Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Bonia

Zamieszcza historie od: 3 kwietnia 2016 - 16:36
Ostatnio: 29 czerwca 2019 - 7:09
  • Historii na głównej: 28 z 40
  • Punktów za historie: 5196
  • Komentarzy: 29
  • Punktów za komentarze: 92
 

#84820

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie jest to jakieś bardzo piekielne, ale dość irytujące.

Znajoma potrzebuje zatrudnić kogoś do swojego sklepu. Oprócz ogłoszeń na kilku portalach, wystawiła też jedno na lokalnym spotted na Facebooku. Na końcu ogłoszenia nr telefonu, e-mail i bardzo czytelna informacja, że osoby zainteresowane proszone są o wysłanie CV na podany e-mail.

Jeszcze tego samego dnia po opublikowaniu, pod postem było mnóstwo komentarzy o treści Priv, priv, zainteresowana, priv. Czy tak trudno doczytać treść do końca? Czy może ludzie oczekują, że potencjalny pracodawca będzie pisał do każdego zainteresowanego i osobiście prosił, żeby dana osoba raczyła złożyć swoje CV? Rozumiem, że ktoś może mieć jeszcze jakieś dodatkowe pytania i chciałby skontaktować się z autorem ogłoszenia, bo na spotted nie wiadomo, kto poprosił o publikację postu, ale po to chyba jest nr telefonu.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (101)

#84721

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie trochę długo, ale aż mnie skręca od tego, jak można być takim bucem.

Od zawsze byłam uczona szacunku do innych, nie ważne czy to jakiś dyrektor, nauczyciel czy woźna. Jednak najwyraźniej nie wszyscy mają takie poczucie.

Trochę wstępu. Mój mąż nie jest Polakiem, więc dość słabo mówi po polsku. Co za tym idzie, gdy jestem gdzieś razem z nim i dziećmi to wszyscy rozmawiamy po angielsku, nikomu to nie przeszkadza i każdy każdego rozumie. Z racji, że dzieci już mają wakacje, postanowiliśmy popłynąć w rejs wycieczkowcem. Mam z tych wakacji kilka historii z rodakami w roli głównej.

1. Mieliśmy taki zwyczaj, że codziennie oprócz typowych atrakcji na takim statku, szliśmy do baru. Żeby nie było, że jestem jakąś matką alkoholiczką, czy coś, to nie był bar w którym są same alkohole, a raczej knajpa z samymi napojami, też takimi dla dzieci. Spędzaliśmy tam jakiś czas, więc siłą rzeczy trochę zapoznaliśmy się z obsługą. A przynajmniej na tyle, żeby wymienić jakieś grzeczności, gdy się mijaliśmy.

No właśnie. Na jakiejś wyspie, na której akurat statek cumował, wracając na pokład, minęliśmy grupkę ludzi z obsługi z tego baru, więc jakiś miły uśmiech, przywitaliśmy się, zapytali, jak nam się podoba. Ot, zwykła uprzejmość. Akurat wtedy mijało nas kilkoro Polaków. Jak tylko nas zobaczyli, pojawiły się teksty typu "O zobacz! Ze służbą się spoufalają!", "Ciekawe o czym mogą z brudasami gadać?" i więcej tego typu. Zrobiło mi się jakoś tak przykro w środku, bo ci ludzie naprawdę ciężko pracują na takim statku i według mnie nie zasługują na to, żeby ktoś tak o nich mówił, nawet jeśli tego nie zrozumieją.

2. Było też więcej sytuacji. Zamawiali jedzenie w restauracji z kartami. Były tam dwa typy restauracji: z kartami i bufetem, można sobie na każdy posiłek iść gdzie się chce, nie ma obowiązku iść do jednej czy drugiej, jednak jeśli się chce iść na kolację do tej z kartami, to trzeba iść o określonej godzinie, ze względu na ilość pasażerów są dwie tury. Akurat byliśmy w tej samej turze i mieliśmy stolik obok. Ulubionym zajęciem tej grupy było zamawianie jakiś potraw, a gdy kelner je przyniósł to mówienie, że się przecież chciało coś innego. Tłumaczenie łamaną angielszczyzną i wplatanie do tego zwrotów typu "No widzisz głupku nawet prostego menu nie rozumiesz" po polsku.

3. Na basenie trzeba było sobie wypożyczyć ręcznik, głownie po to, żeby nie wynosić ręczników z pokoju i oznaczyć zajmowany leżak. Co logiczne, po skończeniu należało je wrzucić do specjalnego kosza. Co robili tamci? Między innymi wrzucali ręczniki do basenu, bo to przecież takie śmieszne, jak toś będzie je próbował wyłowić.

4. Do knajpy jest zakaz wchodzenia w samym kostiumie, oznaczone słownie i na obrazkach. Ale oczywiście Polaków to nie dotyczy. Parę razy widziałam wąsatego Janusza w samych mokrych slipach przebierającego kotlety.

5. Ostania historia. W lodziarni mieli tyle smaków, że ciężko było się zdecydować, ale pomocna obsługa często dawała na takiej małej łopatce trochę wybranego smaku na spróbowanie. Gdy tamci to zauważyli, to nie mogli się oderwać od lady i oczywiście teksy typu "Co tam mało?", "Żal wam więcej?".

Nie chcę tutaj obrażać całego naszego narodu, ale czy cały czas w wielu osobach musi być tyle buractwa? Czy nie można odnosić się do innych z chociaż odrobiną kultury?

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (223)

#84659

(PW) ·
| Do ulubionych
Było już dużo historii o szeryfach na drogach, ale ten, którego spotkałam w piątek przebija wszystko.

Jest w moim mieście pewna dwupasmówka. Prawy pas prowadzi z centrum i jedzie wiaduktem, a lewy prowadzi ze „zwykłej” dzielnicy, jest mało uczęszczany i jedzie dołem, na końcu wiaduktu się spotykają, ale jeszcze przez kilkaset metrów między nimi ciągnie się zwężający się pas wyłączony z ruchu, a na samym końcu, zaraz za tą częścią wyłączoną, gdy pasy są już równoległe to zostaje tylko jeden, prawy, pras. I dla jasności, aż do momentu gdy lewy pas wjeżdża na prawy to między nimi jest linia ciągła. Myślę, że wiadomo o co chodzi i łatwo to sobie wyobrazić.

Ale do rzeczy. Wracałam do domu piątkowym popołudniem, więc ruch spory. Jechałam akurat wyżej wspomnianą ulicą, lewym pasem. Gdy wyjeżdżałam na wysokość wiaduktu, zauważyłam, że na prawym pasie wszystko stoi przez popołudniowe korki. Ludzie pracujący w centrum wracali do domu. Tak sobie jadę jakieś 40km/h (co chwila światła, więc nie ma sensu się rozpędzać) i omijam ten korek, gdy nagle z prawego pasa na mój wjeżdża samochód, blokując oba pasy. Wiecie, typowe chamskie „zagranie”, bo jak ktoś może sobie wyprzedzać korek, w którym stoi władca dróg? Problem w tym, że wyjechał dosłownie w ostatnim momencie i nie zdążyłam wyhamować. Oczywiście awantura, że baba za kółkiem, że wyhamować nie potrafi i że wyprzedza. Policja wezwana, chociaż sądząc po zachowaniu i tekstach tego pana był pewny, że to moja wina.

Na końcu cały czas się odgrażał, że on tak tego nie zostawi i będę płacić jego mandat.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (95)
zarchiwizowany

#84314

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wprowadziła się do nowego bloku. Wszystko byłoby ok, gdyby nie śmieciarze...

Obok mojego bloku stoi drugi taki sam, pomiędzy nimi jest parking mojego bloku i wiata śmietnikowa. Co ważne jest ona podwójna, to znaczy jest podzielona na pół i jedno wejście jest od strony mojego bloku, a do drugiego wejścia dochodzi chodnik, który prowadzi do parkingu i wejścia do drugiego bloku.

Owa wiata stoi w taki sposób, że z boku jest parking. W pierwszą niedzielę po przeprowadzce stanęłam zaraz przy niej. Rano w poniedziałek (dzień wywozu śmieci) na lusterkach miałam karne ku*asy i samochód zastawiony kontenerem na śmieci. Załapałam aluzję i przestałam tam parkować w te dni. Problem był w tym, że tak postawiony samochód blokuje przejście z kontenerem z części wiaty drugiego bloku. To znaczy blokuje przejście na skróty. Sąsiedzi mówią, że wcześniej śmieciarze, zabierając śmieci z drugiego bloku, stawali na tamtym parkingu i mieli wygodne dojście chodnikiem, ale coś im się odwidziało.

Muszę dodać, że mieszkam w mieście, w którym jest sporo turystów i dużo wynajmuje mieszkania w moim bloku, często przyjeżdżają samochodami, dodatkowo do mieszkańców przyjeżdżają goście, albo po prostu ludzie tam parkują, więc taka sytuacja zdarza się co tydzień. Zawsze ktoś ma obklejony i zastawiony samochód.

Kolejną sprawą jest, że kontener postawiony w taki sposób blokuje wyjazd z części parkingu, a w moim bloku mieszka sporo osób starszych, które nie mają siły, żeby szarpać się z kontenerem.

Czy tak trudno nakleić, albo poprosić administrację o naklejenie kartki z informacją, żeby tam nie parkować?

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (31)

#82071

(PW) ·
| Do ulubionych
Czekałam ostatnio na znajomą w knajpie, w której pracuje jako kelnerka. Już miała skończyć zmianę i wyjść ze mną, gdy ostatnia z klientek, które obsługiwała, zaczęła awanturę. Z daleka nie słyszałam co mówi, ale znajoma mi wszystko opowiedziała. Naprawdę nie wiem, jak można z takiego powodu wszczynać takie awantury, bo poleciał nawet jeden talerz i kilka sztućców.

W menu jest zupa krem, w opisie ma kawałki kurczaka i tarty ser. Są do niej dopisane jeszcze dwie wersje, wegetariańska bez kurczaka i wegańska bez sera i kurczaka. Kobieta zamawiała tę zupę, ale oczywiście nie powiedziała, że chce którąś z tych wersji, więc dostała z serem i kurczakiem. Gdy zobaczyła, co tam pływa, zaczął się armagedon. Wyszła dopiero po rozmowie z właścicielem, który coś jej tam zaoferował, niestety nie wiem co.

Czy tacy ludzie myślą, że każdy kelner automatycznie jest też telepatą? Albo czy tak trudno powiedzieć, że chce się jakaś inną wersję dania? I czy trzeba z takich powodów, jak ten wyżej, wszczynać awantury zamiast kulturalnie zwrócić uwagę, że jednak chciałaby się inną wersję?

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (131)

#81748

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja znajoma ma sklep z rzeczami dla dzieci, stacjonarny i online. Ostatnio założyła stronę na fb, i, żeby znaleźć więcej fanów i potencjalnych klientów, zrobiła mały konkurs.

Mówiłam jej, żeby wymyśliła coś innego, bo czułam, że mogą być z tym małe problemy, ale się uparła, że to będzie fajna promocja sklepu.

Jako nagrody były takie fajne kocyki w pięciu różnych kolorach. Chętni musieli polubić jej stronę, udostępnić ją i w komentarzu wpisać tylko kolor kocyka. Na koniec znajoma z każdego koloru wylosowała po dwie osoby, które go dostały.

Ale oczywiście nie było tak gładko i pięknie.

Połowa komentarzy to, oprócz koloru kocyka, były jakieś historie. Wiecie, typu jestem samotną matką, mam „horą curkę” albo jeszcze inne ckliwe historie, pewnie część z nich była wyssana z palca. Było też kilka komentarzy ludzi zwracających uwagę, co miało się znaleźć w komentarzu, ale oczywiście to nie pomagało.

Ogólnie komentarzy było sporo. Znajoma wybrała tylko te komentarze, w których były same kolory i rozdała kocyki. Ale oczywiście to nie koniec.

Po ogłoszeniu wyników, w jej wiadomościach posypały się pretensje osób, które nie wygrały, a powinny, bo napisały w komentarzu taka wzruszającą historię i męczyły, żeby im też wysłać taki kocyk. Takich wiadomości było około 50.

Gdy to nie pomogło, zaczęli wypisywać komentarze i oceny sklepu, wpisując tam, jak strasznie zostali potraktowani.

W końcu znajoma wyłączyła możliwość wysyłania wiadomości i oceniania sklepu.

Ja coś tak czułam, że jeśli ogłosi, że rozdaje coś za darmo, to rzucą się „madki z horymi curkami”. Znajoma sama przyznała, że na razie koniec z takimi akcjami. Całe szczęście, że nie przychodzili osobiście do sklepu, kłócić się, że nie wygrali.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (174)

#81573

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadę dziś pociągiem, w wagonie bez przedziałów. Odcinek dość daleki, więc miejsca numerowane. Na razie obok mnie było wolne, więc postawiłam mój plecak, ale oczywiście z zamiarem zabrania go gdy przyjdzie ktoś z biletem na to miejsce.

Na każdej stacji ludzie wsiadają i wysiadają, ale nikt koło mnie nie siada, więc plecak tak sobie leży dalej. A ja czytam w spokoju książkę, co ważne dla historii, w języku angielskim.

Gdy pociąg zbliżał się do jednej ze stacji, zadzwonił mi telefon, dzwoniła moja koleżanka ze studiów, Brytyjka, więc rozmawiałam z nią po angielsku, a książkę zamknęłam tytułem do góry.

Na tej stacji wsiadła jedna babka, akurat do mojego wagonu, przeszła na koniec, nigdzie się nie zatrzymując, potem wróciła, poszła jakby na drugi koniec pociągu. Potem znowu przyszła do mojego wagonu, tym razem z konduktorem. Gdy zbliżała się do mojego miejsca, akurat skończyłam rozmawiać i zabrałam się za lekturę.

Babka stanęła przy moim siedzeniu i zaczęła lamentować do konduktora, że jak tak można, ona nie ma gdzie usiąść, ze mną nie można się w ogóle dogadać i dalej w ten deseń. Konduktor zmieszany, próbuje coś po angielsku, ale mu nie idzie. W końcu się zlitowałam i zapytałam czy to jej miejsce. Wcześniej, trochę z rozbawieniem i ciekawością, chciałam zobaczyć co się dzieje. Kobieta zdziwiona, ja zabrałam plecak, usiadła i znowu zaczęła lament. Jak można tak ludzi oszukiwać, jesteśmy w Polsce, więc powinnam mówić po polsku, to jest brak kultury. A wystarczyło chociaż zatrzymać się przy miejscu, to zobaczyłabym,że chce usiąść. Ale nie, lepiej robić od razu awanturę.

Ludzie...

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (241)

#80850

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja znajoma mieszka w kawalerce, 20 m2. Ostatnio mi powiedziała, że chce kupić sobie psa. I nie żadnego małego kundelka ze schroniska czy jakąś konkretną małą rasę. Zamierza kupić bernardyna. Do takiej kawalerki.

Nie mam pojęcia jak jej do wyperswadować. Mówiłam, żeby tego nie robiła, bo o ile mały szczeniak jest OK, o tyle wielki pies zamęczy się w takim mieszkaniu. Proponowałam, jeśli już musi mieć psa, to żeby wzięła coś mniejszego, jakiegoś Yorka, czy pinczera. Nie. Co prawda, pracuje po drugiej stornie ulicy, do tego może wychodzić, jak musi. Tłumaczy, że wychodziłaby z nim kilka razy dziennie, więc by się wybiegał. Tak. Wybiegał. Mieszka w centrum miasta, gdzie jedyna zieleń to małe trawniki przy budynkach i parkingach. Żadnego parku, czy większej zieleni.

Macie jakiś pomysł? Naprawdę mi szkoda takiego psa.

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (166)
zarchiwizowany

#80650

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może i byłam tutaj piekielna, ale następnym razem zrobię to samo.

Musiałam podjechać na dworzec. Niestety był to dzień roboczy, więc samochodów sporo. Chciałam podjechać na parking, który znajduje się najdalej od dworca. Jednak dojazd tam jest trochę utrudniony.

Dość wąska uliczka, po obu jej stronach równolegle zaparkowane samochody, w jednym miejscu wjazd na parking, na końcu uliczki kolejny parking.

Sytuacja właściwa. Chciałam podjechać na parking który znajduje się na końcu uliczki. Byłam w połowie, gdy z jednego z miejsc równoległych przy ulicy wyjechał samochód. Ja stanęłam, on stanął i tak razem się gapimy na siebie. Minąć się nie da, bo za wąsko. On na mnie miga długimi i trąbi, żebym cofała. Ja nie zamierzam, bo po pierwsze, nienawidzę cofać w takich miejscach (mnóstwo ludzi, łatwo wjechać w coś lub kogoś, poza tym nie moja wina, że wyjechał pomimo, że ja jechałam), po drugie facet mnie widział i nie mam pojęcia, czemu wolał wyjechać i zatamować drogę zamiast poczekać kilka sekund, aż przejadę. Najwyraźniej nie mógł również cofnąć kawałek na swoje miejsce parkingowe.

Jako babsko wredne postanowiłam wykręcić w tej wąskiej uliczce (stojąc przez chwilę naprzeciwko tego faceta, zauważyłam, że na parkingu na który jechałam i tak nie ma miejsc, więc bez sensu tam jechać). A że, jak wyżej wspomniałam uliczka wąska, a mój samochód długi (kombi), to zajęło mi to kilka minut, facet cały czas stał, trąbił i wymachiwał łapami, jakby odprawiał jakieś czary, mające na celu usunięcie mojego samochodu.

Na szczęście nikt inny nie jechał, więc nie zablokowałam nikogo "niewinnego".

kierowcy

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (31)

#80493

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #80414 o psicy i przechodzących przez płot yorkach przypomniała mi jedną historię moich rodziców. Wydarzyła się jakiś czas temu, gdy miałam 10/11 lat.

Mieszkaliśmy w domu jednorodzinnym. Po obu stronach sąsiedzi. My mieliśmy psa. Duże bydlę, coś jakby mieszanka doga niemieckiego i boksera, ale przekochane. Uwielbiał zabawę z innymi psami. Zwłaszcza z psem sąsiadów, który często do nas przyłaził.

Był to mały pies, jak york. Mieścił się w każdą dziurę, a jak żadnej nie było w płocie, to robił sobie własną. Często też łaził po całej okolicy, a trzeba dodać, że mieszkaliśmy przy dość ruchliwej ulicy. I o ile psy się lubiły, o tyle moi rodzice i sąsiedzi, właściciele psa, już nie za bardzo.

Rodzicom nie przeszkadzało to, że pies do nas przyłaził, ale jego właścicielom przeszkadzało to, że mamy duże szpary w bramie (była z takich prętów, pomiędzy którymi były dość szerokie przerwy, na tyle szerokie, żeby zmieścił się pies). Co chwilę sąsiedzi przyłazili do rodziców, żeby jakoś zastawili te szpary siatką czy drutem. Rodzice nie chcieli, no bo, wiadomo, to nie ich pies, nam było to niepotrzebne. Tata powiedział, że jak chcą, to mogą sobie sami to zrobić na naszej bramie, a jak nie, to niech bardziej pilnują psa. Oczywiście postanowili nie robić ani jednego, ani drugiego.

Pewnie łatwo się domyślić, że pewnego dnia pies został rozjechany przez samochód, a że był to pies wielkości małego kota, to dużo z niego nie zostało. Sąsiedzi od razu zaczęli awanturę, że to wina moich rodziców, zadzwonili na policję i kazali odkupić psa (który zresztą był za darmo, bo dostali go od drugich sąsiadów, którym oszczenił się kundelek, więc i tak raczej by ich nie sprzedali).

Policjanci kazali tylko popukać im się w głowę i odjechali. Nakaz odkupienia psa rodzice zignorowali.

Sami oceńcie, kto był piekielny. Moi rodzice, którzy nie zabezpieczyli odpowiednio bramy, żeby pies sąsiadów od nas nie uciekł, czy ludzie, którzy wiedząc, że ich pies znajdzie każdą szparę, żeby uciec, nic z tym nie robią?

Sąsiedzi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (95)