Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Calineczka32

Zamieszcza historie od: 30 października 2019 - 14:24
Ostatnio: 17 listopada 2020 - 8:11
  • Historii na głównej: 7 z 8
  • Punktów za historie: 705
  • Komentarzy: 5
  • Punktów za komentarze: 22
 
poczekalnia

#87398

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Żeby z mojego mieszkania dojechać do jakiegokolwiek większego sklepu, muszę przejechać przez minimum jedno rondo. A te- wiecznie zakorkowane. Duża część kierowców nie umie po nich jeździć lub są niebezpieczni dla innych uczestników ruchu.
1. Nie potrafią na rondo wjechać- jedno auto zjechało z ronda i teoretycznie jest miejsce dla jednego auta. Ale nie, czekają. Często miejsce na 3auta, ale dalej czeka. W końcu ktoś przepuszcza- uff.
2. Nie potrafią z ronda zjechać- albo nie włączają kierunkowskazu, albo włączą jak już skręcają. Czyli za późno- brak czasu na reakcję i problem z wjechaniem na rondo. Często mam tak, że stoję, auta za mną trąbią... no ale jak mam wjechać, jak 3auta z rzędu zjechały bez włączonego "migacza"? Nie czytam w myślach, nie wiedziałam że zjadą...
3. Przyspieszanie, jak ktoś chce wjechać na rondo. I to jest nie dość że piekielne, to jeszcze niebezpieczne. Auto zjeżdża z ronda, to w momencie jego skrętu- wjeżdżam ja (rondo jednopasmowe). Ale kierowca jadący za nim stwierdził, że to uwłacza jego godności i przyspieszył, chcąc mnie wyprzedzić i zjechał w pierwszy (dla mnie) zjazd. Gdybym się nie zatrzymała- stłuczka. Albo wymuszanie pierwszeństwa- ostatnio wjechałam na rondo za autem przede mną, którego kierowca musiał gwałtownie zahamować, bo ktoś mu wymusił. Ja też po hamulcach, pan który już był na rondzie (przed niego wjechałam i żeby nie było- miałam miejsce i jeszcze mrugał, żebym jechała)- też po hamulcach... i przez jednego debila- trzech wkur*****ch kierowców.
4. Korki na rondzie- w moim miasteczku zawsze są największe problemy z wjechaniem do centrum, i wyjechaniem w stronę galerii- jak wszędzie. Czyli: na rondzie prosto. Jednak chcąc skręcić w prawo (pierwszy zjazd) teoretycznie nie powinno być problemu- a jednak. Kierowcy, zamiast do "środka"ronda zjechać, aby można było przejechać z prawej strony to nie. Staną na środku pasa i nie da rady przejechać... już nie raz przez to karetka na sygnale stanęła (rondo jednopasmowe ale wiadomo- pas musi być na tyle szeroki, aby tiry np. z dostawą do sklepów mogły przejechać przez to rondo). Niestety- nie ma miejsca na zrobienie "prawoskrętu".
5. Jazda na suwak- upłynnia ruch wbrew temu, co niektórzy sądzą. Jednak jak to działa- kierowcy wiedzą. Czyli- nie działa. Albo kierowcy na rondzie nie przepuszczają, albo ci którzy chcą wjechać: nie obserwują drogi lub nie są przygotowani do wjechania na rondo. I tym oto sposobem przejeżdżamy 1km w 40min, a czasem korek aż do centrum (małe miasto, 50tys mieszkańców)

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 8 (40)

#87303

(PW) ·
| Do ulubionych
Od pierwszej fali pandemii robię babci zakupy.

Pochwaliła się Ona sąsiadom, i tak ostatecznie raz w tygodniu jeżdżę 40 km żeby zrobić zakupy dla babci i 3-4 starszych osób.

Zawsze poświęcam na to cały dzień. I wygląda to tak: przyjeżdżam, chodzę do tych osób po listę zakupów, biorę zaliczkę 100 zł, sprawdzam czy numer telefonu się zgadza, i jadę na zakupy. W trakcie zakupów jak czegoś nie ma, albo nie wiem z której firmy kupić np makaron, to dzwonię. Po wszystkim jadę zawieźć zakupy i się rozliczyć. Jak jest potrzeba, to wyjdę z psem na wybieg albo pomogę powiesić firankę.

Piekielności?

Nie ze strony tych starszych osób, bo Oni są wdzięczni że nie muszą dźwigać, tylko osób trzecich.
1. W sklepach: chodzę z listami po sklepie. Dzwonię żeby się dowiedzieć jakieś drobnostki. Jak najszybciej chcę zrobić zakupy, bo limity w klientach. I co słyszę? "Ludzie na zewnątrz stoją, a ta stoi i sobie przez telefon rozmawia". Starszy Pan, który mógł sobie przyjść w godzinach dla seniora. Mówię, że nie dla mnie więc wolę się zapytać co dokładnie kupić (nie wiem po co się odezwałam). I się dowiedziałam, że mogłam się wcześniej dowiedzieć.

2. Do każdej listy zakupów biorę osobny paragon. Łatwiej jest mi się wtedy rozliczyć z sąsiadami. I oczywiście pretensje innych klientów, że robię kolejkę. Kasjerki po czasie jak mnie widziały z torbami w wózku, to otwierały kolejną kasę. Jedna przyznała, że przyszła skarga od klienta, że nie zwracają uwagi, gdy jedna osoba robi zakupy na kilka paragonów.

3. Rodzina sąsiadów. Pewnego dnia w trakcie zakupów przyjechała wnuczka do Pani, której robiłam zakupy. Ale co mi do tego: przyniosłam zakupy, oddałam resztę i zapytałam, czy jeszcze w czymś pomóc. I tu się wtrąciła owa wnuczka: czemu tak drogo, a po co to i tamto kupiłam. Powiedziałam, że kupiłam to co było na liście zakupów. To pretensje: czemu starszej osobie kupiłam słodycze, czemu mleko 3.2 a nie 0.5% (3.2 było na liście). I pretensje o wszystko co kupiłam. Tej Pani szkoda, bo kiedyś się żaliła, że pomocy od rodziny nie dostaje, a jak przyjeżdżają, to tylko się przyczepiają o wszystko.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (182)

#87262

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak wiemy, na chwilę obecną jesteśmy w stanie epidemii Koronki. Coraz więcej przypadków, coraz więcej osób na kwarantannie, coraz więcej obostrzeń itp, itd... I właśnie o kwarantannie będzie mowa.

Czytając komentarze w różnych portalach informacyjnych czy mediach społecznościowych dowiemy się, iż nie ma żadnych informacji o zamkniętych sklepach, a przychodnie, urzędy, banki pozamykane. Podsumowując: w przychodniach wirus jest, a w sklepach nie ma... Dlaczego "nie ma"? Już tłumaczę.

W pewnym sklepie jest 18 pracowników. Dosyć spory sklep, ale nie olbrzym. Okazało się, że jedna pracownica miała dodatni wynik, więc kwarantanna. Zgodnie z tym, co mówią politycy czy Sanepid- w takiej sytuacji na kwarantannę powinni iść wszyscy pracownicy razem z osobami, które z Nimi mieszkają, plus dezynfekcja sklepu i zrobione testy. Jednak reszta pracowników normalnie pracuje, dezynfekcji nie było, a testów tym bardziej. Więc Ci pracownicy mogą roznosić wirusa, i o tym nie wiedzieć. I tylko w tym miesiącu dowiedziałam się o takich 4 sklepach.

Po dodzwonieniu się na infolinię sklepu dostaję informację, że dezynfekcja była przeprowadzona. Kierownik Sklepu zaprzecza, bo by musiał być o tym poinformowany (sklep w którym wcześniej pracowałam, więc pracownicy znani i procedury też. Nie mogłaby firma wejść zdezynfekować sklepu bez chociaż 1pracownika sklepu).
Podsumowanie: wirus w sklepach jest, ale żeby nie siać paniki jest to ukrywane. Wiedzą o tym pracownicy i osoby, którym Ci pracownicy to powiedzą. I to jest piekielne.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (91)

#86957

(PW) ·
| Do ulubionych
Koronawirus - temat rzeka. Jedni wierzą, jedni nie... Jednak nie bezpośrednio o Covidzie będzie mowa, a o zachowaniu się społeczeństwa... Gdzie te zachowania powinny być naturalnym odruchem, bez pandemii i tych innych wytycznych, obostrzeń itp itd.

1. Zachowanie odległości - ok. Tylko dlaczego dopiero teraz część społeczeństwa o tym pamięta? Jak nie ma wirusa, to pojęcie "przestrzeni osobistej" nie istnieje? Czy stojąc w kolejce muszę czuć oddech osoby stojącej za mną? I te zdziwienie osób anty-koronawirusowych, gdy przypominam o ww pojęciu...

2. Pakowanie w sklepach pieczywa w rękawiczkach lub woreczkach - dla mnie oczywiste ze względów higienicznych, bo ja zasad higieny przestrzegam, ale czy pracownik z budowy ma taką możliwość na placu budowy? Albo co gorsza pan Menel, który sika w parkach? Przed chwilą dotykał swój interes, a teraz wybiera bułeczkę... Resztę przemyśleń zostawiam Wam.

3. Zasłanianie ust i nosa podczas kichania i kasłania - czyli poza pandemią mogę kichać na osobę przechodzącą obok mnie? Raczej nie.Ja byłam uczona zasłaniać usta podczas kichania...

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (160)

#85802

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielności w sklepie cz. 3.

Tutaj opiszę piekielności "góry" sklepu, w którym pracowałam, co sprawiało, że dzień w pracy stawał się co najmniej męczący...

1. Nadmiar towaru. Często w sklepach tej sieci spotykamy się z alejkami zastawionymi paletami... niestety, ale ci na górze wiedzą lepiej, ile czego sklep potrzebuje i każą zamówić całego tira. I ich nie obchodzi, że mało pracowników, że L4... Centrum zawalone i trzeba to dać na sklepy. Zastawione alejki? No przecież liczby pokazują, że jest wystarczająca ilość etatów... Więc masz zamówić całego tira, a jak nie, to dołożymy to, czego nie potrzebujesz, żeby był ten cały tir.

2. Ceny. Robiąc zakupy, chcemy, żeby cena była przy towarze, a nie latać do czytnika z każdym produktem. Jednak ci mądrzejsi nie ułatwiają tego. Nie dość, że sytuacja z pkt. 1, to jeszcze na jeden produkt 3 razy potrafią zmienić cenę w ciągu dnia plus 2 razy w tygodniu po minimum 400 cen do wywieszenia. Ale to wina pracownika, że niezmienione. No przecież ilość etatów się "zgadza".

3. Kontrole państwowe (Straż Pożarna itp.) - malowanie trawy na zielono. Akcja reanimacja, nagle z innych sklepów się zlatuje pełno pracowników, regionalny bierze rękawiczki i rozkłada towar, żeby było cacy... A po wizycie - patrz pkt. 1.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (111)

#85750

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielności ze sklepu ciąg dalszy. Ostatnio opisywałam piekielnych (i chamskich) klientów. Teraz opiszę piekielnych pracowników sklepu.

1. Ruch umiarkowany, ale towaru do wyłożenia dużo. Do pracownicy wykładającej towar podchodzi starszy pan. Z wyglądu widać, że w domu się nie przelewa. Emeryt - pewnie emerytura taka że każdy grosz jest na wagę złota. Prosi o pomoc z przyprawami. Potrzebuje powiedzmy pieprz mielony (nie pamiętam co to było dokładnie). Informuje pracownika, że jest po operacji oka i słabo widzi, literki mu się rozmazują. Co na to pracownik? Zaczyna się drzeć na klienta, że jest dużo roboty i ona z nim zakupów nie będzie robiła. I poszła. Pomogłam panu. Jej wyjaśnienia? Menelowi pomagać nie będzie. Żeby chociaż od niego brzydko pachniało...

2. Po 1szej zmianie robię zakupy. W sklepie, w którym pracowałam nie było toalet dla klientów, jednak któremuś klientowi nie przeszkadzało to w wejściu do pomieszczeń socjalnych i skorzystać z toalety dla pracowników, zostawiając przy tym chlew (nie robił siku...). Robię dalej zakupy, a tu nagle głośno przy kasie. Kierowniczka i pracownica proszą jednego z klientów, że ma po sobie posprzątać (w sumie to proszeniem nie było). Zero dyskrecji, co narobił. Klient obcokrajowiec, to poszedł na nimi, bo nie wiedział o co chodzi. I jak mu pokazały, to zaczął się wypierać że to nie on. Wchodzę do p. socjalnego, bo pan po niemiecku, a one nic nie rozumieją i dalej się drą że na pół sklepu je słychać. Rozmawiam z panem po niemiecku i mówię dziewczynom, że to nie on. One że to on. Zostają kamery - na kamerach widać, że to nie on. Inny klient, podobnie ubrany. Zamiast przeprosić, zaczęły się śmiać. Ja pana przepraszałam, on mówił że nie daruje i napisze skargę. Skarga poszła.

3. Jedna z koleżanek dała L4. No trudno, trzeba jakoś dać radę. Przychodzę na 2gą zmianę, patrzę, a tu jedna alejka z jednej strony całkowicie zastawiona. Reszta pusta. To mówię, żeby palety poprzewoziły na inne alejki, po jednej palecie na alejce, żeby był dostęp do towaru (magazyn zapełniony, a wyjście ewakuacyjne musi być drożne). Nie doczekałam się. Co było piekielne? Nie tylko to, że trzeba było zamówić więcej towaru niż potrzeba (materiał na osobną historię). Ale też brak wyobraźni - bo nie ma miejsca w magazynie, więc walnę gdzie bliżej. A później zdziwienie, że budżet nie zrobiony jak pół jednej alejki dla klientów nie dostępny (zastawione wody latem...)

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (71)

#85572

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas pracowałam w handlu. Dzisiaj opiszę piekielności, które mnie spotkały przez ten czas ze strony klientów. Wiem, że pracownicy też są piekielni, ale to opiszę w innej historii.

1. Sytuacja miała miejsce przed Wigilią. W ofercie dwa rodzaje karpia. Ody dwa w promocji: jeden za 10zł, drugi za 17zł. Podeszła klientka z pytaniem, który jest tańszy. Pokazuje palcem jak krowie na rowie: filet za 17, tusza za 10zł. Sprawa załatwiona? Skądże. Po 30 minutach wraca z awanturą. Wyzywa od złodziei, grozi najpierw Biurem Obsługi Klienta, a później Policją. Co się okazało? Wzięła nie tego karpia, i teraz próbuje wmówić, że ja jej powiedziałam, że filet jest za 10zł. W chwili gdy podniosła na mnie rękę i głos, ochrona ją wyprowadziła ze sklepu. A później nieprzyjemności, bo mnie zgłosiła do BOK.

2. Od 3-ej w pracy, godzina ok. 12:30. Idę w końcu na przerwę. Niestety - kolejka. Ale już pora zjeść śniadanie. Oprócz mnie jeszcze 2 kasjerki mogą usiąść na kasę. Informuję klienta, który "poprosił" o otwarcie kasy, że ja idę na przerwę, ale za chwilkę inna kasjerka przyjdzie otworzyć kolejną kasę. A ten do mnie, że jestem nierobem, mam go obsłużyć. A poza tym ciągle siedzimy na zapleczu i pijemy kawkę, i wiecznie mamy przerwę. I nie wspomnę o słownictwie, bo stereotypowy Sebix przy nim to pryszcz.

3. Tuż po dostawie. Idę sprawdzić cenę jakiegoś owoca. Klientka twierdzi, że miał być w promocji, a brak cenówki, więc sprawdzam na kasie. Podchodzi klient z pkt2. Szybko sprawdzam - przy głównej kasie 2 osoby, więc informuję klienta, że kasa zamknięta, i zapraszam do kasy nr1, bo tam tylko 2 osoby. A ten z ryjem, że nie będzie stał w kolejce (?). Mówię, że jest tam jeden klient tylko z chlebem (1 osoba została już obsłużona). A ten:
- No oczywiście. Zapomniałem, że jesteście tu tylko dekoracją.
I w tym momencie popatrzyłam na czekające na mnie 3 palety z owocami i warzywami wysokości 180cm, które muszę rozłożyć... Faktycznie jestem dekoracją?

4. 10 minut po otwarciu sklepu. Jedna klientka (zakupy za 15zł) - płaci banknotem 200zł. Wydaję resztę - oddałam wszystkie banknoty. Kolejna po niej - podobna sytuacja. Ale nie mam już banknotów. Dzwonię na kierownika, żeby rozmienił. Niestety, w sejfie same rolki z drobnymi. z banknotów 70 albo 80zł - nie możemy trzymać utargu z dnia poprzedniego. Wszystko musi być na koniec dnia wpłacone do banku. Czyli, podsumowując, dostała te 70-80zł w banknotach, a resztę w bilonie po 2zł i 1zł. 5zł nie było. I awantura, że co ja jej daje, ona chce normalną resztę. To informuję, że o tak wczesnej porze nie mam jak inaczej wydać, że to też jest pieniądz. I się zaczęły wyzwiska. Musiała interweniować kierowniczka, i ją wypraszać ze sklepu.
Rozumiem - trochę waży tyle drobnych, ale co miałam zrobić, jak polityka firmy nie pozwala na trzymanie w sejfie ilości gotówki większej, niż jest w kasetkach, które się daje kasjerowi na wstępie?

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (136)

#85523

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałabym opowiedzieć piekielności, jakie mnie spotkały na drodze, od kiedy zdałam prawko (troszkę ponad 2lata temu).

1. Samochody ciężarowe, znane jako tiry. Ogólnie dzielę ich kierowców na dwie grupy: kierowcy tira (normalni ludzie, przestrzegający przepisy ruchu drogowego, szanujący innych kierowców) oraz tirowcy. I o nim będzie mowa. Wracam kulturalnie z delegacji. Przede mną jeszcze 70km do domu. Oczy zmęczone, bo jednak 8h się patrzyły w ekran. Już ciemno (był styczeń). Jadę 40km/h przez jakąś wioskę (przy wjeździe znak ograniczenia do 40, słabe oświetlenie). Za mną owy tirowiec. Bardzo mu się spieszy, więc trąbi. Nic to nie daje, bo gdzie mam zjechać? Na chodnik? Gdy nie zjeżdżam, zaczyna mrugać długimi, oślepiając mnie. A gdyby akurat ktoś mi wszedł na pasy?? Nie zobaczyłabym nikogo, bo debilowi się spieszy i mruga, i bym miała kogoś na sumieniu.

2. Pieszy - jak się zachowują przy pasach - każdy wie. Jadę do pracy. Godzina 5:30 - więc ciemno. Sama na drodze, przy drodze bloki. Niestety też drzewa, i mimo oświetlenia - słaba widoczność. Jadę przez miasto, więc jadę na "krótkich). Przy pasach patrzę - pani z odblaskami chce przejść. No problem, zwalniam i niech przechodzi. Mnie parę sekund nie zbawi. I co zauważam w chwili, kiedy już się zatrzymałam przed pasami? Facet, ubrany cały na czarno, z tymi dużymi słuchawkami na uszach, który kończy przechodzić przez jezdnię. A jakby nie ta Pani, to za cholerę bym go nie zauważyła. Nieszczęście gotowe.

3. Debile wyprzedzający "na trzeciego". Jadę do rodzinki, ograniczenie do 90km/h. Jadę spokojnie, za mną auto w odległości +/- 50m. Nagle ok. 100m przede mną "król szos" zaczyna wyprzedzać. Ja hamulec na maksa i klakson. Zjechał na swój pas w ostatniej chwili, a i tak miałam szczęście, bo samochód wyprzedzany zjechał maks na prawo, żeby idiota miał więcej miejsca. Do takich ewenementów prośba- jak chcecie się zabić, to jeb***** w drzewo, a nie pociągacie innych za sobą.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (75)

1