Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Bonia

Zamieszcza historie od: 3 kwietnia 2016 - 16:36
Ostatnio: 29 czerwca 2019 - 7:09
  • Historii na głównej: 28 z 40
  • Punktów za historie: 5238
  • Komentarzy: 29
  • Punktów za komentarze: 92
 
zarchiwizowany

#75642

(PW) ·
| było | Do ulubionych
UPC
Nie wiem, czy to ja po prostu trafiłam na taki oddział tej firmy, czy to jest u nich standard.

30.09 Przeprowadziłam się. Od razu zadzwoniłam do owej firmy, żeby umówić wizytę i podłączenie telewizji. Oni (niestety) obsługują mój blok.

05.10 Pan przyszedł, popatrzył i stwierdził, że musi wiercić w rynience do mieszkania, ale do tego potrzebny jest właściciel. No ok. akurat w sobotę mój tata przyjeżdżał do miasta (mieszkanie jest 350km od miasta, w którym mieszkają z mamą).

08.10 Pan przyszedł znowu, ale tym razem jeszcze zajrzał do rynienki z drugiej strony. Okazało się, że ktoś z UPC odciął kawałek kabla idący do skrzynki. ALE. W moim bloku jest tak, że na każdym piętrze są dwa korytarzyki, przez które wchodzi się do mieszkań. Oczywiście rynienka i skrzynka są po różnych stronach drzwi prowadzących do owego korytarzyka. Żeby wywiercić otwór na nowy kabel potrzebna jest zgoda spółdzielni. No okej. UPC występuje o zgodę, klient nie musi się o nic martwić i jest super. Chciałabym...

11.10 Z UPC dzwoni Pani. Pyta się (w jej głosie słychać wręcz pretensje), dlaczego jeszcze nie mamy podłączonej telewizji. Nie pytajcie o to, bo na prawdę nie wiem o co chodziło.

17.10 Zniecierpliwiona czekaniem dzwonię do nich, czy zdobyli już zgodę spółdzielni. Pan powiedział, że przyjdą dzisiaj (21.10). Fajnie, że wcześniej ktoś od nich zadzwonił i się umówił.

21.10 Wreszcie, już myślę, że w końcu będę mogła sobie coś obejrzeć. Przychodzi Pan ze skrzyneczką i w ogóle (o dziwo nawet nie potrzebuje do tego właściciela). Patrzy na te rynienki, na kable i... mówi, że nie może tego zrobić, bo nie ma pozwolenia od spółdzielni na wiercenie w ścianie bloku.

No KU**A MAĆ!

Dzisiaj dostałam wiadomość z innej firmy zajmującej się telewizją, że rozpoczęli podłączanie telewizji w moim bloku. Zobaczymy, co z tego będzie...

UPC

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (107)

#75311

(PW) ·
| Do ulubionych
Uroki programu 500+...

1 )Moja mama chciała zatrudnić kogoś na kasę do baru mlecznego. Ogłoszenia wywieszone, umieszczone w gazetach, w PUPie itd. Czeka, czeka i nic. Po rozmowie ze swoją znajomą, pracującą w urzędzie dowiaduje się, że oczywiście osób brak z powodu tego oto programu.

2) Telefon od jednego z dostawców, że w tym tygodniu dostawa się opóźni, ponieważ mają za mało pracowników. Czemu? Bo się pozwalniali, żeby dostać 500+ też na pierwsze dziecko. Tak, ludzie wolą dostać 1500 zł (mając trójkę dzieci) i leżeć całymi dniami do góry d**ą, niż mieć przez miesiąc 3000 - zarobić 2000 i 1000 na dwójkę dzieci.

3) Znajomy ma sad, w zeszłym roku podczas zbiorów nie mógł się opędzić od ludzi chętnych do pracy, a w tym? 1/5 osób ile było rok temu. Zadzwonił do kilku osób, które rok temu mówiły, że w tym też chciałyby przyjść. Najczęstsza odpowiedź? Nie dziękuję, ja mam 500+ to mi się nie opłaca.

4) Moja daleka rodzina to patologia. 7 dzieci, matka nie pracuje, ojciec czasami coś złapie. Po pierwszych pieniądzach z programu, przez tydzień żadne z nich nie było trzeźwe, nawet przez chwilę. Nie mam pojęcia, jakim cudem nikt jeszcze nie odebrał im dzieci.

I ostatnio smaczek, o którym zapewne wielu z was ostatnio usłyszało. Wysoko oprocentowana lokata na pieniądze z programu. Tak, tylko dla tych, którzy mają pieniądze z 500+.
Uczciwie zarabiający ludzie nie mogą założyć takiej lokaty na przyszłość dla swoich dzieci, bo mają ich za mało, albo za dużo zarabiają.

Ten kraj, a raczej ludzie nim rządzący to jedna, wielka porażka.

500+

Skomentuj (139) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 323 (503)

#74990

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, że nie każdy żul proszący o jedzenie (nie o pieniądze) jest biednym bezdomnym, któremu marzy się posiłek, nawet najskromniejszy.

Moja mam prowadzi bar mleczny w centrum miasta. Niestety równolegle do ulicy, na której się znajduje, biegnie inna, dość nieciekawa ulica, przy której swoje siedziby mają właśnie owi menele. Z tego co wiem, większość domów tam jest pusta, a oni tam przesiadują. Ale do rzeczy.
Pewnego dnia do baru mamy przyszedł taki jegomość, którego było czuć jeszcze zanim wszedł. Chociaż raczej od brudu niż alkoholu. Poprosił o jakiś obiad, czy nawet resztki, a że mama ma dobre serce to dała mu zupy i chleba. Poprosił jeszcze, czy nie ma jakiś ogórków kiszonych, a że miała to dała kilka. To już powinno ją zastanowić. Mama myślała, że po prostu sobie usiądzie przy stoliku na zewnątrz (na szczęście nie było klientów, bo gdyby go poczuli to by wyszli). Dała mu ten obiad, on wziął jednorazowe łyżki (myślała, że może chce się podzielić z jakimiś "znajomymi") i wyszedł.
Rozsiadł się na schodach przed wejściem, zeszło się kilku innych i oczywiście wyjęli z torby wódkę i raczyli się trunkiem, popijając zupą i zagryzając chlebem i ogórkami (wiadomo, po co mu były).

Skutecznie odstraszali klientów. Widząc, co robią, mama szybko wyszła, żeby ich przegonić, ale niewiele to dało. Pewnie słyszeliście ich gadki typu "kupiłem to mam prawo to zjeść w lokalu" itp. Na szczęście przyszedł stały klient, były policjant, który skutecznie sobie z nimi poradził. Jest nauczka na przyszłość.

Jeszcze mały smaczek:
Jakiś czas później przyszedł inny, tez prosząc o obiad. Mama powiedziała, że da mu, ale nie za darmo. Ma wypielić, a raczej po prostu wyrwać chwasty, które rosły przy schodach wejściowych.
Odpowiedź pana żula?
"A pi***ol się"!

Także uważajcie nawet na tych, którzy niewinnie proszą o coś do jedzenia.

Żule

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (223)
zarchiwizowany

#74660

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia może nie jakoś super piekielna, ale myślę, że przydatna. O tym jak sklepy potrafią robić klientów w konia.

Zamierzając kupić coś w sklepie (moja historia miała miejsce w sklepie elektronicznym z Euro w nazwie) warto sprawdzić cenę tego produktu na stronie intenetowej.

Chciałam kupić sobie w tym sklepie prostownicę do włosów, przeglądam ofertę na internecie i znalazłam odpowiadającą mi za 99 zł, sprawdzam dostępność i jest. Będąc w sklepie, na półce ta sama prostownica z ceną 110 zł, ale nic, może się wyjaśni, wiec biorę ją do kasy. Cena do zapłaty? 120 zł. Zapytałam o co chodzi i czemu na stronie była niższa cena. Sprzedawczyni przyznała mi rację, chociaż trochę niechętnie i zapłaciłam cenę, jaka była na internecie. Ale jeśli ktoś po prostu poszedł do sklepu i wziął coś z półki, możliwe że zapłacił dużo więcej niż powinien.

Sklepy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 8 (122)
zarchiwizowany

#74017

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jechałam sobie dzisiaj (09.07) pendolino z Gdyni do Warszawy (może znajdzie się ktoś, kto to widział :)). Po paru stacjach do mojego wagonu, miejsca obok mnie, tylko po drugiej stronie przejścia, dosiedła się pewna rodzinka. Po języku wnioskuję, że byli to Czesi lub Słowacy. Rodzice i 3 córki, jedna 2 latka. No właśnie... Rozumiem, że dziecko może płakać, nie miałam z tym problemu, zwłaszcza ze nie był to wagon ciszy. Ale gdy postawili obok fotela, w miejscu na nogi, nocnik to troszkę odebrało mi mowę, ale myślę, że może po prostu nie mieli gdzie go włożyć. Ale jednak był w użyciu, na szczęście jak dziecko chciało skorzystać, to wychodzili z nocnikiem, jednak gdzieś w połowie drogi przestali. Bezceremonialnie zdjęli dziecku spodnie, majtki i posadzili na nocniku. Mi odebralo mowę, zresztą pewnie tak samo reszcie pasażerów. Nie wiem jak inni, ale ja jednak poczułam delikatny "aromat" tego co zostało w nocniku.

Jak tak można?!

Pendolino

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (150)
zarchiwizowany

#73582

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dwie, świeże historie. Nadal nie wiem, jak można być tak bezpośrednim, czy nachalnym...

Ale najpierw dwa fakty o mnie:
1. Jestem otwarta na ludzi. Gdy ktoś mnie o coś zapyta, nawet kobieta w sklepie jakiego szamponu używam, bo mam bardzo ładne włosy, to chętnie jej odpowiem. Jak mogę pomagam tez biedniejszym, ale nigdy nie daje drobnych. Mogę kupić komuś, chleb, czy coś pierwszej potrzeby, ale nigdy nie daje pieniędzy, bo wiemy, jak to się zazwyczaj kończy.
2. Mam duże loki, które bardzo podobają się kobietą. Spięte w kucyk wyglądają jak u lalki. No właśnie...

Historia nr 1:
Byłam na poczcie w celu odebrania przesyłki. Za mną parę osób i Ona. Kobieta po 50, której wzrok czułam ma sobie, jak tylko weszła do pomieszczenia, i niestety stała bezpośrednio za mną. Nagle czuje takie delikatne szarpnięcie za włosy. Myślę ok, przecież mogła niechcący to zrobić. Ale za chwile znowu. Po kolejnym razie odwracam się, a ona bawi się moimi włosami. Na mój wzrok ani be ani me. Nakręca sobie moje włosy na palec, jak gdyby nigdy nic. Pytam się co robi. Na to ona, że mam takie śliczne loczki, że też by chciała takie. Pytała jak ja takie robię, to może ona tez spróbuję. Na szczęście moja riposta zawsze w gotowości. "To moi rodzice je zrobili". Kobieta się zapowietrzyła, w kolejce słychać śmiechy. Mjejsce w okienku do którego stałam się zwolniło, wiec nasza rozmowa się skończyła, ale jak wychodziłam, to nadal czułam na sobie ten wzrok...

Historia nr 2:
Być może już słyszeliście coś podobnego, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby to napisać.
Z racji, że szłam tylko na pocztę, odebrać juz opłaconą przesyłkę nie wzięłam żadnych pieniędzy. A pod sklepem, obok poczty, zaczepił mnie pewnie Jegomość, czy Pani Kierowniczka nie ma pożyczyć złotóweczki. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że niestety nie ma przy sobie gotówki. Zrozumiał to pewnie, tak, że nie mam gotówki, wiec pewnie mam kartę. Jego odpowiedź? "A to tu za rogiem jest bankomat, wypłaci Pani i poratuje w potrzebie, he he". Karty nie miałam, ale po takim tekście nawet jakbym miała to bym nie poratowala, nawet zakupami...

Jak można być takim... nawet nie wiem jak to nazwać!

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -14 (34)

#73225

(PW) ·
| Do ulubionych
Może historia nie jest jakaś super piekielna, ale nadal zastanawia mnie, po co sklepy mają w swojej ofercie coś, czego nie mogą sprzedać...

Byłam jakiś czas temu na zakupach w centrum handlowym, gdy dopadł mnie straszny ból brzucha spowodowany okresem, kobiety wiedzą jak to jest. Nie było po drodze żadnej zwykłej apteki, więc poszłam do pewnej drogerii na S, która również jest apteką. Jak ktoś nigdy nie był to, przynajmniej w moim mieście, żeby wejść do drogerii trzeba najpierw wejść do apteki, a potem przejść do drogerii "właściwej". Ból coraz mocniejszy, a w części z apteką tłum ludzi, wiec idę do drugiej części licząc, że tam też coś mają. Mieli, akurat przy kasie cały regał środków przeciwbólowych.

Wzięłam coś mocniejszego typu max, forte, czy extra, myśląc że za chwilę moje męczarnie się skończą, ale wtedy nie było by historii. Kasjerka bierze lek do ręki i mówi: "Przepraszam, ale niestety nie mogę sprzedać Pani tych tabletek, gdyż są za mocne i można je kupić tylko w aptece". Ja taka oniemiała patrzę na ten regał, może ktoś te tabletki tam położył bo zrezygnował, ale nie. Na półce cały rząd tych samych leków, a przed nimi karteczka z nazwą i ceną. Z bólu nawet nie chciało mi się jej pytać po co to tam leży, skoro nie można tego kupić, wzięłam coś słabszego i wyszłam.


Wczoraj będąc na zakupach, wstąpiłam do tej drogerii na zakupy i co widzę? Cała półka tych samych mocnych leków, których wtedy mi nie chciano sprzedać, wzięłam z ciekawości pudełeczko i poszłam do kasy. Oczywiście mogłam kupić wszystko co wzięłam oprócz tych tabletek, które są za mocne, żeby sprzedawać je w drogerii.

Od razu dodam, jakby ktoś przeoczył informację, to te leki są przy kasach w drogerii, nie w części z apteka, a klientom raczej nie chce się iść przez cały sklep do apteki, żeby zapłacić za jedną rzecz...

Drogeria na S

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 274 (304)

#72491

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak ukradziono/porwano mi psa.

Nie wiedziałam, że w ogóle może zdarzyć się coś takiego.

Od 2 lat jestem studentką, mieszkam w 3-pokojowym mieszkaniu moich rodziców, które kiedyś sobie kupili, a teraz wynajmowali, wiec mam 2 współlokatorki, które czasami się zmieniają, jak coś się nie zgra w charakterach. Raz trafiłam na pewną, nazwijmy ją, Kasię. Naprawdę się polubiłyśmy i myślałam, że zostaniemy przyjaciółkami, ale... No właśnie. Odkąd się wprowadziłam, miałam ze sobą psa, buldoga francuskiego, naprawdę przyjazny, niestety do każdego, ale tylko u mnie w mieszkaniu, jak gdzieś go zabieram, do rodziców czy znajomych, staje się nieswój. Kasia bardzo go polubiła, z jako taką wzajemnością. Dla mnie to nawet dobrze, bo zabierała go na spacery i w ogóle. Nie podejrzewałam, że może stać się coś dziwnego.

Po kilku miesiącach Kasia wyprowadziła się do swojego chłopaka. Miała wtedy dzień wolny, a ja zajęcia, wiec gdy wyjeżdżała, nie było mnie w mieszkaniu. Jakie było moje zdziwienie, gdy po powrocie do domu nie zastałam psa! Druga współlokatora była ze mną na zajęciach, więc nic nie wiedziała, sąsiedzi w pracy (blok zamieszkiwany praktycznie przez samych młodych ludzi), oprócz starszej sąsiadki z parteru. Widząc moje zdenerwowanie, zapytała o co chodzi, gdy jej opowiedziałam, powiedziała, że widziała jak Kaśka zabiera mojego psa do samochodu i z nim odjeżdża.

Znając nowy adres, szybko tam pojechałam, otworzył mi jej chłopak, bardzo zdziwiony tym, że chcę zabrać ICH psa. Powiedział, że Kasia kupiła go, gdy ze mną mieszkała, a ja jej czasami pomagałam w zajmowaniu się nim. Szarpanina słowna z nimi trwała jakieś pół godziny, aż sąsiad zadzwonił po policję. Na szczęście. Noszę zawsze przy sobie książeczkę zdrowia i paszport psa (wszędzie z nim podróżuję, więc musi taki posiadać), oba ze zdjęciami. Po wyjaśnieniach policja pozwoliła mi zabrać psa i odjechałam. Nie wiem, jak potoczyły się losy Kaśki, ale raczej nic im nie zrobili.

W ogóle jak można zrobić coś takiego? Słyszałam o "pożyczaniu" podczas przeprowadzki różnych rzeczy, no ale żeby psa?!

współlokatorka

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 385 (405)

#72198

(PW) ·
| Do ulubionych
Z okazji zbliżających się wielkimi krokami wakacji, przypomniała mi się historia z zeszłego roku.

Mam/Miałam (sama do tej pory nie wiem) przyjaciółkę, od 4 klasy podstawówki. Teraz obie jesteśmy na drugim roku studiów. Z racji, że pochodzimy z niewielkiej miejscowości z centrum Polski, na studia musiałyśmy wyjechać. I tak ona znalazła się w Warszawie, a ja w Gdyni.

Wiadomo, jak jest. Na pierwszym roku studiów raczej nie było okazji, żeby się spotkać, wiec często do siebie pisałyśmy, i tak wpadłam na pomysł, żeby do mnie przyjechała, zwłaszcza, że mam blisko do morza i innych atrakcji miasta, wiec trochę lepiej, niż jakbym ja miała jechać do niej ;) Jej pomysł się spodobał i, co ważne dla historii powiedziała, że się odezwie do mnie w tej sprawie. I na tym się skończyło (a był kwiecień).

Kontakt na chwilę się urwał, bo obie zajęłyśmy się swoimi studiami. I tak nastał czerwiec. Kontaktu brak, ale na wakacje trzeba się ogarnąć, więc ja też nie dzwoniłam. W lipcu postanowiłam pojechać do dawno niewidzianych rodziców. Od niej nadal żadnego telefonu, ani wiadomości. Numeru nie zmieniłam, maila też. Po kilku dniach pobytu w domu rodzinnym dostaję telefon. Tak! Od przyjaciółki. Powiedziała, że czeka na mnie na dworcu w Gdyni, bo przyjechała mnie odwiedzić tak jak rozmawiałyśmy. Zdążyłam tylko jej powiedzieć, że nie mam mnie w mieście, bo pojechałam do rodziców. Zaczęła się na mnie wydzierać, że jak tak można kogoś zapraszać, a potem sobie wyjeżdżać.

Po pytaniu dlaczego nie zadzwoniła do mnie wcześniej, powiedziała, że to ja ją zaprosiłam, więc powinnam siedzieć w domu i na nią czekać. Na końcu jeszcze dodała, że powinnam oddać jej pieniądze za bilety.

Sami oceńcie...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 382 (402)
zarchiwizowany

#72203

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O moim piekielny tatusiu...

Było dużo historii o psach bez smyczy itp. ale dołożę tez swoją.

Mamy psa, 8 letniego boksera. Kto ma lub miał, ten wie, że większość z nich przez całe życie jest szczeniakiem. Nasz tez. Lubi się przytulać, nawet do obcych, którzy nas odwiedzają. Ale to jednak tylko pies, czego nie może zrozumieć mój tata.

Spacery
Wychodzi ktoś z psem rzadko, bo mamy ogromny ogród, z wydzieloną toaletą dla psa, regularnie oproznianą, jednak mieszkamy kilka kroków od lasów i pol, wiec jak tylko jest czas to ktoś z nim wychodzi i rozumiem, że wtedy Czesio (nasz psiak) lata bez smyczy, czy kaganca, bo nikt z sąsiadów tam nie chodzi, jednak smycz zawsze zabieramy ze sobą. W razie czego.
Są też spacery "do ludzi", nad miejscowe jezioro, ale tylko gdy jest ciepło. Dużo ludzi, niektórzy z psami, wiec logiczne, żeby nawet najmilszy pies miał chociaż smycz. Tego mój tatuś nie może pojąć. Obok jeziora jest spora polana, gdzie chodzą ludzie tylko z psami, samemu nie, więc ojciec psa puszcza wolno, wśród innych psów (na smyczach). Nie raz ludzie mówili mu, żeby zapiął psu smycz, ale on zawsze, mówi, że nasz pies, nikogo nie pogryzie. Zapinana mu smycz dopiero, jak już jakiegos ugryzie, na szczęście sam zazwyczaj nie atakuje. Tylko staje się agresywny, gdy jakiś inny pies w celu zapisania powącha go w tyłem. Nie pomagają prośby, ani groźby ze strony mojej, czy mamy.

Macie jakiś pomysł na zachowanie taty?

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (80)