Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Bryanka

Zamieszcza historie od: 18 maja 2011 - 15:50
Ostatnio: 30 lipca 2021 - 20:44
O sobie:

Siedzę w UK. Trenuję konie i ludzi..

  • Historii na głównej: 25 z 43
  • Punktów za historie: 11292
  • Komentarzy: 4667
  • Punktów za komentarze: 40304
 

#88296

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam na angielskiej wsi. Sąsiedzi, z którymi się przyjaźnimy, prowadzą coś w rodzaju ekskluzywnego B&B, połączonego z willami do wynajęcia. Klientami w większości są ludzie bogaci, czasami zdarzy się jakiś celebryta, czy arystokrata.

O tym, że "nadziani" ludzie bywają kompletnie odrealnieni, i miewają ciekawe wymagania, to już zdążyliśmy się nie raz przekonać. Jednak dzisiaj pewna babka wygrała złoty medal z ziemniaka.

Zadzwoniła, żeby potwierdzić rezerwację i jednocześnie upewnić się, że w czasie jej pobytu, w okolicy "jej" willi nie będzie żadnych kleszczy, much, pająków, komarów i innych takich "wiejskich świństw".

Na pytanie właścicielki przybytku, jak niby mają to zrobić, stwierdziła, że powinni wyzbierać, albo "czymś popryskać". Tak, całą wieś. I las. I łąki.

Tia....

uslugi

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (190)

#88255

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w Anglii. Kilka dni temu wybrałam się z mojej wioski, do przychodni w pobliskim miasteczku, w celu przyjęcia drugiej dawki magicznej szczepionki. Społeczność jest mała, więc wszyscy się znają przynajmniej z widzenia, albo mają wspólnych znajomych.

Meldując się w przychodni, znajoma recepcjonistka, z lekkim zażenowaniem powiedziała, że lekarz przyjmie mnie wcześniej, ale mają też do mnie prośbę. Czy po mojej wizycie mogłabym zostać przez chwilę, jako tłumacz, gdyż ich "elektroniczny tłumacz" się zepsuł i mają problem, a wiedzą, że mówię po polsku. Zgodziłam się bez problemu, ale jednocześnie zdziwiłam się, że w naszej "głuszy" trafił się taki "rodzynek" kompletnie bez znajomości języka. Tutejszych Polaków można policzyć na palcach jednej ręki i wszyscy są już właściwie autochtonami.

Lekko zakłopotana pielęgniarka, zaprowadziła mnie do sąsiedniego gabinetu. Po kilku minutach zrozumiałam dlaczego cały personel był tak "spłoszony". Do gabinetu wszedł obrażony na cały świat, "typowy Janusz" w wieku emerytalnym. Przywitałam się grzecznie i powiedziałam, że będę jego tłumaczem. Koleś podniesionym głosem zaczął się pieklić, że niech mu zrobią już ten zastrzyk i przestaną wydziwiać! Pytań im się zachciało!

Tłumaczę tłukowi, że personel musi zapytać o przyjmowane leki, alergie, itp. Jak grochem o ścianę. Tłumacząc jego "zeznania", pominęłam Januszowe przytyki w kierunku pielęgniarki, bo po cholerę kobietę stresować jeszcze bardziej zwłaszcza, że z tonu jego głosu można było usłyszeć czystego focha i obrazę majestatu.

Szczerze powiedziawszy udzieliło mi się zażenowanie personelu szczególnie, że facet był moim krajanem. W dalszym ciągu zastanawiam się jakim cudem Piekielny, znający jedynie słowo "hello", "do nas" trafił, skoro w pobliżu nie ma żadnych fabryk, magazynów, polskich sklepów. Może spadł z kosmosu?

zagranica

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (159)

#88228

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w branży rolno - ogrodniczej w UK. Ostatnio znajomy architekt krajobrazu uraczył mnie artykułem na temat najbardziej stresujących zawodów. Podobno nasza branża jest w czołówce pod kątem najbardziej piekielnych klientów i stresujących sytuacji. Przeczytałam, pośmiałam się, stwierdziłam, że przecież nie jest tak źle, a potem wróciłam w myślach do ostatniego tygodnia.

Piekielności ujęte w punktach:

1. Facet zrobił szefowi awanturę, że nie poinformowano go, iż zakupione drzewko owocowe, po wsadzeniu w ziemię należy regularnie podlewać. Co z tego, że dostał instrukcję obsługi razem z rośliną. On głupot nie czyta, to nasza wina!

2. Stały klient, starszy pan, który do wszystkich pracowników zwraca się per panowie (do pracownic w średnim wieku też), młode kobiety wprost ignoruje. Dziewczyna na kasie nie była w stanie go obsłużyć, gdyż "odmawiał współpracy".

3. Młodo wyglądam, więc klientka myśląc, że jestem stażystką, odmówiła bycia obsłużoną i kazała wołać szefa. Szef przyszedł, wysłuchał baby, po czym zawezwał mnie znowu, gdyż dany temat akurat był moją "działką". Kobita się obraziła.

4. Można u nas przychodzić z psami na smyczy. Jeden psiak zrobił kakę na środku alejki, więc właścicielka zamiast po nim posprzątać oświadczyła, że to nasz obowiązek.

5. Madki i Tateły z Bombelkami, traktujący cały zakład jak plac zabaw. Mistrzami została dwójka dzieciaków, ganiająca się z wrzaskiem wokół wózka widłowego, w strefie "tylko dla personelu". Po mojej dosyć ostrej reprymendzie, została złożona na mnie oficjalna skarga, że "przestraszyłam oba bombelki".

6. Z powodu pandemii i wyjścia z UE nastąpiły opóźnienia w dostawach niektórych produktów, a także wyczerpanie zapasów innych. Czyja to wina? Oczywiście dziewczyny obsługującej kasę! :D

7. Notoryczne traktowanie naszych młodziutkich stażystów jak debili i służących. Prym w takim zachowaniu wiodą młode japiszonki.

8. Na koniec mój osobisty hit: "Macie c***owe rośliny, bo panu w TV rosną, a u mnie nie chcą!".
Tak, różnice w rodzajach gleby i ogólnych warunkach też są naszą winą. Najlepiej wykrzyczeć to biednemu stażyście, albo jednej z młodych pracownic, bo do szefa strach podejść.

A to tylko ostatni tydzień :D

uslugi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (129)

#88170

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w firmie rolno - ogrodniczej w UK.

Wczoraj przy kasach jedna klientka narobiła dzikiego wrzasku, bo z rośliny wyszedł "robal". Szef pieczołowicie "robala" zebrał i wypuścił na zewnątrz, gdyż był to "dobry robal", który zjada "złe robale".

Klientka za to zrobiła nam dziką awanturę, że jak tak można, że to wstyd dla firmy "mieć robale w produktach" i powinniśmy "coś z tym zrobić" czyli najlepiej spryskać wszystko pestycydem. A w ogóle, to jesteśmy brudasami, bo na dodatek się ziemia z doniczki wysypała.

Co w tym śmiesznego? Gościówa prowadzi jednoosobową działalność z usługami ogrodniczymi. :D


P.S. Tym "robalem" była larwa biedronki, która zjada mszyce ;)

uslugi

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (186)

#88029

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w branży rolno-ogrodniczej w UK.

Podobno na Wyspach Brytyjskich teraz ciężko o pracę. Ludzie potracili zatrudnienie w związku z pandemią, niektórzy z powodu Brexitu. No właśnie - podobno...

Od pewnego czasu zakład, w którym pracuję poszukuje dwóch pracowników. Jednego na sezon, a drugiego na stałe. Nie muszą mieć wykształcenia kierunkowego (chętnie przyuczymy), wymagana jest siła fizyczna i zainteresowanie ogrodnictwem i hodowlą roślin. Płaca powyżej minimum + premie. Wystawiliśmy ogłoszenia na miejscowych portalach oraz korzystamy z pomocy agencji pracy. I co? I jajco!

Oto jakie "kwiatuszki" nam się do tej pory trafiły:

1. Pakistańczyk, imienia nie zdążyliśmy poznać. Popracował łącznie trzy dni, podczas których głównie zajmował się łażeniem za wszystkimi, pracującymi w zakładzie kobietami. Doniczek (plastikowych lekkich) nie przyniesie, bo go palec boli, ziemi w workach nie przywiezie (na specjalnym wózku), bo nie lubi. Robotę rzucił, bo za ciężka.

2. Portugalczyk Luciano. Jego główną bolączką było to, że główną przełożoną była kobieta, a on poleceń od kobiety przyjmował nie będzie, bo to uwłaczające. Po tygodniu przestał się pojawiać.

3. Polak, pan Miecio. Sympatyczny, nie dało się go nie lubić. Może trochę za często wygłaszał teorie, że skoro jestem Polką i pracuję na dobrym stanowisku, to znaczy, że musiałam się dobrze z szefostwem (szefem?) "ustawić". Kariera pana Miecia skończyła się w momencie gdy pewnego dnia, przybył do pracy nawalony jak messershmitt.

4. Kolejny Polak, typowy Seba. Również uważał, że musiałam dobrze "dać się ustawić", bo to przecież niemożliwe, żeby Polka wśród Anglików pracowała i była traktowana na równi z nimi. Podczas pracy głównie narzekał, że reszta chłopaków go strasznie gnębi (buntowali się gdy co chwila robił sobie przerwę na fajka). Przestał się pojawiać gdyż zwinęła go policja, podobno był poszukiwany w Polsce. Szef się cieszył, że nie zwinęli go z pracy, bo wieś miałaby o czym gadać na całe lata.

5. Anglik Luis. Myśleliśmy, że w końcu dobrze trafiliśmy. Sympatyczny, ciężko pracujący, można było z nim pożartować. Sielanka skończyła się gdy poczynił w moim kierunku pewne awanse, dostał kosza, więc obraził się i z dnia na dzień, bez uprzedzenia przestał przychodzić do pracy.

Zaczęliśmy już robić rankingi najdziwniejszych kandydatów, a ja nie mogę się doczekać kto przybędzie na tydzień próbny w poniedziałek. Jak to klasyk mawiał "W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem"...

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (195)

#87672

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak niektórzy łykają wszystko jak pelikany i są odporni na wiedzę.

Pracuję w UK, w zakładzie z branży ogrodniczo-rolnej. Sprzedajemy popularny produkt X, używany przy sadzeniu roślin. Produkt X zawiera składnik Y, który jest pozyskiwany ze źródeł naturalnych i tak było od dawien dawna.
Ostatnio w jednej z telewizji, w programie śniadaniowym, jakiś "dziennikarz" zrobił reportaż na temat szkodliwości produktu X ze składnikiem Y oraz, że wszyscy powinni przerzucić się na produkt X w wersji "vege", czyli bez składnika Y.

Programu nie oglądałam, dowiedziałam się od klientki, że taki był. Nie wiem czy reportaż był wybiórczy, czy ludzie gie z niego zrozumieli, ale otworzyło nam to dzisiaj cały wór z piekielnościami:

1. "Składnik Y zatruje mi glebę w ogrodzie!"

Klientka potrzebowała konkretny rodzaj produktu X, którego akurat nie mieliśmy w wersji "vege". Zaczęła się pieklić, że pełnowartościowy X zatruje jej ogród. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że składnik Y jest naturalny, pochodzi z gleby i w glebie się rozkłada. W TV mówili, że to zło, więc to prawda, a ja jej wciskam kit!

2. "Zarabiacie na niszczeniu planety!"

Produkt X ze składnikiem Y kosztuje £4. W wersji "vege" mamy dwie opcje, za £6 i £8. Popyt, podaż i te sprawy... Klientka oskarżyła mnie, że specjalnie podkręcamy cenę, bo jesteśmy "pieprzonymi globalistami".

3. "To niszczenie Wysp Brytyjskich!"

Tak, składnik Y pozyskuje się z gleby. Jednak klientka piekląca się do mojej koleżanki, nie chciała słuchać, że rząd UK ograniczył pozyskiwanie składnika Y na terenie kraju, żeby zasoby "odrosły". Nie! Kłamiecie, bo pan w TV mówił....

4. "Powinniście się wstydzić, że macie produkty ze składnikiem Y! Pójdziemy do konkurencji!"

No to baba się zdziwi, bo konkurencja też je sprzedaje :D

5. "Nie używamy składnika Y, bo to sam diabeł/szatan/antychryst!"

Szef wysłuchał klienta, po czym stwierdził, że gość musi mieszkać w chacie z bali, połączonych ptasim gównem gdyż składnik Y jest bardzo chętnie wykorzystywany w budowlance i produkcji, a wykorzystanie w rolnictwie jest marginalne. Klient się zapowietrzył i nazwał szefa głupkiem.


I to są teksty i sytuacje tylko z dzisiaj. Nie mogę się doczekać poniedziałku... -.-

uslugi

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (112)

#86854

(PW) ·
| Do ulubionych
Natchnęła mnie historia https://piekielni.pl/86852, a dokładniej komentarze pod nią.


Nasz sąsiad (tak, ten z historii o głośnej i śmierdzącej wsi :D) jednak okazał się człowiekiem sympatycznym, z którym da się pogadać, a nawet współpracować. Jest on też człowiekiem dobrze sytuowanym i za punkt honoru postawił sobie rewitalizację kompleksu parkowego i pastwisk naokoło swojej posesji.

Gwoli wprowadzenia - dom od tej określonej strony jest nieco wyeksponowany, a przejście do parku prowadzi w dół, przez ogród. Dalej są pastwiska, a za nimi znajdują się dwa domki z uroczymi ogródkami, które kiedyś strzegły dawnej bramy wjazdowej na posesję. Jeden stoi pusty, a w drugim zamieszkała młoda rodzina. I tutaj zaczyna się właściwa historia:

Sąsiad stwierdził, że zacznie od postawienia porządnych ogrodzeń na pastwiskach i odnowienia starych wiat dla zwierząt. W tym celu robotnicy zaczęli wiaty częściowo rozbierać i przestawiać. Jedną z nich ustawili blisko płotu graniczącego z zamieszkałym domkiem.

Na drugi dzień do sąsiada zajechała mieszkająca w tym domku rodzinka i pan domu z miejsca wyskoczył z japą. Darł się, że on sobie nie życzy tej wiaty przy płocie, bo on kupował ten dom Z WIDOKIEM! Z widokiem na co? A no z widokiem na ogród sąsiada. I dom. I wnętrze domu. Sąsiad ma natychmiast przestawić wiatę, bo oni nic nie widzą!

Tak, wieczorami rodzinka siadała sobie w ogrodzie i obserwowała życie sąsiada i jego rodziny.

Sąsiad wiatę przestawił... po to, żeby wyznaczyć miejsce na żywopłot. Stwierdził też, że chyba zacznie chodzić po domu na golasa, żeby się zrzygali.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (146)

#86644

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod historią użytkowniczki @paniczniebojesieciemnosci wspomniałam, że miałam podobne doświadczenia z moją przyjaciółką (teraz już byłą). W sumie dalej się wściekam, ale już bardziej "na zimno", więc spróbuję nakreślić sytuację.

Jak już niektórzy użytkownicy zdążyli zauważyć, mieszkamy z mężem w Anglii i m.in. pracujemy z końmi. Przez ostatnie 5 lat współpracowaliśmy z moją przyjaciółką(P), która prowadzi szkołę jazdy konnej i organizuje pokazy jeździeckie.
Mieliśmy wzloty i upadki, ale ogólnie była to współpraca oparta na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. Uzupełnialiśmy się.

Jakiś rok temu ówczesny właściciel posesji, na której znajdowała się stajnia wynajmowana przez P, wypowiedział jej umowę najmu. Przeżyliśmy kilka nerwowych tygodni, ale jakimś dziwnym trafem P znalazła inwestora, dzięki któremu zdołała wynająć nową stajnię i to w dosyć snobistycznym otoczeniu. Ośrodek stał się korpostajnią, z działem kadr, księgowością i innymi bajerami. Jednocześnie zaproponowała mojemu mężowi pracę, a także all inclusive dla naszych koni. Ja w dalszym ciągu pracowałam z nią jako "wolny strzelec". Sielsko, anielsko, luz, blues, w niebie same dziury.

Aż jakieś 2-3 miesiące temu zaczęło się robić...dziwnie. Zatrudnione zostały dwie dodatkowe dziewczyny, które miały podobne zakresy obowiązków co mój mąż. Po jakimś czasie mąż zauważył, że jego lista obowiązków zaczęła się znacząco wydłużać, przy niezmienionych godzinach pracy i pensji oraz P zaczęła mieć uwagi co do jego pracy. Nie jest on ideałem, ale swoje obowiązki wykonywał sumiennie oraz ma trzydziestoletnie doświadczenie w prowadzeniu takich ośrodków. Zatrudnione panienki, jak je widziałam, to głównie siedziały i chichotały z P, spełniając głównie funkcję wielbicielek. Zaczęliśmy więc zwracać baczniejszą uwagę na to co się dzieje w stajni. Mieliśmy takie nieodparte wrażenie, że zaczęliśmy P przeszkadzać.

Po czym spadła bomba. P zaprosiła mnie i męża na rozmowę z nią i inwestorem. Niespecjalnie wiedzieliśmy o co chodzi, ale najpierw inwestor zaczął nas objeżdżać o próbę zdyskredytowania ośrodka (what???), po czym P oskarżyła moją drugą połowę o niedopełnienie obowiązków, m.in. o znaczące błędy w karmieniu. Zarzuty kompletnie niepoparte niczym konkretnym. Niestety tu popełniłam błąd, gdyż w świętym oburzeniu stanowczo zwróciłam jej uwagę, że jako menadżer całego przybytku, to ona ustaliła dawki żywieniowe, które wiszą jak byk, na tablicy w paszarni i sama je kontrolowała np. nie pozwoliła zwiększyć dawek zwierzętom, które tego potrzebowały, gdyż "żarcie i siano kosztuje".
W skrócie - P chciała oczernić nas przed swoim "dojnym krowem" i zwalić na mojego męża, swoją niekompetencję.

Od tamtej chwili stałam się persona non grata i wykluczono mnie z dalszego życia ośrodka. W związku z tym zdecydowaliśmy się zabrać nasze konie, żebym po prostu nie musiała tam bywać. P odebrała to bardzo ambicjonalnie i zdecydowała się w tym momencie "renegocjować" kontrakt mojego męża, czyt. obniżyć mu godziny. Mąż stwierdził, że nie będzie się tak bawił i złożył wypowiedzenie.

Zostało to odebrane źle. Na tyle źle, że tydzień temu spadła kolejna bomba, mianowicie P zdecydowała się wstrzymać mężowi zaległą pensję. Niestety nasze wiadomości do działu kadr były ignorowane, a połączenia odrzucane, więc zdecydowaliśmy się wystosować do nich oficjalne pismo, że jeżeli do następnego tygodnia sytuacja z pensją nie zostanie rozwiązana, to przekazujemy sprawę do HMRC (urząd od podatków i innych takich) oraz do związku zawodowego groomów. Nagle w trybie ekspress, tego samego dnia pieniądze znalazły się na naszym koncie, dostaliśmy też wiadomość od księgowej. Jako powód tego całego bajzlu podano to, że rzekomo nie posprzątaliśmy po sobie odchodząc (bzdura na kiju) i ona nam przecież wysłała wcześniej maila z zasadami zdania boksów (kolejna bzdura).

Na obecną chwilę mąż czeka na papierkologię, ostatnią część wypłaty i wypłatę nadgodzin, a kontakt z kadrami i księgową znowu się urwał. Coś czuję, że będzie wesoło.

P.S. Właśnie dostaliśmy wiadomość, że odejmują mężowi £30 od ostatniej części wypłaty za rzekomy "bajzel, który zostawiliśmy". Nie potrafią jednak wyjaśnić na czym oparli tą "wycenę". Nie mają też na to dowodów.

P.S.2. Z dobrych rzeczy: Jak to się mówi, P właśnie "ch** strzelił", gdyż nasz nowy sąsiad (ten z historii o dziwnym sąsiedzie), otworzył dla naszych koni swoją prywatną stajnię :D

c.d.n.

zagranica

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (111)

#86423

(PW) ·
| Do ulubionych
Takie parszywe czasy nastały, że w kraju gdzie mieszkam mamy teraz tak zwany "lockdown". Restrykcje są, ale obywatele mają prawo do jednej godziny aktywności fizycznej dziennie na powietrzu, czyli np. bieganie, jazda na rowerze, spacer z psem i można tą aktywność uskuteczniać z członkami rodziny z tego samego gospodarstwa domowego. I tu zaczyna się piekielna historia:

Dalszemu sąsiadowi ktoś wszedł "w szkodę". Normalnie przelazł przez płot, ignorując oznaczenia ścieżki i zaczął ganiać owce. Sąsiad gościa pogonił, po czym opisał całą sytuację na wioskowym forum. Jak to się mówi "wpadło gówno w wentylator", okazał się, że nie tylko jemu przydarzyła się taka historia.

Wielu "miastowych" stwierdziło, że będą uskuteczniać dozwoloną aktywność fizyczną na wsi, a że trzeba dojechać? Oj tam, oj tam, dojazd przecież się nie liczy jako sama aktywność!

Zaroiło się więc na ścieżkach, od turystów z dużych miast, oddalonych o jakieś 70-100 mil od naszej głuszy. Parkingi zamknięte? Co to dla nich, poparkują wzdłuż drogi i na bramach. Zakaz wstępu? No ale trzeba przecież zrobić sobie selfiaszka z krową/koniem/owcą/niepotrzebne skreślić, bo przecież po to te zwierzaki są. Zabrać śmieci ze sobą? A po co? Niech wioskowi zbierają, poza tym zwierzęta i tak zeżrą odpadki.

Nasz dostawca siana niedawno wywalał z łąki rodzinkę, która rozłożyła się piknikiem, a mój mąż wczoraj osobiście pogonił z pastwisk młodą parkę usiłującą karmić konie.

Jeśli nałożą na nas wszystkich więcej restrykcji, to przynajmniej będziemy wiedzieć kogo winić. A tymczasem sąsiedzi zakładają CCTV, albo maniakalnie sprawdzają nagrania. Z tej całej sytuacji wszyscy pewnie wyjdziemy z grubą paranoją.

PS. Skąd wiemy, że to obcy ludzie i obce samochody? Z kart parkingowych naklejonych od środka na szybach.

PS.2. Policja? Tak, ostatnio widziałam dwójkę policjantów na wylotówce w pobliskim miasteczku, sprawdzających kto i dokąd jedzie. To było trzy dni temu.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (137)

#84826

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostąpiłam dzisiaj zaszczytu poznania nowego sąsiada.

Na początek krótkie wprowadzenie. Mieszkam i pracuję w rejonie rolniczo - hodowlanym. Jakieś dwa miesiące temu, po wielu perturbacjach, ktoś kupił największy dom we wsi. Posesja full wypas, z krytym basenem, zabytkowym kompleksem parkowym i dwoma domkami dla pracowników.
Jeśli do wsi wprowadza się ktoś nowy, to do dobrego tonu należy pojawienie się w miejscowym pubie i przywitanie z mieszkańcami. Tak się nie stało, nikt tych ludzi nie widział, więc zaczęto plotkować, a że my ze stajni jesteśmy bezpośrednimi i najbliższymi sąsiadami (z kompleksu parkowego prowadzi do stajni ścieżka z furtką), to mieszkańcy uderzali do nas z pytaniami.

Dotychczas nie miałam nic do powiedzenia na temat nowych lokatorów, aż do dzisiaj...

Piękny ranek z typu "parno i duszno", godzina 7 z minutami, odpalam "dmuchawkę", taką do liści. Plac wewnętrzny jest duży, więc zamiast zamiatać, "przedmuchuję" farfocle, siano i inne śmieci w jeden kąt, a potem zmiatam. Oszczędność czasu i energii. W oddali słyszę jak sąsiad z naprzeciwka popyla ciągnikiem po polu. Myślami ogólnie jestem gdzie indziej.

Kątem oka zobaczyłam idącego w moim kierunku faceta, krzyczącego coś do mnie i machającego łapami. Gościu miał na sobie szlafrok, a na nogach papucie i był bardzo wzburzony. Z grzeczności wyłączyłam "dmuchawkę" i powiedziałam standardowe "dzień dobry, w czym mogę pomóc?". Pan grzeczny nie był. Podniesionym głosem zaczął zasypywać mnie lawiną pretensji, że co ja sobie wyobrażam hałasować o tak nieludzkiej porze, że nie po to kupował dom letniskowy(!) na wsi, żeby mieć hałasy pod oknem, "że śmierdzi", "że kupa", że rodzina nie może spać, jeść, bawić się, itp, itd. Ogólnie wpadał w coraz większy słowotok.

W międzyczasie, ciągnikiem podjechał do stajni drugi sąsiad z naszą opróżnioną już przyczepą do gnoju. Wyskoczył z pojazdu, z entuzjastycznym "dzień dobry, jak się macie". Traktor oczywiście narobił hałasu, od przyczepy swojsko "jechało", a sąsiad był w roboczym, "utytłanym" ubraniu. Nasz nowy ziemianin zapowietrzył się, krzyknął, że pójdzie na policję i nas wszystkich pozwie. Odwrócił się na pięcie i zwiał do siebie.

Popatrzyliśmy na siebie skonfundowani, sąsiad parsknął śmiechem. Pomyślałam sobie, że ja to w sumie aż tak nie plotkuję, ale sąsiad co wieczór jest w pubie, więc nasz "nowy" będzie miał stosowną opinię wśród ogółu.

Podsumowując:
Co trzeba mieć w głowie, żeby kupować dom letniskowy w samym sercu rolniczego południa, gdzie 95% ludzi o godzinie 6 rano jest już dawno po śniadaniu.
Życzę gościowi udanej wizyty na policji, posterunek w miasteczku jest czynny co drugi dzień, do 12tej.
Tak, w sumie wszyscy byliśmy piekielni.

P.S. Dobrze, że "pan na włościach" nie zauważył jak w zeszłym tygodniu sąsiadowi zwiały krowy i ganialiśmy je po stajni i padokach :D

Anglia rolnictwo

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (190)