Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Bananananana

Zamieszcza historie od: 12 maja 2020 - 7:21
Ostatnio: 30 sierpnia 2023 - 17:37
  • Historii na głównej: 21 z 23
  • Punktów za historie: 2384
  • Komentarzy: 39
  • Punktów za komentarze: 245
 

#90538

przez (PW) ·
| Do ulubionych
"Somsiad somsiadowi somsiadem" czy jakoś tak ;)

W każdym razie śmieci wystawiane za drzwi strasznie mnie irytują. Rozumiem wystawić na 10-15 min przed wyjściem, aby nie zapomnieć, ale w rozumieniu niektórych ten czas można przedłużyć do paru godzin, lub o zgrozo dni. Takiemu za-dzwi-wystawiaczowi w mieszkaniu już nie śmierdzi, a 30+ stopni przyspiesza proces usmrodowiania śmieci. Jednak ma on/ona/to w głębokim i ciemnym poważaniu, że wszyscy inni wychodzący z mieszkania czują jakby teleportowali się na wysypisko śmieci.

Takie krótkie wyrzucenie z siebie irytacji, aby w rozmowie śmiecio-wychowawczej nie ukatrupić "somsiada".

śmieci

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (124)

#90427

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przypominała mi się historia mojego pierwszego zatrudnienia. W okresie maturalnym uznałam, że fajnie by było samej coś zarobić i nie musieć prosić rodziców o pieniądze na nową bluzkę czy kawę na mieście. Rozpoczęłam poszukiwania pracy wakacyjnej. Szybko odezwała się do mnie jedna miła Pani z biura pracy tymczasowej, że potrzebują pracowników w drukarni już na teraz. Takiej szybkiej odpowiedzi się nie spodziewałam i miałam w planach jeszcze jeden egzamin maturalny, o czym oczywiście powiedziałam. Miła Pani uznała, ze to nie problem.

Takim oto sposobem dostałam umowę o pracę na 2 dni z wyszczególnieniem dat, pamiętam że był to czwartek i piątek
(te dwa dni zmiana ranna), w poniedziałek miałam mieć egzamin. Zostałam tez poinstruowana, abym w poniedziałek po maturze zgłosiła się do biura w celu podpisania drugiej już dłuższej umowy, oraz abym wcześniej z kierowniczką w drukarni ustaliła sobie zmiany itp. Tyle jeżeli chodzi o wstęp, a teraz sytuacja właściwa.

Czwartek:
Przychodzę, całkiem spoko, robię swoje jest git.
Piątek :
Przed rozpoczęciem zmiany zaczepiam kierowniczkę, ze chciałbym z nią porozmawiać o grafiku na następny tydzień, ta odpowiada, że pomiędzy zmiana ranną, a popołudniową będzie spotkanie odnośnie grafików i że wtedy wszystko się ustali. Mi się już zapala lampka, ale ok niech będzie. Robię swoje. Na koniec zmiany przychodzi do nas kierowniczka i ciągnie za sobą tablice na kółkach z grafikiem. Patrzę i oczywiście jestem wpisana na ten nieszczęsny poniedziałek.

Dialog nie jest słowo w słowo, ale w dużej części zapamiętałam sformułowania które padły z jej ust właśnie ze względu na pierwszą pracę, pierwszy konflikt z kierownikiem, oraz delikatnie mówiąc nieuprzejmość kierowniczki.
( J)- ja, (K)- kierowniczka

(J)- Przepraszam, ale w poniedziałek nie mogę przyjść do pracy.
(K)- Jak, to? Jak ty sobie to wyobrażasz?
(J)- Właśnie rano chciałam z Panią o tym porozmawiać
(K)– Przez Ciebie cała linia nie pójdzie, to nie PRZEDSZKOLE! (dobrze pamiętam ze to słowo było wyraźniej i głośniej powiedziane)
(J)- W ogóle nie wiem dlaczego zostałam wpisana na ten grafik skoro na następny tydzień nie mam umowy.
(K)- Jak nie masz umowy? Przecież wszyscy mają na 3 miesiące, jak w poniedziałek nie przyjdziesz to nic nie zostanie ci zapłacone!
(J)– Umowę ma tylko na dwa dni, wczorajszy i dzisiejszy.
(K)- KŁAMIESZ! Jak w poniedziałek nie przyjdziesz możesz w ogóle już nie przychodzić !!
W tym momencie uznałam że ta rozmowa nie ma sensu, odwróciłam się i wyszłam.

W poniedziałek po południu zadzwoniła do mnie miła Pani z biura pracy tymczasowej z pytaniem o następną umowę do drukarni, odpowiedziałam że jednak nie chce tam pracować, gdyż miałam niemiłą sytuację z kierowniczką. Po namowie miłej Pani streściłam jej przebieg wydarzeń, ta mnie przeprosiła i z westchnieniem powiedziała, że nie jestem pierwszą osobą która skarży się na podobne sytuacje z tą kierowniczką.

Zapłatę za te 2 dni dostałam ;)

Drukarnia pierwsza praca

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (120)
poczekalnia

#90265

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Krótka historia o tym jak zamarzyłam sobie drzwi przesuwane do szafy wnękowej.
Otóż moja szafa wnękowa ma bardzo niestandardowe wymiary, cały blok jest krzywy ( na 2 metrach 4 cm spadku), oraz sufit mam w falach ( pomiędzy dołem fali a grzbietem jest 20 cm). Decyzja padła więc na drzwiczki pod wymiar.
1) Pierwszy Fachowiec przyszedł, pooglądał, zrobił dobre profesjonalne wrażenie i zażądał też dobrej profesjonalne sumki, która równała się z moją obecną wtedy wypłatą.
2) Drugi standardowo umówił się i nie przyszedł, przestał również odbierać telefon.
3) Trzeci (piekielny) przyszedł spóźniony, od progu narzeka że 4 piętro bez windy ( była o tym mowa przy wstępnej rozmowie telefonicznej). Przy oględzinach dziury na szafę jęczał i stękał że się nie da, że badziew. Na każde zaproponowane przeze mnie rozwiązanie kręcił nosem że to wszystko jest krzywo i się nie da. Aż w końcu wywiązał się taki dialog.
Ja- Jeżeli ma Pan zamiar zarobić to proszę wymyślić jakieś rozwiązanie, chyba że ma Pan zamiar robotę s partolić to tam są drzwi ( sugestywnie pokazuje drzwi )
Pan 3 – Żegnam ( i sobie poszedł)

Koniec końców zamontowałam tam karnisz i powiesiłam ładną zasłonę która pełni funkcje drzwi.

drzwi do szafy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (61)

#90235

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Losując, odgrzebałam historię o 3- kolorowej firmie meblowej, która przypomniała mi moje własne perypetie z nimi.

Było to z 2-3 lata temu, gdy remontu generalnego nastał czas. Remont z rozmachem, bo i wymiana wod.-kan. i elektryka, jak i zmiana układu ścian. Gdzieś pomiędzy burzeniem ścianki, a wywalaniem starej 2 żyłowej instalacji elektrycznej, trzeba było zainteresować się mebelkami, w tym przypadku kuchennymi.

Od razu wiedziałam co chcę, znaczy się pewnego wieczoru siadłam i rozrysowałam sobie cały projekt. 3 kolorowa firma miała najtańszą ofertę (budżet mocno ograniczony), jak i możliwość dopasowania pod wymiar wielu elementów. Zdecydowałam się na ofertę sporządzenia projektu kuchni przez konsultantkę w salonie. Sprowadziło się to do przedstawienie przeze mnie projektu z wymiarami, dopasowaniu do tego projektu, tego co oni mają, wybraniu materiałów oraz doprecyzowaniu niuansów. Co ważne, ja dostałam gotowy projekt a konsultantka sporządzała listę elementów potrzebnych do zamówienia. W efekcie całego przedsięwzięcia wyszły 2 zamówienia, pierwsze na elementy z konkretnej linii mebli które sprzedawali, drugie na elementy zmodyfikowane pod moje widzimisię, dla mnie płatne jako jeden projekt.

Początek lipca, coś około 2 jak dobrze pamiętam. Projekt wymuskany, ostatnie poprawki wprowadzone. Zamawiamy, płacimy i czekamy. Podobno pierwsze zamówienie ma być do 2 tygodni, jednak pozostanie u nich na magazynie do przyjazdu drugiego, bardziej pracochłonnego, około 4-6 tygodni. Termin mi bardzo pasuje, we wrześniu planowałam do „nowego” mieszkanka wrócić. Oczywiście dowóz dodatkowo płatny, ale to już jak będą mieć na magazynie u siebie.

Początek sierpnia. Zadzwoniłam nadzieją, że przed wyjazdem wakacyjnym się uda. Niestety trzeba czekać no cóż.

Początek września, nosz kurczaki. Ja jeszcze rozumiem ten tydzień opóźnienia, ale to już były 2 lekko, jeszcze jakby zadzwonili. Cóż, jak nie oni to ja. Z bardzo miłej (ironia) rozmowy, której nie cytuje gdyż pamiętam tylko jej sens, dowiedziałam się że nie ma i nie będzie, znaczy będzie, ale najwcześniej to 20 września, a najpewniej to październik. Trafił mnie szlag.

Pofatygowałam się do salonu, gdzie pierwszego napotkanego pracownika poprosiłam o rozmowę z kierownikiem owego burdelu. Po rozmowie (nie krzyczałam, to był już ten poziom wku**nia gdzie jest się spokojnym, a sam kierownik był bardzo miły i widać że to nie on odpowiada za syf po za salonem sprzedaży) okazało się, że moja kuchnia może być u mnie już za 3 dni i to transport gratis. 3 dni później kuchnia trafiła do mnie, na następny dzień mam umówiony montaż.

Dzień montażu. Okazuje się że nie ma jednej szafki, górnej narożnej. Kto montował szafki ten wie że zawsze zaczyna się od narożnej. No to wio do salonu. Okazuje się, ze nie ma jej na zamówieniu wiec i za nią nie zapłaciliśmy więc nic dziwnego zatem, że jej nie ma. Tylko że ja mam projekt, a na projekcie szafeczka jak byk jest. Po to skorzystałam z usługi projektu u nich, aby uniknąć takiej sytuacji. Przyjęli ten argument, szafkę dostanę, za darmo i za darmo mi przywiozą, ale z powietrza mi jej nie wyczarują muszę poczekać 2 tygodnie.

Koniec końców mam moją wymarzoną kuchnię która się prezentuje i sprawdza znakomicie i to troszkę taniej, transport plus szafka, jednak wolałabym dopłacić nawet więcej aby było na czas i bez nerwów.

mebelki do kuchni

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (143)

#90127

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Czytałam wylosowaną historię o poczcie i awizo ( dużo takich jest) i przypomniała mi się sytuacja z przed roku, która była niczym z filmu Barei.

Siedzę sobie w mieszkanku, klepie w komputerek (praca zdalna, zadaniowa), burczy w brzuszku, a lodówka pustką zalatuje. Zapada decyzja o przejściu się do płaza. Wychodząc zaglądam do skrzynki na listy (taki nawyk) i szlag mnie trafia, gdyż wyciągam awizo. Nikt nie dzwonił, nikt nie pukał. Na awizie umieszczony został numer przesyłki to sobie szybko z pomocą telefonu sprawdzam ostatnie zakupy. Często zamawiam mniejsze i większe pierdółki, chyba wczesny zakupoholizm, więc już wiem, że jak przesyłka, (albo taki duży list) jest większa niż otwór skrzynki na listy to listonosz nawet jej nie zabiera w trasę tylko zostawia na poczcie i od razu wypisuje awizo, które wrzuci do skrzynki. Tym razem było to z kategorii tych większych, prawdopodobnie półka na okno dla kota z przyssawkami do szyby, lekkie ale wymiarowo większe. Wtedy w mojej głowie pojawił się plan podejścia na pocztę i przy okazji zahaczenia o pobliskiego owada.

Po tak przy długim wstępie czas na akcje właściwą która się odbyła w budynku poczty, oczywiście po odczekaniu swojego w kolejce. J- ja , P-Pani w okienku, K- Kierowniczka.

J- Dzień dobry, dostałam takie awizo (podaję awizo)
P- To jest z dzisiaj, listy awizowane dzisiaj są do odbioru po 18 (była 12)
J – Może Pani jednak sprawdzić? Jest to troszkę większa przesyłka, a takich listonosz nie zabiera zazwyczaj ze sobą.
P- Listonosz musi najpierw wrócić z terenu.
J – (już trochę zrezygnowana, bo i po co się kopać z koniem) W takim razie proszę mi wytłumaczyć dlaczego listonosz od razu wrzucił awizo do skrzynki, nawet nie próbując mi tej przesyłki dostarczyć?
P- Bo jak są duże przesyłki to listonosz je tu zostawia. Gdzie niby ma nosić tyle nie wymiarowych przesyłek.
J- Czyli jednak moja przesyłka jest w tym budynku, prawdopodobnie za Pani plecami?
P- (już zdenerwowana) – Już ci mówiłam, że najpierw listonosz musi wrócić z terenu.
J- Dlaczego listonosz musi wrócić z terenu?
P- Bo ma twoją przesyłkę.
J- Tą samą która jest niewymiarowa, oraz którą listonosz zostawił na poczcie, aby jej nie brać ze sobą w teren?
P- Czego nie rozumie? (powrót do PRL-u). Przyjdzie po 18, to dostanie przysyłkę.
J- Proszę zawołać kierowniczkę.
P- Wróci po 18 to dostanie przesyłkę, czego nie rozumie?
J – Proszę zawołać kierowniczkę
Tu następuje zawołanie kierowniczki
P- (do kierowniczki) Przyszła z awizem z dziś, nie rozumie że po 18...
J- (wtrącając się) Paczka jest większa wiec prawdopodobnie została tu na poczcie, jeżeli jej nie ma to chcę złożyć skargę na listonosza który zostawia awiza bez próby doręczenia (troszkę się już zdenerwowałam).
K- Gieniu (imię zmienione), sprawdź czy jest taka przesyłka, jak będzie to ją wydaj, jak nie to przyjmij skargę.

Nastąpiło wtedy przeszukanie magazynka, okraszone niewybrednymi, pod nosowymi komentarzami pod adresem mojej osoby oraz „młodego, roszczeniowego, niewychowanego (i wiele innych mocniejszych epitetów) pokolenia”. Paczka się oczywiście znalazła. Przy jej wydawaniu Pani Gienia z okienka tak się na mnie patrzyła, jakbym wymordowała jej cała rodzinę i kąpała się w ich krwi.

poczta polska

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (215)

#90074

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Moja frustracja jest już bardzo wysoka. Pracuję w pewnej firmie (X), która zamówiła od innej firmy (Y) pewien system. Aby zachować anionowość nie mogę podawać szczegółów, mam nadzieję że to zrozumiecie. W tej chwili jesteśmy w trakcie wdrażania tego systemu, który na gotowy niestety nie wygląda.

Ja i parę osób, ze strategicznych działów już od dawna ostrzegaliśmy, że współpraca z firmą Y jest katorgą. Brak odpowiedzi na maile (jak już to po 2 tygodniach lub interwencji PM), brak możliwości dodzwonienia się (rozumiem, że każdy może być zajęty, być na innym spotkaniu, albo zajmować się w tej chwili innym klientem, ale żeby nigdy nie oddzwonić?). Gdy wchodzi update do systemu naprawiający problem „c”, to wysypuje się problem „a” i „b” gdzie oba były już parę miesięcy temu naprawione, oraz powstaje problem „d”. Do tego dochodzi brak dokumentacji systemu modyfikowanego pod nasze wymagania, przepychanki do tego co było w analizie wymagań, a co nie, oraz ich podejście do nas jako klienta.

Oto parę przykładów.

- Prosimy aby pewien komunikat nie wyświetlał się dla wszystkich, tylko dla adminów, ewentualnie zadowolimy się jego brakiem bo i tak widzimy to w logach. Brak takiej możliwości. Nawet nie ma rozmowy o wycenie pracy dodatkowej tylko system tak działa i już. Proponujemy zmianę koloru czcionki na przeźroczysty, wtedy użytkownicy nie będą widzieć tego co nie powinni. Nadal brak możliwości.

-Prosimy o dodatkowy komunikat pojawiający się po zatwierdzeniu wniosku N, który mówi o potrzebie wypełnienia deklaracji Z, bo wymuszenie na użytkowniku wypełnienie deklaracji Z gdy chce złożyć wniosek N jest nie możliwe. Oczywiście ten komunikat również jest niemożliwy do wykonania.

- Błędy rozwiązywane są na poszczególnych przypadkach. To że komunikujemy im, że problem jest globalny i dotyczy źle skonstruowanych grup uprawnień mają głęboko w D.

- Dostali od nas pliki z danymi wsadowymi ( poprawnymi ), po migracji oczywiście dane nie wiem skąd wzięli ale na pewno nie z naszych plików. Zarzekali się że to my im wysłaliśmy złe dane, postawieni pod ścianą przyznali, przy migracji im coś się pokiełbasiło. Bonus, za powtórną migrację danych czyt. Poprawę tego co spiep..li chcieli dodatkowe pieniądze.

Piekielna na pewno była i jest moja firma, która godzi się na taka współpracę, a raczej nikt nie chce się przyznać, że podjął złą decyzje wybierając firmę Y. Jednak postępowanie firmy Y oraz to, że muszę z nimi współpracować doprowadza mnie do szewskiej pasji.

praca

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (156)

#89999

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w centrum dużego miasta, w budownictwie przełom 70 i 80 lat. W klatce 32 mieszkania. Przed klatką może z 6-8 miejsc parkingowych i następna klatka. Więc parkowanie jest mocno problematyczne, nie raz czy dwa musiałam parkować z parę ulic dalej i z buta troszkę podejść. Taki urok centrum.

Jednak niedawno wprowadził się nowy sąsiad, któremu zawsze się udawało wręcz naprzeciw klatki zaparkować. Jak? Otóż posiada on samochód i skuter. Gdy oba są „pod klatką” samochód stoi na ogólnodostępnym miejscu do parkowania, zaś skuter na chodniku koło drzwi wejściowych. Gdy jedzie samochodem, skuter przestawia o te 5 metrów na miejsce parkingowe tym samym sobie je rezerwując, po powrocie samochodu następuje powrót skutera na chodnik.

Naprawdę nie mam nic przeciwko skuterowi na miejscu parkingowym, w końcu tez pojazd, czy na chodniku który jest szeroki, a skuter stoi w miejscu gdzie nikomu nie przeszkadza (oraz zgodnie z przepisami). Irytuje mnie „przywłaszczanie sobie” ogólnie dostępnego miejsca parkingowego.

janusz parkingu

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (169)

#89816

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mam sąsiadkę, która mnie mocno wkurzyła.

Mały rys sytuacyjny: Mieszkanie, które zamieszkuję jest prawną własnością moich rodziców, którzy również w tym samym mieście posiadają dom jednorodzinny. Dom rodzinny zazwyczaj odwiedzam w weekend.

Wracam z pracy (coś koło wtorku) i na klatce dopada mnie sąsiadka. Mówi coś o uchwale i petycji do podpisania (warto zaznaczyć, że sąsiadka owa jest emerytką, która we wszystkim widzi próbę wyłudzenia od niej pieniędzy), że ona się nie zgadza na takie warunki bo to złodziejstwo itp. Jednocześnie mówiąc mi abym podpisała jej petycje, że zgadzamy się na remont ale nie takim kosztem (nota bene cena za remont w uchwale nie byłą wygórowana, ale inflacja i cała reszta robi swoje). Zmęczona po całym dniu odpowiadam, że mój podpis i tak nie ma mocy prawnej. I na odczepne zgadzam się zanieść petycje rodzicom, a że tym razem jadę do nich w niedzielę, to w sobotę wieczorem sąsiadka ma przyjść i mi owo pisemko zostawić.

Sobota. Wróciłam do domu o 17:40 (aż specjalnie sprawdziłam na gogle timeline). Dobija już 22:00, sąsiadki jak nie było tak nie ma. Myślę, że może zdążyła już zgromadzić interesująca ją liczbę podpisów, albo ktoś jej wytłumaczył, że w ten sposób nigdy remont się nie odbędzie.

Niedziela. Źle się czuję. Robię test i wynik pozytywny. Zostaję w domu.

Poniedziałek. Pracuje zdalnie, siedzę z milionem posmarkanych chusteczek i słucham przepychanki na spotkaniu pomiędzy naszym PM a PM firmy która ma dla nas coś wykonać. Słyszę jakieś nieśmiałe pukanie do drzwi. Drzwi mam mocne więc nawet jakbym krzyczała nic nie byłoby słychać na korytarzu ( sprawdziłam to już przy docinaniu blatu do kuchni, przy zamkniętych drzwiach nie było nic słychać na klatce). Uchylam delikatnie drzwi, a tam sąsiadka (S) od razu.
(S) - Dlaczego nie było cię w sobotę w domu?!
(J) - Wieczorem byłam. Proszę się nie...
(S) - Umawiałyśmy się że będziesz, a Ciebie nie było!!
(J) – Proszę się nie zbliżać, mam covid, nie chce Pani zarazić.
(S) – Bezczelna jesteś! Powinnaś od razu przez drzwi krzyczeć! W sobotę Cię nie było pukałam. Mam na to świadków!
(J) - Po 18 byłam. Do widzenia. – Zamknęłam drzwi

Jak pisałam wcześniej mam solidne, dźwiękoszczelne drzwi. Jeżeli pukała tak jak teraz to mając włączony telewizor lub drzemiąc nie byłabym w stanie tego usłyszeć. Przy drzwiach znajduje się dzwonek, który mogłaby nacisnąć, lub też posiada ona mój numer telefonu (mieszka dokładnie pode mną, więc na wypadek zalania).

Oceńcie sami kto był piekielny.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (147)

#89919

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Losując historie natrafiłam na taką o faworyzowaniu dzieci nauczycieli. Mam co do tego mieszane odczucie dlatego opiszę moje doświadczenie.

W gimnazjum byłam w klasie w której była aż 2 dzieci nauczycieli z tej samej szkoły. Przemek (imię zmienione) syn historyczki i Karolina (imię zmienione) córka polonistki. Oczywiście, ani ta historyczka, ani ta polonistka nie prowadziła naszej klasy.

Karolinka była prymuską, z każdego przedmiotu musiała mieć 5 lub 6. Potrafiła 3-4 krotnie podchodzić do tego samego sprawdzianu z którego dostała 4 aby końcu zdobyć 5, tutaj ważne, że dla reszty klasy była tylko jedna próba, ewentualnie druga przy ocenie niedostatecznej. Karolinka często miała naciągane oceny np. przy średniej w okolicach 4,2 dostawała 6 . Często przy odpytywaniu dostawała łatwiejsze pytania. Gdy raz, nazwijmy ją, Patrycja pokłóciła się z Karolinką (normalna nastoletnia kłótnia, żadnych wulgaryzmów, po prostu Patrycja wprost zarzuciła jej faworyzowanie), mieliśmy pogadankę z psychologiem na temat „dlaczego to dyskryminujemy Karolinkę”.

Przemek był typem sportowca/klasowego śmieszka. Oceniany był tak samo jak reszta klasy, czasem nawet surowiej „bo on powinien to wiedzieć”. Nigdy nie miał naciąganych ocen. Jak chciał coś od nauczyciela to nie wysyłał swojej mamy, tylko sam tak jak reszta prosił o kolejną szansę, czy też przełożenie terminu. Argument jego mamy był przez nauczycieli wykorzystywany jako taka szybsza uwaga w dzienniku do dyscyplinowania Przemka.

Podsumowując jednocześnie spotkałam się dwoma różnymi podejściami stosowanymi przez tych samych nauczycieli. Co jest przyczyną takiej rozbieżności ? Tego niestety nie wiem.

nauczyciele

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (144)

#89898

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na początku pragnę zaznaczyć, iż ten tekst nie ma na celu krytykować ani obrażać czyiś uczuć lub poglądów religijnych, a jedynie przedstawić moje doświadczenia na tym polu.

Moi rodzice byli religijni choć nie do przesady. Zawsze co niedziela i w święta do kościoła. Babcia, która razem z nami mieszkała dodatkowo uczęszczała na wszelkiego typu różańce, roraty, drogi krzyżowe itp. Mnie od dziecka też ciągali do kościoła, czasem z rodzicami, czasem z babcią. Tyle że dla mnie to byłą tortura. Nigdy tego nie czułam. Rodzice i babcia wielokrotnie mi tłumaczyli że „Bozia patrzy i trzeba chodzić”, „Tak trzeba”, „Jak to tak nie odwiedzić Boga raz w tygodniu?”, „Jak będziesz niegrzeczna to Pan Bóg się pogniewa i trafisz do piekła”. Niby nic takiego strasznego, ale w świecie 4-7 latka ma to inny wydźwięk.

Dobrze pamiętam jak bodajże w 2 klasie szkoły podstawowej na religii był temat stworzenia człowieka, nie pamiętam teraz czy poruszony przez kogoś a propos homilii wygłoszonej na mszy niedzielnej czy temat z katechizmu. Jednak Pani Katechetka zaczęła nam opowiadać dobrze znaną wszystkim historię o stworzeniu człowieka, w pewnym momencie podniosłam rękę i się zapytałam jak to możliwe skoro pochodzimy od małp, a ewolucja człowieka trwała o wiele dłużej (zawsze lubiłam programy Discovery i tym podobne). Katechetka na to odpowiedziała coś w stylu „ Dziecko kto ci takich kłamstw naopowiadał? Czy ty widziałaś u kogoś z nas albo u swoich dziadków ogon jak u małpy? Lepiej się już nie odzywaj.” Przez parę następnych dni cała klasa miała mnie za kłamczuchę i przezywali mnie od małp.

W okolicach bierzmowania dałam się namówić na oazę, cóż, 2 moje najbliższe przyjaciółki zaczęły tam uczęszczać, mówiły ze jest fajnie miło itp. Spróbować nie zaszkodzi. Wytrwałam 4 miesiące tyle co do bierzmowania. Plus był taki, że jako członek oazy byłam zwolniona z egzaminu z modlitw/ katechizmu przed bierzmowaniem. W każdym razie czułam się jak na spotkaniach sekty. „Tylko jedna jest prawda i należy ona do Boga, a każdy kto śmie choćby myśleć inaczej będzie potępiony.” Tym zdaniem można podsumować treści, które mam przekazywano na oazowych spotkaniach. Miało też być miło i przyjaźnie prawda była taka, że to była jedna z najbardziej fałszywych i dyskryminujących społeczności z jakimi się spotkałam.

Szkoła średnia. Potrzeba 18 lat aby się wypisać z religii, chyba że rodzic ci podpisze. U mnie ta druga opcja była niemożliwa, po każdej prośbie następowała odmowa, wielka awantura pod hasłem „Nie tak cię wychowaliśmy” oraz rozległe kary i zakazy zwane szlabanem. Katechetka ze szkoły średniej potrafiła puścić film o „leczeniu” homoseksualnych osób niczym osób umysłowo chorych w 19 /20 wieku. Głosić, że każda kobieta w sukience/spódniczce powyżej kolana trudni się najstarszym zawodem świata i nie należy się jej żaden szacunek. Że źle jak mężczyzna zgwałci kobietę, jednak gdy ta miała na sobie nieprzyzwoity strój (patrz poprzedni przykład) to mężczyzna nie ponosi winy. Że poronienie to zabójstwo. Na początku wdawałam się z nią w dyskusje/ kłótnie które oczywiście skutkowały uwagą o pyskowaniu, ta awanturą w domu i szlabanem.

Do tej pory mam jakiś uraz i niechęć do wszystkiego co z religią związane.

religia

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (196)