zgodnie z prawdą że świetnie. Nie ma żadnych gierek, obgadywania, kopania pod sobą dołków. Gdy pojawia się jakieś spięcie szybko jest wyjaśniane. Na co one kiwają głową z westchnieniem, że w „kobiecych” działach zawsze jest nerwowo, zawsze ktoś kogoś obgaduje. Szczytem było dla mnie jak jedna koleżanka bała się nosić pierścionek zaręczynowy do pracy bo jej przełożona, byłaby zazdrosna.

Kochane kobiety, proszę, nie bądźmy zołzami.

Kobiety

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (215)