Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Bryanka

Zamieszcza historie od: 18 maja 2011 - 15:50
Ostatnio: 11 listopada 2019 - 8:29
O sobie:

Siedzę w UK. Trenuję konie i ludzi..

  • Historii na głównej: 16 z 34
  • Punktów za historie: 11554
  • Komentarzy: 4234
  • Punktów za komentarze: 30822
 

#84826

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostąpiłam dzisiaj zaszczytu poznania nowego sąsiada.

Na początek krótkie wprowadzenie. Mieszkam i pracuję w rejonie rolniczo - hodowlanym. Jakieś dwa miesiące temu, po wielu perturbacjach, ktoś kupił największy dom we wsi. Posesja full wypas, z krytym basenem, zabytkowym kompleksem parkowym i dwoma domkami dla pracowników.
Jeśli do wsi wprowadza się ktoś nowy, to do dobrego tonu należy pojawienie się w miejscowym pubie i przywitanie z mieszkańcami. Tak się nie stało, nikt tych ludzi nie widział, więc zaczęto plotkować, a że my ze stajni jesteśmy bezpośrednimi i najbliższymi sąsiadami (z kompleksu parkowego prowadzi do stajni ścieżka z furtką), to mieszkańcy uderzali do nas z pytaniami.

Dotychczas nie miałam nic do powiedzenia na temat nowych lokatorów, aż do dzisiaj...

Piękny ranek z typu "parno i duszno", godzina 7 z minutami, odpalam "dmuchawkę", taką do liści. Plac wewnętrzny jest duży, więc zamiast zamiatać, "przedmuchuję" farfocle, siano i inne śmieci w jeden kąt, a potem zmiatam. Oszczędność czasu i energii. W oddali słyszę jak sąsiad z naprzeciwka popyla ciągnikiem po polu. Myślami ogólnie jestem gdzie indziej.

Kątem oka zobaczyłam idącego w moim kierunku faceta, krzyczącego coś do mnie i machającego łapami. Gościu miał na sobie szlafrok, a na nogach papucie i był bardzo wzburzony. Z grzeczności wyłączyłam "dmuchawkę" i powiedziałam standardowe "dzień dobry, w czym mogę pomóc?". Pan grzeczny nie był. Podniesionym głosem zaczął zasypywać mnie lawiną pretensji, że co ja sobie wyobrażam hałasować o tak nieludzkiej porze, że nie po to kupował dom letniskowy(!) na wsi, żeby mieć hałasy pod oknem, "że śmierdzi", "że kupa", że rodzina nie może spać, jeść, bawić się, itp, itd. Ogólnie wpadał w coraz większy słowotok.

W międzyczasie, ciągnikiem podjechał do stajni drugi sąsiad z naszą opróżnioną już przyczepą do gnoju. Wyskoczył z pojazdu, z entuzjastycznym "dzień dobry, jak się macie". Traktor oczywiście narobił hałasu, od przyczepy swojsko "jechało", a sąsiad był w roboczym, "utytłanym" ubraniu. Nasz nowy ziemianin zapowietrzył się, krzyknął, że pójdzie na policję i nas wszystkich pozwie. Odwrócił się na pięcie i zwiał do siebie.

Popatrzyliśmy na siebie skonfundowani, sąsiad parsknął śmiechem. Pomyślałam sobie, że ja to w sumie aż tak nie plotkuję, ale sąsiad co wieczór jest w pubie, więc nasz "nowy" będzie miał stosowną opinię wśród ogółu.

Podsumowując:
Co trzeba mieć w głowie, żeby kupować dom letniskowy w samym sercu rolniczego południa, gdzie 95% ludzi o godzinie 6 rano jest już dawno po śniadaniu.
Życzę gościowi udanej wizyty na policji, posterunek w miasteczku jest czynny co drugi dzień, do 12tej.
Tak, w sumie wszyscy byliśmy piekielni.

P.S. Dobrze, że "pan na włościach" nie zauważył jak w zeszłym tygodniu sąsiadowi zwiały krowy i ganialiśmy je po stajni i padokach :D

Anglia rolnictwo

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (173)

#74493

(PW) ·
| Do ulubionych
Wakacje to fajna sprawa, zwłaszcza gdy mieszkasz za granicą, a twoja rodzina wyraża ochotę, aby przyjechać w odwiedziny.
Właśnie odebrałam telefon od mojej szanownej rodzicielki. Mama ponownie zapragnęła mnie odwiedzić, jednocześnie obiecując, że "tym razem będzie inaczej".
Jak sobie przypomnę co się działo podczas jej ostatniej wizyty to skacze mi ciśnienie, a było to tak...

Moja mama, kobieta na poziomie, osoba bardzo wykształcona zaszczyciła mnie swoją wizytą w okolicach Wielkiej Nocy, a podczas 7-dniowego pobytu zdążyła:

1. Obrazić naszych (moich i męża) współlokatorów wołając do nich po nazwisku. Nie wiadomo czemu tak robiła.
2. Obrazić naszych sąsiadów, poprzez permanentne ignorowanie ich.
3. Obrazić mojego męża nazywając go leniem, który nic w domu nie robi
4. Podjąć próbę przemeblowania naszej części domu. Na szczęście była to próba nieudana
5. Wpaść do części domu, którą zajmują nasi przyjaciele i awanturować się, że "zajmują większą część!"
6. Zniknąć na cały dzień nie dając znaku życia
7. Podjąć próbę spalenia nam domu poprzez pozostawienie ścierki na odpalonej płycie indukcyjnej i wyjście z domu.
8. Wpaść do mnie do pracy, usiąść w kącie i robić mi zdjęcia "bo chce mieć pamiątkę jak pracujesz!"
9. Spowodować nerwicę u kota, a na prośbę, żeby go zostawiła oburzyła się, że przecież "musi go pomęczyć"

Oczywiście w pewnym momencie czara się przelała i postarałam przeprowadzić z rodzicielką poważną rozmowę. Rozmowa przerodziła się w awanturę, podczas której dowiedziałam się, że jestem niewdzięczna, bo przecież wszystko co osiągnęłam to dzięki niej, ale właściwie to nic nie osiągnęłam(?!) i ona nie akceptuje mojego życia, które zresztą jest na najlepszej drodze do zmarnowania.
Po jej wyjeździe otrzymałam histeryczne telefony od obu babć i dosyć zawstydzonego partnera mamy, żebym ją przeprosiła, bo jestem dla niej okropna, a ona tak się stara...

Także tego...po dzisiejszym telefonie, wakacje z bliskimi? Dziękuję postoję.

Edit do pkt.7 - Mój błąd, nasza kuchenka widocznie nie ma płyty indukcyjnej, a po prostu jest elektryczna, więc ścierka zdążyła się w pewnym stopniu sfajczyć. Katastrofę zażegnała przyjaciółka, która wróciła do domu na czas.

zagranica

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (227)

#67798

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedyś już wspominałam, że pracuję w ośrodku jeździeckim na obczyźnie. Piekielności specjalnie nie było aż do teraz.

Na początek małe wprowadzenie:
Inteligentny człowiek gdy kupuje psa od hodowcy to wie, że musi go sobie wychować, żeby np. chodził przy nodze, słuchał poleceń, nie właził na kanapę i przy okazji właścicielowi na głowę. To, że pies ma respekt przed hodowcą nie oznacza, że będzie miał respekt przed każdym obcym człowiekiem.
Podobnie jest z koniem i w sumie chyba większością innych zwierząt.

Do rzeczy:
Mieliśmy 3-letnią klacz na sprzedaż. Bez narowów, defektów i innych takich, wstępnie ułożoną. Poprzednia właścicielka sprzedawała, bo chciała zmienić dyscyplinę sportową na inną, do której akurat ta klacz się nie nadawała.
Zgłosiła się chętna, pani była bardzo zainteresowana. Przyjechała na kilka jazd i zakochała się w zwierzaku. Zakupiła klacz z całym osprzętem, przez pewien czas trzymała ją u nas i przyjeżdżała na treningi, wzięła też udział w większym, grupowym szkoleniu. Ogólnie pełen zachwyt i szał na granicy rzygania tęczą.
Potem zabrała klacz do siebie do domu i nastała cisza.

Niestety była to cisza przed burzą, gdyż kilka tygodni temu szef dostał dwa listy - jeden od klientki, a drugi od jej prawnika. Ogólnie było tam napisane, że szef oszukał panią sprzedając jej piekielnego konia z narowami i ona żąda, żeby "ktoś coś z tym zrobił, bo koń miał chodzić jak w zegarku, przecie wyszkolony jest!". Po głębszym dochodzeniu okazało się, że pani pod okiem trenera radziła sobie dobrze, ale samodzielnie nie była już tak konsekwentna. Zwierzak szybko to wyczuł i zrobił kilka numerów m.in. odmówił współpracy. A czyja to wina? "Doświadczeni" znajomi pani orzekli, że nasza.

Koniec końców klacz do nas na pewien czas wróciła. Jeździł na niej szef, jeździłam ja. Narowów nie stwierdziliśmy.

Niestety happy endu na razie nie ma, gdyż pani dalej twierdzi, że została perfidnie oszukana i żąda zadośćuczynienia za doznane krzywdy. Jak się sprawa rozwinie? Nie wiemy.

zagranica

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 341 (381)

#62524

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana przez znajomą, dotycząca jednego z naszych dostawców.

Facet, który dostarcza nam siano do stajni nie ma nogi. Ot stracił ją podczas pracy, szczegóły nie są mi znane. Nie wszyscy wiedzą o jego defekcie, a i nie widać tego gdyż ma bardzo dobrą protezę. Normalnie przerzuca kostki siana, nie utyka, itp i oburza się jak chcemy mu pomóc.

Kilka tygodni temu zawoził siano do pewnej babki. Kobieta nieświadoma jego niepełnosprawności poprosiła go o rzucenie jednej kostki prosto na padok. Normalna rzecz, kobitka sama, na padokach niezłe błoto, a kostki ciężkie, więc facet chętnie podjął się zadania. Wziął kostkę, władował się w to błoto i...no właśnie. Zrobił krok, drugi i "zgubił nogę".

Baba prawie zawału dostała.

Tak, piekielna ewidentnie była noga.

uslugi stajnia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 740 (834)

#51818

(PW) ·
| Do ulubionych
Trafiła mi się piekielna klientka, ale dla odmiany nie z branży "końskiej".

Na początek małe wprowadzenie:

Mieszkam i pracuję w Anglii. Zawodowo zajmuję się treningiem koni, ale ostatnio postanowiłam dorobić sobie i podjęłam pracę w agencji nieruchomości, w pobliskim miasteczku. Ot, odbieranie telefonu, wysyłanie maili, sortowanie poczty - typowa praca biurowa, trzy dni w tygodniu.

Kilka dni temu przyszła klientka podpisać umowę. Podpisywała ją przez 1.5 godziny czytając każdy punkt regulaminu okraszając wszystko głośnymi komentarzami i pytaniami. Ok, myślałam że to dobrze, uważna jest, nie chce się pomylić. Okazało się, że nie, gdyż od ponad tygodnia bombardowała szefową mailami i telefonami pytając o każdy podpunkt i wszystkie zasady. No nic, podpisała wszystko, wzięła klucze i poszła.

Dzwoni po godzinie, że w kuchni nie ma ciepłej wody. Standardowo pytam, czy w łazience ciepła woda jest. Jest. Ok, załatwiam hydraulika, informuję kobietę, że gość odezwie się do niej jak będzie już w drodze. Babka kończy rozmowę...

...i po 20 minutach zjawia się znowu w biurze dzierżąc klucz od głównego wejścia i skarżąc się, że zamek musi być zepsuty, bo klucz "ciężko chodzi". Wszystko było sprawdzane przed przekazaniem mieszkania, poprzedni lokatorzy nie zgłaszali żadnych problemów. Babka żąda, aby szefowa natychmiast sprawdziła ten zamek. Szefowa poszła z nią, wraca i stwierdza, że klucz "chodzi" normalnie, nic się z zamkiem nie dzieje.

Niestety to nie koniec, gdyż klientka znowu dzwoni i kategorycznie żąda podania telefonu do hydraulika, bo jeszcze się nie zjawił. Uspokajam i tłumaczę, że facet jest na innym zleceniu i jeszcze dzisiaj się do niej zgłosi. Kobieta dziękuje i rozłącza się. Oddycham z ulgą i staram się wrócić do przerwanej pracy...

...o ja naiwna! Klientka wpada znowu do biura tym razem ze swoją matką. Skarżą się, że domofon jest za cichy. Szefowa jest już na granicy cierpliwości, ale spokojnie tłumaczy, że na urządzeniu można ustawić głośność. Kobiety wychodzą...

...żeby zadzwonić do nas po kolejnych 30 minutach, że hydraulika dalej nie ma! Uspakajam, że na pewno dzisiaj będzie. Szefowa stwierdza, że zamkniemy dzisiaj trochę wcześniej, bo ona już tego nie wytrzymuje. Ok nie ma sprawy, wyszłam z biura, poszłam zrobić zakupy do domu.

Upiorna klientka dorwała mnie na mieście...

uslugi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 607 (661)
zarchiwizowany

#39320

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Stało się. Trafiłam na piekielną panią na obczyźnie. Pocieszające jest to, że pani nie jest moją rodaczką, a Angielką. Zresztą i tak pod koniec karma okazała się suką :P Do rzeczy:

Jak już wspominałam pracuję w stajni na południu Anglii. Zajmujemy się z narzeczonym obsługą tego przybytku, oraz szkoleniem ludzi i koni.

W zeszłą niedzielę do stajni zawitała [P]iekielna z córką. Powitałam ją grzecznym "Dzień Dobry", w odpowiedzi usłyszałam wrzaskliwe pretensje:

[P] - Dlaczego jeszcze nikt nie przyjechał po naszego konia?!
[J]a (zbita z tropu) - Jakiego konia?
[P] ( oburzona moją niewiedzą, wskazując na swoją córkę) - JEJ konia!
[J] - No dobrze, ale może mi pani powiedzieć coś więcej...
[P] (przerywając mi) - JA Z TOBĄ NIE BĘDĘ ROZMAWIAĆ NA TEN TEMAT! Proszę o numer do szefowej!

Okeeej, skoro to taka tajemnica... zawołałam narzeczonego z nadzieją, że może on coś wie o tajemniczym rumaku. Gwoli ścisłości - mój facet włada dosyć dobrze językiem angielskim, ale czasami prosi mnie, żebym mu coś niecoś przetłumaczyła. Tak też zrobiłam. Gdy półgłosem po polsku zaczęłam mu tłumaczyć o co Piekielnej chodzi usłyszałam prychnięcie:

[P](zniesmaczonym tonem do córki) - Pfff, POLACY...

Przyznam się, że gul nam skoczył, ale po prostu podaliśmy babie nr do szefowej. Zadzwoniła przy nas i nie kryjąc się specjalnie wyprodukowała monolog na temat naszej niekompetencji i głupoty. Pogadała, pogadała, zabrała córkę i się zmyła. Narzeczony stwierdził wtedy, że karma do niej wróci.

I miał rację.

Co się okazało? Rzeczywiście miała przyjechać klacz córki Piekielnej, ale...następnego dnia. Dodatkowo szefostwo powierzyło mi przyuczenie dziewczyny do pracy w stajni oraz wprowadzenie do treningu koni, w skrócie - co ja robię, ona ma robić. Okazało się, że dziewczyna jest osobą z dużymi problemami emocjonalnymi i właśnie z tego powodu ma indywidualne zajęcia, które mają być również formą terapii.

I teraz jak musi czuć się Piekielna wiedząc, że jej córką, oraz jej koniem zajmują się "polskie, niekompetentne głupki" :D...

Sam fakt zakończenia tej historii wystarcza nam za taką małą zemstę.

stajnia

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (86)
zarchiwizowany

#37279

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio w stajni gdzie obecnie pracuję rozmawialiśmy sobie o dziwnych przypadkach jakie spotkały nas podczas pracy w różnych ośrodkach jeździeckich i tak przypomniała mi się historia o "zaklinaczu koni".

Jako pracownik/kierownik gospodarstwa mieszkałam na miejscu w służbowym mieszkaniu. Miałam też darmowy boks dla własnego konia. W tej historii nie wiem kto był piekielny - mój rumak, czy też znajomy mojej przyjaciółki. Do rzeczy:

Pod nieobecność właścicieli przybytku, mogłam zapraszać swoich znajomych do stajni na 2-3 dni. Ot tak, żebym nie siedziała sama na tych 10 hektarach. Lato, piękna okolica, konie i stosunkowo niedaleko stolicy, więc zaprosiłam moją przyjaciółkę oraz dobrego kumpla. Piekielnym okazał się chłopak, który przyjechał razem z nimi - jak się okazało był to "nowy" partner mojej przyjaciółki.

[P]iotr dał się poznać jako osoba wspierająca różne towarzystwa przyjaciół zwierząt, człowiek rzekomo po różnych kursach dotyczących psychologii zwierząt, zwolennik hasełek "otwórzcie klatki", "spalcie siodła i wędzidła". Sama kocham zwierzęta, ale P. był dla mnie człowiekiem totalnie nawiedzonym. Twierdził iż "wszystkie zwierzęta go kochają i potrafi to udowodnić, bo jest ZAKLINACZEM". I tu się zaczyna...

P. stwierdził, że zaprzyjaźni się z konikami na padokach. Pech chciał, że od kilku dniach panowały upały, muchy końskie nie dawały żyć, więc i zwierzęta były pogryzione i podenerwowane, najchętniej po prostu leżały by sobie w cieniu mając święty spokój. Nasz bohater dzielnie pokonał ogrodzenie i nie zważając na moje ostrzeżenia szybkim krokiem zbliżył się do stada wykonując jakiś dziwne ruchy rękami. Krzyknęłam do niego, żeby nie machał łapami i nie podchodził do "tego dużego brązowego, bo on nie lubi obcych". Co zrobił "miłośnik zwierząt"? Podszedł własnie do tego mojego konia i nie zwracając uwagi na jego widoczną nerwowość (nikt nie lubi jak mu się macha przed oczami), uparł się, żeby poklepać go po głowie.

Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Staliśmy i patrzyliśmy jak P. zwiewa przez pastwisko, a za nim leci mój szanowny rumak. Koleś zdążył przeskoczyć ogrodzenie, ale zębami nieco oberwał w tylną część ciała. Przez resztę pobytu znajomi odciągali go od "zaprzyjaźniania się" z innymi zwierzętami z gospodarstwa, m.in. od pomysłu wejścia do kojca z mastiffem (Misiu nie lubił jak w ciągu dnia obcy go budzili).

Czy to go coś nauczyło? Szczerze wątpię, gdyż jakiś czas później słyszałam, że P. rozpowiadał, iż w moim koniu "mieszka Obcy", a tak w ogóle to moja wina gdyż "emanuję złą aurą i przenoszę ją na zwierzęta". No cóż...:]

stajnia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (222)

#27962

(PW) ·
| Do ulubionych
Los tak chciał, że obecnie pracuję w sklepie z ciuchami damskimi. Nie jest to sieciówka, a taki prywatny sklepik z ciuchami głównie od polskich producentów. Dobre materiały, fajne kroje, wszystko szyte w Polsce, a nie w Chinach, więc ceny nieco wyższe niż normalnie. Dobra dosyć tej reklamy :P czas przejść do meritum.
Jak w każdym sklepie u nas też trafiają się piekielne klientki. Oto "kwiatki" z ostatniego tygodnia:

1. "Ja się jeszcze zastanowię".
Przyszła pani szukając czegoś na Komunię syna. Trzy godziny później, po przewaleniu niemal całego sklepu do góry nogami i pomierzeniu ponad 20 sukienek pani stwierdza:
- Właściwie to ja nie wiem, ja się muszę zastanowić, poza tym wy tu nie macie nic ciekawego. - Po czym wybiega ze sklepu zostawiając po sobie totalny kataklizm.

2. "Bo tu same małe rozmiary są!"
Mamy pewną "stałą klientkę", która przychodzi po kilka razy w miesiącu, nic nie kupuje, ale przez bite pół godziny potrafi biegać po sklepie i narzekać, że same małe rozmiary mamy i powinniśmy zamknąć sklep. Przy czym narzeka głośno i nieprzyjemnie, no ale "klient nasz pan". Dodam, że rozmiarówkę mamy pełną - od 36 do 46.

3. "Boże jak tu drogo!"
Kilka dni temu miałam nieprzyjemność doświadczyć dzikiej awantury. Klientka nawrzeszczała na mnie, że nie chcę opuścić ceny jedwabnej tuniki - sukienki z aplikacjami (na serio piękna i dobrze uszyta rzecz) z 300zł na max 100zł. Usłyszałam, że zwariowałam i że ona widziała taką na bazarze po 50 zł. Jej wrzaski niosły się daleko, a po wszystkim musiałam zamknąć sklep i iść się chwilę przejść, żeby nie zacząć zabijać.

4. "Pani da rabat".
Jeden z moich "ulubionych" typów klientek. :D Targują się o każdą złotóweczkę, a jak w końcu te 5% opuszczę, to mają dumną minę jakby mnie - człowieka z plebsu - puściły z torbami. Normalnie interes życia! Zeszła z ceny 5 zł!
Niektóre jednak są bardziej bezczelne i pomimo wystawienia rabatu żądają (nie proszą, ŻĄDAJĄ!) większej obniżki, a najlepiej oddania im ciucha za darmo w nagrodę, że zaszczyciły swoją osobą nasze skromne progi.

5. Ekspedientka jest powietrzem.

W naszym sklepie jest zwyczaj indywidualnego podejścia do klientek. Witamy przy wejściu, pytamy czy coś pomóc, pomagamy dobrać ciuchy, dodatki, itp. Jednak zdarza się pewien typ pań, które traktują obsługę jak powietrze. Na "dzień dobry" nie reagują, a na "czy mogę w czymś pomóc" odwracają się plecami, bo krótkie "dziękuję, tylko oglądam" jest powyżej ich możliwości. Zwykle reaguję na to głośnym i dobitnym "okeeeej":D. Ostatnio przyszły dwie panie, pokręciły się, pooglądały ciuchy i... ponarzekały na obsługę. A my? My próbowałyśmy jakoś do nich zagadać, ale chyba panie w innym języku mówiły, bo kompletnie nie reagowały na nasze pytania.

6. Ekshibicjonistki (niekiedy z perwersjami).

Moim zdaniem najzabawniejszy typ klientek. Nieważne, że przymierzalnia wolna, nieważne, że ludzie w sklepie, ona będzie się rozbierać tu i teraz! Na środku sklepu! A jak już uda się zaciągnąć panią za kotarkę to i tak będzie zza tej kotarki wyskakiwać (w samej bieliźnie, albo i bez). Dodatkowo niektóre z tych pań lubią nam pokazywać fragmenty swojej anatomii, np. "Pani zobaczy jak ja mam te piersi upchnąć w sukience!", albo "Niech pani spojrzy jakie mam rozstępy!". Cóż wtedy zrobić... trzeba obowiązkowo zachwycić się, bądź współczuć. Oczywiście wszystko przy publice. :D

7. Panie typu "chodząca broń biologiczno - chemiczna".

Pal licho nadmierne owłosienie w miejscach, które panie zwykle depilują. To akurat indywidualna sprawa każdej kobiety, ale chęć unieszkodliwienia ekspedientki zapachem, od którego łzawią oczy już zabawne nie jest. A taka śmierdząca baba to też klientka, której trzeba np. pomóc zapiąć sukienkę. Specjalnie mówię "śmierdząca baba", bo osoba, po której muszę wietrzyć sklep nie jest dla mnie normalną kobietą... a potem mam moralny dylemat czy wywieszać na sklep mierzone przez nią ciuchy, bo zwyczajnie się brzydzę ich dotykać.

Na zakończenie dodam, że w 90% przypadków, piekielność rośnie z wiekiem. Większość piekielnych klientek to damy 50+.

sklepy

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 658 (754)
zarchiwizowany

#27842

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia, która wydarzyła się kilka wiosen temu.

Mieszkam w domku. Na tyłach naszego ogrodu, za płotem są tereny działkowe. Ot takie działeczki pracownicze. Teoretycznie działki nie graniczą bezpośrednio z naszym ogrodem, tylko kończą się taką wąską strugą, a między strugą, a naszym płotem jest pas nieużytków szerokości 3 metrów. Jednak działkowcy zagospodarowali sobie również ten 3 metrowy pas ziemi, nasadzili kwiatów i drzewek. Nie przeszkadzało to nikomu - do czasu.

Działkę za naszym płotem przejął pewien starszy pan i wpadł na iście genialny pomysł, że zetnie drzewka rosnące bezpośrednio pod naszym płotem. Mało tego - zetnie, wykarczuje pieńki i posadzi kwiatuszki. Niestety karczując pieńki podkopał nasz masywny kamienny płot, który lekko się przechylił, dodatkowo szpadlem wybił w nim dziurę.
Na prośby moje i mamy, że jest dziura, że płot się przechyla, że tak na serio to nie ma prawa karczować i sadzić czegokolwiek pod naszym płotem usłyszałyśmy, że:
- Urwał on będzie, urwał, robić co będzie chciał i gdzie będzie chciał!

Decyzja szybka - dzwonimy do Straży Miejskiej. Tłumaczymy co i jak i słyszymy:
- My się takimi rzeczami nie zajmujemy, proszę dzwonić na policję.

.....no dobra, dzwonimy na policję. Odpowiedź:

- My się takimi głupotami nie zajmujemy, ale zaraz będzie mandat za złe zabezpieczenie płotu, a jak płot na faceta spadnie i mu coś zrobi to my będziemy winne, a w ogóle to żeby dzwonić na straż miejską, a nie zawracać cztery litery policji!

Tutaj zaliczyłyśmy totalne "WTF?!", bo przecież facet nam niszczy płot i jeżeli coś mu na łepetynę spadnie to z jego własnej winy.
Zdenerwowane zadzwoniłyśmy do firmy zajmującej się ochroną naszej posesji i to był dobry krok. Dyspozytor przyjmujący zgłoszenie zapewnił nas, że owy działkowiec niszczy nasze mienie i szczerze się zdziwił postępowaniem policji i straży miejskiej.

Koniec końców przyjechało dwóch dużych panów z firmy ochroniarskiej i dopiero przy ich asyście dziadek zgodził się normalnie z nami porozmawiać i zasypał to co poniszczył.

Niestety ten dziadowski kamienny płot z wybitą dziurą musiałyśmy zabezpieczyć we własnym zakresie i pilnować, żeby kolejnemu idiocie nie spadł na łeb.

domek i ogródek.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (223)
zarchiwizowany

#27541

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia Chomika1992 o wciskaniu guzika "napadówki" przypomniała mi moją historię, piekielną dla pana robiącego u nas remont łazienki :D

Pewnego dnia mama stwierdziła, że dobrze by było założyć alarm, więc zgłosiła się do firmy ochroniarskiej, przyjechali, założyli, nauczyli jak korzystać, wszystko cacy. System działa tak, że alarm w domu funkcjonuje oddzielnie i w razie czego włącza się oprócz cichego alarmu "wyjec". Za to alarm w garażu jest wyłącznie cichy i włącza się go osobno, głównie na noc. Uruchomienie alarmu powoduje szybki przyjazd ekipy w postaci dwóch dużych panów. Jeżeli chcemy odwołać alarm to trzeba zadzwonić do centrali i podać specjalne hasło. Tyle gwoli wstępu

Razu pewnego mamie coś się pomyliło i włączyła alarm w garażu na dzień, wyjeżdżając do pracy. Zapomniała, że tego dnia pan budowlaniec miał przywieźć płytki, kafelki i inne pierdoły i wyładować je właśnie w garazu, do którego miał pilota. Facet przyjechał otworzył garaż i zaczął wykładać to co przywiózł, nie wiedział o cichym alarmie. Dowiedział się jak bramę zastawiło mu dwóch dużych panów. Tylko dlatego nie rzucili go o glebę i nie skuli, bo sąsiad powiedział "Zaczekajcie, ja tego faceta znam, on tu remont robi!". Pan budowlaniec dodał jeszcze, że "Tu zaraz przyjedzie taka młoda dziewczyna, ona tu mieszka i zna wszystkie hasła". Pech spowodował, że tego dnia w centrum miasta zderzyły się dwa tramwaje i trasa, którą zwykle pokonywalam w max 40 minut, zajęla mi tym razem ponad 2 godziny.

Panowie z ochrony trzymali gościa na deszczu ponad 2 godziny, nie pozwalając mu wsiąść do samochodu, ani nawet schronić się w garażu przed deszczem. Trzymali go caly czas na widoku kompletnie nieczuli na jęki i lamenty "poszkodowanego".

Koniec końców pan budowlaniec remont przeprowadził, ale do końca był obrażony na moją mamę :P

dom

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (220)