Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Brikus

Zamieszcza historie od: 22 listopada 2015 - 23:20
Ostatnio: 12 września 2019 - 7:08
  • Historii na głównej: 7 z 7
  • Punktów za historie: 2084
  • Komentarzy: 19
  • Punktów za komentarze: 55
 

#85036

(PW) ·
| Do ulubionych
Do trzech lat pracuję w hurtowni oświetleniowo-elektrycznej. Praca dla mnie w sam raz, gdyż kontakt face-to-face z klientem (taki ze mnie masochista), a i branża, którą uwielbiam. Do dwóch lat współpracuję z pewną Panią Projektant. Współpraca świetna.

Dlaczego więc piszę? Ano pojawiła się kolejna Pani (tfu) projektant. Żebyście zrozumieli w czym rzecz, przedstawię szybko schemat działania z projektantką nr. 1. Designerska wysyła do mnie zestawienie lamp do wyceny, które dobrała dla klienta. Są to zazwyczaj co najmniej dwie propozycje na dany punkt oświetleniowy. Robię wycenę, wysyłam do niej, ona do klienta. Następnie przychodzi z rzeczonym do mnie i tu już służę typowo technicznym doradztwem typu "ta lampa da więcej światła". Następnie jest realizacja.


Tyle teorii. Nowa projektantką dziś wpadła i rzecze do mnie:

P: Poszukaj mi lampy. Ma mieć takie kijki czarne i frędzelki i wyglądać tak jak ja chce (no nie dosłownie, ale w tym klimacie).
Ja: OK, rozumiem... Czy może być coś takiego (pokazuję w katalogu).
P: Nie. Nie rozumiesz (ponownie ten sam opis).
Ja: No dobrze, mogę w wolnej chwili czegoś poszukać, ale wyślij mi, proszę na maila przykładowe zdjęcie, rysunek, czy cokolwiek, żebym wiedział czego szukać.
P: No jak w wolnej chwili? Teraz chcę.
Ja: W wolnej chwili, czyli nie prędzej jak za dwa dni. Jest koniec miesiąca. Fakturujemy instalatorów, mam otwarte 7 wycen inwestycyjnych i 2 projekty. Po prostu nie da rady szybciej niż za dwa dni.
Foch i wyjście.

I taka refleksja mnie nachodzi: po pierwsze - dlaczego niektórzy myślą, że wszyscy są na ich zawołanie i rzucą wszystko, żeby tylko mi dobrze zrobić? Po drugie - dlaczego miałbym robić za kogoś robotę? To nie ja jestem projektantem z wizją. Jeśli chodzi o lampy to smaku za grosz nie mam. Wiem, jaka jest lepsza fotometrycznie, czy jak zakombinować światłem żeby uzyskać dany efekt, ale w projekty wnętrz się pchać nie mam zamiaru.

Mam nadzieję że tekst zrozumiały. Jakby były jakieś nieścisłości do wyjaśnienia - odpowiem w komentarzach.

Praca

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (133)

#75996

(PW) ·
| Do ulubionych
Kultura w sklepie? A i owszem... Tylko czemu od nas się jej wymaga, a klient ma prawo nas gnoić i robić co chce?

Przykład pierwszy:

Niedziela -ważne- po jednym pracowniku na dział. Stoję z przemiłym Panem i omawiamy temat drzwi, którymi ten jest zainteresowany. Podchodzi do nas facet i mówi,że "chce kogoś od drabin". Dosłownie tak. Ani przepraszam, ani dzień dobry, tylko pakuje mi się w środek zdania. Proszę, by poczekał - skończę z Panem, to się nim zajmę.
Pada pytanie "a to długo?"... Tak długo, jak długo obecny klient będzie wymagał pomocy. A ten stoi i dyskutuje, więc przepraszam pierwszego klienta i pytam, czy się nie pogniewa jak podejdę z tamtym na moment pod drabiny. Zgoda jest, więc lecę.

Dochodzimy do drabin. (F)acet gapi się na mnie, więc:
Ja- W czym mogę pomóc?
F- Tą drabinę chcę (pokazując na stojącą przed nim rzeczoną drabkę).
Ja- Proszę śmiało brać (z uśmiechem. Już wiedziałem o co chodzi).
F- CO?! TY MASZ MI JĄ DAĆ!!
Ja- (podając do ręki) Proszę.
F- CHYBA SOBIE JAJA ROBISZ!!! MOŻE MAM SAM JĄ DO KASY ZANIEŚĆ!?
Ja- Nie inaczej proszę pana (wciąż ze stoickim spokojem i uśmiechem).
F- TO SĄ JAKIEŚ KPINY!! JA TO ZGŁOSZĘ!!! JUŻ TU NIE PRACUJESZ!!

Przykład drugi:

Klient bierze sporo towaru (3 palety prawie wyszły), więc żeby nie musiał jeździć na dziesięć razy wózkiem, wywożę go (towar, nie klienta) paleciakiem na zewnątrz i nie tyle pomagam załadować na przyczepę, co sam go ładuję... I robi się człowiekowi jakoś tak smutno, bo ani dziękuję, ani do widzenia... Jak psa potraktować - zrobiłeś swoje to spie..... idź sobie. A ładowanie klientowi towaru nie jest naszym obowiązkiem....

Brico

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 284 (296)

#71273

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu dostałem od kierownika polecenie zrobienia wyprzedaży płytek. Kazał mi to zrobić na zasadzie "napisz przy cenie, że -50%, dziewczyny na kasie zmienią i będzie OK". Spoko, kieras każe, ja wykonuję.

Dwa tygodnie później.
Podchodzi do mnie koleżanka z linii kas i mówi, że mam się stawić u prezesów. Wchodzę do gabinetu i słyszę "pan usiądzie". Kiedy u nas pada to hasło, to już wiadomo, że jest ku**a źle. Usiadłem i zaczynam się przysłuchiwać temu, co mają mi do powiedzenia. Czego się dowiedziałem?

1. Narażam sklep na straty.
2. Przez moją "nieautoryzowaną działalność" marża na sklepie poleciała na łeb, na szyję.
3. Jako "nagrodę" dla mnie przewidziano naganę z wpisem do akt.

Moje tłumaczenie, że zrobiłem to, co kazał i jak kazał mi kierownik, nic nie dało. Dlaczego? Bo "czy kierownik konsultował to z kimś z góry?". Cholera... To mam kwestionować polecenia, które dostaję? Jak mi kieras każe coś zrobić, to mam wyjechać z tekstem "OK, ale czy starzy o tym wiedzą? Masz ich zgodę?". No chyba nie tak to działa, prawda?

Zawsze jak kierownika nie było i szło się z czymś istotnym do prezesostwa, to odsyłali nas argumentując, że istnieje droga służbowa i jak coś chcemy, to mamy to przez kierownika załatwić.

Jestem teraz w kropce, bo sam nie wiem co z tym zrobić... Ktoś mi radził sąd pracy (nagana = brak premii przez rok), tylko czy warto? Nawet jeśli bym wygrał, to co? Nie będę miał życia w pracy...


PS Wyprzedaż nie powinna być robiona tak, jak mi kazano (teraz to wiem), tylko założona komputerowo z uwzględnieniem zdjęcia towaru ze stanu i sprzedaży na specjalnie wygenerowanym kodzie z niższą ceną.

Praca

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (236)

#70691

(PW) ·
| Do ulubionych
Z cyklu "oczami sprzedawcy".

Jak część z was pewnie pamięta - pracuję w jednym ze sklepów sieci "Muszkieterów". Piekielni zdarzają się często, czasem to my jesteśmy piekielni.

O czym dziś? Deski sedesowe, i "wróżbita maciej"

Deski:
Jak większość sklepów ogólnobudowlanych prowadzimy sanitarkę, a jak sanitarka to produkty komplementarne typu właśnie owych desek sedesowych. Regał, na którym się deski znajdują jest opatrzony wielkimi czerwonymi kartkami z napisem "Deski sedesowe nie podlegają zwrotowi, lub wymianie - wybieraj mądrze". Czemu nie wymieniamy/przyjmujemy zwrotów na taki asortyment każdy normalny człowiek powinien zrozumieć.
Kiedy ktoś ma problem z dobraniem odpowiedniego rozmiaru dechy, tłumaczymy jaki wymiar jest potrzebny i taki delikwent zazwyczaj dzwoni do domu żeby ktoś zmierzył, albo wraca za jakiś czas z wymiarami. No właśnie ZAZWYCZAJ.

Bardzo często zdarza się że konsument wraca z otwartą dechą (jak jeszcze jest zafoliowana, a klient spokojny i uprzejmy zdarza nam się pójść takiemu na rękę) i "on chce wymienić". Tłumaczenie takiemu osobnikowi dlaczego nie przyjmiemy towaru z powrotem jest strasznie upierdliwe i rzadko kończy się spokojnie.


Wróżbita maciej:

(K)lient, (J)a
K : -Panie, bo ja dwa miesiące temu kupowałem płytki i ja chcę jeszcze karton takich
J : A o które panu płytki chodzi?
K : No te co kupowałem. Z żoną byłem.
J : A nazwę pan może pamięta, albo wymiar?
K : No te co kupowałem! Nie wiesz pan?!

... nie, nie wiem. Mam dziennie parę setek klientów, ale muszę pamiętać co akurat on kupił.

K : Dzień dobry, szukam płytek do kuchni.
J : (wypytanie o wymagania, rozmiar, kolorystykę i inne duperele. Pokazaniu kilku z wielu możliwych opcji) Czy coś z tego się panu podoba, czy szukamy dalej?
K : A to będzie pasować do mojej kuchni?
J : Nie wiem proszę pana, to pan musi zdecydować. Pan tam mieszka, nie ja, więc pan musi wybrać, ja mogę tylko doradzić.
K : To które mam wziąć?


... Noż k....

Na koniec parę słów o zwrotach. Sklep NIE MA OBOWIĄZKU przyjąć zwrotu. Jest to tylko i wyłącznie dobrą wolą właścicieli. Jeśli już chcecie jakiś towar oddać, a nie macie paragonu/faktury, wyzywanie pracowników nie pomoże. Bez dowodu zakupu nikt wam nic nie przyjmie. I straszenie rzecznikiem praw konsumenta też nie robi na nas wrażenia. Acha... I teksty "bo ja znam swoje prawa" nie zwalniają z przestrzegania obowiązków. Gwarancja nie jest ważną jeśli nie dotrzymasz obowiązków z nią związanych.

Praca

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 228 (258)

#70602

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio wspominałem, że niedługo się żenię - a jak to bywa przy żeniaczce - dostanę "w spadku" teściową. O tej >tfu< personie chciałem wam dziś opowiedzieć.

Narzeczona moja, a od przyszłej soboty żona pochodzi z tzw. "rodziny patologicznej". Jej matka jest czystej krwi alkoholiczką, rozwiedzioną z pierwszym mężem (ojcem mojej połowicy, dalej w opowieści jako P), swoją drogą naprawdę spoko facetem. Jako, że P w momencie rozwodu rodziców była jeszcze w wieku gimnazjalnym jej matka załatwiła sobie (tak - sobie, bo nie dzieciom) alimenty.

Kiedy P osiągnęła pełnoletność jej matka nie miała już dostępu do pieniędzy, które siłą rzeczy zostały w całości przyznane P. Jak w takim razie sobie poradzić bez 500 zł, które tak bardzo by się teściówce przydały? I tutaj przechodzimy do meritum sprawy...

Od kiedy P dostała wszystkie niezbędne papiery od alimentów, jej matka zaczęła ją namawiać, a to "weź mi telefon w sieci", a to providenta, a to to, a to tamto... Zawsze padały słowa "przecież ty mi weźmiesz a ja spłacę".
Nie wiem co kierowało P. Może głupota, może strach, może jeszcze co innego? W każdym razie jak matka zagrała - tak P tańczyła...

Jak się to wszystko kończy? Na chwilę obecną zadłużenie rzędu 30 tys. polskich złotych i kilka spraw komorniczych.
A matka? Śmieje się i dalej robi swoje - przecież ma jeszcze trójkę dzieci, które będzie można tak samo wykorzystać.

A my? Powoli spłacamy, i jeszcze długo będziemy spłacali te długi. Kilku radców prawnych odwiedzonych i zawsze taka sama odpowiedź - nic z tym nie można zrobić, bo na umowach są podpisy P, a dowodów jakichkolwiek brak.

Ślub? W USC się pojawi, na "przyjęcie" (czyt. obiad w domu moich rodziców) nie stawi się. Czemu? Bo "ona nie wie jak się przy takich paniskach zachować". Już tłumaczę - moi rodzice nie są "na pozycji", czy coś. Tata - emerytowany żołnierz, mama - gospodyni domowa, i gdyby nie oni, nie byłoby nas stać na zrobienie czegokolwiek w stronę ślubu.

życie

Skomentuj (57) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 259 (353)

#69753

(PW) ·
| Do ulubionych
W styczniu się żenię i co ważne - nie bierzemy ślubu kościelnego, a cywilny.

Spotkałem ostatnio znajomą z czasów szkoły. Trochę pogadaliśmy i temat zszedł na standardowe "masz kogoś?", to się pochwaliłem naszym planem "legalizacji" związku. Zgadnijcie czego się dowiedziałem - otóż ślub cywilny to nie ślub. Kiedy mnie zapytała czemu nie kościelny i odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że kościelnego nie wezmę, bo nie jestem katolikiem... Oooooo i się zaczęło.

Skończyło się tak, że w pewnym momencie po prostu się odwróciłem i salwowałem się ucieczką. Skąd tyle nienawiści w ludziach i to przekonanie "wiara katolicka jedyną słuszną wiarą"? Ja osobiście jestem agnostykiem, ale nie narzucam innym swojego zdania i nie potępiam za to że są katolikami, więc czemu ja mam być potępiany? Ehhh... Po raz kolejny - witamy w Polsce - kraju z wolnością słowa i wyznania.

Znajomi

Skomentuj (131) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 341 (783)

#69752

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w Brico jako "sprzedawca" na dziale budowlanym... Bardziej bym to określił jako konsultant do spraw klienta, ale nie o tym...
Sytuacji, zarówno tych śmiesznych, jak i piekielnych jest co nie miara, jednak chcę Wam naświetlić akcję z przed dwóch dni.

Sprzątam sobie spokojnie przy płytkach (akurat wg. podziału wewnętrznego za nie odpowiadam), kiedy z głośnika pada komunikat "pracownik działu budowlanego proszony do telefonu". No to myk. Do chodzę, odbieram i...
(k)-klient (j)-ja
J- Brico Marche, dział budowlany.W czym mogę pomóc?
K- Wy sku***ny, p**dy je**ne gdzie są moje drzwi!!! JA WAM KU*** ŁBY POURYWAM (około dwuminutowy monolog, którego nie udało mi się przerwać)
J- (jak wyczułem chwilę przerwy) Proszę Pana, proszę spróbować się uspokoić i powiedzieć co się stało żebym mógł Panu pomóc.
K- Drzwi moje gdzie są? Ja drzwi miałem kupić a ich nie ma!
J- O jakie drzwi Panu konkretnie chodzi?
K- NNNOoooo o te co je miałem kupić. Miały być a nie ma, ja was *&*$*& do sądu podam!!
J- Czy były to drzwi zaliczkowane, bądź zamówione specjalnie dla Pana?
K- NIE! Ja je dzisiaj oglądałem i były, a teraz nie ma!
J- Czyli rezerwował Pan (jest u nas taka możliwość) towar tak?
K- Mówię ci K*^WA IMBECYLU JE&%@Y że nie. Żem je miał wziąć, ale po przyczepkę pojechałem.
J- To ja Pana chyba nie rozumiem... Usystematyzujmy- nie kupił Pan drzwi i ma Pan obiekcje że nie ma drzwi których Pan nie kupił, czy tak?
K- PRZECIEŻ CI TŁUMACZE DEBILU, ŻE NIE KUPIŁEM BO PO PRZYCZEPKĘ POJECHAŁEM!!! GDZIE SĄ MOJE DRZWI KU**A!!!

Rozmowa tak się ciągnęła dobre 15 minut i wiecie co? Albo ja jestem rzeczywiście debilem, albo ten świat staje na głowie... Żądać drzwi których się nie kupiło? Powiecie, że powinniśmy odłożyć towar dla klienta. Sęk w tym, że z nikim nie rozmawiał- wiem, bo rozmawiałem z chłopakami.

I obywatele... Poważnie - trochę więcej kultury w rozmowie...

Brico

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 641 (671)

1