Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Bonia

Zamieszcza historie od: 3 kwietnia 2016 - 16:36
Ostatnio: 11 czerwca 2018 - 14:27
  • Historii na głównej: 25 z 37
  • Punktów za historie: 4743
  • Komentarzy: 25
  • Punktów za komentarze: 78
 

#82071

(PW) ·
| Do ulubionych
Czekałam ostatnio na znajomą w knajpie, w której pracuje jako kelnerka. Już miała skończyć zmianę i wyjść ze mną, gdy ostatnia z klientek, które obsługiwała, zaczęła awanturę. Z daleka nie słyszałam co mówi, ale znajoma mi wszystko opowiedziała. Naprawdę nie wiem, jak można z takiego powodu wszczynać takie awantury, bo poleciał nawet jeden talerz i kilka sztućców.

W menu jest zupa krem, w opisie ma kawałki kurczaka i tarty ser. Są do niej dopisane jeszcze dwie wersje, wegetariańska bez kurczaka i wegańska bez sera i kurczaka. Kobieta zamawiała tę zupę, ale oczywiście nie powiedziała, że chce którąś z tych wersji, więc dostała z serem i kurczakiem. Gdy zobaczyła, co tam pływa, zaczął się armagedon. Wyszła dopiero po rozmowie z właścicielem, który coś jej tam zaoferował, niestety nie wiem co.

Czy tacy ludzie myślą, że każdy kelner automatycznie jest też telepatą? Albo czy tak trudno powiedzieć, że chce się jakaś inną wersję dania? I czy trzeba z takich powodów, jak ten wyżej, wszczynać awantury zamiast kulturalnie zwrócić uwagę, że jednak chciałaby się inną wersję?

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (127)

#81748

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja znajoma ma sklep z rzeczami dla dzieci, stacjonarny i online. Ostatnio założyła stronę na fb, i, żeby znaleźć więcej fanów i potencjalnych klientów, zrobiła mały konkurs.

Mówiłam jej, żeby wymyśliła coś innego, bo czułam, że mogą być z tym małe problemy, ale się uparła, że to będzie fajna promocja sklepu.

Jako nagrody były takie fajne kocyki w pięciu różnych kolorach. Chętni musieli polubić jej stronę, udostępnić ją i w komentarzu wpisać tylko kolor kocyka. Na koniec znajoma z każdego koloru wylosowała po dwie osoby, które go dostały.

Ale oczywiście nie było tak gładko i pięknie.

Połowa komentarzy to, oprócz koloru kocyka, były jakieś historie. Wiecie, typu jestem samotną matką, mam „horą curkę” albo jeszcze inne ckliwe historie, pewnie część z nich była wyssana z palca. Było też kilka komentarzy ludzi zwracających uwagę, co miało się znaleźć w komentarzu, ale oczywiście to nie pomagało.

Ogólnie komentarzy było sporo. Znajoma wybrała tylko te komentarze, w których były same kolory i rozdała kocyki. Ale oczywiście to nie koniec.

Po ogłoszeniu wyników, w jej wiadomościach posypały się pretensje osób, które nie wygrały, a powinny, bo napisały w komentarzu taka wzruszającą historię i męczyły, żeby im też wysłać taki kocyk. Takich wiadomości było około 50.

Gdy to nie pomogło, zaczęli wypisywać komentarze i oceny sklepu, wpisując tam, jak strasznie zostali potraktowani.

W końcu znajoma wyłączyła możliwość wysyłania wiadomości i oceniania sklepu.

Ja coś tak czułam, że jeśli ogłosi, że rozdaje coś za darmo, to rzucą się „madki z horymi curkami”. Znajoma sama przyznała, że na razie koniec z takimi akcjami. Całe szczęście, że nie przychodzili osobiście do sklepu, kłócić się, że nie wygrali.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (171)

#81573

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadę dziś pociągiem, w wagonie bez przedziałów. Odcinek dość daleki, więc miejsca numerowane. Na razie obok mnie było wolne, więc postawiłam mój plecak, ale oczywiście z zamiarem zabrania go gdy przyjdzie ktoś z biletem na to miejsce.

Na każdej stacji ludzie wsiadają i wysiadają, ale nikt koło mnie nie siada, więc plecak tak sobie leży dalej. A ja czytam w spokoju książkę, co ważne dla historii, w języku angielskim.

Gdy pociąg zbliżał się do jednej ze stacji, zadzwonił mi telefon, dzwoniła moja koleżanka ze studiów, Brytyjka, więc rozmawiałam z nią po angielsku, a książkę zamknęłam tytułem do góry.

Na tej stacji wsiadła jedna babka, akurat do mojego wagonu, przeszła na koniec, nigdzie się nie zatrzymując, potem wróciła, poszła jakby na drugi koniec pociągu. Potem znowu przyszła do mojego wagonu, tym razem z konduktorem. Gdy zbliżała się do mojego miejsca, akurat skończyłam rozmawiać i zabrałam się za lekturę.

Babka stanęła przy moim siedzeniu i zaczęła lamentować do konduktora, że jak tak można, ona nie ma gdzie usiąść, ze mną nie można się w ogóle dogadać i dalej w ten deseń. Konduktor zmieszany, próbuje coś po angielsku, ale mu nie idzie. W końcu się zlitowałam i zapytałam czy to jej miejsce. Wcześniej, trochę z rozbawieniem i ciekawością, chciałam zobaczyć co się dzieje. Kobieta zdziwiona, ja zabrałam plecak, usiadła i znowu zaczęła lament. Jak można tak ludzi oszukiwać, jesteśmy w Polsce, więc powinnam mówić po polsku, to jest brak kultury. A wystarczyło chociaż zatrzymać się przy miejscu, to zobaczyłabym,że chce usiąść. Ale nie, lepiej robić od razu awanturę.

Ludzie...

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (236)

#80850

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja znajoma mieszka w kawalerce, 20 m2. Ostatnio mi powiedziała, że chce kupić sobie psa. I nie żadnego małego kundelka ze schroniska czy jakąś konkretną małą rasę. Zamierza kupić bernardyna. Do takiej kawalerki.

Nie mam pojęcia jak jej do wyperswadować. Mówiłam, żeby tego nie robiła, bo o ile mały szczeniak jest OK, o tyle wielki pies zamęczy się w takim mieszkaniu. Proponowałam, jeśli już musi mieć psa, to żeby wzięła coś mniejszego, jakiegoś Yorka, czy pinczera. Nie. Co prawda, pracuje po drugiej stornie ulicy, do tego może wychodzić, jak musi. Tłumaczy, że wychodziłaby z nim kilka razy dziennie, więc by się wybiegał. Tak. Wybiegał. Mieszka w centrum miasta, gdzie jedyna zieleń to małe trawniki przy budynkach i parkingach. Żadnego parku, czy większej zieleni.

Macie jakiś pomysł? Naprawdę mi szkoda takiego psa.

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (165)
zarchiwizowany

#80650

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może i byłam tutaj piekielna, ale następnym razem zrobię to samo.

Musiałam podjechać na dworzec. Niestety był to dzień roboczy, więc samochodów sporo. Chciałam podjechać na parking, który znajduje się najdalej od dworca. Jednak dojazd tam jest trochę utrudniony.

Dość wąska uliczka, po obu jej stronach równolegle zaparkowane samochody, w jednym miejscu wjazd na parking, na końcu uliczki kolejny parking.

Sytuacja właściwa. Chciałam podjechać na parking który znajduje się na końcu uliczki. Byłam w połowie, gdy z jednego z miejsc równoległych przy ulicy wyjechał samochód. Ja stanęłam, on stanął i tak razem się gapimy na siebie. Minąć się nie da, bo za wąsko. On na mnie miga długimi i trąbi, żebym cofała. Ja nie zamierzam, bo po pierwsze, nienawidzę cofać w takich miejscach (mnóstwo ludzi, łatwo wjechać w coś lub kogoś, poza tym nie moja wina, że wyjechał pomimo, że ja jechałam), po drugie facet mnie widział i nie mam pojęcia, czemu wolał wyjechać i zatamować drogę zamiast poczekać kilka sekund, aż przejadę. Najwyraźniej nie mógł również cofnąć kawałek na swoje miejsce parkingowe.

Jako babsko wredne postanowiłam wykręcić w tej wąskiej uliczce (stojąc przez chwilę naprzeciwko tego faceta, zauważyłam, że na parkingu na który jechałam i tak nie ma miejsc, więc bez sensu tam jechać). A że, jak wyżej wspomniałam uliczka wąska, a mój samochód długi (kombi), to zajęło mi to kilka minut, facet cały czas stał, trąbił i wymachiwał łapami, jakby odprawiał jakieś czary, mające na celu usunięcie mojego samochodu.

Na szczęście nikt inny nie jechał, więc nie zablokowałam nikogo "niewinnego".

kierowcy

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (30)

#80493

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #80414 o psicy i przechodzących przez płot yorkach przypomniała mi jedną historię moich rodziców. Wydarzyła się jakiś czas temu, gdy miałam 10/11 lat.

Mieszkaliśmy w domu jednorodzinnym. Po obu stronach sąsiedzi. My mieliśmy psa. Duże bydlę, coś jakby mieszanka doga niemieckiego i boksera, ale przekochane. Uwielbiał zabawę z innymi psami. Zwłaszcza z psem sąsiadów, który często do nas przyłaził.

Był to mały pies, jak york. Mieścił się w każdą dziurę, a jak żadnej nie było w płocie, to robił sobie własną. Często też łaził po całej okolicy, a trzeba dodać, że mieszkaliśmy przy dość ruchliwej ulicy. I o ile psy się lubiły, o tyle moi rodzice i sąsiedzi, właściciele psa, już nie za bardzo.

Rodzicom nie przeszkadzało to, że pies do nas przyłaził, ale jego właścicielom przeszkadzało to, że mamy duże szpary w bramie (była z takich prętów, pomiędzy którymi były dość szerokie przerwy, na tyle szerokie, żeby zmieścił się pies). Co chwilę sąsiedzi przyłazili do rodziców, żeby jakoś zastawili te szpary siatką czy drutem. Rodzice nie chcieli, no bo, wiadomo, to nie ich pies, nam było to niepotrzebne. Tata powiedział, że jak chcą, to mogą sobie sami to zrobić na naszej bramie, a jak nie, to niech bardziej pilnują psa. Oczywiście postanowili nie robić ani jednego, ani drugiego.

Pewnie łatwo się domyślić, że pewnego dnia pies został rozjechany przez samochód, a że był to pies wielkości małego kota, to dużo z niego nie zostało. Sąsiedzi od razu zaczęli awanturę, że to wina moich rodziców, zadzwonili na policję i kazali odkupić psa (który zresztą był za darmo, bo dostali go od drugich sąsiadów, którym oszczenił się kundelek, więc i tak raczej by ich nie sprzedali).

Policjanci kazali tylko popukać im się w głowę i odjechali. Nakaz odkupienia psa rodzice zignorowali.

Sami oceńcie, kto był piekielny. Moi rodzice, którzy nie zabezpieczyli odpowiednio bramy, żeby pies sąsiadów od nas nie uciekł, czy ludzie, którzy wiedząc, że ich pies znajdzie każdą szparę, żeby uciec, nic z tym nie robią?

Sąsiedzi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (94)

#80446

(PW) ·
| Do ulubionych
Zawsze byłam dobra w angielskim, łatwo mi wchodził do głowy, nigdy nie miałam oporów przed rozmawianiem w tym języku, gdy byłam za granicą.

Z racji, że byłam najstarszym dzieckiem w rodzinie, to często ciotki czy inni prosili mnie, żebym pomogła młodszym kuzynom i ich uczyła. Relacje z rodziną zawsze miałam dobre, więc czemu nie, zwłaszcza, że wiem, że zawsze mogę zwrócić się do nich z jakąś prośbą.

Kilkoro dzięki mnie dostało czerwony pasek, bo brakowało im jednej oceny, kilkoro w ogóle zdało. Ale nagle trafiła się ona...
Córki mojej cioci. Rok młodsza ode mnie, ale o mentalności zupełnie odmiennej niż reszta rodziny. W sumie nawet nie wiem, po kim ona ma charakter. Ciotka i wuj starali się ją wychować normalnie. Jej brat jest ogarnięty, a ona? Co chwila imprezy, chłopaki... Od razu wiedziałam, że będzie problem, ale podjęłam się.

Uczyłam ją wtedy samych podstaw (czasy present simple i continuous, kiedy a i an i tego typu rzeczy). Miała 14 lat i serio nie wiem, jak wcześniej zdawała, znaczy 2 razy nie zdała, bo była w 6 klasie i miała bardzo pobłażliwych nauczycieli, ale przyszedł czas egzaminu na koniec i trzeba było się w końcu czegoś nauczyć.

Można powiedzieć, że uczyłam ją po prostu jak, brzydko mówiąc, debila. Wszystko rozpisane, robiąc zadanie wystarczy przestawić 2 wyrazy, ale jej nie wychodzi. Czemu? Bo zamiast chociaż odrobinę próbować, to gada mi na jakiej imprezie była ostatnio (nie pytajcie, bo nie wiem, czemu ciotka na to pozwalała. Sama, chociaż byłam niewiele starsza od kuzynki, mówiłam jej, żeby jakoś ją ogarnęła, ograniczyła wyjścia, ale o ile wiem, to nic się nie poprawiło).

Po pierwszych zajęciach powiedziałam cioci to, co napisałam w nawiasie. Powiedziała, że porozmawia z kuzynką. Następne zajęcia to samo. Powiedziałam, żeby więcej nie przychodziło, bo to nie ma sensu, tylko ja tracę godzinę z życia. Ciotka rozumie, kuzynka płacze, że ona nie zda i co wtedy, wuj oburzony. Dałam jej ostatnią szansę. Za trzecim razem to samo. Definitywnie skończyłam zajęcia z nią. Ciotka nadal rozumiała, kuzynka obrażona, a wuj rozpowiada po rodzinie, że ze mnie dupa nie nauczyciel, skoro nie potrafię jej ogarnąć, żeby zabrała się za naukę.

Na szczęście praktycznie cała rodzina, oprócz ciotki wujka, stanęła w mojej obronie, bo wiedzą jaka trudna jest kuzynka.

Było to kilka lat temu. Dzisiaj kuzynka ma 19 lat i dwójkę dzieci, nie mam pojęcia, czy skończyła jakąś szkołę. Szkoda mi tylko cioci, która naprawdę chciała, żeby kuzynce coś wyszło w życiu.

PS. Wiem, że ciocia próbowała jej ograniczać wyjścia, czy stosować inne metody, ale nic nie wychodziło. Kuzynka tylko się obrażała i siedziała w swoim pokoju.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (92)

#80156

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia PluszaQ o Januszu biznesu przypomniała mi historię opowiedzianą przez moją siostrę, sprzed kilku miesięcy.

Siostra pracuje w firmie budowlanej. Na jakimś rodzinnym spotkaniu brat jej teścia powiedział, że postanowił otworzyć swoją własną firmę budowlaną i chciałby zatrudnić moją siostrę, bo ta zna branżę i mogłaby mu pomóc. Wykonywałaby jakieś tam prace, jak kładzenie płytek, czy inne takie rzeczy. Siostra się "uparcie" nie zgadza, bo w jej firmie ma już dobrą pensję, do tego jest pewna, że ma stabilną posadę i tak dalej. Gościu cały czas przy swoim, że zapewni jej równie dobre pieniądze. Niby super i w ogóle.

Ale... facet za nic nie chciał lub nie mógł zrozumieć, że siostra pracuje w tej firmie jako księgowa i ani odrobinę nie zna się na budowaniu domów. Obecnie trwa obraza majestatu. Na szczęście to nie jest jakaś bliska rodzina z którą wypada utrzymywać kontakt.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (139)
zarchiwizowany

#80155

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Było ostatnio kilka historii o zbyt wolnej jeździe samochodem. Również uważam, że zbyt wolna jazda jest często niebezpieczna.
Do rzeczy.
Jadę ostatnio autostradą. Ruch spory bo piątek po południu, a kierunek nad morze. Były to jeszcze wakacje, więc sporo osób ma urlop. No i tak jadę spokojnie wyprzedzając i zjeżdżając szybszym ode mnie. W pewnym momencie zator. Pomyślicie, ciężarówki się wyprzedzają. Otóż nie. Jakoś kretyn jechał autostradą 70km/h. Ludzie ostro hamują, nie wiedząc, co się dzieje. Cudem nikt w nikogo nie wjechał...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (50)

#79818

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia mojej przyjaciółki M, dodana za jej zgodą. Sytuacja sama w sobie raczej śmieszna, ale osoby w niej występujące już nie.

M odziedziczyła kilka lat temu dużą działkę, a w zeszłym roku razem z mężem zaczęli się budować. Postanowili, że skoro i tak biorą kredyt, to już zrobią dom i całą działkę porządnie, żeby nie bawić się z tym wszystkim przez kilka lat.

I tak najpierw wykończyli spory dom, potem wyłożyli kostkę. Zostały tylko rośliny. Z racji, że ogród ogromny i chcieli, żeby wyglądał ładnie, to zatrudnili kogoś, żeby zaprojektował jak rozłożyć rośliny i tak dalej.

Wszystko załatwione, ścieżki, jakieś altanki i inne pierdoły na ogrodzie skończone, zostały do zasadzenia rośliny. Było ich sporo, przywieziono wszystkie na raz i ustawiono na podwórzu w rzędach tych samych roślin. Wiecie, tutaj rząd tuj, obok rząd róż i tak dalej. Prawie całe podwórze pozastawiane doniczkami, workami z ziemią, taczkami i innymi ogrodniczymi narzędziami. To wszystko do złudzenia przypominało sklep ogrodniczy. No właśnie...

Tego dnia nocowałam u M. Rano wstałyśmy, jakoś tak się złożyło, że o tej samej godzinie, i od razu do kuchni robić kawę. Odsłaniam rolety a tam ktoś przestawia doniczki. Myślę, że pewnie ogrodnicy przyjechali kończyć robotę, ale M zdziwiona mówi, że powinni być dopiero za około godzinę.
Wychodzimy, a tam jakieś małżeństwo na oko 50-cio letnie (nie widziałam tego z okna), przebiera w doniczkach.

My tak stajemy, a oni grzecznie się witają i... mówią, że poproszą o te rośliny odłożone i jeszcze się rozejrzą za jakąś łopatą.. M na to, że nie wie, o co chodzi, i co oni w ogóle robią z jej roślinami? Oni na to, że przecież prowadzimy sklep ogrodniczy.

Nie dali sobie przetłumaczyć, że nikt tu nic nie sprzedaje i cały czas ciągnęli, że kto normalny ma na podwórku tyle roślin i oni żądają (tutaj już ich wyśmiałam prosto w twarz), żeby sprzedać im te rośliny, bo mają one metki z cenami, więc są na sprzedaż. Absolutnie nic nie dało się im przetłumaczyć. Dopiero mąż M wyszedł (chłop ma naprawdę mocny sen i niski poziom tolerancji na głupotę) i wytłumaczył im krótko, że weszli na teren prywatny i jeśli nie wyjdą, zadzwoni na policję.

Oni już oburzenie na twarzach i niby już wychodzili, ale jeszcze w drodze do bramy odgrażali się, że oni tu wrócą z policją.

Niestety nie wrócili, bo naprawdę byłam ciekawa co się stanie.

Ale jak w ogóle można wejść komuś na podwórze, gdzie furtka była zamknięta na haczyk, z resztą nie widać go od ulicy, więc musieli się trochę natrudzić, żeby wejść i jeszcze kłócić się z właścicielami, żeby sprzedali im coś ze swojego ogrodu?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (174)